Ulubieńcy ostatnich miesięcy (pielęgnacja) – wrzesień 2019

Do przedstawienia Wam ulubieńców kilku ostatnich miesięcy zbieram się już chyba… z kilka miesięcy 😂. Dlatego serio są to rzeczy dokładnie sprawdzone, przetestowane, a w niektórych przypadkach – kupione ponownie. Tym razem głównie pielęgnacja, bo tak sobie pomyślałam, że dla kolorówki napiszę osobny post, trochę też mi się tego uzbierało, rozumiecie. 😉

 

Ulubieńcy do pielęgnacji ciała

Na pierwszy ogień idzie mydło – Mydło Chlebowe AQUAFARINA FERMENTI konkretniej. Ukochałam je sobie z kilku powodów. Ma fantastyczną i niespotykaną bazę z kwasu chlebowego, genialny zapach chlebowych wypieków, delikatny skład i uniwersalną formułę. Może używać go cała rodzina, do wszystkich części ciała, jak i włosów. Oczyszcza, nawilża i łagodzi. Ja myłam nim również twarz. Mydło nie ściąga, nie wysusza. Przywraca skórze właściwe pH. Nadaje się do każdego rodzaju skóry. Ma konsystencję jak dla mnie typową dla żelu czy płynu pod prysznic. Całkiem dobrze się pieni. Na dole opakowania zbiera się osad, no ale tak to z naturalnymi kosmetykami bywa i raczej niczemu nie przeszkadza. 😉 Duża butla z pompką to też wariant opakowania, który darzę sympatią, także wiecie – polecam Wam.

Mydło chlebowe

Tołpa Urban Garden Balsam do ciała, to bardzo fajny balsam, który solidnie nawilża skórę. I nie pozwala aby nawilżenie ulotniło się przez kilka godzin. Skóra jest miękka i przyjemna przez wiele, wiele godzin. Podczas jego używania, ani razu nie odczułam dyskomfortu, suchej czy swędzącej skóry. Konsystencja jest treściwa i do tych lekkich nie należy, ale całkiem fajnie się wchłania, choć pozostawia na skórze delikatne natłuszczenie. Ma bardzo fajny, raczej delikatny zapach, który pozostaje na skórze przez jakiś czas. Tubka 200 ml kosztuje 22 zł, więc dobry deal to jest.

Tołpa Urban Garden Balsam do ciała

 

DEEPLY FIRMING Breast Relief Phenome, to żel ujędrniający do biustu. Niestety u mnie biustowych powierzchni do ujędrniania raczej brakuje, ale ze względu na jego konsystencję i zapach nie mogłam się oprzeć i kupiłam. Bardzo przyjemny w stosowaniu kosmetyk, który świetnie się wchłania, nie lepi się, nie pozostawia po sobie nic nieprzyjemnego. Ma genialny, charakterystyczny i bliżej nieokreślony zapach, który zmuszał mnie aplikowania żelu nie tylko w okolice biustu, ale także innych części ciała. Najlepiej to po prostu byłoby gdyby balsam do ciała o takim zapachu wypuścili, albo perfumy- jeszcze lepiej. 😀 Może przy okazji wyszłoby to korzystniej cenowo, bo niestety cena jest zabójcza. Ja akurat kupiłam serum z krótką datą ważności -70%, natomiast w stałej sprzedaży jest za 135 zł, co moim zdaniem jest przesadą. 😉

Phenome – Żel do biustu
Ulubieńcy do pielęgnacji twarzy

Tutaj przede wszystkim chciałabym pokazać Wam duet z serii VALO z Lumene. Esencja hialuronowa z witaminą C czyli VALO GLOW BOOST Lumene, to zdecydowanie ta formuła, którą lubię najbardziej. Lekka, delikatnie żelowa, szybciutko się wchłaniająca, pozostawiająca po sobie delikatne napięcie i znak, że trzeba tam jeszcze coś dobrego dla cery położyć. Jest z kwasem hialuronowym, który przyznam jest moim ulubionym składnikiem produktów takich jak sera, esencje czy nawet kremy. Jakoś inaczej się ich używa. Świetnie nawilża, wygładza i naprawia. Do tego cudnie pachnie i dzięki butelce z pipetką jest wygodne w użyciu. Do kompletu jest krem – Lumene VALO (Light) GLOW REVEAL, który również ma genialną konystencji i szybciutko się wchłania, nie pozostawiając po sobie żadnych dających dyskomfort oznak. Może służyć jako baza pod makeup, bo porządnie odżywia skórę i daje jej odpowiednie nawilżenie, ale też bez przesady – i w tym cały jego urok. Nie zalega, nie tłuści, nie ciąży. Makeup twarzy się trzyma, a nie spływa razem z kremem, który na dzień po prostu się nie nadaje. Tak jak esencja VALO GLOW BOOST, krem pachnie cudnie. Chce się po niego sięgać i chce się go na sobie nosić. Jedynym minusem tych dwóch produktów są ich ceny. Krem w okolicach 90 zł, a esencja – 130 zł. Jednak używając ich i znając filozofię marki oraz ich podejście do składników, wiem, że swojej ceny są warte. Na szczęście należą do produktów bardzo wydajnych. 🙂

Lumene VALO

Z witaminą C ostatnio też używałam Serum LIQ CC LIGHT 15% VITAMIN C BOOST. Lekkie, fajnie się wchłaniające serum. W konsystencji przypomina taki rozwodniony olej, natomiast nie jest to typowo oleista konsystencja. I wchłania się też szybciej i lepiej niż sera olejowe. Jest taki na pograniczu. Fajnie nawilża, odżywia i ogólnie tak polepsza stan skóry. Można stosować do zarówno na dzień, jak i na noc. I w zasadzie nie miałam do niego zastrzeżeń po porannej aplikacji, ale pewniej jednak czułam się nakładając je głównie na noc. 😀  Serum jest super wydaje i jedna buteleczka spokojnie wystarczy na ok.6 miesięcy. Kosztuje ok. 60 zł, więc ostatecznie się to całkiem fajnie kalkuluje. 🙂

Kwas hialuronowy BioOleo – bardzo spoko, wydajna formuła, 30 ml wystarcza na kilka miesięcy. Używałam do pod krem, albo serum olejowe. Kosztuje ok. 60 zł.

Serum LIQ CC i Kwas hialuronowy BioOleo

I jeszcze jedna rzecz z witaminą C! 😀 SYNCHROLINE Synchrovit C serum przeciwzmarszczkowe. Bardzo ciekawe, bo takie w stylu „świeżego” kosmetyku. Serum po trochu robi się samemu, gdyż sproszkowana witamina C dołączona jest do ampułki w saszetce. Pełnowartościowy kosmetyk więc mieszasz sobie sama. Na dodatek jego przydatność to jedynie 10 dni. Ma genialną konsystencję, którą skóra wręcz chłonie. Świetnie nawilża, wypełnia i wygładza, a do tego przepięknie pachnie. Miałam tylko jedno opakowanie, co oznacza, że używałam serum przez 10 dni, no tyle czasu nie wystarczyło mu za rozprawienie się z moimi zmarszczkami, także na tym polu skuteczności Wam nie potwierdzę, natomiast ogólnie kosmetyk jest baaardzo przyjemny. 🙂 Ampułka 5 ml kosztuje ok. 30 zł.

Synchroline Synchrovit

Jest jeszcze jeden krem, o którym muszę wspomnieć, bo jest genialny. Zanim po niego sięgnęłam jakoś na szał się nie nastawiałam, a z drugiej strony zaczęłam go używać następnego dnia od jego otrzymania (trafił do mnie w paczce Meet Beauty, Agencja Blog Media – dzięki bardzo! <3), bo nie wytrzymałam z ciekawości. Z marką spotkałam się po raz pierwszy, więc naturalnie chciałam ją po prostu bliżej poznać. I powiem Wam, że po trwającej około 2 miesięcy przygodzie z tym kremem, wiem, że to nie był nasz pierwszy raz. MesoBoost V-shape Face Cream sprawia, że twarz jest tak niesamowicie gładka i miękka. Do tego taka wypełniona, naciągnięta. Bez żadnych niedoskonałości, tryskająca zdrowiem i witalnością. Po pierwszej aplikacji totalnie zgłupiałam, miałam wrażenie że dotykam kogoś innego. Co ten krem robi z twarzą to po prostu bajka jest i musicie go wypróbować na własnej skórze. Do tanich nie należy. 100 zł za 30 ml, to jednak kupa kasy, ale naprawdę warto. 🤩

MesoBoost V-shape Face Cream
Ulubieńcy do oczyszczania twarzy

PURE BY CLOCHEE Oczyszczający płyn micelarny – myślę, że jak w takiej cenie to bardzo dobry produkt, choć wolę Relaksującą Wodę Micelarną Clochee, z tym, że ta jest dwa razy droższa. 😅 Dobrze zmywa makijaż. Ma delikatny zapach i wbudowaną w butelkę pompkę. Nie podrażnia i nie denerwuje. 200 ml kosztuje ok. 30 zł, dostępne w Hebe, także też na plus.

SYLVECO Tymiankowy żel do mycia twarzy jest świetny. Fajnie oczyszcza, przy czym jest bardzo delikatny. Nie podrażnia, nie ściąga. Ma delikatny, tymiankowy zapach i pompkę w butelce. Konsystencja dla żelu typowa. Nie pieni się, co dla mnie w produktach myjących do twarzy jest najważniejsze. Wydajny i do tego całkiem tani – ok. 20 zł. Dostępny wszędzie (kocham za to Sylveco 😀 ).

BIOLAVEN Płyn micelarny to mój hit i nie pierwsze opakowanie. Świetnie radzi sobie z makijażem, nie podrażnia okolic oczu i nie ściąga twarzy. Ma cudny zapach i fajną cenę – ok. 20 zł.

Sylveco – tymiankowy żel, Biolaven – płyn micelarny, Pure by Clochee – Płyn micelarny

Serum olejowe Dzika Figa O!Figa

Jakiś czas temu za sprawą Warsztatów Fotografii Produktowej, które organizowałam dla blogerek i influencerek w marszalstudio, trafiło w moje ręce Serum Dzika Figa marki O!Figa. Choć do tej pory nie miałam przyjemności z kosmetykami tej marki, to kojarzyłam ją z zeszłorocznej listopadowej edycji Ekocudów w Warszawie. I szata graficzna zwróciła moją uwagę i urocze stoisko. Nic wtedy nie kupiłam, bo moje zapasy były spore, ale jak się okazało – była inna okazja, aby z kosmetykami O!Figa się spotkać.

 

Serum olejowe Dzika Figa

to z pewnością flagowy produkt marki. I oprócz tego, że jest swoistą jej wizytówką, to serio jak wejdziecie w neta, to same ochy i achy o nim przeczytacie. Przyznam zupełnie szczerze, że sama do tego akurat serum podchodziłam ostrożnie. Bo przecież to serum olejowe. A ja jednak lubuję się w tych na bazie kwasu hialuronowego, takich bardziej lekkich, żelowych, szybciutko się wchłaniających. Mimo to zaczęłam używać i to też niełatwą dla tego typu produktu porą, bo przy końcówce wiosny i z początkiem lata, ale byłam go już tak ciekawa,  że czekać dłużej nie mogłam i nie chciałam. Serum polecane jest do nocnej pielęgnacji i w taki sposób właśnie je stosowałam.

Serum olejowe Dzika Figa jest jak nazwa wskazuje jest typowo olejowe. Nie jest to ani olej lekki, ani suchy. Konsystencja jest konkretna, kosmetyk jednak nie wchłania się od razu i nie w pełni. Natomiast nie jest też tak, że wstając rano, nasza twarz świeci się olejem jeszcze po wieczornej kuracji. 😉 Myślę, że dobrze sobie pod te serum olejowe robić podkład z kwasu hialuronowego, żeby ładniej i szybciej się wchłaniało. Zanim mi się skończył używałam kwas hialuronowy od BioOleo, a później dokupiłam sobie Piękną Trójcę O!Figa, żeby mieć komplecik. 🙂 Natomiast, jest to moja interpretacja, oryginalny „sposób użycia” mówi o stosowaniu na zwilżoną skórę.

SKŁAD i działanie

Jest to kompozycja kilku składników. Znajdziemy w nim oczywiście olej z opuncji figowej (najdroższy olej rośliny na świecie! ), a także olej z nasion cedru syberyjskiego (wow!), olej z lnianki siewnej ( 😀 ), nadkrytycznego ekstraktu z dzikiej róży, oraz olejowej formy witaminy C. A więc posiada właściwości antyoksydacyjne, wygładzające, nawilżające i regenerujące. Jest kosmetykiem antystarzeniowym, a także idealnym do cer problematycznych. Silnie zatowarowanym w witaminy F, E, P, A i B, a także C. Ujednolica koloryt, rozjaśnia. Dzięki niezwykle wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych, jest ogromnie pomocny przy walce z chorobami skórnymi takimi jak egzema czy łuszczyca. Serum nie zawiera żadnych perfum i zapachów, także i wrażliwa cera nie odczuje dyskomfortu.

INCI: Opuntia Ficus-Indica (Prickly Pear) Seed Oil, Pinus Sibirica Seed Oil, Rosa Canina Fruit Oil, Camelina Sativa Fruit Oil, Tocopherol, Tetrahexyldecyl Ascorbate, Rosa Canina Fruit Extract, Helianthus Annus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract.

Mieszanka ta działała naprawdę fajnie i bardzo przykro było mi, gdy ta mała szklana buteleczka z pipetką, z niesamowicie radosną i przyciągającą uwagę etykietą, roztrzaskała się o podłogę w mojej łazience. No niestety. Na szczęście po takim czasie używania (ok. 3 miesięcy) wiem z czym miałam przyjemność. 😊

EFEKTY

Skóra oprócz tego, że nawilżona i wygładzona, to też ogólnie o wiele zdrowsza. I jakoś tak mniej niedoskonałości i mam wrażenie, że oznaki zmęczenia jakoś mniej widoczne były. O rzeczach takich jak przesuszenie czy odwodnienie w ogóle mowy nie było, nawet w najbardziej skwierczące słońcem dni. Ja to ogólnie taka dość wrażliwa jestem i często mam tą twarz podrażnioną, czasami swędzącą, czasami zaczerwienioną, ale podczas stosowania serum tego typu sytuacje występowały sporadycznie, pewnie właśnie wtedy, gdy go chwilowo odstawiałam, bo upały tego lata bywały dość mocno odczuwalne i przyznaję, że czasami musiałam sobie odpocząć od nakładania warstw. 😉 Ja akurat z żadnymi większymi problemami skórnymi na co dzień nie walczę, także nie opowiem Wam, jak serum działa w bardziej skomplikowanych przypadkach. Natomiast patrząc na właściwości składników, ma ono naprawdę szerokie spektrum działania. A i po cichu powiem Wam, że czytałam w necie opinie innych dziewczyn, które mają różne problemy z cerą i z Dzikiej Figi były zadowolone. 😊

Wydajność i cena

Tanie nie jest. Kosztuje 89 zł za 20 ml. Jednak jest cholernie wydaje 🤭 i jedna taka buteleczka wystarcza na kilka długich miesięcy. Stosując go przez 3 miesiące zużyłam może 1/5 opakowania? Także ostatecznie koszt ten jest zupełnie akceptowalny i zrozumiały. 😊

Ulubieńcy ostatnich miesięcy czyli kwiecień 2019

Przegląd ulubieńców ostatnich miesięcy (bo tak jak myślałam, regularna w cyklu wpisów pod tytułem „ulubieńcy” nie jestem;) czas start!

1. Clochee – Relaksujący płyn micelarny 250 ml.
Ponieważ rękawice Glov, które stosowałam do demakijażu nieprzerwanie od jakichś dwóch lat, nie służyły moim dłoniom tej zimy (całą zimę, w zasadzie teraz jeszcze też walczę z przesuszoną, pękającą aż do krwi skórą), musiałam zainwestować w coś dla nich przyjemniejszego. Inwestycja bardzo udana przyznać muszę. Ładnie usuwa makijaż, nie podrażnia ani skóry wokół oczu, ani samych oczu. Nic mnie nie piecze, nie swędzi, nie jest czerwone. Płyn jest bezzapachowy, nie pieni się. No i ta butelka z pompką! 😍 Kosztuje ok. 60 zł

2. Bioup – Olejek myjący do twarzy hydrofilowy 150 ml.
To chyba najlepszy olejek do mycia twarzy jaki miałam. W połączeniu z woda zmienia swoją konsystencję i staje się delikatną, lekką emulsją, która skutecznie oczyszcza skórę, usuwa makijaż i inne zanieczyszczenia. Łatwo się go z twarzy zmywa i choć pozostawia skórę nawilżoną i taką zdrową, to nie tłuści i w żaden sposób nie ciąży. Świetnie współpracuje z innymi produktami czy to w etapowym oczyszczaniu czy późniejszej pielęgnacji czy makijażu. Jest bezzapachowy, a jego butelka wyposażona jest w pompkę. Kosztuje ok. 60 zł

Clochee relaksujący płyn micelarny | Bioup Olejek myjący do twarzy

3. NATURATIV – Krem do twarzy AOX 360.
Ojej, uwielbiam go. Jest mega treściwy, ale przy tym nie jest ciężki, więc z powodzeniem można stosować go na dzień i na noc. Bardzo ładnie wchłania się w skórę i nie pozostawia na niej tłustego filmu. „wykończenie” określiłabym raczej jako matowe. Zawiera olej: wiesiołkowy, winigronowy i z lnianki siewnej, a także kwas hialuronowy i wiele BIO ekstraktów. Pachnie troszkę tą cytryną, której ekstrakt jest w recepturze. I posiada bardzo wygodne i praktyczne opakowanie typu airless, z pompką. Trafił do mnie dzięki shinybox ❤️ Kosztuje ok. 150 zł

Naturativ – Krem AOX 360

4. BORNTREE – Sunblocker SPF50+ 50ml.
Jest to mój pierwszy krem z jednocześnie tak wysokim filtrem i tak lekką i szybciutko wchłaniającą się konsystencją. Nie ma nic wspólnego z formułą przypominającą pastę, ciężko się rozprowadzajacą, wolno wchłaniającą i bielącą twarz. Ten działa jak lekki, szybki kremik do twarzy na dzień. Można na niego spokojnie kłaść makijaż. Nie rozpuszcza go, nie zbiera w załamaniach, nie waży i nie wpływa na trwałość. Kosztuje ok. 80 zł

Sunblocker Borntree

5. L’biotica eclat – Odmładzająco-liftingujący krem pod oczy i na powieki.
Zawiera śluz ślimaka, drzewo jedwabne, kofeinę i kwas hialuronowy. I jak dla mnie jest totalnym hitem! Świetnie sprawdza się i na noc w grubszej warstwie i na dzień, pod makijaż. Nawilża, zmniejsza obrzęki, opuchliznę. Niweluje oznaki zmęczenia czy niewyspania. I pomaga pozbyć się chwilowych cieni. W żaden sposób nie podrażnia, nie uczula. Jest bezzapachowy.Konsystencję ma lekką i szybko się wchłaniającą. Kosztuje ok. 30 zł.

L’biotica – Krem pod oczy ze śluzem ślimaka

6. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Szafran – wygładzający mus do ciała.
Zacznę od tego, że w żadnym wypadku nie nazwałabym go musem i daleko mu do jakiejkolwiek lekkości. Jak dla mnie to typowe, ciężkie i tłuste masło, które stosowane na noc potrafi zdziałać cuda. Jest to taka bomba odżywcza dla skóry, że chyba wszystkiemu da radę. Zawiera między innymi masło shea, masło kakaowe, glicerynę, olej szafranowy, olej brzoskwiniowy, olej z nasion malin, olej rokitnikowy i wiele innych naturalnych wspaniałości! Ja stosuję go na noc, głównie na mega zniszczone miejsca takie jak stopy czy dłonie. Na dzień bym się nie odważyła, bo formuła tego kosmetyku jest naprawdę „gruba”. Pachnie ładnie, trochę cytrusowo, trochę ziołowo. Kosztuje 42 zł.

7. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Balsam w sztyfcie – Śliwka.
Powiem tak – nawet gdyby sam balsam był do niczego i tak uwielbiałabym go stosować. Ten zapach jest tak cudny, że po prostu uzależnia. Sztyft fajnie sprawdza się do miejsc przesuszonych, bo aplikacja super wygodna. Łokcie, pięty, kolana czy cokolwiek innego, punktowego będą z tego balsamu zadowolone, bo to również bomba odżywcza jest! Masło shea, maso kakaowe, masło illipe, wosk pszczeli, olej z pestek śliwy, olej kokosowy, olej z rącznika i inne dobre dla skóry składniki. Kosztuje 56 zł.

Ministerstwo Dobrego Mydła – Sztyft śliwka i Wygładzający mus szafran

8. Ingrid – Podkład Ideal Match
Nie mogłabym o nim nie wspomnieć. Pierwsze wrażenie robi średnie, to znaczy na mnie średnie zrobił, bo nie lubię ciężkich podkładów, które dają efekt maski. Ja to jednak wolę jak jest lekko i jeśli się da – naturalnie. Jednak pierwsze wrażenie to zmyła, bo podkład fantastycznie wtapia się w skórę chwilkę po wklepaniu. Krycie jakieś tam daje, więc całkiem naturalnie to wszystko wygląda, a nie ciąży, nie denerwuje. Na dodatek całkiem trwały, nie zbiera w załamaniach i nie wysusza skóry. Ładnie wyrównuje koloryt i zasłania niedoskonałości. Kosztuje ok. 25 zł.

Ingrid – Podkład Ideal Match

9. Bi-es – Woda perfumowana No 44.
Kolejny cudowny zapach w kolekcji! Łączy w sobie i owoce i kwiaty: arbuz, bergamotka, jaśmin, róża, piżmo, drzewo sandałowe, paczula. Oprócz genialnego zapachu, super trwałość i dobrej jakości flakonik o pojemności 100 ml. Aż ciężko mi uwierzyć, że kosztują one ok. 37 zł!

Lifting podbródka z Maseczką Purederm Miracle Shape-Up

Powiem Wam, że ja to jednak lubię sesje Vogue. Zawsze gdy sięgnę po jakiś numer znajdę zdjęcie, którym mogę zobrazować to, co chcę powiedzieć, albo o czym chcę pisać. W tym przypadku  „idę na relaks i mam wszystko gdzieś” wydało mi się idealne. Ale do rzeczy. Bo przecież nie o zdjęciach z sesji Vogue’a. 😉

Dzisiaj rzecz nietypowa, a jednocześnie wydaje mi się, że dla wielu kobiet okaże się produktem wręcz pierwszej potrzeby. Chodzi o Maseczkę modelującą na podbródek Purederm Miracle Shape-Up, która została opracowana w taki sposób aby ujędrniać. łagodzić rysy, poprawiać owal twarzy, a także odżywić i przywrócić zdrowy, młodzieńczy wygląd. 😀

Choć na opakowaniu jest i zdjęcie maski i sposób jej noszenia, to przyznam, że po wyjęciu jej z opakowania się zdziwiłam. Jakoś nastawiona byłam na żel albo płachtę nasączoną serum. A tutaj gruba tkanina z jednej strony, z drugiej żelowa, zbita i stała powłoka. Mało rozciągliwa, ale elastyczna i idealnie dopasowująca się na twarzy i podbródka. Ma świetną przyczepność, wręcz przykleja się do twarzy. Jest dość mała (na mnie była dobra, a ja do dużych głów nie należę), więc naciąga i ściąga całą tą skórę na drugim podbródku. Ale jest też tego wada – bardzo ciągnie za uszy, które mnie już po kilku minutach zaczęły boleć. Możliwe też, że ja po prostu bardziej delikatna jestem. 😉

Maseczka modelująca na podbródek Purederm Miracle Shape-Up

Sama maseczka dzięki tej żelowej powłoce jest bardzo odprężająca – chłodzi i koi. I w zasadzie są to główne odczucia, które towarzyszyły mi podczas jej noszenia (ok.20-30 minut). Po jej zdjęciu nie występowały żadne podrażnienia czy zaczerwieniania. Ja ten czas uznałabym za relaksujące napięcie. Bo z pewnością skóra ściągnięta była, ale z drugiej strony ten żel swoje zdziałał. I może o to w tej maseczce chodzi, o te sprzeczności, które ostatecznie współpracują na efekt

Powłoka żelu pachnie bardzo delikatnie, przyjemnie. Nie odkleja się od tkaniny, nie przywiera do skóry. Nie brudzi i nie klei. Ogólnie w użyciu maseczka jest super wygodna.

Po jednym zabiegu ciężko jest mi określić skuteczność maseczki, szczególnie, że skóra w tym miejscu mi jeszcze nie wisi ;), ale jest to na pewno ciekawa alternatywa walki z problemem. I myślę, że warto ją wypróbować. Na pewno ujędrni i trochę ponaciąga. A i nie zaszkodzi. 🙂

Ulubieńcy: styczeń 2019

Dzisiaj ulubieńcy! 🙂 Pierwszy raz piszę taki post i zastanawiam się jak długo wytrwam w cykliczności ich pojawiania się, albo jaka w ogóle będzie ich częstotliwość. Choć tytuł wskazuje na podsumowania miesięczne, to nie jestem przekonana, że tak będzie. Posty te raczej będę uzależniała od tego czy w danym okresie rzeczywiście ci ulubieńcy się u mnie pojawili czy też nie. Ok, to zaczynamy.

Matowe pomadki płynne OH!MyLips Eveline Cosmetics już na mojej stronie gościły, ale nie ta czerwień. Gdy ją zobaczyłam po prostu przedpadłam! Czerwoną pomadkę traktuję jako coś pewnego, może to, co teraz napiszę nieskromne będzie, ale po prostu dobrze w niej wyglądam. Oczywiście zdarzają się odcienie, które niekoniecznie są dla mnie, ale wszystkie żywe czy ciepłe, tak jak i ta są moimi. A tą kocham i za kolor i jakość.

Kolejnym odkryciem okazało się serum do brwi L’Biotica – Activ Brow, którego używam już od prawie dwóch miesięcy. Raczej nigdy nie narzekałam na brwi, bo zawsze były dość pełne, kształtne i niewiele musiałam robić, żeby dobrze wyglądały. I nadal tak jest, z tym, że od jakiegoś czasu zaczęły gdzieś tam przy demakijażu wypadać i troszkę się przerzedziły. A, że wyraźne brwi uważam za istotny „element” mojej twarzy :D, to i serum się u mnie pojawiło. Efekty takie, jakich się spodziewałam – wzmocnienie i zagęszczenie. Przestałam tracić brwi naprawdę bardzo szybko. Producent obiecuje pierwsze efekty po miesiącu stosowania, ale mi się wydaje, że już wcześniej produkt zaczął działać, także duuuża okejka. 🙂

Eveline Cosmetics OhMyLips | L’biotica Brow Active

Bi-es For Woman. Marka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie swoją nową kolekcją zapachów – Numbers Collection. Podoba mi się w niej naprawdę wszystko. I zamysł, i flakony, zapachy, a także ich niesamowita trwałość i ta super niska cena. Tak dobre wrażenie ciężko jest przebić, więc jak dotarły do mnie te perfumy, ja już nie byłam zaskoczona tylko wręcz zszokowana! Bo zapach uwiódł mnie totalnie! Mega mocny i silny, ale nadal kobiecy. Słodycz jest w nim dość dobrze ukryta, ale oczywiście wyczuwalna. Myślę, że to bardzo zmysłowy, ale też niejednoznaczny zapach. Przepiękny, po prostu. Niestety ten do sprzedaży nie wszedł, a ja otrzymałam go od marki jako prezent świąteczny. Nie mniej – polecam Wam serdecznie pozostałe produkty tej marki. 🙂

Bi-es Woda perfumowana

Jakiś czas temu skorzystałam z kodu rabatowego, który znalazłam w shinybox i nakupowałam kosmetyków zupełnie dotąd mi nieznanej marki – INSIGHT. Wzięłam szampon, odżywkę, żele pod prysznic, a także coś do mycia dla mojej małej. I wow! Wszystkie sprawdziły się fantastycznie. Szampon i odżywkę opisałam w instagramowym denku na Insta Stories, tak samo żel do mycia z serii Sensitive. Kosmetyki naturalne, w dużych opakowaniach, z wygodną pompką, z pięknymi zapachami i super efektami. Już planuję kolejne zakupy. 🙂

INSIGHT

Cougar Brazillian Papaya Facial Oil – olejek do twarzy, który znalazłam w jednym z pudełek ShinyBox. Zawiera kwas hialuronowy i pewnie właśnie dlatego tak go lubię. Dodatek hialuronu zawsze nadaje taką charakterystyczną konsystencję, która fantastycznie sunie po twarzy i super szybko się wchłania. A do tego i działanie wzmocnione. Uwielbiam to. Zawsze używam go w połączeniu z innymi produktami, jako serum. Po toniku, ale przed kremem, w których towarzystwie dobrze sobie radzi. Nawilża, wygładza i odżywia. Mimo tego, że ulubieńcem jest, ma jedną sporą wadę – super niepraktyczne opakowanie.

Styczeń to niewątpliwie miesiąc pod znakiem zawartości kalendarza adwentowego. Ponieważ jeszcze w listopadzie zdecydowałam się na kupno Lookfantastic, to przez prawie cały grudzień mogłam się cieszyć kolejnymi nowościami, a część z nich od razu zacząć używać. I tym sposobem na koniec do zestawienia ulubieńców stycznia wpadają aż 4 produkty, które znalazłam właśnie w kalendarzu adwentowym Lookfantastic.

Pędzel dwustronny Lookfantastic

Dwustronny pędzel Lookfantastic – w jednej strony wachlarz. Z drugiej zbity stożek, którego używam do pudrowania okolic oka i to w zasadzie jest ten mój ulubieniec. Włosie miękkie, miłe i radzące sobie z kosmetykami, a jednocześnie trwała forma i idealny (do zadań specjalnych) – kształt. 🙂

Black Magic Mascara Drama & Curl Eyeko – bardzo fajny tusz z tradycyjną, wyprofilowaną szczoteczką. Niby za takimi nie przepadam, a tu taka niespodzianka. 😉 Rozczesuje rzęsy, rozdziela je podczas malowania, widocznie podkręca. Miniatura starcza nawet na miesiąc.

BBB London Ultra Slim Brow Definer czyli ultra cienka kredka do brwi. Tak zwany „automatic”. 😉 W stronę woskowej, ale z fajną pigmentacją i dobrą (nie za tłustą) konsystencją. Jest miękka, więc łatwo się nią kreśli nie podrażniając przy tym delikatnego łuku brwiowego. Kolor tez bardzo mi podpasował.

Grow Gorgeous Thickening Hair & Scalp Mask Intense – włosy milutkie, mięciutkie i pachnące. Wygładzone, ale nieoklapnięte. Nawilżenie bez obciążenia i straty świeżości. Bardzo podoba mi się ten zapach – jest dość intensywny, więc to nie dla wszystkich może być zaleta. Konsystencja dość standardowa, trzymająca się włosa, ale też dobrze się spłukująca.

Lookfantastic | BBB London | Eyeko

Jak sprawdził się krem pod oczy NAOBAY Renewal Antiox Eye Contour Cream?

Ponieważ aktualnie dobijam do jego końca, postanowiłam co nieco o nim napisać. Używałam tego kremu naprawdę długo a ani razu o nim nie wspominałam. Nie wiem jak to się stało, ale jak tak pomyślę, to wiele u mnie takich „cichych bohaterów”. Używam ich na co dzień, jestem z nich szczerze zadowolona, a jakoś mi się o nich zapomina. W każdym razie to jeden z takich właśnie kosmetyków – Krem pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream.

Dostałam go w którymś Shinyboxie i chyba była to nawet zeszłoroczna, styczniowa edycja. Nie otworzyłam go od razu i wpadł do zapasów. Jednak jak już się poznaliśmy, to zapanowała miłość.Mieliśmy małą przerwkę, bo testowałam na Waszą prośbę inny krem pod oczy (z linii Dragon Blood Evree), ale po jakichś 2 miesiącach wrócił do mnie. I jeśli zastanawiacie się teraz czy po takim czasie był on jeszcze przydatny, to tak. Ten krem po otwarciu jest świeży jeszcze przez najbliższych 12 miesięcy. I wydajny też jest bardzo. Jak wspomniałam u mnie już końcówka, ale na pewno używam go łącznie ponad 6 miesięcy, rano i wieczorem.

Opakowanie to plastikowa tubka, z drewnianym korkiem i przyznam, że kiedyś byłam w opakowaniach Naobay wręcz zakochana. Wydawały mi się idealną metaforą połączenia nowoczesnych rozwiązań z siłą natury. Bo kosmetyki te powstają na bazie naturalnych, a nawet ekologicznych składników – posiadają certyfikat EcoCert. Oczywiście zwierzęta z ich powodu też nie cierpią.

Składnikami aktywnymi Kremu pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream są:
– olej arganowy,
– masło Shea,
– sezam,
– dzika róża,
– ekstrakt z cynamonu,
– rumianek,
– wąkrota azjatycka.

Konsystencję ma lekką, trochę jakby wodnistą. Nie jest gęsty, nie lepi się. Lekko sunie po skórze. Nie trzeba go jakoś specjalnie wcierać czy rozprowadzać. Wystarczy nałożyć w odpowiednim miejscu i wklepać opuszkami palców. Wchłania się przyzwoicie i nie pozostawia po sobie śladów czy tłustych filmów. Świetnie sprawdza się i wieczorem i rano, pod makijaż. Nie zauważyłam żeby jakoś źle reagował na inne kosmetyki, czy to pielęgnacyjne czy kolorowe.

Wiem, że zdania na jego temat są podzielone. U mnie jednak nie występowało żadne podrażnienie, pieczenie czy inne nieprzyjemne skutki stosowania tego kremu. A okolice oczu mam wrażliwe i dużo kosmetyków z tego powodu się u mnie nie sprawdza. Ten natomiast nie tylko delikatnie się obchodzi ze skórą wokół oczu, a dodatkowo ją koi i łagodzi. Dobrze nawilża i minimalizuje powstawanie efektu podpuchniętego oka, klasycznych worków, czy wyraźnych cieni. Tak ogólnie dba o dobrą kondycję okolic oczu. Co do spłycania zmarszczek się wypowiedzieć nie mogę, bo jeszcze ich nie mam. 😛

Jak możecie wywnioskować, ja naprawdę jestem z tego kremu zadowolona. Ma on jednak pewną wadę, jest nią cena. 😉  Około 100 zł.

Warsztaty Beauty Healthy Lifestyle – 19.01.2019

Wiecie, że 19 stycznia uczestniczyłam w warsztatach Beauty Healthy Lifestyle, które organizowała Ewelina (Revelkove Love) i Diana (chanceleee) u Polskich Projektantów? Na pewno wiecie, bo taką relację zrobiłam Wam na instastory, jak nigdy! 😀 I tak na marginesie – życie blogerki łatwe nie jest. Przynajmniej dla mnie nie lada wyzwaniem jest uczestniczenie w jakimś wydarzeniu, bycie tam na 100%, ale też relacjonowanie go na bieżąco i informowanie Was o tym. Mówią, że kobiety niby taką podzielną uwagę mają… Ściemniają! 😛 Mimo to starałam się być „żywa” po obu stronach i mam nadzieję, że się udało. 🙂 Ale wracając do warsztatów – strasznie fajna to była sprawa dla mnie, ale chciałabym też aby i Wam zapadło w pamięci te wydarzenie. Dlatego co nieco dla Was z tego spotkania przemyciłam. 😀 Ale od początku.

Idea warsztatów opiera się na promowaniu tego co dobre, naturalne, stworzone w duchu „slow”. Nie było więc na mapie Warszawy lepszego miejsca do ich zorganizowania niż właśnie Strefa 3 i butik Polscy Projektanci. Tego dnia oprócz warsztatów, miał tam miejsce jeszcze jeden event. Ten był otwarty, przeznaczony dla wszystkich miłośników mody, polskiego rzemiosła i kosmetyków naturalnych – Poranek z Polskimi Projektantami. Byli projektanci, były stylistki, było komputerowe badanie skóry (by Diana Bojko – Naturale 🙂 ), fotografowie, pięknie prezentujące się jedzonko i to co w butiku jest najlepsze – te wszystkie cudowne ubrania i dodatki! Dość liczne towarzystwo po godzinie 13:30 zamieniło się w kameralne spotkanie koleżanek z blogosfery.

Piękne, zdrowe jedzonko na stylowym tle 😀

Warsztaty podzielone były na trzy moduły i w zasadzie każdy z nich miał nieco inny charakter. Zaczęłyśmy od zajęć praktycznych i kręcenia własnych kosmetyków na komponentach Natura Receptura. Miałyśmy też okazję poznać właścicielkę marki, która przyjechała do nas i dla nas aż z Elbląga i uczestniczyła w spotkaniu prawie do końca! 🙂 Ale wracając do DIY… Przyznam szczerze, że przepisy zaskoczyły mnie pozytywnie, a dziewczyny postarały się o coś niestandardowego (przez standard rozumiem np. domowy peeling czy maseczkę na bazie glinki 😛 ). Dlatego postanowiłam zrobić odpowiednią dokumentację i się z Wami tymi recepturami podzielić.

 

 

DIY kosmetyki naturalne – receptura na Saszetkę do kąpieli lub szafy

Kolejnym etapem spotkania była prezentacja marki Bioup i masażu twarzy, o którym mówiła nam właścicielka marki. Kosmetyki bardzo interesujące, z naturalnymi składami i przede wszystkim starannie wyselekcjowanymi składnikami aktywnymi, o których p. Karolina czerpiąc ze swojego bogatego doświadczenia mogłaby nam opowiadać godzinami. I z tego spotkania też coś Wam przemyciłam. Perełkę! Skwalan z Trzciny Cukrowej „dobrego pochodzenia”! A jeśli o sam masaż twarzy chodzi, to aż wstyd się przyznać, ale sama robię go naprawdę rzadko. Nie wiem dlaczego. W sumie dużo czasu to nie zajmuje. Chyba po prostu z niechciejstwa i zapominalstwa. Muszę go jakoś na stałe wpleść w codzienną pielęgnację, bo jak to powiedziała p. Karolina – jest to coś extra, co możemy dać skórze, nic za to nie płacąc, ale też nie mogąc tego zastąpić niczym innym. Dotyk to jednak jest moc. 🙂

Ostatnią częścią spotkania była dyskusja do której zaprosiła nas Diana Bojko, kosmetolog jakich w Warszawie niewielu. Bowiem Diana pracuje w swoim gabinecie – Naturale Kosmetologia tylko na naturalnych i sprawdzonych kosmetykach. Nie wciska Klientkom czegoś, czego sama by nie użyła i nie byłaby z efektów zadowolona. Co przyznam bardzo mi się podoba. Sama jeszcze u niej na zabiegach nie byłam, ale już się zapisałam, także pewnie dam znać, jakie są moje wrażenia i odczucia. Diana postanowiła poruszyć temat niby oczywisty, bo rozmawiałyśmy o tym przez co mogą powstawać zanieczyszczenia i problemy skórne, ale to co dla nas oczywistą oczywistością, dla innych wcale takie wiadome niestety nie jest. Dlatego ostatni prezent z warsztatów Beauty Healhty Lifestyle jaki dla Was przygotowałam, to ta krótka ściąga, największych i niewybaczalnych błędów obchodzenia się ze skórą:
1. Nigdy nie kładziemy się spać w makijażu!
2. Zmycie makijażu oczu czy ust nie jest jednoznaczne z oczyszczeniem twarzy.
3. Typowy tonik nie służy do mycia twarzy.
4. Twarz wycieramy innym ręcznikiem niż ciało czy (o zgrozo!) ręce, który dodatkowo powinien być na bieżąco wymieniany i prany. Można też używać jednorazowych ręczniczków bawełnianych.
5. Często też powinnyśmy zmieniać pościel, a także dbać o czystość jaśków, poduszeczek i innych przytulanek nocnych – wiecie ile one tego całego syfu gromadzą? A my noc w noc się do tego tulimy. Pamiętajcie o tym. 😉
6. I na koniec chyba rzecz najważniejsza – jesteś tym co jesz i wszystko to widać na Twojej skórze.
I więcej już nie straszę. 😀

Fot. Moment Decydujący MDWD

Pomiędzy modułami warsztatowymi miałyśmy jeszcze okazję poznać historię marki Biżuteria z talerzy. Poczuć na własnych rękach ciepło i moc składników aktywnych zamkniętych w Prowansalskich Świecach do masażu. Zapoznać się z ofertą marki Zielone Laboratorium, a także odebrać kod rabatowy do PIKA Biżuteria (do końca marka na hasło: MAGICDUST -25% 🙂.

Podczas imprezy towarzyszyły nam „dziewczyny z aparatami” – Monika Kutkowska, Wiola i Joasia, choć ja w tym wpisie posiłkowałam się tylko fotami Wioli – Moment Decydujący. A nagłaśnianiem całej afery jeszcze przed jej startem zajęła się Ambasada Kosmetyczna. Dzięki Wam ogromne. 🙂

Mam nadzieję, że dzięki tej relacji i „giftom” jakie dla Was przygotowałam, chociaż przez chwilę poczułyście się jak uczestniczki tego wydarzenia – z taką myślą pisałam ten tekst. Dzięki! <3

Fot. Moment Decydujący MDWD

I już naprawdę na koniec – wszystko co oprócz przygotowanych przez siebie kosmetyków przytargałam ze spotkania chciałam Wam pokazać. 🙂 Przyznam, że Prezenty od Strefa 3 zaskoczyły mnie najbardziej. 😀 

Sposób na alergie kontaktowe. Pielęgnacja skóry serią Metalscreen NUEV

Ostatnio dostałam do testów produkty nowej na rynku marki do pielęgnacji skóry – Nuev. Seria metalscreen dedykowana jest skórze skłonnej do alegrii. Szczególnie chroni przed metalami, w tym najbardziej powszechnym dzisiaj niklem. Jako, że sama na alergie kontaktowe raczej nie cierpię, to zestaw przetestowałam razem z moją przyjaciółką, która bardzo musi uważać na to, z czym jej skóra ma kontakt i jakich kosmetyków używa. Wiele rzeczy powoduje u mniej zaczerwienienia, wysypki czy krosty, w tym również wspomniany nikiel. Seria więc wydawała się być dla niej idealna.

Zanim jednak przejdziemy do sedna – czyli podsumowania testów, warto jeszcze powiedzieć kilka zdań o samej marce. Pewnie wiele z Was właśnie dowiedziało się o jej istnieniu, więc nie mogę pozostawić Was w takiej niewiedzy. Marka weszła na rynek w 2018 roku, a w  zasadzie nawet w jedno drugiej połowie. Aktualnie ofertę tworzą dwie linie. Kosmetyki Nuev to produkty chroniące skórę przed tym, co w naszym środowisku dla niej nieprzyjemne. Chroni przed alergiami kontaktowymi, a seria screenmetal nakierowana jest jak sama nazwa wskazuje właśnie na metale, również wszechobecny nikiel. Za tą ochronę odpowiada opatentowany składnik – Chitathione. To właśnie on tworzy barierę ochronną, pozostawiając na skórze swoisty film, który nie przepuszcza zanieczyszczeń i szkodliwych jonów metali.

Krem ochronny i Balsam do ciała z serii metalscreen NUEV

I właśnie screenmetal sobie testowałyśmy. Znajdziemy w tej serii Odżywczy krem ochronny i Wygładzający balsam do ciała i dłoni. Krem występuje w 3 poziomach ochrony. Można stosować go na twarz, jak i punktowo na ciało. Oprócz bariery ochronnej, która te wszystkie 3 kremy od siebie różni, gołym okiem można zauważyć nieco inną ich konsystencję. Wraz z zwiększającym się poziomem ochrony, formuła kremu jest cięższa i bardziej tłusta. Choć 3 poziom ochrony nadal jest przyjemnym i dobrze wchłaniającym się produktem, to pozostawia po sobie cienką warstwę tłustego filmu. Idealnie sprawdza się w mroźne dni. I do pielęgnacji twarzy, i do podleczenia przesuszonych obszarów na ciele, takich jak na przykład łokcie. To czy nada się pod makijaż, chyba zależy od stanu cery i osobistych preferencji. Tutaj ta ochrona rzeczywiście jest wyczuwalna. Odżywczy krem ochronny, 2 poziom ochronny, to nieco lżejsza wersja. Szybko się wchłania, pozostawiając przyjemną w dotyku, miękką i zdrową skórę. Ta wersja pod makijaż sprawdzi się zapewne u większości z Was. Współpracuje z innymi kosmetykami kolorowymi, nie powodując żadnych szkód. Z innymi produktami pielęgnacyjnymi też mu po drodze. Myślę, że to taka optymalna, nadająca się na każdą porę opcja. Wersja ta super sprawdza się do pielęgnacji dłoni. Przesuszone dostają i nawilżenie, i odżywienie. Od razu czuć, że lepiej się im robi. A co fajne – tłustej powłoki po sobie nie pozostawia, więc życia nie utrudnia. 🙂 Ostatnia wersja kremu – 1 poziom ochrony, to najlżejsza, szybciutko wchłaniająca się konsystencja, która najlepiej chyba będzie sprawdzała się latem. Właśnie dlatego, że działa, ale śladu po sobie nie zostawia. Co najważniejsze – podczas stosowania kremów, u przyjaciółki nie wystąpiły żadne podrażnienia czy alergie, także ochrona, nawet ta najmniejsza (poziom 1) chyba rzeczywiście działa. 🙂

Seria metalscreen NUEV

Wygładzający balsam do ciała i dłoni, w „ciężkości” konsystencji bardziej chyba przypomina Krem 3 poziom ochrony, bo jednak jakąś powłokę na skórze się wyczuwa i wchłania się też dłużej. Mimo wszystko jest to jednak zupełnie inny produkt. Nawilża i wygładza. Skórę podrażnioną (na przykład depilacją) łagodzi i koi. Daje radę w zimę, ale myślę, że i na cieplejsze pory roku będzie dobry. Bo ostatecznie na skórze nie ciąży.

Zapach dla całej serii jest taki sam. Niestety chyba nie potrafię go opisać dokładnie. Moja przyjaciółka nazwała go „mydlanym”, ale ja chyba nie do końca się z tym zgadzam. Tak czy siak – miły, neutralny i delikatny. Myślę, że mało komu by się nie spodobał. 🙂 A jednocześnie nie przeszkadza i nie miesza się z perfumami czy innymi pachnidłami.

Kosmetyki Nuev mają bardzo proste i jednocześnie urocze opakowania – zwyczajne tubki, zapakowane w kartoniki, niby nic takiego, a jednak! Minimalistyczny design swoje robi. 🙂

I mam jeszcze dwie ważne rzeczy do dodania.
1.Kosmetyki Nuev są uniwersalne – odpowiednie dla każdego rodzaju skóry i w każdym wieku.
2. Ceny za taki „specjalistyczny” kosmetyk są przyzwoite myślę. Zaczynają się od 37 zł za balsam, a za krem od 40 (1 poziom ochrony) do 76 (poziom 3).

Testuję maseczki w płachcie z mojaazja.eu

Mimo tego, że sama po przeczytaniu „Sekrety Urody Koreanek” zmieniłam podejście do pielęgnacji i wiele z tej książki do niej wprowadziłam, to myślę, że nie trzeba być wielką fanką azjatyckiego sposobu dbania o cerę, żeby stosować maseczki w płachcie. Są one aktualnie bardzo popularne, wszędzie dostępne, nadal egzotyczne i przede wszystkim skuteczne. Wielość i różnorodność składników aktywnych jest wręcz ogromna i każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Czy to o działanie, czy nawet sam zapach chodzi.

Ja ostatnio wzięłam się za testowanie koreańskich maseczek, które dostępne są w mojaazja.eu – czyli internetowym sklepie przepełnionym kosmetykami azjatyckimi. Z tego co się orientuje są dystrybutorem wielu marek, więc naprawdę można znaleźć u nich perełki.

Maseczki w płachcie

Maseczka, która zaciekawiła mnie najbardziej to PEACH – z wodą z lodowca i brzoskwinią. I sama nie wiem dlaczego właśnie na nią zwróciłam uwagę w pierwszej kolejności. Czy aż tak spodobał mi się zupełnie prosty i oczywisty w przekazie projekt opakowania? Czy może ten lodowiec połączony z soczystym owocem? Nie wiem. Ale przypuszczałam, że może być w niej coś innego i nie myliłam się. Serum, w którym zanurzane są płachty zazwyczaj mają gęstą konsystencję, czasami ciągnącą się, innym razem bardziej żelową, ale jednak jakoś tak bardziej zbitą. Tutaj od razu można było wyczuć wodę w podstawie, więc i bardziej lekko było. Tak orzeźwiająco, a zarazem słodko. Zapach brzoskwini wyczuwalny, ale naturalny. Bez nachalnych perfum. Niestety przy takiej formie gorzej jest z przyczepnością, bo rzadka konsystencja nie pomaga. Ale cienki materiał płachty pewnie został w tym przypadku przemyślany i właśnie ma za zadanie jednak przy tej skórze zostać, a nie osuwać się i spadać wraz z ciążącą na niej wodą.

Ogólnie lubię kosmetyki antyoksydacyjne, więc drugą w kolejności, była płachta ANTIOXIDANT Green Tea Essence Mask. Pierwsze wrażenie super. Esencja bardziej zbita, trochę żelowa. Płachta grubsza niż w PEACH, przyjemna. Duet w tej postaci super trzymał się skóry. Maseczka pozostawała na miejscu, bez żadnych poprawek. A ja i pogadać lubię i czegoś się napić w trakcie, więc wiecie. 😉 Tak więc od strony technicznej nie mam jej co zarzucić, za stronę praktyczną mogę tylko pochwalić. Po zabiegu miałam wrażenie, że moja skóra jest z 10 lat młodsza. Nawilżona, odżywiona, zrelaksowana. Super gładka, przyjemna w dotyku i trochę jakby naciągnięta. Na dodatek miała taki piękny zapach! Zdecydowanie maseczka ta trafia do moich ulubieńców.

Antyoksydacyjna maska w płachcie

Prreti i Skin Smoothie Maseczka nawilżająca z czerwoną kalarepą zdecydowanie najbardziej podoba mi się wizualnie, choć i ta czerwona kalarepa kusi. Do niej dorzucona została jeszcze żurawina i czarna porzeczka. Razem mają sprawić, że skóra będzie nawilżona, jędrna i wygładzona. I takie efekty też daje. Jest miło, miękko i zdrowo. A wszystko to dzięki idealnie przylegającej do skóry płachty. Serum, w którym została zanurzona działa jak klej i naprawdę super radzi sobie z utrzymaniem materiału, a chwilowo miałam nawet wrażenie, że ten nieco skórę ściska. Lekko żelowa konsystencja esencji, sprawia, że cały zabieg jest nieco chłodzący. Maska ma świetny zapach, który wiadomo – zostaje na skórze przez jakiś czas.

W sumie żadna z nich mnie nie zawiodła, choć PEACH na pewno nieco zaskoczyła. Takiej formy jeszcze na mojej twarzy nie gościłam, ale warto było. 🙂

Wszystkie maski, o których piszę dostępne są w sklepie internetowym mojaazja.eu i drogeriach stacjonarnych takich jak Hebe czy Natura.

Koreańskie maseczki w płachcie

Nocna maseczka do ust? PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask

Mimo trwającego szału maseczkowego, maski do ust nie doganiają swoją popularnością chociażby płatków pod oczy. I chyba nadal są spostrzegane jako kosmetyczna „egzotyka”, ale czy nie warto byłoby się z nimi poznać bliżej, a czasami nawet zaprzyjaźnić?

Ostatnio w moje ręce trafiła koreańska maseczka do ust PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask, która zaskoczyła mnie i zaciekawiła jednocześnie. Maseczka ta przeznaczona jest do nocnych zabiegów. Zawiera miód oraz ekstrakt z jagód.  Regeneruje, nawilża i wygładza.

Konsystencją przypomina dawne formuły błyszczyków – konkretna, dosyć ciężka, klejąca się. Sama używałam ich, tych błyszczyków, w takiej formie (wyciskanej tubki) pewnie jakoś w gimnazjum. 😉 Przyznam więc zupełnie szczerze, że nie oczekiwałam po tej maseczce zbyt wiele. No bo co mi może pomóc jakiś tam błyszczyk? I się trochę zdziwiłam, a raczej – miło zaskoczyłam.

Kosmetyk wchłania się przez całą noc i rano już raczej na ustach go nie znajdziemy. O ile oczywiście zastosujemy się do wskazówki z opakowania i położymy CIENKĄ warstwę.

Maseczka do ust PRETTI i Peeling do ust HaniaBEAUTY
Maseczka do ust PRRETI i Peeling do ust HaniaBEAUTY

A efekty jakie? Ostatecznie okazało się, że maseczka super nawilża usta. Rano są mięciutkie, gładkie i pełne. Nie dręczą mnie żadne przesuszenia, podrażnienia czy zadzierające się skórki. Nawet podczas przyziębienia (gdzie co chwile je pocierałam) czy przy niskich temperaturach, usta były w super kondycji. I oprócz tej maseczki, w ciągu dnia nie używałam już żadnych pomadek pielęgnacyjnych. Nocna regeneracja okazała się zupełnie wystarczająca. Ale nie byłabym do końca szczera nie wspominając o tym, że przed jej nałożeniem wykonuję peeling ust (ja używam Peelingów do ust Hania Beauty – są dostępne w sklep.hania.com.pl), aby składniki aktywne mogły zadziałać jeszcze lepiej.

Uwaga! Jeśli należysz do osób w nocy się kręcących i ogólnie nie kontrolujesz się przez sen :D, to maseczka może być trochę problematyczna (ze względu na swoją lepką konsystencję). I poza tym jednym „ale”, szczerze ją polecam, bo u mnie sprawdza się rewelacyjnie. 🙂

Koreańska maseczka do ust PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask kosztuje ok. 20 zł i dostępna jest w mojaazja.eu oraz Drogeriach Natura czy Hebe.

Olej konopny w kremie do cery suchej Efektima

Pamiętacie jak jakiś czas temu opisywałam Wam nowość marki Efektima – Olejek konopny? Dzisiaj przychodzę do Was z kolejnym produktem z tej rozrastającej się linii, choć w przeciwieństwie do swojego poprzednika nie jest on tak uniwersalny, a przeznaczony jest do pielęgnacji cery.

Krem do twarzy z olejem konopnym posiadam w wersji dla cery suchej. Wybrałam ją dlatego, że nie ma w tej serii kremu do cery normalnej i ta opcja wydawała mi się jakaś taka najbliższa.

Dla tych, którzy o oleju konopnym nie wiedzą nic, dodam tylko w jednym zdaniu (bo nie chcę się powtarzać i nudzić innych :), że jest to suchy olej, który działa regenerująco, antyoksydacyjnie i przeciwzapalnie; sprawdza się w pielęgnacji całego ciała oraz włosów. I wbrew pozorom – jest w 100% legalny. 🙂 Jest to główny składnik aktywny tego kosmetyku. A ma on za zadanie przywrócić cerze odpowiednie nawilżenie, zatrzymać w skórze wilgoć i chronić ją. Poprawiając przy tym elastyczność skóry. Dodatkowo krem jest „przystosowany” do wrażliwców, a wszelkie podrażnienia łagodzi. Można stosować go zarówno na dzień jak i na noc.

Efektima – krem z olejek konopnym do cery suchej

I tak też go używałam – rano i wieczorem. Choć przyznam, że w różnych ilościach. Wieczorami nakładałam znacznie grubsze warstwy. Nie dlatego, że cienka nie wystarczała. Raczej takie szybkie w zastosowaniu i długo działające „SPA” chciałam skórze zapewnić. Wersja do cery suchej z założenia powinna być bardziej treściwa i tłusta. I choć nie mam porównania do pozostałych dwóch kremów, to jak dla mnie (mimo tego, że nie mam wysuszonej cery) nie jest ona za ciężka czy męcząca. Wiadomo, że nie jest to żel, a ta konsystencja jest gęsta, zbita i rzeczywiście bogata, ale fajnie się wchłania, na skórze tez niewiele pozostawia, więc pod makijaż jak najbardziej się nadaje. Nie wpływa źle na jego trwałość, nie waży korektorów czy podkładów, ogólnie wygląda to dobrze. Choć warto zaznaczyć, że nie jestem typem, który na co dzień kładzie sobie makijaż niczym z tutoriali. Mimo zupełnie zwariowanej pogody, gdzie różnice temperatur i warunków atmosferycznych są z dnia na dzień są ogromne, moja cera naprawdę na się dobrze. Nie mam żadnych podrażnień, miejscowych podrażnień czy zaczerwienień, a ogólnie cerę wrażliwą mam, więc takie rzeczy się u mnie działy niejednokrotnie. Grubsza warstwa na noc też się dobrze sprawdza. Rano skóra nie jest tłusta czy lepka, a świeża, nawilżona i zdrowa.

Krem nawołuje do swojego poprzednika nie tylko zawartym w nich olejem konopnym, ale też zapachem. Opowiadałam Wam już o nim, bardzo w moim klimacie, przypominający One Million. Jest dość wyraźny i intensywny – dla niektórych na pewno będzie to ogromna zaleta, dla innych wada. Wiadomo, że zapach się ten za nami przez cały dzień nie niesie, ale przynajmniej na początku może być wyczuwalny.

Efektima – krem z olejek konopnym do cery suchej

Opakowanie to szklany słoiczek z plastikową nakrętką, o pojemności 50 ml – taki klasyk.

Krem ogólnie zaliczyłabym do wydajnych kosmetyków, którym można się cieszyć (jak patrzę na moje zużycie) pewnie nawet do 3 miesięcy.

Kosztuje ok. 20 zł

RECENZJA BeTheSkyGirl EASY GOING Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Jako, że temat świeży i w blogosferze jeszcze „raczkujący” (a Wy też zgłosiłyście chęć), postanowiłam przetrzeć szlaki i opowiedzieć Wam o nowości z mojej łazienkowej półki. Jest nią produkt marki Be The Sky Girl, o której mogłaś nawet nie słyszeć. Jest dość młoda, także jeszcze nie do wszystkich miała okazję dotrzeć. Ja trafiłam na nią na wrześniowych targach Beauty Days i kupiłam sobie właśnie wtedy tą Emulsję do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1, o której za chwilę Wam opowiem.

Najpierw jednak kilka słów o marce, bo przecież się jeszcze nie znacie. 🙂 Be The Sky Girl, to polska marka. Jej założycielkami są przyjaciółki – Ela i Ola. Tworzą one kosmetyki pielęgnacyjne, które łączą w sobie naturę z nowoczesnością. A ich receptury oparte są całkowicie na składnikach naturalnych, bez PEG, SLES, SLS czy parabenów. Aktualnie w ofercie marki znajdują się produkty do pielęgnacji twarzy oraz musy do ciała.

BeTheSkyGirl – Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Mnie BeTheSkyGirl zachęciła wyglądem, innym, trochę komiksowym i z poczuciem humoru. To na pewno wyróżnia markę spośród tłumu. Na pierwszy rzut oka może sprawiać również wrażenie kosmetyków dla nastolatek, ale pewnie właśnie dlatego przyciąga. Przecież większość z nas chciałaby jednak tych lat mieć trochę mniej. 😀 Dodam jeszcze, że nigdy wcześniej o Be The Sky Girl nie słyszałam, ale mimo to zaufałam i kupiłam.

Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1 Be The Sky Girl to plastikowa buteleczka, z pompką, o pojemności 100 ml. Jest poręczna, wygodnie się z niej korzysta, ale też kompaktowa, więc sprawdza się w podróży. Konsystencję posiada kremową, nie za rzadką, nie za gęstą. Jest to kosmetyk typu 2 w 1, więc i twarz nim oczyścić się da i zmyć makijaż. Choć ja głównie używam jej do mycia twarzy, bo jak wicie na co dzień w kwestii demakijażu oczu pozostaję wierna rękawicom Glov.

BeTheSkyGirl – Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Emulsja w połączeniu z wodą staje się po prostu bardziej rozwodniona i zawartość jednej pompki starcza wtedy na rozprowadzenie i wmasowanie na powierzchni całej twarzy. Przyjemnie sobie na niej osiada, nie zsuwając się i nie uciekając. Bez problemu zmywa makijaż, oczyszcza skórę i pozostawia ją naprawdę przyjemną w dotyku. Wypielęgnowaną i wygładzoną. Nie podrażnia skóry, ani jej nie wysusza. Po umyciu i osuszeniu twarzy nie pojawia się też efekt ściągnięcia czy uczucie swędzenia. Jest fajnie, serio. Choć przyczepić się do czegoś muszę i tym razem będzie to zapach. Jak dla mnie byt taki mydlany jest. Przypomina mi po prostu jakąś kostkę Fa czy coś takiego. Mógłby być jakiś bardziej wyszukany. No i jeszcze ta pojemność. Bo o ile ogólnie opakowanie super, to na dłuższą metę 100 ml to jednak trochę mało, szczególnie gdy używa się kosmetyku 2 razy dziennie, a kosztuje on ok. 50 zł. I choć nie wiem jakby był bardzo wydajny, to po prostu się pewnych rzeczy nie przeskoczy. Więc moim zdaniem przy tej cenie pojemność powinna być nieco większa.

I w zasadzie to chyba wszystko, co mogę Wam o tej emulsji powiedzieć.

Kosmetyk fajny i godny polecenia, także jeśli będziecie miały okazję, próbujcie! 🙂

Odprężająca kolagenowa maseczka pod oczy PUREDERM

Ogólnie boję się trochę kosmetyków do pielęgnacji okolic oczu. Tak często je podrażniają, że zanim wypróbuje czegoś nowego, to czaję się koło tego z tydzień. Tak było i tym razem, ale moja nieufność była zupełnie nieuzasadniona i niepotrzebna.

Kolagenowe płatki pod oczy, a w zasadzie nawet Kolagenowa maseczka pod oczy PUREDERM to ostatnio mój ulubieniec.

Płatki wykonane są z cienkiej, dobrze przylegającej do skóry płachty. Są optymalnie nasączone, dzięki czemu nic nam nie cieknie, nie leci do oczu, nie przesuwa się i nie spada.

Purederm Maseczka kolagenowa pod oczy

Maseczkę trzyma się na skórze od 15 do 20 minut i powiem Wam, że czas ten należy do bardzo przyjemnych i odprężających. Wilgotne płatki chłodzą okolice oczu, nie tylko relaksując skórę, ale także spełniając rolę swojego rodzaju opatrunku. Są bardzo przyjemne i delikatne. Lekko naciągają skórę podczas ich noszenia. Świetnie sprawdzają się wieczorową porą. 🙂

Maseczka fajnie nawilża, wypełnia i ujędrnia. Skóra pod oczami jest jakby jaśniejsza, trochę młodsza i zdrowsza. A przede wszystkim taka odprężona i zrelaksowana. Bardzo przyjemna. I wszystkie te efekty są widoczne nie tylko tuż po zdjęciu maski, ale także po całej nocy – rano.

Składnikami aktywnymi jest oczywiście kolagen, a także witamina E raz ekstrakt z zielonej herbaty. Działają one nawilżająco, ujędrniająco i przeciwstarzeniowo. Nie zawierają perfum, są zupełnie bezzapachowe.

Opakowanie zawiera 30 płatków, więc trochę czasu sobie nimi umilimy. 🙂

Jak oceniam serię Dragon Blood EVREE?

Jakiś czas temu chwaliłam się Wam ogromną ilością nowości, które wpadły do mnie na przestrzeni kilku dni. Był wśród nich zestaw Dragon Blood EVREE, którego byłyście bardzo ciekawe. Dlatego w pierwszej kolejności wzięłam się za jego testowanie, a dzisiaj przychodzę do Was z recenzją.

Jesień to bardzo dobry czas na silną regenerację, jaką oferuje nam seria Dragon Blood. Zmęczona intensywnym słońcem, wysokimi temperaturami i wiecznie trwającym latem, a jednocześnie wkraczająca w porę wilgoci, deszczu i chłodu skóra potrzebuje wsparcia. A Dragon Blood je daje. Pewnie zastanawiacie się co kryje się pod tą intrygującą nazwą? Marka do stworzenia linii wykorzystała żywicę draceny smoczej. Ta ma silne właściwości regenerujące, wzmacniające i ochronne i stała się „twarzą” całej serii. 🙂

W serii znajdują się trzy produkty:
Silnie regenerujący krem do twarzy na dzień i na noc,
Aktywnie wzmacniający eliksir młodości do twarzy,
Silnie Regenerujący krem pod oczy.
Jak możemy przeczytać na etykietach, kosmetyki skierowane są do osób prowadzących aktywny tryb życia. Czyli w zasadzie do większości z nas, bo przecież dzisiaj inaczej się nie da. 😉
Wszystkie można stosować i na dzień i na noc, więc jest to fajna opcja dla minimalistek kosmetycznych.
Choć zestaw jest dość skromny (są to tylko 3 produkty), to myślę, że dobrze skomponowany i zapewnia optymalną pielęgnację.

Moim ulubieńcem jest oczywiście Aktywnie Wzmacniający eliksir młodości do twarzy. Dlaczego? Pewnie dlatego, że lubię wszelkiego rodzaju sera, eliksiry, esencje. Na dodatek jest to „eliksir młodości”. 🙂 Ale tak na poważnie – ma bardzo fajną konsystencję taką na wpół kremową, a na wpół żelową. Szybko wchłania się w skórę, bardzo fajnie ją przy tym wygładzając i umilając. Wtapia się w zupełności (na skórze pozostaje tylko zapach), więc jest świetną bazą do przyjęcia kolejnej dawki składników aktywnych zawartych w kremie. W pojedynkę też daje sobie radę (ale tylko w dzień i to ciepły – w inne nie używałam 😉 i sprawdza się również pod makijaż. Składnikami aktywnymi są: ekstrakt żywicy draceny smoczej, olej buriti, botaniczny film wygładzający.

Evree Dragon Blood

A teraz produkt, który zaskoczył mnie najbardziej czyli Silnie Regenerujący krem pod oczy. Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się jego opakowanie. I pojemność 15 ml uważam za fajną (nie jest za duża i jest szansa za terminowe jego zużycie; strasznie nie lubię, gdy kosmetyki marnują się tylko ze względu na kiepsko dopasowaną do realiów gramaturę) i samą jego formę. Ta mała tubka z podajnikiem i fajnie leży w dłoni i wygodna w użyciu jest. Krem na delikatną konsystencję, więc spokojnie można go używać i rano pod makijaż i wieczorem. Ładnie się wchłania, nie zostawia żadnego filmu. Intensywnie wygładza i wypełnia. Skóra wokół oczu jest nawilżona, napięta i przyjemna w dotyku. Choć nie zauważyłam, żeby jakoś wyraźnie niwelował cienie, to na pewno radzi sobie z mniejszą opuchlizną. Co dla mnie najważniejsze – krem nie podrażnia oczu, a często mi się to zdarza. Składnikami aktywnymi są ekstrakt żywicy draceny smoczej, masło moringa, ekstrakt z dzikiego wina.

I na koniec produkt, który mnie nie zaskoczył, ani nie zachwycił, ale to pewnie dlatego, że kremy Evree znam nie od dzisiaj i wiem czego mogę się po nich spodziewać. Silnie regenerujący krem do twarzy na dzień i na noc to bardzo poprawny kosmetyk. I nie chciałabym zostać źle odebrana – też go lubię. 🙂 Ma przyjemną konsystencję. Może trochę taką „hialuronową”? Wiecie o co chodzi? Fajnie się rozprowadza, szybko wchłania i pozostawia skórę w dobrej kondycji. Nie jest ani za tłusty, ani za mało treściwy. Można spokojnie nakładać go i pod makijaż i przed snem (ja zawsze kładę grubszą warstwę niż rano). Fajnie nawilża, regeneruje i odżywia. Skóra jest miła w dotyku, miękka, ale i jędrna. Nie męczą ją żadne przesuszenia czy wypryski. Wygląda ładnie, zdrowo. Krem posiada dość intensywny zapach, który początkowo nie do końca mi odpowiadał przyznam szczerze, ale z czasem jakoś się tak z nim zaprzyjaźniłam. Pojemność słoiczka to standardowe 50 ml, które starczy na jakieś 2-3 miesiące. Składnikami aktywnymi są ekstrakt żywicy z draceny smoczej, olej buriti, ekstrakt z miłorzębu japońskiego.

Trio te dostępne jest tylko w drogeriach Hebe, a wiadomo, że nie każdy pod domem akurat tą drogerię ma, więc z tą dostępnością szału nie ma. Myślę jednak, że warto na nie zapolować, albo nawet poprosić kogoś, kto ma bliżej i sobie je przetestować.

 

Zobacz również:

Soda oczyszczona w kosmetykach Evree Soda Clean

Pierwszy krem CC w portfolio Evree – Pure Neroli

Nowość: Evree Magic Rose Upiększająca maska do twarzy

 

 

Idealny podkład za 30 zł – Eveline Cosmetics Liquid Control

Ostatnio miałam taki dzień, który z góry zaliczyłam do tych gorszych. Zaczęło się to tak, że robiąc sobie rano makijaż zorientowałam się, że właśnie kończy się podkład. Mój aktualnie najulubieńszy podkład – Liquid Control HD Eveline Comstics. I choć nabycie kolejnego nie jest żadnym problemem, to jakoś mi się tak smutno zrobiło. I wiadomo, nastawiło mnie na całą resztę dnia. 😉

Generalnie kiepska jestem w trzymaniu Was w napięciu i budowaniu tajemniczej aury. 😛 Jak wyżej wyczytałyście, mój aktualny numer 1. Pokochałam ten podkład dosłownie za wszystko! I choć wiadomo, że do kosmetyczki non stop wpada mi coś fajnego, to ten podkład serio na ich tle się wyróżnia.

Podkład dzięki swojej lekkiej i nietłustej konsystencji sprawdza się w wielu sytuacjach. A poziom krycia zależy od nas samych. Można nakładać go warstwowo, w mniejszych lub większych porcjach. I za każdym razem ładnie się rozprowadza nie tworząc smug, zacieków czy plam. Nie pozostaje na wierzchu, ale wtapia się w skórę i tworzy bardzo naturalny efekt. Nie tworzy maski, nie zbiera się w zagięciach.

Eveline Cosmetics – Liquid Control

Dobrze dobrany kolor poprawia i wyrównuje koloryt oraz przykrywa niedoskonałości. Cienka warstwa idealnie sprawdza się na upały, godnie zastępując kremy typu BB i CC. Dla posiadaczek piegów mam taką wiadomość, że oszczędna porcja podkładu ich nie zakryje, więc o świeży i naturalny look nie ma się co martwić.

Podkład jest tak lekki i przyjemny, że nawet go nie czuć. Nie ciąży, nie zapycha, nie przetłuszcza. Ale z drugiej strony też nie wysusza i nie podrażnia.

Dobrze współpracuje z innymi kosmetykami i trzyma się twarzy niezależnie od tego, jakiej bazy użyjemy (czy będzie to typowa baza czy też krem). Nakładane na niego bronzery, rozświetlacze czy róże ładnie się rozkładają i tworzą dobrze prezentujące się tafle.

Mimo tego, że podkład jest rzadki, jego aplikacja jest zupełnie bezproblemowa, bo odbywa się przy użyciu pipety, w którą wyposażone jest opakowanie.

I na koniec zbiór najważniejszych informacji czyli tak zwane „DANE TECHNICZNE”:
– lekka, lejąca się konsystencja,
– możliwość stopniowania krycia,
– zastępstwo dla kremów BB,
– szklana butelka o pojemności 32 ml,
– butelka wyposażona jest w pipetkę, która ułatwia aplikację,
– 6 odcieni,
– dostępny online i w drogeriach stacjonarnych, również sieciach takich jak Rossmann,
– cena od ok. 30 zł.

Polecam bardzo! 🙂

Viankowe cudo – Łagodząca emulsja do mycia twarzy z żywokostem

Dzisiaj będzie o Łagodzącej emulsji myjącej do twarzy z ekstraktem z żywokostu Vianek, bo już dawno nie spotkałam się z tak delikatnym, a zarazem tak skutecznym kosmetykiem do demakijażu.

Emulsja przeznaczona jest do cery wrażliwej, dlatego wszystko co znalazło się w jej recepturze to składniki łagodzące, kojące i niezwykle delikatne. Oprócz alantoiny, gliceryny, panthenolu czy oleju kokosowego, zawiera również ekstrakt z korzenia żywokostu (o właściwościach żywokostu). Mają one za zadanie skórę oczyścić, nawilżyć, odżywić i przede wszystkim ochronić przed podrażnieniami i napięciem. Emulsja nie narusza bariery lipidowej. Wpływa na uczucie wygładzenia, miękkości i komfortu.

Śnieżnobiała emulsja, dzięki zawartym w niej olejom, właśnie taka nieco olejowa w konsystencji jest. I pewnie dlatego jest tak skuteczna w oczyszczaniu skóry z makijażu i innych zanieczyszczeń, które gromadzą się na twarzy w ciągu dnia. Brak konkretnego, dobrze wyczuwalnego zapachu, jest oczywiście zrozumiały – emulsja ma być jak najbardziej neutralna i delikatna. Jednak nie ukrywam, że jestem ogromną fanką Viankowych zapachów i tutaj z chęcią bym też coś dodała, gdyby była taka opcja. Opakowanie dla produktów myjących tej marki standardowe i bardzo praktyczne, nie zamieniłabym na nic innego. Pojemność to 150 ml.

Emulsja, jak już z resztą zdążyłam wyżej wspomnieć, dobrze radzi sobie z demakijażem i oczyszczeniem. To, że nie podrażnia skóry, nie powoduje żadnych zaczerwienień czy dyskomfortu jest raczej oczywiste. To, że zostawia ją odżywioną, mięciutką i milutką w dotyku, to myślę cenna uwaga. W żaden sposób nie ściąga skóry i jej nie napina. Ta wydaje się być bardziej elastyczna, pełna i zdrowa. W zasadzie po jej użyciu, skóra prezentuje się niemalże tak, jakby już dawno był wklepany tonik i nałożony krem. Naprawdę fajne uczucie, takiej zadowolonej i dopieszczonej skóry, a przecież to dopiero początek rytuału. 😉

Jak wszystkie kosmetyki Vianek, tak i ten nie był testowany na zwierzętach, a jego skład jest naturalny i nie zawiera sztucznych kompozycji zapachowych.

Jego przydatność to ok. 3 miesiące od pierwszego użycia, a spokojnie wystarcza do codziennego stosowania na jakieś 2. Kosztuje ok. 20 zł.

 

Zobacz również:

Szybka recenzja VIANEK Rewitalizujący żel myjący do twarzy

Vianek seria przeciwstarzeniowa – Eliksir do twarzy z witaminą C vs. Serum do twarzy z koenzymem Q10

Lekki i wzmacniający szampon Vianek – seria fioletowa

Dobry naturalny szampon do włosów ciemnych i farbowanych

 

 

 

 

Instagramowe wiosenne DENKO (instastory)

Na co dzień używam tak wielu produktów, że ciężko jest mi opisywać w pełnych recenzjach je wszystkie. Zwyczajnie czasu na życie bym nie miała. Ale spokojnie. Znalazłam na to sposób!

Postanowiłam uruchomić projekt DENKO i publikować mini recenzje na instastory. 😀 W przeciągu kilku ostatnich tygodni kilka się już pojawiło.

Mini recenzje znajdziecie w wyróżnionych relacjach na Instagramie, a poniżej zamieszczam taki „spis treści”, żebyście wiedziały czego możecie się tam spodziewać. Taką aktualizację będę publikowała na stronie mniej więcej co kwartał – jest denko wiosenne, później będzie letnie, jesienne itd.

Mam nadzieję, że ta szybka i konkretna forma Wam się spodoba.

Aby na bieżąco podglądać nie tylko „denko”, ale i wszystko co z BAFem związane, serdecznie zapraszam do obserwowania profilu! 🙂
@BAFAVENUE.PL

Oczyszczająca maseczka bąbelkująca Bubble Mask Purederm – moje odczucia

Tradycyjne maseczki w płachcie choć cały czas super modne, to jednak już trochę „retro”. Na rynku pojawiają się coraz to nowsze wynalazki. Jednym z nich są maseczki bąbelkujące.

W moje ręce wpadły takie dwie z PureDerm:
Głęboko oczyszczająca maseczka bąbelkująca z aktywnym węglem (oraz ekstraktem z cytryn, pomarańczy, papai, cukrutrzcinowego ,
Głęboko oczyszczająca maseczka bąbelkująca z pyłem wulkanicznym (oraz kolagenem, kwasem hialuronowym, ekstraktem z papai i cukry trzcinowego) .
Obie oczyszczają, tonizująca i nawilżają. Przy czym jedna zwęża dodatkowo pory, a druga delikatnie złuszcza.

Obie płachty wykonane są z bardzo przyjemnego w dotyku materiału w czarnym kolorze. Są dość intensywnie nasączone płynem aktywnym, który nie jest tak „żelowy” i „hialuronowy” jak w innych maseczkach. Bąbelkowa natura maski jest widoczna w zasadzie już po wyciągnięciu jej z opakowania, choć wiadomo, że swoją objętość uzyskuje dopiero na twarzy. Dobrze się do niej przykleja i co najważniejsze nie zsuwa się podczas zabiegu.

Ten trwa 10-15 minut i jest całkiem przyjemny, choć pewnie jakaś część z Was, tak jak z resztą ja będzie odczuwała delikatne podszczypywanie. Przyznam, że dla mnie to bardziej zaleta niż wada, bo dzięki temu przeniosłam się na chwile do gabinetu kosmetycznego. 🙂 Maska przez ten czas bąbelkuje i zwiększa swoją objętość. Na szczęście, piana idzie do góry i nie rozlewa się na boki, więc oczy, nos i usta są bezpieczne. Mimo tego „poruszenia” na skórze, o którym wyżej wspominałam, po zdjęciu płachty i opukaniu twarzy letnią wodą, skóra nie była podrażniona, nie wystąpiły też (co przyznam szczerze u mnie trochę dziwne :P) zaczerwienienia. Gładka, nawilżona i świeża – tak określiłabym skórę tuż po zabiegu. Fajna w dotyku, przyjemna dla oka. Zauważyłam jeszcze, że po nałożeniu kremu po tym całym zamieszaniu, skóra fajnie go chłonie i jest nim pobudzona.

Chyba pierwszy raz jestem tak zadowolona z działania maski w płachcie. Pewnie dlatego, że efekty przede wszystkim czuję i nad i pod skórą. Poza tym daje właśnie takie uczucie profesjonalnego zabiegu, a tym samym chwilę odprężenia i relaksu.

A i jeszcze jedna ważna sprawa – maski wolne są od SLS, SLES, pochodnych ropy naftowej i sztucznych barwników.

Bubble Mask Purederm dostępne są w drogeriach Hebe, sklepach kosmetycznych oraz na mojaazja.eu, w cenie ok. 15 zł.

Krem z komórkami macierzystymi – Apple Queen Bartos Cosmetics

Dzisiaj produkt, który oczarował mnie zarówno swoim wyglądem, jak i zaciekawił recepturą. Nowość na polskim rynku i to w wersji ekskluzywnej. Sama natura, nie testowana na zwierzętach i odpowiednia dla wegan. Co to takiego?

Bartos Cosmetics to startująca polska marka, która tworzy swoje produkty w oparciu o 3 filary – zdrowie, naturę i urodę. Marka aktualnie w portfolio ma 3 kosmetyki: krem odmładzający, krem wzmacniający i regenerujący płyn micelarny. Ich ceny są dość wysokie, bo kolejno jest to 149 zł, 139 zł i 89 zł, więc podstawowe pytanie brzmi czy warto marce zaufać i w nie zainwestować?

Swój egzemplarz Odmładzającego kremu Apple Queen Bartos Cosmetics otrzymałam na Meet Beauty Conference. Przyznać muszę, że urzekł mnie swoim wyglądem.

Słoiczek jest nie tylko pięknie zaprojektowany graficznie, ale też bardzo porządny i co najważniejsze mega praktyczny. Opakowanie typu airless sprawia, że krem nie traci na jakości i jest pełnowartościowym kosmetykiem, do ostatniej aplikacji. Dodatkowo dozuje odpowiednie porcje kremu i po prostu jest wygodny w użyciu.

Bartos Cosmetics – Apple Queen

Krem oprócz tego, że urokliwy na zewnątrz, jak informuje producent, jest też piękny w środku. Jego receptura zawiera komórki macierzyste z jabłoni domowej, ekstrakt z czerwonej koniczyny, kwas hialuronowy, sok z liści aloesu, olej arganowy, olej awokado, olej manoi, masło waniliowe, witaminę B5, B3 i E. Cała ta mieszanka dba o odnowę komórek skóry oraz jej odżywienie i nawilżenie. Działają one przeciwstarzeniowo i wpływają na elastyczność i jędrność skóry. Dodatkowo składniki te koją i łagodzą.

Krem ma bogaty skład i równie treściwą konsystencję. Nie jest ona najlżejsza, ale jakaś wyjątkowo tłusta i ciężka też nie. Posiada delikatny, kremowy odcień. Pozbawiony jest perfum, a jego zapach (delikatny, ale wyczuwalny) zupełnie naturalny.

Jak już wspomniałam jest kremem dość treściwym, więc zdecydowanie lepiej, przynajmniej u mnie, sprawdza się na noc. Niezależnie od warstwy jaką aplikuję, krem pozostawia na mojej skórze trochę tłustego filmu, więc pod makijaż się nie nadaje. Jak się domyślacie – nocą mi to w ogóle nie przeszkadza. I często pozwalam sobie nawet na położenie grubszej warstwy, jako taką maseczkę odżywczą. Krem zawsze kładę na oczyszczoną skórę, posmarowaną wcześniej płynnym serum (najczęściej na bazie kwasu hialuronowego – super się wchłania i fajnie transportuje składniki aktywne kolejnych kosmetyków w głąb skóry).

Bartos Cosmetics - Apple Queen
Bartos Cosmetics – Apple Queen

Faktem jest, że odkąd go używam moja skóra nie ma problemów czy to z warunkami atmosferycznymi, czy z klimatyzacją. Nie nękają mnie żadne przesuszenia, podrażnienia czy zaczerwienienia. Twarz jest nawilżona i odżywiona, napięta i jędrna. Wygląda dobrze – zdrowo i świeżo, przez cały dzień. Wydaje się też, że kosmetyk wzmocnił naczynka i wygładził co nieco.

Ogólnie jestem z niego zadowolona i myślę, że to fajny produkt dla wymagających. Spełni oczekiwania zarówno jeśli chodzi o skład, jak i efekty.

Dostępny jest m.in. w sklepie internetowym marki.

Soda oczyszczona w kosmetykach Evree Soda Clean

Ilość zastosowań sody oczyszczonej jest naprawdę duża i pewnie nie do końca nam znana. I choć zdawałam sobie sprawę, że ten biały proszek ( 😀 ) potrafi zdziałać cuda (czy to podczas gotowania, czy sprzątania, czy nawet robienia okładów), to jakoś o wykorzystaniu go w kosmetykach nie myślałam. Aż tu pewnego dnia moje oczy ujrzały kosmetyki Evree Soda Clean.

Inspiracją do powstania tej truskawkowo-sodowej linii oczyszczającej, był oczywiście rynek azjatycki, gdzie sody w kosmetykach nie brakuje. Cały sekret jej skuteczności tkwi w mikrocząsteczkach, które wnikają wgłąb skóry oczyszczając ją i złuszczając. Odblokowują one pory i redukują zaskórniki. Są małe i bardzo skuteczne, a przede wszystkim super delikatne, więc wszystko odbywa się bez jakichkolwiek podrażnień.

W skład linii Soda Clean Evree wchodzą póki co dwa produkty – Sodowa pianka do mycia twarzy i Sodowy puder do mycia twarzy. Oba przetestowałam i zdecydowanie bardziej polubiłam się z tym pierwszym. Bardziej odpowiada mi jego forma – pianka jest kremowa, śliska, więc przyjemnie rozprowadza się ją po twarzy. Nie zmywa się po pierwszym machnięciu, ale nie szkodzi. Jak się pewnie domyślacie, zapach truskawek obłędny, dobry klimat robi. Sama pianka rzeczywiście obchodzi się ze skórą i delikatnie i skutecznie jednocześnie. Jest ona porządnie oczyszczona, gładka i nawilżona. Właśnie, nawilżona. Pianka dosyć intensywnie nawilża, nie ściąga, nie powoduje żadnego uczucia dyskomfortu, które często towarzyszy po myciu twarzy.

Puder lubię mniej, dlatego, że jest pudrem. Po prostu. Jest leciutki, więc unosi się w powietrzu i drażni mój nos. Ten mam bardzo wrażliwy, więc same rozumiecie. Oprócz samej formy, kosmetyk też niczego sobie. Można stosować go w połączeniu z wodą albo olejem. Jego konsystencja wtedy przypomina coś w stylu emulsji. Efekty podobne do tych przy piance, choć zależą one też od tego z czym ostatecznie puder wymieszamy.

Oba produkty dostępne są w drogeriach. Pianka kosztuje ok. 20 zł, puder piąteczkę mniej.

 

Zobacz również:

Kilka zdań o Upiększającym kremie pod oczy Evree Magic Rose

Evree na legalu czyli kremy do rąk z olejkiem cannabis

 

Pierwszy krem CC w portfolio Evree – Pure Neroli

Czy Krem z witaminą K uszczelniającą naczynka Pharmaceris N Capinon K działa?

Moja delikatna skóra, szczególnie po zimie potrzebuje wzmocnienia. Niestety nie obyło się bez popękanych naczynek, także było i w zasadzie nadal jest co naprawiać. Dlatego jakiś czas temu sięgnęłam po Pharmaceris N Capinon K Krem z witaminą K uszczelniającą naczynka.

Pękające zimą naczynka generalnie nie są u mnie aż tak widoczne. Fajnie ukrywają je moje piegi, które są zawsze, w całkiem sporej ilości. Dlatego nawet jeśli coś się popsuje, to nie wpadam w panikę, jednak wiadomo, że pod kontrolą trzeba to wszystko mieć.

Po krem z witaminą K sięgnęłam z kilku przyczyn, a właściwie jej właściwości. Jako że wpływa na prawidłową krzepliwość krwi, wspomaga i wzmacnia naczynia krwionośne. Pomaga niwelować wszelkie zaczerwienienia, obrzęki czy siniaki. Uzyskujemy więc też przy jej pomocy jednolity koloryt cery. Nic nie stoi również na przeszkodzie, aby stosować ją w słoneczne dni – co wiosną (szczególnie tak gorącą!), wiadomo, ma znaczenie.

Krem Pharmaceris przeznaczony jest oczywiście do pielęgnacji cery wrażliwej, naczynkowej, z rozszerzonymi naczynkami. Podobno radzi sobie również z problemami takimi jak cienie pod oczami, wylewy podskórne, zasinienia. Polecany jest do stosowania przed i po zabiegach medycznych i kosmetycznych, co sugeruje, że naprawdę intensywnie działa. A jak sprawdził się w praktyce?

Pharmaceris N Capinon K Krem z witaminą K uszczelniającą naczynka

Bez owijania powiem Wam, że rzeczywiście sieci zredukował i na pewno wzmocnił cerę, bo nie pojawiło się nic nowego. Od czasu kiedy zaczęłam go stosować skóra wygląda lepiej, choć jeszcze ostatecznie z naczynkami się nie rozprawiłam. Dobrze nawilża nie ciążąc przy tym zbytnio. Nie pozostawia tłustego filmu, ale skóra po nim matowa też nie jest.

Ma typową dla kremu konsystencję, w białym kolorze, o takim neutralnym, trochę aptecznym zapachu. Lekko się rozprowadza, szybko wchłania. Ja stosowałam go głównie na noc, jednak na dzień, pod makijaż też przetestowałam i dawał radę. Nie wpływał negatywnie na aplikację innych kosmetyków czy trwałość makijażu.

Choć opakowanie 30 ml wydaje mi się być w tym przypadku małe, to opcja z pompką jest bardzo wygodna i na pewno wpływająca na przydatność i świeżość kremu. Szkoda , że wykonane jest z białego kryjącego w pełni plastiku, bo po prostu nie widać ile kosmetyku jest jeszcze w środku i pewnego dnia można się po prostu zdziwić. 🙂

Krem kosztuje ok. 50 zł i jest dostępny w aptekach oraz sklepie internetowym marki.

 

Zobacz również:

Ciążowe problemy skórne i prosta na nie odpowiedź – BUSTFIRM Pharmaceris

Kremowy żel myjący pod prysznic EMOTOPIC Pharmaceris – recenzja

Dobry krem CC do cery naczynkowej

 

OLIVOLIO – krem i serum do pielęgnacji twarzy

Oliwa z oliwek to nie tylko artykuł spożywczy, ale i genialny kosmetyk naturalny. Można stosować ją w oryginalnej formie, albo wraz z kosmetykami, w które jest wkomponowana.

Powszechnie wiadomo, że oliwka ma świetny wpływ na skórę. Najbardziej ceniona jest oliwa z pierwszego tłoczenia na zimno czyli dobrze nam znana – extra virgin. Bogata w witaminę E i F, intensywnie nawilża, łagodzi podrażnienia, regeneruje i odżywia. Ponadto chroni przed szkodliwymi czynnikami atmosferycznymi oraz wolnymi rodnikami. Posiada właściwości antystarzeniowe. Dzięki niej cera zyskuje blask i witalność. Dlatego tak chętnie sięgają po nią producenci kosmetyczni.

olivolio-krem-24h-serum-anti-aging

Odżywczo – nawilżający krem do twarzy z kwasem hialuronowym oraz i Serum przeciwzmarszczkowe do twarzy i szyi od Olivolio, to produkty, które kompleksowo zadbają o cerę. Oba polecane są do każdego rodzaju skóry. Ich składniki są w całości naturalne, a wiele z nich również certyfikowanych. Nie zawierają parabenów, olei mineralnych, silikonów czy alergennych składników zapachowych. Nie były testowane na zwierzętach, ale zostały przebadane dermatologicznie. Są bardzo delikatne i prawdziwe.

Odżywczo – nawilżający krem do twarzy z kwasem hialuronowym Olivolio, to intensywny kosmetyk o naturalnym, lekko ziołowym zapachu i kremowej konsystencji. Świetnie sprawdza się na noc, gdyż właśnie podczas Twojego odpoczynku, on ma możliwość działać w pełni. Rano skóra jest napięta, rozświetlona i świeża, i choć czynność kremowania można powtórzyć, to niekoniecznie jest taka potrzeba. Oprócz długotrwałego, głębokiego nawilżenia, krem zapewnia również odżywienie, wygładzenie i ochronę przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Bogaty jest w witaminy A + E, provitainy B5, oliwę z oliwek extra virgin, retinol, glicerynę, olej jojoba, kwas hialuronowy oraz panthenol. Jego opakowanie (poj. 50 ml) to ładnie prezentujący się szklany słoiczek ze złotą nakrętką i firmowy kartonik.

olivolio-krem-24h-kwas-hialuronowy

Serum przeciwzmarszczkowe do twarzy i szyi Olivolio, to bardzo przyjemny kosmetyk, który dzięki swojej konsystencji (rzadkiego żelu) odpręża i chwilowo chłodzi skórę. Jego formuła świetnie sprawdza się przy masażach twarzy, gdyż nadaje delikatny poślizg. Serum szybko wnika w głąb skóry, pozostawiając ją pachnącą, gładką i napiętą. Dzięki zawartości takich składników aktywnych jak: wyciąg z liścia oliwki, witaminy A + E, prowitamina B5, kwas hialuronowy, alantoina, peptydy, wyciąg z wierzbówki, wyciąg z liścia aloesu i gliceryna, kosmetyk opóźnia procesy starzenia się, nawilża, wypełnia i wygładza. Szklana buteleczka o pojemności 30 ml, wyposażona jest w wygodną pompeczkę i ochronną, złotą nakrętkę.

Oba kosmetyki dostępne są m.in. w sklepie internetowym należącym do dystrybutora marki w Polsce – olivepharm.pl , w cenie 47 zł i 49 zł

Nanotropocollagen – Kolagen NTC

ntc-kolagen-1

Kolagen NTC to producent nanotropocollagenu – aktywnego kolagenu naturalnego, który oprócz produktu dostarcza np. poprzez stronę internetową porządną dawkę wiedzy.

Kolagen NTC to produkt w 100% naturalny, pozbawiony jakiejkolwiek chemii. Występuje on w formie żelu, w opakowaniach o poj. 50 i 300 ml, które dostępne są m.in. w sklepie internetowym producenta (TUTAJ).

Serdecznie zapraszamy i polecamy lekturę w postaci „bazy wiedy“ zamieszczonej na stronie Kolagen NTC.

Wkrótce i u nas będziecie miały okazję do poczytania o produkcie – bądźcie czujne! 🙂

 

Organiczne odmładzanie skóry z Peelingiem Be Organic

peeling-be-organic-glowne

Peeling to kosmetyk, którego używa znaczna większość kobiet. Daje nam uczucie świeżości i komfortu, a oprócz tego ma ogromny wpływ na utrzymanie stanu młodego i jędrnego ciała.

Peeling złuszcza martwy naskórek, pomagając tym samym w jego odnowie i budowie kolejnych – nowych komórek. Gromadzące się obumarłe komórki wraz z różnego rodzaju zanieczyszczeniami powodują starzenie się skóry, jej marszczenie się, wysuszenie, szorstkość i szarość. Peeling skutecznie zbija tą warstwę , pozostawiając skórę rozświetloną, gładką, ujędrnioną i miłą w dotyku. Ponadto kosmetyk ten bardzo dokładnie oczyszcza skórę, odblokowuje pory i tym samym powoduje znacznie lepsze chłonięcie składników aktywnych zawartych w stosowanych kosmetykach.

O ile peeling ma wiele zalet, należy pamiętać aby w niektórych przypadkach nie nadużywać go. Najlepsze efekty (o ile skóra nie jest zbyt delikatna i skłonna do podrażnień) możesz osiągnąć używając go dwa razy w tygodniu, według określonego schematu:

  1. Zwilż dokładnie skórę.
  2. Kolistymi ruchami rozprowadź i wmasuj kosmetyk w ciało.
  3. Spłucz ciepłą wodą.

peeling-be-organic-1

Złuszczenie i oczyszczenie, to raczej efekty, które gwarantuje nam większość produktów tego typu, są jednak takie, które oprócz usunięcia martwego naskórka dodatkowo kompleksowo skórę pielęgnują – tak jak Peeling do ciała Be Organic z olejem arganowym i słonecznika. Ten bogaty jest w oleje naturalne: jojoba, arganowy, słonecznikowy, nagietkowy, a także naturalne ścierniwa – cukier trzcinowy i sól morska. Wszystkie zapewniają nawilżenie, uelastycznienie, regenerację, oczyszczenie i wygładzenie. Ponadto 98,5% składników jest naturalnych, a jego opakowanie w 100% biodegradowalne. Kosmetyk nie zawiera chemii, parabenów, sztucznych barwników. Jest więc dla skóry produktem niezwykle przyjaznym.

Opakowaniem jest naturalny kartonik, w którym oprócz kosmetyku znajdziemy nasiona rukoli – jest to akcja integrująca fanów marki, polegająca na pokazywaniu w mediach społecznościowych zdjęć swoich roślinek.

peeling-be-organic-detal

Peeling o gęstej i oleistej konsystencji jednocześnie, zamknięty jest w wygodnym podczas użytkowania, plastikowym słoiczku. Znajdujący się w środku kosmetyk nie sprawia kłopotów z nabieraniem i rozprowadzaniem po skórze. Aplikacja i wcieranie przebiega bardzo sprawnie i przyjemnie – to za sprawą przepięknego zapachu oraz masujących drobinek cukru i soli morskiej, które ostatecznie również wtapiają się w skórę, wzbogacając skład kosmetyku.

Peeling do ciała z olejem arganowym i słonecznika Be Organic oprócz tego, że dokładnie oczyszcza i złuszcza skórę, pielęgnuje ją – głęboko nawilża i regeneruje, ujędrnia i wyrównuje koloryt. Po jego użyciu zbędne jest dodatkowe nawilżanie skóry, gdyż świetnie sobie z nim radzi wnikając w głąb skóry. Dzięki składnikom aktywnym może okazać się skuteczną pomocą przy redukcji rozstępów i blizn.

Peeling należy do grupy kosmetyków wydajnych i wielofunkcyjnych.

Można zakupić go m.in. w sklepie internetowym producenta (TUTAJ), w cenie 56 zł/250ml, a także dobrych aptekach stacjonarnych i internetowych.

Naturalne kostki – Sztuka Mydła

sztuka-mydla-kompozycyjne

Naturalne mydło w kostce – jeszcze kilka lat temu prawie wieść o nim zaginęła (zastąpiony detergentami, produktami w płynie), a dzisiaj jest jednym z najbardziej rozchwytywanych produktów naturalnych. Dlaczego?

Mydło naturalne niewątpliwie ma przewagę nad innymi kosmetykami myjącymi pod wieloma względami. Przede wszystkim nie zawiera sztucznych barwników, parabenów, silikonów itp. Ich bazą są niezwykle drogocenne w kosmetologii składniki aktywne, takie jak oleje  czy masła roślinne. Jest uniwersalne – tego samego mydła możesz użyć do oczyszczenia zarówno twarzy, jak i ciała. Pomagają zwalczać problemy i choroby skórne, takie jak łuszczyca, egzema, łupież czy  atopowe zapalenie skóry. Koją i łagodzą podrażnienia, będąc często hypoalergicznymi. Zazwyczaj w pełni bezpieczne, nawet dla alergików czy niezwykle delikatnej skóry dziecięcej. Naturalne mydła świetnie sprawdzają się w codziennej pielęgnacji skóry, dostarczając jej wszystko to, czego potrzebuje. Dzisiejsza atrakcyjna i zróżnicowana oferta, sprawia, że każdy znajdzie odpowiednią dla siebie kostkę, wzbogaconą o składniki, które rozpieszczą, nie tylko ciało, ale i zmysły – tak jak mydełka ze Sztuki Mydła.

Mydła tam powstające są w 100% naturalne, wolne od parabenów, konserwantów i sztucznych barwników. Wytwarzane z najlepszej jakości składników (tj. oleje, masła roślinne, olejki eterycznych, a także dodatki: glinki, suszone płatki kwiatów, płatki owsiane, sól morska, węgiel drzewny aktywny, mleko kozie, miód i olejki eteryczne), tradycyjną metodą na zimno, która gwarantuje wysoką jakość produktu. 

sztuka-mydla-bloto-dynjo-pinkglink

Mydełka krojone są w kostki o wadze: 50g, 100g i 130g (mydła solne). Każde z nich jest ofoliowane i zawiera estetyczną etykietkę z najważniejszymi informacjami o produkcie. Po ich otworzeniu od razu wyczuwa się mieszankę naturalnych, budzących zmysły składników – owoców, kwiatów. W ofercie Sztuki Mydła  znajdziecie kilka kategorii, m.in.: mydła solne, peelingi i bezzapachowe. Te ostatnie dedykowane są największym wrażliwcom, natomiast dwa pozostałe świetnie radzą sobie z oczyszczaniem, złuszczaniem i pielęgnacją. Wszystkie mydełka są bardzo delikatne, nie podrażniają i nie wysuszają skóry. Po wyjściu z wanny pozostaje ona czysta, miękka, pachnąca i odpowiednio odżywiona.

Wśród szerokiej i ciekawej gamy mydełek Sztuki Mydła znajdziecie m.in: Różowy i Cedrowy Solniak, Dynjo, PinkGlink oraz Błoto i to właśnie te mydełka chcemy zaprezentować. Zaczniemy od Solniaków, które są dosyć charakterystyczne i z pewnością różnią się od innych mydeł.

sztuka-mydla-kompozycja-solniaki

Zarówno Cedrowy jak i Różowy Solnak wyglądają, jak produkty dwufazowe, tyle, że konsystencja jest stała i do tego bardzo zbita. Są znacznie twardsze i cięższe niż inne mydła, dzięki czemu wystarczają na dłużej. Piana jest gęsta i specyficzna. Osadza się głównie na pocieranym mydełku, więc należy ją sobie zbierać i przenieść na ciało, w celu jego oczyszczenia.

Cedrowy Solniak to propozycja przywodząca na myśl wakacje nie tylko wyglądem, ale składem i zapachem. Oprócz soli morskiej (pozbywa się toksyn z organizmu, odżywia, rozluźnia mięśnie i skórę), mydełko zawiera: glinkę rhassoul (głęboko oczyszcza, odżywia, zwalcza sebum i uelastycznia), masło shea (nawilża, regeneruje, odmładza) oraz olej kokosowy (nawilża). Natomiast zapach został skomponowany z cedru oraz pomarańczy, których połączenie tworzy woń cytrusowych drzew. Dodatkiem, który sprawia, że podczas kąpieli można poczuć się jak w SPA są płatki nagietka – zatopione w kostce, co jakiś czas uwalniają się.

Drugim polecanym przez nas Solniakiem jest ten Różowy  – oparty na różowej glince (wygładza, wzmacnia, koi), maśle shea, oleju kokosowym oraz oczywiście soli morskiej. Taka mieszanka zapewnia nie tylko głębokie oczyszczenie, ale i odprężenie zarówno dla ciała, jak i umysłu, gdyż nad wanną unosi się zmysłowy zapach grejpfruta przełamanego korzennym goździkiem.

Mimo dużej zawartości soli morskiej oba mydełka są niezwykle delikatne, dlatego nie powinny występować żadne podrażnienia, nawet u osób mających stosunkowo wrażliwą skórę.

Mydło dyniowe (Dynjo), błotne (Błoto) i z różową glinką (PinkGlink), soli morskiej nie zawierają, ale mają inne, równie ciekawe składniki, które zadbają o skórę i cerę. Wytwarzająca się z nich piana jest gęsta i zarazem lekka. Ze względu na swoje orzeźwiające, cytrusowe zapachy, są wręcz idealne do kąpieli w upalne dni.

sztuka-mydla-dynjo-pinkglink

Dynjo, jak sama nazwa wskazuje zawiera w sobie jakże bogatą w beta-karoten dynię, a także składniki aktywne takie jak: masło kakaowe (natłuszcza, ochrania), olej ze słodkich migdałów (nawilża, wygładza), płatki owsiane (złuszczają martwy naskórek) oraz nadające piękny i naturalny zapach olejki eteryczne. Bardzo dobrze oczyszcza skórę, peelingując ją i odpowiednio nawilżając.

Błoto, jak zapewne się domyślacie, zawiera w swoim składzie Błoto z Morza Martwego, które zapewnia porządne oczyszczenie, wygładzenie i odprężenie. Mydło te bogate jest również w składniki takie jak: oliwa z oliwek, olej ze słodkich migdałów, masło kakowe oraz olejki eteryczne. Pachnie świeżo, cytrusowo. Bardzo dobrze oczyszcza skórę, delikatnie peelingując.

PinkGlink to przewaga drogocennej glinki różowej, która wykazuje właściwości dezynfekcyjne, wzmacniające i wygładzające. W połączeniu ze składnikami takimi jak: olejek eteryczny paczuli (pielęgnuje skórę wymagającą i problematyczną) i rozmarynowy (koi podrażnienia, łagodzi, pomocny w walce z problemami i chorobami skórnymi), olej awokado (koi, łagodzi, nawilża) oraz masłem shea, tworzą niezwykłą mieszankę, która odpowiednio zadba o każdy rodzaj skóry, nawet ten trudny i wymagający. Mydełko bardzo dobrze oczyszcza, pozostawiając skórę nawilżoną, odżywioną i pięknie pachnącą.

Wszystkie mydełka są niezwykle przyjemne w użyciu, dlatego z pewnością spodobają się zarówno wielbicielom takich produktów, jak i osobom, których przygoda z naturalnymi kostkami dopiero się zaczyna.

Warto pamiętać, że odpowiednio przetrzymywane mydła, znacznie wolniej się zużywają. Dlatego należy zadbać o to, aby każdorazowo kostki miały możliwość całkowitego wyschnięcia, na dobrze zaprojektowanych mydelniczkach – z ząbkami, na których kładziemy mydło i dziurami, przez które woda może swobodnie uciekać.

Mydła dostępne są w sklepie internetowym producenta  – Sztuka Mydła, w cenie od 7 zł  za mydło małe (50g) i od 13 zł za dużą kostkę (100g).