Paul Mitchell seria odbudowująca STRENGTH

Jak już się chwaliłam jakiś czas temu, zostałam ambasadorką Paul Mitchell Polska, w związku z tym dzisiaj wpis typowo włosowy, bo chciałam zaprezentować Wam kosmetyki, których ostatnio miałam przyjemność używać.

Doskonale wiecie (bo żaliłam się przy każdej możliwej okazji), że z pół roku temu straciłam ooogromną ilość włosów i w ostatnim czasie bardzo skupiłam się na ich „hodowli”. Dlatego też wszystko co odbudowujące, wzmacniające, stymulujące i regenerujące, było i w zasadzie nadal jest bardzo porządane. I chyba nie jestem w tym osamotniona, bo z tego co podglądałam, inne Ambasadorki, też skupiły się na regeneracji.

Z oferty Paul Mitchell wybrałam dwa kosmetyki z serii Strength:
1. Super Strong Daily Shampoo – Odbudowujący szampon do codziennej pielęgnacji
2. Super Strong Liquid Treatment – Silny środek odbudowujący bez spłukiwania

Paul Mitchell STRENGTH

Szampon Super Strong Daily Shampoo skierowany jest do posiadaczek włosów słabych, rzadkich i łamliwych. Czy to spowodowanych „złym traktowaniem” (farbowaniem, prostowaniem, suszeniem) czy innymi „głębszymi” czynnikami, takimi jak na przykład stres. Szampon ma za zadanie wzmocnić włosy i odbudować je. Tajemnica tego kosmetyku tkwi w zastrzeżonym przez markę kompleksie Super Strong, który zawiera hydrolizowane proteiny roślinne. Mieszanka ta odbudowuje wewnętrzną strukturę włosów, dodaje im elastyczności i blasku. Tyle wynika z opisu produktu, a jak sprawdził się w rzeczywistości?

W walce o lepsze włosy szampon zawsze wydawał mi się najmniej istotny. Najważniejsze było dla mnie, żeby sprawy nie pogarszał. Ale teraz powiem Wam, że warto walczyć o to, aby brał czynny udział nie tylko w oczyszczaniu i „nieprzeszkadzaniu”, ale też w naprawianiu. Odpowiednie nawilżenie włosów czy ułatwianie rozczesywania przez sam szampon teraz ma dla mnie ogromne znaczenie. I ten właśnie tak działa. Oprócz tego, że porządnie oczyszcza, to też nadaje im miękkości i poślizgu. Nie podrażnia skóry głowy, ale tak jak w przypadku włosów, dobrze ją oczyszcza, zostawiając optymalnie nawilżoną. Nie ma też problemów z usunięciem kosmetyków do stylizacji.

Włosy nie łamią się przy wycieraniu i co najważniejsze – nie są splątane czy tępe. Szybko się rozczesują bez większych strat. Po wysuszeniu z kolei są lśniące i sypkie. Odbite od nasady, z ładnym skrętem (w moim przypadku to też fajna sprawa). Na pewno są bardziej elastyczne i miękkie. Nie kruszą się w trakcie podpinania, nie sterczą, nie elektryzują się.

Gdybyście były ciekawe konsystencji czy zapachu, to ta pierwsza wydaje mi się być standardowa dla tego typu produktów – nie za gęsta, nie za rzadka. A sama formuła dość wydajna – niewiele trzeba kosmetyku do pokrycia pianą całej głowy i włosów. Zapach przyjemny, nienachalny.
Szampon to okrągła, dobrze leżąca w dłoni tuba z dozownikiem, o pojemności 300 ml.

Paul Mitchell STRENGTH

Drugi produkt to spray, także butelka wyposażona jest w atomizer. Rozpyla fajnie, tworząc mgiełkę. Nie „sika” gdzie popadnie, także wszystko jest pod kontrolą i ostatecznie na włosy trafia. Silny środek odbudowujący bez spłukiwania Super Strong Liquid Treatment, nie posiada żadnego konkretnego zapachu i jeśli właśnie to w profesjonalnych kosmetykach lubicie najbardziej – intensywne perfumy, to ten kosmetyk może Was rozczarować. 😛 Nie na perfumach skupiła się marka, a na składzie i działaniu.

Preparat ten przeznaczony jest do codziennej regeneracji przemęczonych włosów. Odżywia i odbudowuje, tym samym zapobiegając uszkodzeniom. Zwiększa wytrzymałość i wzmacnia. Dzięki niskiemu pH, które wynosi 4,5, powoduje domykanie łuski i zamknięcie w niej pigmentów. Włosy są mocne i lśniące. Spray działa po całej długości włosa, także końcówki również naprawia. Zawiera kompleks Super Strong, ekstrakty morskie, silikony, proteiny roślinne i filtry UV.

Generalnie uważam, że odżywki bez spłukiwania, to świetny wynalazek. Są wygodne w użyciu (no bo co to jest rozpylenie na wilgotnych włosach?) i ekspresowe. Nie trzeba nic na głowę zakładać, czasu odmierzać. Po prostu psikasz i już. Silny środek odbudowujący bez spłukiwania Super Strong Liquid Treatment można stosować codziennie. Warunkiem jest aplikacja na czyste, wilgotne włosy (wtedy kosmetyk lepiej się wchłania i ma szansę działać). Osiada na włosach nie sklejając ich, nie wpływając na ich świeżość i nie obciążając. A co do efektów, to myślę, że przy bardzo zniszczonych włosach można je zauważyć już po pierwszym użyciu. U mnie po ponad miesięcznym stosowaniu różnica jest naprawdę spora. Włosy są zdrowe i lśniące. Nie łamią się i nie kruszą, a wcześniej miały do tego tendencję. Co najważniejsze i jednocześnie sprawiające mi największą trudność, to utrzymanie końcówek w dobrym stanie. Teraz ani się nie łamią, ani nie rozdwajają. Jak zawsze trochę bardziej suche przy końcach są, ale nawilżenie jest na tyle optymalne, że nie niszczą się i nie „skrzypią” pod palcami. A tego typu rzeczy działy się u mnie już kilka dni po podcięciu włosów, także poprawa jest duża. Preparat nie wpływa na skręt, nie niszczy go, nie prostuje.

Spray jest bardzo wydajny i myślę, że moja butelka starczy na jakieś pół roku stosowania. Zaznaczę, że mam włosy długie i myję głowę codziennie, także i po niego sięgam dzień w dzień. 🙂

Szczerze jestem z tego duetu zadowolona i mam nadzieję, że kilka powyższych zdań odpowiedziało na Wasze pytania lub wątpliwości. Jeśli nie, napiszcie do mnie, to chętnie powiem jeszcze więcej. 🙂

Zobacz również:

Mój drugi numer jeden – Suchy szampon Express Dry Wash Paul Mitchell 🙂

Szampon i odżywka Extra Body Paul Mitchell – jak radzą sobie z włosami wymagającymi?

Pierwsza edycja Beauty By Bloggers Paul Mitchell

Idealny podkład za 30 zł – Eveline Cosmetics Liquid Control

Ostatnio miałam taki dzień, który z góry zaliczyłam do tych gorszych. Zaczęło się to tak, że robiąc sobie rano makijaż zorientowałam się, że właśnie kończy się podkład. Mój aktualnie najulubieńszy podkład – Liquid Control HD Eveline Comstics. I choć nabycie kolejnego nie jest żadnym problemem, to jakoś mi się tak smutno zrobiło. I wiadomo, nastawiło mnie na całą resztę dnia. 😉

Generalnie kiepska jestem w trzymaniu Was w napięciu i budowaniu tajemniczej aury. 😛 Jak wyżej wyczytałyście, mój aktualny numer 1. Pokochałam ten podkład dosłownie za wszystko! I choć wiadomo, że do kosmetyczki non stop wpada mi coś fajnego, to ten podkład serio na ich tle się wyróżnia.

Podkład dzięki swojej lekkiej i nietłustej konsystencji sprawdza się w wielu sytuacjach. A poziom krycia zależy od nas samych. Można nakładać go warstwowo, w mniejszych lub większych porcjach. I za każdym razem ładnie się rozprowadza nie tworząc smug, zacieków czy plam. Nie pozostaje na wierzchu, ale wtapia się w skórę i tworzy bardzo naturalny efekt. Nie tworzy maski, nie zbiera się w zagięciach.

Eveline Cosmetics – Liquid Control

Dobrze dobrany kolor poprawia i wyrównuje koloryt oraz przykrywa niedoskonałości. Cienka warstwa idealnie sprawdza się na upały, godnie zastępując kremy typu BB i CC. Dla posiadaczek piegów mam taką wiadomość, że oszczędna porcja podkładu ich nie zakryje, więc o świeży i naturalny look nie ma się co martwić.

Podkład jest tak lekki i przyjemny, że nawet go nie czuć. Nie ciąży, nie zapycha, nie przetłuszcza. Ale z drugiej strony też nie wysusza i nie podrażnia.

Dobrze współpracuje z innymi kosmetykami i trzyma się twarzy niezależnie od tego, jakiej bazy użyjemy (czy będzie to typowa baza czy też krem). Nakładane na niego bronzery, rozświetlacze czy róże ładnie się rozkładają i tworzą dobrze prezentujące się tafle.

Mimo tego, że podkład jest rzadki, jego aplikacja jest zupełnie bezproblemowa, bo odbywa się przy użyciu pipety, w którą wyposażone jest opakowanie.

I na koniec zbiór najważniejszych informacji czyli tak zwane „DANE TECHNICZNE”:
– lekka, lejąca się konsystencja,
– możliwość stopniowania krycia,
– zastępstwo dla kremów BB,
– szklana butelka o pojemności 32 ml,
– butelka wyposażona jest w pipetkę, która ułatwia aplikację,
– 6 odcieni,
– dostępny online i w drogeriach stacjonarnych, również sieciach takich jak Rossmann,
– cena od ok. 30 zł.

Polecam bardzo! 🙂

Olejek konopny Efektima – czy warto?

Nie pierwszy raz spotykam się z olejem konopnym i jego udziałem w kosmetykach pielęgnacyjnych. Z resztą na bieżąco dzieliłam się z Wami moimi nowościami i odkryciami. I choć kolejne produkty z olejem z konopii wchodzące na rynek nie są dla mnie zaskoczeniem, to Olejek konopny marki Efektima po prostu mnie zaciekawił. Przyzwyczaiłam się, że nawet do pozornie prostego produktu, zawsze dodają coś od siebie, a to czyni go innym i trochę wyjątkowym. Efektima nie zawiodła mnie i tym razem. 🙂

O szerokim i dobroczynnym spektrum działania oleju konopnego pewnie słyszało również wiele z Was. Dzięki zawartym w nim nienasyconym kwasom tłuszczowym, aminokwasom, proteinom, fosfolipidom czy witaminom, działa regenerująco, odżywczo, antyoksydacyjnie, przeciwzapalnie i antybakteryjnie. Działa kojąco zarówno na skórę, jak i włosy. Chroni je przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi i stara się zatrzymać czas :D. Jest intensywny, ale potrafi być bardzo delikatny, dlatego poleca się go do skóry wrażliwej, skłonnej do podrażnień. Zaopiekuje się również wszystkimi rodzajami włosów, wzmacniając je, ułatwiając rozczesywanie, dodając blasku i pracując nad regulacją wydzielania sebum.
Oprócz oleju konopnego w składzie Olejku konopnego Efektima znajdziemy również olej z pestek winogron i witaminę E.

Olejek konopny Efektima

Opakowanie to wygodna i poręczna plastikowa butelka o pojemności 150 ml. Wyposażona jest w atomizer, co sprzyja bezproblemowej aplikacji. Działa sprawnie (tworząc mgiełkę), więc w zależności od upodobań można spryskiwać nim ciało i włosy, jak i uzbierać odpowiednią porcję w dłoniach i dopiero nimi rozprowadzić olejek po skórze.

Jedną z ważnych i wyróżniających cech oleju konopnego, jest określenie „suchy olej” – czyli taki, który szybko się wchłania i praktycznie nie pozostawia po sobie śladu na skórze. I tak jest w tym przypadku. Olejek nie tylko dobrze się rozprowadza, ale też ekspresowo wchłania i oprócz zapachu (intensywnego, przyjemnego i mi osobiście kojarzącego się z męskimi One Million Paco Rabanne) i ogólnie lepszej kondycji, nie pozostawia na skórze nic więcej. Jego konsystencja (jak się zapewne domyślacie) jest bardzo lekka i przyjemna, nawet w lato. A przy okazji tej pory roku, dodam tylko, że stosowałam olejek w najgorsze upały, na całe ciało i zdał egzamin o wiele lepiej niż nie jeden balsam czy inne mazidło do ciała. Nawilżał i odżywiał je, ale w żaden sposób nie obciążał, nie zapychał i nie tłuścił – rewelacja!

Olejek konopny Efektima

No to parametry techniczne już znacie, czas na działanie i efekty. 🙂 Lato, wysokie temperatury, ostre słońce i wysuszająca klimatyzacja to jednak ciężkie warunki dla całego organizmu. I choć gorące dni nie przeszkadzają mi w ogóle, to jednak skóra i włosy potrzebują w tym okresie trochę więcej. I ten olejek zdecydowanie im to daje. Skóra nawilżona, odżywiona, pachnąca. Zdrowo i zachęcająco wyglądająca. Olej zostawia na niej taki trochę efekt glow, więc wiecie jak to wyglada na opalonym ciele? Najlepiej. Naprawdę fajnie sprawdza się do codziennej pielęgnacji, bo nie jest ciężki, męczący. To taka, lepsza, lżejsza wersja oleju, która fantastycznie sprawdza się również na włosach. I wydaje mi się, że szczególnie kręconych, bo bardzo fajnie podbija skręt i dodaje mu blasku – włosy wyglądają po prostu pięknie. Oczywiście trzeba uważać, żeby nie przesadzić i nie uzyskać ostatecznie „mokrej włoszki”, jednak z umiarem potrafi zrobić wiele dobrego. I na końcówki działa też – nawilża i poprawia kondycję.

Kosmetyk ten oficjalnie mianuję swoim ulubieńcem i szczerze polecam przetestować, może i Was też oczaruje.:)

Olejek konopny Efektima dostępny jest tylko w Rossmann, w cenie ok. 25 zł.

Viankowe cudo – Łagodząca emulsja do mycia twarzy z żywokostem

Dzisiaj będzie o Łagodzącej emulsji myjącej do twarzy z ekstraktem z żywokostu Vianek, bo już dawno nie spotkałam się z tak delikatnym, a zarazem tak skutecznym kosmetykiem do demakijażu.

Emulsja przeznaczona jest do cery wrażliwej, dlatego wszystko co znalazło się w jej recepturze to składniki łagodzące, kojące i niezwykle delikatne. Oprócz alantoiny, gliceryny, panthenolu czy oleju kokosowego, zawiera również ekstrakt z korzenia żywokostu (o właściwościach żywokostu). Mają one za zadanie skórę oczyścić, nawilżyć, odżywić i przede wszystkim ochronić przed podrażnieniami i napięciem. Emulsja nie narusza bariery lipidowej. Wpływa na uczucie wygładzenia, miękkości i komfortu.

Śnieżnobiała emulsja, dzięki zawartym w niej olejom, właśnie taka nieco olejowa w konsystencji jest. I pewnie dlatego jest tak skuteczna w oczyszczaniu skóry z makijażu i innych zanieczyszczeń, które gromadzą się na twarzy w ciągu dnia. Brak konkretnego, dobrze wyczuwalnego zapachu, jest oczywiście zrozumiały – emulsja ma być jak najbardziej neutralna i delikatna. Jednak nie ukrywam, że jestem ogromną fanką Viankowych zapachów i tutaj z chęcią bym też coś dodała, gdyby była taka opcja. Opakowanie dla produktów myjących tej marki standardowe i bardzo praktyczne, nie zamieniłabym na nic innego. Pojemność to 150 ml.

Emulsja, jak już z resztą zdążyłam wyżej wspomnieć, dobrze radzi sobie z demakijażem i oczyszczeniem. To, że nie podrażnia skóry, nie powoduje żadnych zaczerwienień czy dyskomfortu jest raczej oczywiste. To, że zostawia ją odżywioną, mięciutką i milutką w dotyku, to myślę cenna uwaga. W żaden sposób nie ściąga skóry i jej nie napina. Ta wydaje się być bardziej elastyczna, pełna i zdrowa. W zasadzie po jej użyciu, skóra prezentuje się niemalże tak, jakby już dawno był wklepany tonik i nałożony krem. Naprawdę fajne uczucie, takiej zadowolonej i dopieszczonej skóry, a przecież to dopiero początek rytuału. 😉

Jak wszystkie kosmetyki Vianek, tak i ten nie był testowany na zwierzętach, a jego skład jest naturalny i nie zawiera sztucznych kompozycji zapachowych.

Jego przydatność to ok. 3 miesiące od pierwszego użycia, a spokojnie wystarcza do codziennego stosowania na jakieś 2. Kosztuje ok. 20 zł.

 

Zobacz również:

Szybka recenzja VIANEK Rewitalizujący żel myjący do twarzy

Vianek seria przeciwstarzeniowa – Eliksir do twarzy z witaminą C vs. Serum do twarzy z koenzymem Q10

Lekki i wzmacniający szampon Vianek – seria fioletowa

Dobry naturalny szampon do włosów ciemnych i farbowanych

 

 

 

 

Dobry tusz do rzęs do 20 zł

Dzisiaj szybka lista czterech dobrych tuszy do rzęs do 20 zł. Niekoniecznie odpowiadają na takie same potrzeby, więc bezpiecznie będzie, gdy doczytacie tekst do końca. 🙂

3D Lashes New Look Mascara Delia Cosmetics – to tusz, który znacznie poprawia objętość i wyrazistość moich krótkich i rzadkich rzęs. Maskara trochę je oblepia, więc są i pogrubione i wydłużone. W ciągu dnia tusz nie kruszy się, nie rozmazuje, nie odbija na górnych powiekach. Długo utrzymuje świeżość, nie wysycha. Posiada stożkowatą, silikonową szczoteczkę. Kosztuje ok. 15 zł.

Glam&Doll False Lashes Mascara Cartice Cosmetics – kosmetyk wegański. Z założenia maskara ta zapewniać ma efekt sztucznych rzęs i w praktyce jest całkiem blisko. Rzęsy są uniesione, podkręcone, wydłużone i pogrubione. Wyglądają „bogato”. Tusz nie kruszy się, ale zdarza się, że odbija się (farbuje) górną powiekę. U mnie zdarza się to głównie po całym dniu. Szczególnie w okresie letnim, kiedy skóra jest bardziej tłusta niż zazwyczaj. Ma profilowaną (kształt banana), silikonową szczoteczkę. Cena to ok. 17 zł.

Tusz do rzęs do 20 zł: Pierre Rene Professional, Catrice, Delia Cosmetics, Eveline Cosmetics

Volumix Fiberlast Mascara Eveline Cosmetics to moje najnowsze odkrycie i szczera miłość. Silikonowa szczoteczka działa trochę jak separatorek do rzęs. Rozczesuje je, jednocześnie poprawiając ich kształt, objętość i długość. Tusz nie wysycha i nie tworzy grudek. Nie kruszy się i nie farbuje skóry. Utrzymuje super efekt przez cały dzień. Kosztuje ok. 15 zł

Silicone 3in1 Mascara Pierre Rene Professional – propozycja dla osób, które przede wszystkim chcą zachować naturalny look, bo efektu maxi nie daje. Jest to bardzo subtelna, ale porządna maskara. Rozczesuje rzęsy, delikatnie je podkręca i nadaje koloru. Nie kruszy się i nie farbuje. Posiada silikonową, wąską szczoteczkę z krótkimi włoskami (może być więc nieco problematyczna przy króciutkich rzęsach). Kosztuje ok. 20 zł.

Policzkowy ulubieniec – Blush Full HD Eveline Cosmetics

Dzisiaj będzie konkretnie i krótko. Chciałam pokazać Wam mojego aktualnego ulubieńca do makijażu. Bo w sumie i dawno takiego nie opisywałam i na wakacyjną porę może się Wam przydać.

Jest to taki „3xSUPER” – super szybki, super dziewczęcy i super wyglądający kosmetyk. 😀 Jego forma, formuła i efekt jaki daje, idealnie pasuje do lekkiego makijażu dziennego. W jaskrawych kolorach pewnie głównie do letniego. Jednak nie sądzę abym sama rozstała się z nim na pozostałe pory roku. Choć nie od razu pałałam do niego taką miłością i przyznam szczerze, że jak go wzięłam do ręki, to nawet się trochę przestraszyłam. Ale wszelkie obawy szybko zniknęły. Wystarczyło, że go użyłam.

Kremowy róż do policzków w sztyfcie Blush Full HD Eveline Cosmetics – tak, to właśnie o tym niepozornym maluchu mowa. Jest pierwszym kremowym różem, który wiernie towarzyszy mi od jakichś dwóch miesięcy. Świetnie sprawdza się i do maźnięcia policzków przed wyjściem i do pełnego, starannego makijażu.

Jego kremowa konsystencja, choć trochę tłusta, naprawdę fajnie współpracuje. Lekko się go rozprowadza, ten szybciutko wtapia się w skórę. Nie pozostawia plam. Daje naturalny, świeży i dziewczęcy efekt. Sprawdza się i bezpośrednio na krem, jak i na podkład.

Sztyft to bardzo wygodna forma. Do tej pory miałam kremowe róże, ale w pudełeczkach/słoiczkach i jakoś tak nie sprawdzały się u mnie. Chyba to, że muszę umazać całego palca (palcem najlepiej – wiadomo 😉 ), gąbeczkę czy inny pędzelek mnie trochę zniechęcało. Sztyft zdecydowanie robi robotę. I całkiem pożądny jest, skuwka nie spada, więc można wrzucić do torebki.

Kosztuje jakoś ponad 20 zł i moim zdaniem warty tej ceny. 🙂

 

Zobacz również:

OH! My Lips Matt Lip Kit Eveline Cosmetics – czy warto?

 

Czy REGENERACJA włosów z marką You-niverse się udała?

Ostatnio w moje ręce wpadły kosmetyki You-niverse. To nowa marka do pielęgnacji włosów Kontigo. Jej asortyment to szampony, odżywki do włosów, maski i olejki. I w zasadzie cały jej przekrój mam i używam od jakiegoś czasu. A chciałam Wam o nich odpowiedzieć nie tylko dlatego, że są nowościami, ale zaskoczyły mnie swoim działaniem.

Z założenia kosmetyki You-niverse z linii REGENERACJA,  mają ogólnie poprawić kondycję włosów, zadbać o ich elastyczność i wygładzenie. Co jest możliwe dzięki składnikom aktywnym takim jak proteiny jedwabiu, gliceryna, papaja czy awokado.

A w rzeczywistości… Jeżeli chodzi o konsystencje czy opakowania, to są dla takich produktów raczej typowe, choć wydaje mi się, że sama szata graficzna jest „sympatyczna” dla oka. Zapach linii REGENERACJA (szampon, odżywka, maska), to raczej taki przeciętniak i do intensywnych nie należy. Trochę inaczej wygląda to w przypadku Olejku do włosów Nawilżenie i Wygładzenie KOKOS You-niverse – ten choć ma bardzo podobny zapach, to jednak wydaje się być mocniejszy i na włosach na dłuższy czas zostaje. Jednak – jak wiadomo, nie o perfumy tutaj chodzi, a o działanie.

Kontigo You-niverse KOKOS Olejek do włosów nawilżenie i wygładzenie.

Kosmetyki Kontigo You-niverse z serii RENERACJA i Olejek nawilżenie i wygładzenia kokos, używałam razem, w tym samym czasie, raczej nie łącząc ich z innymi, dodatkowymi produktami. Włosy myję codziennie, tutaj szamponu używałam co drugi, czasami nawet co 3 dzień. Za każdym razem w towarzystwie odżywki i olejku. Maskę używałam 2-3 razy w tygodniu. I przyznaje, że ich działanie zaskoczyło mnie bardzo. Ogólna kondycja włosów myślę, że rzeczywiście jest lepsza niż wcześniej. Te i są wygładzone i bardziej lśniące. Łatwość z jaką rozczesuję włosy, myślę odgrywa ogromną rolę na etapie regeneracji i walki o każdy jeden włos. A w przypadku tych kosmetyków szczotka sama sunie. Ale to nie wszystko! Bo jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie fakt, jak lekkie są to dla moich włosów i skóry głowy produkty. Okazało się, że wydłużają ich świeżość nawet o 100%! I to w te wszystkie upały!  Włosy nie łamią się, nie puszą i nie elektryzują. Wyglądają zdrowo.  I choć w przypadku samych końcówek jakichś spektakularnych efektów nie zaobserwowałam, to i tak jestem miło zaskoczona tym zestawem. 🙂

Kontigo You-niverse REGENERACJA

Ceny jak to w Kontigo – całkiem przyzwoite, i przyjemne dla portfela (szczególnie podczas promo :D).

 

Zobacz również:

Lakiery hybrydowe Moov Kontigo

Demakijaż z olejkiem BIOLOVE Kontigo

Liquid LipsMatter MOOV Kontigo – linia bezbłędnych matowych pomadek płynnych

Jak sprawdza się ulubieniec Red Lipstick Monster? Rozświetlacz MOIA Crystal

 

Instagramowe wiosenne DENKO (instastory)

Na co dzień używam tak wielu produktów, że ciężko jest mi opisywać w pełnych recenzjach je wszystkie. Zwyczajnie czasu na życie bym nie miała. Ale spokojnie. Znalazłam na to sposób!

Postanowiłam uruchomić projekt DENKO i publikować mini recenzje na instastory. 😀 W przeciągu kilku ostatnich tygodni kilka się już pojawiło.

Mini recenzje znajdziecie w wyróżnionych relacjach na Instagramie, a poniżej zamieszczam taki „spis treści”, żebyście wiedziały czego możecie się tam spodziewać. Taką aktualizację będę publikowała na stronie mniej więcej co kwartał – jest denko wiosenne, później będzie letnie, jesienne itd.

Mam nadzieję, że ta szybka i konkretna forma Wam się spodoba.

Aby na bieżąco podglądać nie tylko „denko”, ale i wszystko co z BAFem związane, serdecznie zapraszam do obserwowania profilu! 🙂
@BAFAVENUE.PL

Oczyszczająca maseczka bąbelkująca Bubble Mask Purederm – moje odczucia

Tradycyjne maseczki w płachcie choć cały czas super modne, to jednak już trochę „retro”. Na rynku pojawiają się coraz to nowsze wynalazki. Jednym z nich są maseczki bąbelkujące.

W moje ręce wpadły takie dwie z PureDerm:
Głęboko oczyszczająca maseczka bąbelkująca z aktywnym węglem (oraz ekstraktem z cytryn, pomarańczy, papai, cukrutrzcinowego ,
Głęboko oczyszczająca maseczka bąbelkująca z pyłem wulkanicznym (oraz kolagenem, kwasem hialuronowym, ekstraktem z papai i cukry trzcinowego) .
Obie oczyszczają, tonizująca i nawilżają. Przy czym jedna zwęża dodatkowo pory, a druga delikatnie złuszcza.

Obie płachty wykonane są z bardzo przyjemnego w dotyku materiału w czarnym kolorze. Są dość intensywnie nasączone płynem aktywnym, który nie jest tak „żelowy” i „hialuronowy” jak w innych maseczkach. Bąbelkowa natura maski jest widoczna w zasadzie już po wyciągnięciu jej z opakowania, choć wiadomo, że swoją objętość uzyskuje dopiero na twarzy. Dobrze się do niej przykleja i co najważniejsze nie zsuwa się podczas zabiegu.

Ten trwa 10-15 minut i jest całkiem przyjemny, choć pewnie jakaś część z Was, tak jak z resztą ja będzie odczuwała delikatne podszczypywanie. Przyznam, że dla mnie to bardziej zaleta niż wada, bo dzięki temu przeniosłam się na chwile do gabinetu kosmetycznego. 🙂 Maska przez ten czas bąbelkuje i zwiększa swoją objętość. Na szczęście, piana idzie do góry i nie rozlewa się na boki, więc oczy, nos i usta są bezpieczne. Mimo tego „poruszenia” na skórze, o którym wyżej wspominałam, po zdjęciu płachty i opukaniu twarzy letnią wodą, skóra nie była podrażniona, nie wystąpiły też (co przyznam szczerze u mnie trochę dziwne :P) zaczerwienienia. Gładka, nawilżona i świeża – tak określiłabym skórę tuż po zabiegu. Fajna w dotyku, przyjemna dla oka. Zauważyłam jeszcze, że po nałożeniu kremu po tym całym zamieszaniu, skóra fajnie go chłonie i jest nim pobudzona.

Chyba pierwszy raz jestem tak zadowolona z działania maski w płachcie. Pewnie dlatego, że efekty przede wszystkim czuję i nad i pod skórą. Poza tym daje właśnie takie uczucie profesjonalnego zabiegu, a tym samym chwilę odprężenia i relaksu.

A i jeszcze jedna ważna sprawa – maski wolne są od SLS, SLES, pochodnych ropy naftowej i sztucznych barwników.

Bubble Mask Purederm dostępne są w drogeriach Hebe, sklepach kosmetycznych oraz na mojaazja.eu, w cenie ok. 15 zł.

Jak się sprawdzają wielorazowe płatki kosmetyczne Loffme?

W czerwcowym Shinybox znalazłam płatki kosmetyczne wielokrotnego użytku Loffme. Przyznam otwarcie, że bardzo zaciekawił mnie ten produkt. Jako, że na co dzień od ponad roku do demakijażu oczu używam rękawic glov, to z chęcią sprawdzam tego typu produkty, oraz mam jakieś tam porównanie.

Przyznam, że o Loffme nie słyszałam, a z tego co się zorientowałam, oferta marki przestawia się naprawdę fajnie. Znajdziemy wśród nich rzeczy takie jak ręczniki, ściereczki do demakijażu, a nawet produkty higieniczne dla kobiet. Wszystko wykonane jest z nietypowego, barierowego, antybakteryjnego materiału. Ten nie tylko powstrzymuje rozwój bakterii i grzybów, ale też nie przenosi zapachów, nie pochłania kurzu czy roztoczy. Jest szybkoschnący, ale też dobrze pochłania wilgoć. Producent zapewnia o jego wysokiej jakości i trwałości. Materiał posiada certyfikaty potwierdzające jego właściwości.  Cała oferta marki jest więc skierowana w zasadzie do wszystkich, również, a może i przede wszystkim do osób mających problemy skórne, alergie czy po prostu wrażliwych. Produkty polecane są również dla maluszków. Póki co przejdźmy do produktu, który mam i już zdążyłam sprawdzić.

Loffme – Wielorazowe płatki kosmetyczne

Wielorazowe płatki kosmetyczne wykonane są cienkiego, przyjemnego w dotyku materiału, który przy kontakcie z wodą wyglądem przypomina nieco taką „zmoczoną, łamiącą się kartę” – wiecie co mam na myśli? 😀 Płatki są delikatne, a krawędzi nie są wykończone, więc nie ma tutaj żadnego szwu, który mógłby podrażnić delikatną skórę wokół oczu. Makijaż usuwają w połączeniu z samą wodą. I myślę, że robią to naprawdę sprawnie, nawet przy dużej ilości tuszu do rzęs. Świetnie poradziły sobie również z pomadą utrwaloną tuszem na brwiach. Do usunięcia zabrudzeń, czyli wyprania ich, użyłam naturalnego mydła (z resztą tak też poleca producent, aby nie zapchać włókien) i wszystko ładnie zeszło. Schną rzeczywiście szybciutko, zeszło się około godziny. Zapachu, zgodnie z zapowiedziami, nie przyjmują.

Ogólnie produkt bardzo w porządku, ale zawsze znajdzie się jakieś „ale”. 😉 Mokry materiał trochę wyślizguje się, albo nawet przesuwa spod palców, więc pewnie wygodniejszą wersją jest ręcznik do demakijażu, gdzie możemy sobie po prostu złapać materiał w garść. I druga kwestia, to brak haczyków, zawieszek czy pętelek, na których mogłybyśmy zawiesić płatki do wyschnięcia. Ich niewielkie rozmiary średnio pozwalają na rozwieszenie ich gdziekolwiek, więc rozumiecie – przydałyby się. Poza tym zastrzeżeń nie mam i powiem Wam więcej – na pewno wypróbuję inne produkty tej marki. Bardzo mnie zaciekawiły. 🙂

Opakowanie to kartonik zamykany kopertowo. W środku znajduja się 4 sztuki. Taki zestaw kosztuje 19 zł.

6 YEARS TOGETHER by Shinybox

Pudełka ShinyBox to ogromna frajda – kto zamawia, ten wie. Miesiąc w miesiąc wyczekuje podpowiedzi co do zawartości, a później kuriera z przesyłką. I w końcu następuje moment, gdy otwieram pudełko! Uwielbiam to! Za każdym razem jestem zaskoczona. Wiadomo, czasami bardziej, czasami mniej. Nigdy chyba jednak nie było sytuacji, że czułam się rozczarowana czy zawiedziona, a jestem z Shinybox już ponad dwa lata! Ale to nie na rocznicach, a na urodzinach należy się skupić. Bo wraz z czerwcowym pudełkiem Shinybox obchodzi już 6.

Oprócz gwiazdkowego, urodzinowe pudełko to te najbardziej wyczekiwane. Zawsze na wypasie, z wieloma niespodziankami, w kilku wersjach. Co w pudełku znalazło się tym razem?

Kueshi – Krem do twarzy z filtrem SPF 50. Do wszystkich rodzajów skóry. Choć wiadomo wrażliwcom przyda się najbardziej. Pachnie kokosami. Konsystencja przypomina trochę pastę, choć całkiem dobrze się rozprowadza. Na pierwszy rzut oka – całkiem przyjemny. Produkt pełnowymiarowy. Był w każdym pudełku. Cena: ok. 60 zł.

Delia – Balsam do ust w sztyfcie Sun Fun. Zawiera filtr UVA i UVB i witaminę E. Zapewnia ochronę i nawilżenie. Przyda się na lato. kosztuje ok. 7 zł. Jest to produkt pełnowymiarowy, który znajdował się w każdym pudełku.

Schwarzkopf Live Colour Spray to koloryzujący spray do włosów, którego sama na pewno nie użyję. Nadaje natychmiastowy efekt, nie skleja włosów i zmywa się przy pierwszym kontakcie z szamponem. Spray jest wielokrotnego użytku. W moim pudełku kolor niebieski. Produkt pełnowymiarowy, był w pudełkach premium.

Nutka – Szmapon do włosów. Do codziennej pielęgnacji. Połączenie delikatnych substancji myjących i ekstraktów pochodzenia roślinnego. Zawiera również kompleks zmiękczający i wygładzający łuskę włosa. Kosztuje ok. 13 zł. Znajdował się w pudełkach premium. Produkt pełnowymiarowy.

Clean Hands – Mydło antybakteryjne. Myślę, że to dość kontrowersyjny produkt, jak na urodzinowe pudełko. O ile sama uwielbiam naturalne mydła w kostce, to jednak zwykłe mydło antybakteryjne za 2,50 zł szału nie robi. Wiadomo – wszyscy zużyją, ale pomarudzą przy tym też.

Loffme – Płatki kosmetyczne wielokrotnego użytku to rzecz, która zaintrygowała mnie najbardziej. Z opisu wynika, że to coś w stylu glov, tylko że z innego materiału. Z chęcią przetestuję. W opakowaniu są 4 szt., a cena za zestaw to 19 zł. Produkt pełnowymiarowy. Był w każdym pudełku.

Bell – HYPOAllergenic Intense Colour Moisturizing Lipstick. Oprócz koloru, nawilża, zmiękcza i wygładza. U mnie w bardzo ciężkim i raczej mało wakacyjnym kolorze. Kosztuje ok. 17 zł. Produkt pełnowymiarowy. Był w każdym pudełku.

Dr. Coco – Woda kokosowa. Dla mnie bardzo spoko. Lubię takie dodatki w pudełkach. Produkt Pełnowymiarowy. Znajdował się w pudełkach VIP. Kosztuje ok. 5 zł.

Efektima – Maseczka glinkowa oczyszczająca. Uwielbiam oczyszczające maseczki na bazie białej glinki. Są super skuteczne i super delikatne jednocześnie. Cena: ok. 2,30 zł. Produkt pełnowymiarowy. Był w każdym pudełku.

I w zasadzie to byłby już koniec, ale ja dostałam nadprogramowo jeszcze jedną rzecz – Krem zwężający pory marki Efektima. Niby jakiegoś widocznego problemu z porami nie mam, ale zawsze coś tam poprawić można, albo nawet profilaktycznie zastosować. Z chęcią sobie sprawdzę.

Ostatecznie całkiem spora wyszła z tego paka. Jednak moje pudełko, to wersja premium. Myślę, że mogę znaleźć tu kilka swoich ulubieńców, także ja zabieram się za testowanie, a Wy lećcie skałdać zamówienia, jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście! Zestawy dostępne na shinybox.pl.

Dobre dla zębów – whiteON i natureON

whiteON i natureON – nowości Torf Corporation (czyli właściciela marki tołpa), do higieny jamy ustnej. Towarzyszą mi już od kilku miesięcy, więc czas, żebym podzieliła się swoimi spostrzeżeniami i opinią. 

Jako że lubię kosmetyki tołpa, na te produkty też od razu nałożyłam pewien filtr zaufania i z entuzjazmem zaczęliśmy domowe testowanie. Zanim jednak przejdę dalej, myślę, że warto wspomnieć czym serie się od siebie różnią i jakie produkty w nich znajdziemy.

natureON to produkty, które zostały stworzone w oparciu o naturalne składniki, z poszanowaniem środowiska. Nie zawierają parabenów ani składników pochodzenia zwierzęcego. Znajdziemy w niej certyfikowane oleje i ekstrakty roślinne. Nie zabrakło również szalenie modnego obecnie węgla aktywnego, na bazie którego stworzone zostały dwa produkty z tej linii.
Cała seria składa się z:
– Odświeżającej pasty do zębów fresh&oil,
– Regenerującej pasty do zębów gums protect,
– Wybielającej pasty do zębów carbon white,
– Wybielającego płynu do higieny jamy ustnej carbon white.

witeON, jak się pewnie domyślacie, to linia wybielająca. Oparta jest na mieszance składników aktywnych takich jak naturalny enzym z ananasa (bromelaina), kwas ftalimido-peroksy-kapronowy i węgiel aktywny. Są nie tylko skuteczne, ale i w pełni bezpieczne, również dla szkliwa. Można je stosować jako kompleksową codzienną pielęgnację, a także wybiórczo lub co jakiś czas, aby „odświeżyć kolor”. Seria zawiera:
– Zestaw wybielający 3 Step Whitening set
– Pastę do zębów redukującą przebarwienia Enzyme White,
– Pastę do zębów wybielającą już po pierwszym użyciu Visible White,
– Pastę do zębów Black White,
– Płyn do higieny jamy ustnej, chroniący zęby przed osadami Enzyme White.

Jak widzicie obie kolekcje całkiem rozbudowane i kompleksowe, więc od ok. 3 miesięcy nie używamy niczego innego do higieny jamy ustnej. Co przyznam mnie samą dziwi, bo o ile ja coś tam sobie zawsze ulubię, to mój M pastom do zębów stawia naprawdę wysokie poprzeczki. Od lat testujemy różne produkty, z naciskiem na bardziej naturalne i uwierzcie – ciężko jest w tym temacie. Bo jeśli już jakaś pasta czy płyn ma fajny, naturalny skład, to niestety nie do końca sobie radzi czy to z redukcją płytki bakteryjnej czy uczuciem świeżości. A jednak to wydaje nam się być najważniejsze. Więc poszukiwania trwały i trwały, aż w końcu pojawiły się te dobrze prezentujące się tubki, a mój M powiedział – „to możemy kupować”. 😀

whiteON i natureON

Więc tak – seria natureON jak na certyfikowane składniki i ogólnie naturalny skład jest naprawdę zaskakująco skuteczna w działaniu. Myślę, że dla co delikatniejszych może być nawet trochę „mocna”. Pasty dobrze oczyszczają zęby, redukują płytkę nazębną i zapewniają długotrwałą świeżość oraz komfort. W konsystencji czy sposobie rozprowadzania nie różnią się niczym od swoich drogeryjnych konkurentek. Wszystkie fajnie się pienią, więc sprawnie i przyjemnie przebiega te mycie zębów. Jeśli miałabym wskazać swojego ulubieńca z tych 3 past, to pewnie byłaby to Wybielająca pasta do zębów Carbon White, która oczywiście jest czarna. 😀
Płyn, również czarny :D, też świetnie się sprawdza. Jest intensywny w smaku, wiadomo – jak większość tego typu produktów, ale nie szczypie i nie podrażnia. Dobrze sprawdza się zarówno w zestawie z pastą, jak i w roli „szybkiego odświeżacza” w pojedynkę.

whiteON to przyznam szczerze trochę takie wybawienie dla moich zębów. Piję bardzo dużo herbaty, a i kawę lubię, więc ten osad się zbiera, a zęby trochę zmieniają kolor. Co rzeczywiście te pasty redukują. Wiadomo, że nie są to specyfiki które poradzą sobie z kamieniem czy przebarwieniami powstałymi w miejscach, gdzie występują tak zwane plomby, ale ogólne odświeżenie jest i myślę, że jak ktoś tak jak ja lubi gorące napoje barwiące, albo pali papierosy, to już po kilku zastosowaniach zauważy subtelną zmianę koloru.
Oprócz efektu wybielającego, czystość, świeżość i komfort. Zarówno jeśli o pasty, jak i płyn chodzi. A o zestawie wybielającym 3 Step Whitening set opowiem w kolejnym tekście. I bez obaw, mimo tego, że produkty są wybielające nie podrażniają jamy ustnej i nie są też zagrożeniem dla szkliwa. Ogólnie używa się ich bardzo przyjemnie.

natureON whiteON

U mnie, a w zasadzie u nas, produkty te sprawdzają się naprawdę dobrze. Nie występują żadne nadwrażliwości, podrażnienia. Dziąsła są wypielęgnowane, a zęby zadbane.
Seria natureON przekonała nas do siebie swoją mocą, a z kolei whiteON skutecznością. Szczerze polecam przetestować je na własnych zębach. Na pewno obie serie dostępne są w Rossmann, więc zupełnie przy okazji 😀 możecie sobie sprawdzić.

Krem z komórkami macierzystymi – Apple Queen Bartos Cosmetics

Dzisiaj produkt, który oczarował mnie zarówno swoim wyglądem, jak i zaciekawił recepturą. Nowość na polskim rynku i to w wersji ekskluzywnej. Sama natura, nie testowana na zwierzętach i odpowiednia dla wegan. Co to takiego?

Bartos Cosmetics to startująca polska marka, która tworzy swoje produkty w oparciu o 3 filary – zdrowie, naturę i urodę. Marka aktualnie w portfolio ma 3 kosmetyki: krem odmładzający, krem wzmacniający i regenerujący płyn micelarny. Ich ceny są dość wysokie, bo kolejno jest to 149 zł, 139 zł i 89 zł, więc podstawowe pytanie brzmi czy warto marce zaufać i w nie zainwestować?

Swój egzemplarz Odmładzającego kremu Apple Queen Bartos Cosmetics otrzymałam na Meet Beauty Conference. Przyznać muszę, że urzekł mnie swoim wyglądem.

Słoiczek jest nie tylko pięknie zaprojektowany graficznie, ale też bardzo porządny i co najważniejsze mega praktyczny. Opakowanie typu airless sprawia, że krem nie traci na jakości i jest pełnowartościowym kosmetykiem, do ostatniej aplikacji. Dodatkowo dozuje odpowiednie porcje kremu i po prostu jest wygodny w użyciu.

Bartos Cosmetics – Apple Queen

Krem oprócz tego, że urokliwy na zewnątrz, jak informuje producent, jest też piękny w środku. Jego receptura zawiera komórki macierzyste z jabłoni domowej, ekstrakt z czerwonej koniczyny, kwas hialuronowy, sok z liści aloesu, olej arganowy, olej awokado, olej manoi, masło waniliowe, witaminę B5, B3 i E. Cała ta mieszanka dba o odnowę komórek skóry oraz jej odżywienie i nawilżenie. Działają one przeciwstarzeniowo i wpływają na elastyczność i jędrność skóry. Dodatkowo składniki te koją i łagodzą.

Krem ma bogaty skład i równie treściwą konsystencję. Nie jest ona najlżejsza, ale jakaś wyjątkowo tłusta i ciężka też nie. Posiada delikatny, kremowy odcień. Pozbawiony jest perfum, a jego zapach (delikatny, ale wyczuwalny) zupełnie naturalny.

Jak już wspomniałam jest kremem dość treściwym, więc zdecydowanie lepiej, przynajmniej u mnie, sprawdza się na noc. Niezależnie od warstwy jaką aplikuję, krem pozostawia na mojej skórze trochę tłustego filmu, więc pod makijaż się nie nadaje. Jak się domyślacie – nocą mi to w ogóle nie przeszkadza. I często pozwalam sobie nawet na położenie grubszej warstwy, jako taką maseczkę odżywczą. Krem zawsze kładę na oczyszczoną skórę, posmarowaną wcześniej płynnym serum (najczęściej na bazie kwasu hialuronowego – super się wchłania i fajnie transportuje składniki aktywne kolejnych kosmetyków w głąb skóry).

Bartos Cosmetics - Apple Queen
Bartos Cosmetics – Apple Queen

Faktem jest, że odkąd go używam moja skóra nie ma problemów czy to z warunkami atmosferycznymi, czy z klimatyzacją. Nie nękają mnie żadne przesuszenia, podrażnienia czy zaczerwienienia. Twarz jest nawilżona i odżywiona, napięta i jędrna. Wygląda dobrze – zdrowo i świeżo, przez cały dzień. Wydaje się też, że kosmetyk wzmocnił naczynka i wygładził co nieco.

Ogólnie jestem z niego zadowolona i myślę, że to fajny produkt dla wymagających. Spełni oczekiwania zarówno jeśli chodzi o skład, jak i efekty.

Dostępny jest m.in. w sklepie internetowym marki.

Ulubione kosmetyki do brwi Eyebrow Expert Delia Cosmetics

Ogólnie kosmetyki do brwi uwielbiam. Lubię dosłownie wszystko – kredki, cienie, pomady, tusze, żele i co tam jeszcze wymyślą. Jednego dnia maluję je mocniej, drugiego wyznaję zasadę „no makeup” i delikatnie je podkreślam. Wyobraźcie więc sobie moją minę, gdy trafiły do mnie wszystkie kosmetyki do brwi, jakie marka Delia Cosmetics posiada w swojej ofercie. Istny szał!

Nagle moja kosmetyczka stała się bogatsza o całą masę nowości, są nimi:
Korektor żelowy do brwi,
Maskara do brwi,
Paletka do brwi,
Pęseta do brwi,
Serum na wzrost rzęs i brwi,
Henna żelowa do brwi i rzęs,
Henna do brwi w kremie,
Henna tradycyjna,
Pomada do brwi.
I jak się zapewne domyślacie, jest kilka pozycji z tej długiej listy, które szczególnie przypadły mi do gustu.

Eyebrow expert Delia Cosmetics

Zacznę od produktu, który zaskoczył mnie najbardziej i jest to Pomada do brwi Delia Cosmetics. Jak to pomada, ma woskową konsystencję, a jej krycie uzależnione jest od tego z jaką intensywnością ją nakładamy. Dzięki temu możemy uzyskać efekt bardziej naturalny, jak i intensywny, mocny. I uwierzcie, że oba przy jej użyciu wyglądają super. Ja dodatkowo utrwalam ją maskarą, albo żelem i trzyma się bez problemu cały dzień. Również w upały. Jak już się ją na tych brwiach posadzi, to tak siedzi i siedzi, dopóki się jej nie pogoni demakijażem. Na dodatek bardzo przypadł mi do gustu odcień Dark Brow, który jest taką konkretną czekoladą i jakoś tak mi dobrze leży. Do aplikowania pomady na co dzień używam skośnego pędzelka Hakuro, ale ten, który był w zestawie (z jednej strony pędzelek skośny, z drugiej szczoteczka) też daje radę – jest sztywny, więc nie łamie się pod wpływem ciężkiego i kleistego kosmetyku, ale nie szoruje i nie podrażnia skóry.

Kolejna rzecz, którą możemy sobie wymalować całe brwi to Paletka do stylizacji brwi Delia Cosmetics. Paletka jest wykonana z całkiem przyzwoitego plastiku. W środku znajdują się dwa cienie – jasny i ciemny brąz oraz bezbarwny wosk. Do aplikacji – dwustronny pędzelek i uwaga (!) nawet lusterko się zmieściło. Cienie pudrowe, ale miękkie, przyjemne i z mniejszą przyczepnością, więc zdecydowanie ten wosk jest do aplikacji potrzebny, również dla uzyskania delikatnego efektu. Przyznać jednak trzeba, że w takim połączeniu paletka sprawdza się świetnie i bez zarzutów. Tutaj również można sobie stopniować efekt, dodając lub zmniejszając ilość cieni, które podtrzymuje fajnie rozprowadzający się wosk. Dzięki niemu możemy sobie łatwo zaznaczyć kontury czy w ogóle namalować kształt brwi. Też trwałe.

Kosmetyki do brwi Eyebrow expert Delia Cosmetics

Rzecz, bez której ogólnie nie wyobrażam sobie makijażu brwi jest tusz. Czasami używam go w pojedynkę, czasami dodaję do kredki, a jeszcze kiedy indziej utrwalam sobie cienie czy pomadę. Serio lubię mieć coś takiego w kosmetyczce. W przypadku Kremowej maskary do brwi Delia Cosmetics podoba mi się aplikator – mała szczoteczka, która pozwala na bardziej precyzyjną aplikację i trwałość. Kolor brązowy, którego używam na co dzień, jest w porządku. Jednak ja dodałabym do gamy ich trochę więcej. Maskara należy do tej grupy kosmetyków, które nie wysychają pod wpływem czasu. Stale jest tak samo mokra, nie zostawia więc grudek i nie skleja włosków. Pozostawia fajny, efekt podkręconych brwi, który można stopniować. Zawiera olej makadamia, sezamowy, kukurydziany, słonecznikowy i z oliwek, a także d-panthenol, więc nie tylko koloryzuje brwi, ale też je pielęgnuje.

Kremowa maskara do brwi Delia Cosmetics

Ostatnią rzeczą do podkręcania brwi, jaką chcę Wam dzisiaj zaprezentować jest Ekspresowa jednoskładnikowa henna do brwi. Dlaczego ulubieniec? Sprawa chyba jest prosta – i jednoskładnikowa i ekspresowa. Generalnie nic nie trzeba mieszać, nie trzeba się zastanawiać nad proporcjami, jak i mieszaniem kolorów – jest podany konkret i tego używasz, koniec kropka. A że ja i nigdy czasu nie mam i też trochę leniuszek (jak już mam te 5 minut), to bardzo polubiłam tą hennę. Efekt w zasadzie otrzymujemy nawet już po 5 minutach, a utrzymuje się on spokojnie ponad tydzień. Myślę więc, że fajna sprawa. Jedyna rzecz, jaką bym poprawiła to pędzelek, bo jednak mało precyzyjny jest ten aplikator.

Jednoskładnikowa ekspresowa henna do brwi

Serum na wzrost rzęs i brwi Delia Cosmetics zasługuje na uwagę głównie dlatego, że nie podrażniło moich oczu – a to się serio rzadko zdarza. Delikatna odżywka, która może jakichś spektakularnych efektów nie daje, ale włoski są i mocniejsze i w przypadku rzęs mam wrażenie, że nieco dłuższe. Bezbarwna i bezwonna. Zawiera innowacyjny kompleks wzmacniająco-odbudowujący Widelash i keratynę. Nakłada się ją aplikatorem zakończonym pędzelkiem, na linię powieki wzdłuż rzęs i na brwi. Można zarówno na noc, jak i na dzień pod makijaż.

Serum do rzęs i brwi Eyebrow Expert Delia Cosmetics

Pielęgnację zamkniemy wisienką – piękną, minimalistyczną Pęsetą Delia Cosmetics. Kompaktowa i precyzyjna jednocześnie. I te połączenie czerni ze złotym logo – ekstra! Ładna rzecz do kosmetyczki. 🙂

Choć zdecydowanie większą część produktów do brwi marki Delia Cosmetics już Wam przedstawiłam, to możliwe, że niedługo wrócę z czymś jeszcze. Póki co, zachęcam do zapoznania się z powyższymi, bo to dobre produkty, w naprawdę niskich cenach (najdroższa jest paletka – ok. 20 zł). Oferta marki jest naprawdę szeroka, więc myślę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. No chyba, że się kredki lubi, to wtedy się nie uda, poza tym – „hulaj duszo, piekła nie ma”. 🙂

Szampon i odżywka Extra Body Paul Mitchell – jak radzą sobie z włosami wymagającymi?

Moje włosy ostatnio przechodzą ciężki okres. Oprócz tego, że cebulki są bardzo osłabione, a natura włosów dość skomplikowana, teraz nadeszły jeszcze ciepłe, słoneczne dni i suuusza. Lekko nie jest, a ja wciąż sięgam po nowe produkty, próbując, testując i sprawdzając, co choć na chwile sprawi, że poczują się lepiej.

Zależy mi nie tylko na nawilżeniu, ale też odżywieniu, odbiciu od nasady i uzyskaniu objętości (niestety ostatnio trochę tych włosów straciłam), więc poszukiwania szeroko zakrojone. Mówią, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, ale to stwierdzenie chyba nie ma zastosowania przy pielęgnacji włosów. Albo kosmetyki działają na nie pod wieloma względami na plus, albo jest klapa po całości. No dobrze, ale z czym ja dzisiaj do Was przychodzę?

Będąc na warsztatach Beauty By Bloggers Paul Mitchell otrzymałam giftpack, w którym znajdował się między innymi Szampon Extra Body Daily i Odżywka Extra Body Daily Rinse. Oczka mi się zaświeciły, i z wyżej wypisanych powodów, i dlatego, że jednak to fajna marka premium jest. Jak się domyślacie, zestaw nie czekał długo na swoją kolej, zaczęłam używać tych kosmetyków praktycznie od razu.

Paul Mitchell odżywka i szampon Extra Body

Zarówno szampon, jak i odżywka to butelki, tuby o pojemności 300 ml. Posiadają dozowniki, które jak ogólnie wiadomo bardzo fajnie się sprawdzają. Etykiety proste, czyste i estetyczne.

Oba kosmetyki mają ten sam zapach. Przyjemny. Trochę taki cytrusowy, i trochę zielonym jabłuszkiem pachnie. Choć mocno wyczuwalny, nie utrzymuje się na włosach jakoś ekstremalnie długo. W konsystencjach raczej nie różnią się zbytnio od tego typu produktów. Szampon na głowie tworzy gęstą pianę, a kremowa odżywka otula włosy.

To, na co szczególnie zwróciłam uwagę podczas stosowania serii Extra Body Paul Mitchell, to właśnie ta obiecana objętość. I rzeczywiście objętość jest, lekkość jest, sypkość też. Widoczne gołym okiem odbicie od nasady również. Jako, że mam od połowy długości włosy kręcone, to też fajnie, że ta objętość nie powoduje puszenia się włosów, a loki mają nawet lepszy i silniejszy skręt. Po wysuszeniu włosy nie elektryzują się. A co też bardzo istotne – duet ten bardzo ułatwia rozczesywanie, a w zasadzie już podczas mycia, powoduje „uporządkowanie” włosów i eliminuje ich plątanie się. Więc nie narażam ich dodatkowo na wyrywanie, łamanie, kruszenie.

Rzeczy, których nieco produktom brakuje, to większa moc nawilżania, jakiś wpływ na kondycję końcówek, oraz podbicie świeżości. Ale zdaję sobie sprawę, że moje włosy potrzebują tego znacznie więcej niż przeciętnie.

Ogólnie zestaw uważam za naprawdę udany i warty przetestowania. Wiadomo – jego cena do najniższych nie należy, ale rozczarowań też raczej nie zafunduje. Także, jeśli bijesz się z myślami, zastanawiasz się czy warto, to ja namawiam do wypróbowania.  🙂

Na upały – odżywcza mgiełka zamiast balsamu

Gdy za oknem panuje tak gorąca, wakacyjna aura, średnio chce mi się wcierać balsamy, masła i inny olejki. A wiadomo, że zmęczona słońcem skóra potrzebuje nawilżenia, odżywienia i odświeżenia. Dlatego, gdy mamy upały takie jak teraz, sięgam po mgiełki i inne spraye, które o kondycję skóry i mój komfort zadbają. Jedną z nich jest Odżywcza mgiełka do ciała Papaja&Tamarillo Tutti Frutti Farmona.

Jak większość kosmetyków z serii Tutti Frutti, mgiełka pachnie obłędnie. Słodko, ale nie mdło, świeżo i egzotycznie. Skórę odżywia dzięki zawartym w niej ceramidom, proteinom mlecznym oraz całemu kompleksowi nawilżającemu (m.in. gliceryna, olej z nasion słonecznika, ekstrakt z liści rozmarynu).

Opakowanie to dobrze leżąca w dłoni butelka o pojemności 200 ml, która została wyposażona w dobrze sprawujący się atomizer. To właśnie dzięki niemu aplikacja mgiełki, jest tak przyjemna. Tworzy on wilgotną chmurkę, bez strumieni, bez cieknących bokiem kropel.

Mgiełka błyskawicznie wchłania się w skórę, nie zostawiając na niej żadnej lepkiej czy tłustej warstwy. Jedyne co po sobie pozostawia to fantastyczny, letni zapach i zadbaną skórę. Na dzień idealna. Na noc raczej sięgam już po coś cięższego. W związku z tym, że nie podrażnia, spokojnie można stosować ją również po depilacji. Nie zauważyłam, żeby mgiełka przyczyniała się do większej potliwości. Nie męczy też uczuciem lepkości. Jak dla mnie super komfortowa sprawa, pewnie dlatego tak często po nią sięgam. 🙂

Get The New Look by ShinyBox – maj 2018

Powiem tak, „prosto z mostu” – majowy ShinyBox Get The New Look zrobił robotę. I marki ciekawe, i produkty takie „inne”. Nawet coś z wyższej półki się znalazło! No i pudełka. Wróciły piękne pudełka, za którym wszystkie Shinies tak bardzo tęskniły. Edycję tą uważam więc za naprawdę atrakcyjną i udaną, ale w zasadzie podsumowania powinno się zostawiać na sam koniec. 😉 No to od początku…

Majowe pudełko wypełnione zostało kosmetykami do pielęgnacji ciała i twarzy, do demakijażu oraz makijażu. Największym zaskoczeniem jednak jest dla mnie flakon C-thru, bo do tej pory w pudełkach spotykałam się raczej z próbkami zapachów. Pozostałymi markami pudełka są: Mesauda Milano, Seacret, Golden Rose, Zielone Laboratorium i Nutka. Łącznie w pudełku znalazło się 5 produktów. Natomiast nie były to produkty stałe, aż w 3 przypadkach można było otrzymać wymienne. Za to wszystkie pełnowymiarowe!

Jak już wspomniałam największym zaskoczeniem jest dla mnie Perfumowany Dezodorant C-Thru, który na dodatek naprawdę fajnie pachnie. Lubię takie cięższe tony, także przypadł mi do gustu. Zapach – Cosmic Aura to oczywiście nowość. Opakowanie jednak dobrze pewnie Wam znane – szklany flakon o pojemności 75 ml. Kosztuje ok. 19 zł.

Kolejna bardzo fajna sprawa, to Chusteczki do demakijażu Seacret. O ile tego typu chusteczek używam raczej tylko w podróży, to jednak marka robi swoje. Na co dzień używam mięciutkiej rękawicy glov, więc chusteczki te nie są w porównaniu do niej najprzyjemniejszą rzeczą, jaką twarz myłam. Ale! Usuwają makijaż, łącznie z tuszem do rzęs czy matową pomadką. Ładnie pachną. Nie podrażniają, a nawet powiedziałabym, że zostawiają skórę nawilżoną i lekko natłuszczoną. Opakowanie, choć z pozoru takie „byle jakie”, jest bardzo fajnie zrobione. Etykietka do otwierania usztywniona, dobrze podklejona z każdej strony, więc chusteczki w ogóle nie tracą na swojej świeżości i jakości. Kosztują lekko ponad 100 zł.

ShinyBox Get The New Look

Mesauda Milano to marka, której do tej pory nie znałam. I z tego co mówi ShinyBox jest młoda i z Włoch. Wyróżniają się innowacyjnymi rozwiązaniami. W pudełku wymiennie pojawiła się konturówka i błyszczyk, choć ja jako ambasadorka ShinyBox dostałam oba produkty. Błyszczyków na co dzień nie używam, więc przyznam, że jakoś nie spieszyłam się z jego przetestowaniem. Ale tak na szybko – jak na błyszczyk ma dość intensywne krycie, nie skleja ust, nie jest problemowy przy zmywaniu. Konturówka z kolei miękka, dobrze się prowadząca i trzymająca. Pigmentacja też wygląda fajnie. Nie jestem tylko przekonana do tego koloru, ale możliwe, że jeszcze zmienię zdanie.

Rzeczy, które lubię w pudełkach najbardziej, to te związane z kąpielą. Dlatego Mus pod prysznic Nutka to w moim przypadku strzał w dziesiątkę. Gruszka i bergamotka (bo na taki zapach trafiłam), to bardzo fajne, świeże i typowo wakacyjne połączenie. Kosztuje ok. 9 zł. Oprócz musu w pudełku znalazła się również próbka emulsji do higieny intymnej.

Maseczka to kosmetyk, bez którego aktualnie ciężko sobie wyobrazić jakiekolwiek pudełko. 😛 Tym razem jest to bazująca na białej glince Maska Głęboko Oczyszczająca Zielone Laboratorium. Z chęcią ją przetestuje, coś czuje, że będzie moc.

I w zasadzie to już wszystko. Niby 5 produktów, a w moim przypadku 6, jak na Shnybox to niewiele. Trzeba jednak podkreślić jak fajne to kosmetyki są. Serio, dla mnie majowy zestaw to po prostu sztos. 🙂

Wiem, że pudełka Get The New Look są jeszcze dostępne, więc lećcie na zakupy do Shinybox. 🙂

Inspired By Naturalnie Piękna edycja 12

Razem z majem nadszedł czas na kolejną odsłonę pudełka Naturalnie Piękna. To już dwunasta edycja! Czy i czym mnie zaskoczyła?

Wszystko co znajduje się w tym pudełku to dla mnie zupełne nowości. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia ani z tymi produktami, ani nawet z markami. Pudełko wypełniają nie tylko kosmetyki, ale też akcesoria, a nawet suplementy. Łącznie w pudełku znajdziemy 7 pełnowymiarowych produktów.

Jak w każdym pudełku, tak i w tym mam swoich faworytów, dlatego prezentację pudełka zacznę właśnie od nich.  Tonik do twarzy przeciwzmarszczkowy Babo. Szklana butelka i minimalistyczna etykieta prezentują się pięknie. Atomizer z kolei zapewnia wygodą i równomierną aplikację. Delikatna mgiełka koi i relaksuje, a przy tym nawilża, poprawia kondycję skóry i oczywiście przywraca jej odpowiednie pH. Pachnie naturalnie. Nie podrażnia. Kosztuje ok. 65 zł.

Faworytem numer 2 jest Naturalne mydło do ciała Blank. Mydlarnia. Te też prezentuje się świetnie. Dla mnie takie ręcznie robione kostki zawsze pięknie wyglądają. Uwielbiam nieregularnie kształty i nierównomierne zdobienia. I takie woreczki materiałowe też uwielbiam. Jeśli produkt prezentuje się w taki sposób, to ja w jego jakość i skuteczność ufam od razu. 😛 W zależności od wariantu kostka 120 g kosztuje od 18 zł wzwyż.

Naturalnie Piękna edycja 12

Czas na trzeciego faworyta i Pędzel do brwi i eyelinera P44 HULU Brushes. Tego nigdy za wiele! Skośny, sztywny i precyzyjny. kosztuje ok. 12 zł.

Rzecz, która na podium się nie znalazła, a w pierwszej chwili nawet mocno zaskoczyła to Podpaski ekologiczne na dzień FAR-IN ANION Gentle Day. Mieszane uczucia wiadomo dlaczego, ale później sobie tak pomyślałam – kurcze, a w zasadzie dlaczego nie. Większość z nas ich używa, to w sumie fajnie poznać coś nowego. Więc mimo tego, że na miejscu czwartym, to daję dużą okejkę. 🙂 I co fajne – kosztują ok. 13 zł.

Rzecz, która w pudełku się znalazła, a w żaden sposób mi się nie przyda to Grinday Look Up – formuła Włosy, Skóra, Paznokcie. Wciąż karmię piersią, więc nawet jakbym chciała, to mi nie wolno. Dam pewnie na konkurs. 🙂 60 kapsułek kosztuje ok. 70 zł.

I na koniec produkty TNS – lakier hybrydowy i pilnik o gradacji 180/240. I nie wiem co o tym myśleć. Chyba nie jestem przekonana do wypełniania naturalnych pudełek hybrydami. Niby czemu nie, ale jakoś mi to się gryzie i nie pasuje. Lakierów w moim pudełku znalazły się 2 sztuki, także napewno się podzielę w rozdaniu. Pilnik również oddam, mam aktualnie spory zapas. Lakiery TNS kosztują ok. 7 zł / 8 ml, pilnik 1,20 zł.

Wszystko!

Powiem tak – mimo kilku naprawdę fajnych i ciekawych produktów, chyba jestem trochę zawiedziona. Połowa (albo nawet i więcej) pudełka z założenia kosmetycznego, to akcesoria i suplementy. A biorąc pod uwagę, że tym razem jest ich 7, to kosmetyków do pielęgnacji mamy tylko 2 sztuki. Wydaje mi się, że to jednak trochę mało. No ale tak to jest. Nie wszystkich da się zadowolić to po pierwsze. A po drugie, też rzecz wiadoma – raz pudełka są mniej, a za drugim razem bardziej wypasione. 🙂

Po Naturalnie Piękną kierujcie się na inspiredby.pl.

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Jakiś czas temu (w zasadzie całkiem niedawno) w Sylveco pojawiła się nowość – Naturalny Dezodorant. Trafił w moje ręce w dwóch wariantach – kwiatowym i ziołowym. I w ofercie na razie tylko te dwa są. Powiem szczerze, że strasznie mnie zaciekawiły i ucieszyły. Bo mimo tego, że naturalne dezodoranty często rady nie dają, to kosmetykom Sylveco zaufałam już kilka lat temu i po prostu wierzyłam, że i z takim tematem marka sobie poradziła.

Oba dezodoranty zostały oparte na naturalnych składnikach aktywnych. A ze składów wykluczony został alkohol i sól aluminium. Głównym składnikiem aktywnym w wersji ziołowej jest ekstrakt z kory dębu, kwiatowej – szałwia lekarska. Mają absorbować pot, hamować rozwój bakterii i niwelować nieprzyjemny zapach. Czy udało się wypełnić założenia?

Od razu moją uwagę przykuły opakowania, które wydały mi się strasznie urocze. Kulki (roll-on) są w kolorach etykiet, kwiatowy – cukierkowy różowy, ziołowy – żywy zielony. Sylveco zawsze dbało o estetykę produktów, również tych już otwartych i używanych, co naprawdę doceniam i lubię. Etykiety mimo tego, że często lądują pod wodą, z kosmetyków nie znikają, nie odklejają się, nie niszczą w żaden sposób. I takie same świetnie prezentujące się naklejki, mają i te dezodoranty.

Naturalny Dezodorant Sylveco w wersji kwiatowej i ziołowej

Wersja kwiatowa zaskoczyła mnie bardzo. Nie uwierzycie czym. Zapachem! Generalnie nie lubię zapachów określanych mianem „kwiatowych”, szczególnie w przypadku różnego rodzaju dezodorantów. Dla mnie po prostu są straszne. Ale ten dezodorant, to zupełnie inny kwiatowy. Pachnący trochę ziołami, trochę cytrusami, takimi świeżymi roślinami, a przede wszystkim naturą. Strasznie fajny, nienaciągany, bez sztucznego podkręcania (przynajmniej mój nos tego nie wyczuwa). No serio – ogromne wrażenie na mnie zrobił ten zapach kwiatowy. 🙂 Choć ziołowy też jest niczego sobie. Trochę bardziej neutralny, uniwersalny. I z pewnością więcej nut cytrusów w nim, więc i bardziej taki „fresh”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

Konsystencja myślę, jak na taki produkt, dosyć standardowa. Płynna emulsja, która wnika w skórę. Choć wiadomo – nie od razu, chwilkę trzeba poczekać. Ale warto, bo nic się nie roluje i nie zbiera w zagięciach czy fałdkach (jak tam wolicie :P). Podczas aplikacji nie swędzi, nie piecze, nie podrażnia. Można go stosować bezpośrednio po depilacji.

Testowanie tych dezodorantów przypadło na naprawdę wysokie temperatury, które przez wielu określane są afrykańskimi upałami, także przebiegały bez taryfy ulgowej. Zarówno na ciele moim, jak i mojego M. Ogólne wrażenie pozytywne. Niweluje potliwość i neutralizuje zapachy. Suchość zapewnia, ale nie oszukujmy się, jak większość antyperspirantów, tylko do jakiegoś momentu. Jeśli na zewnątrz, w słońcu jest z 40 stopni, to chyba tylko silne blokery dają radę. W warunkach nieco lżejszych sprawdza się bardzo dobrze i utrzymuje okolice pach w suchości i świeżości. Co myślę dosyć istotne – zapachy, i ten kwiatowy i ziołowy, dosyć szybko się ulatniają, więc nie tworzą się z ich udziałem nieprzyjemne mieszanki.

Cena Naturalnego Dezodorantu Sylveco w internecie to 27 zł / 50 ml.

 

Zobacz również:

Miętowa pomadka z peelingiem Sylveco

Ziołowa walka z rozstępami – SYLVECO Nawilżający balsam na rozstępny

 

OH! My Lips Matt Lip Kit Eveline Cosmetics – czy warto?

Mówi się, że moda przemija, ale matowych ust raczej to nie dotyczy. Ten efekt, chyba nigdy się nam nie znudzi. Dlatego też marki kosmetyczne tworząc takie pomadki, dążą do perfekcji i przedstawiają nam nowe kolory, formuły i opakowania. Z czym więc przychodzę do Was tym razem?

Ostatnio wpadł w moje ręce zestaw OH! My Lips Matt Lip Kit Eveline Cosmetics, składa się on z matowej pomadki płynnej i konturówki w dokładnie tym samym odcieniu. Samą pomadkę wyróżnia:
– formuła zawierająca witaminę E, która pielęgnuje usta,
– intensywne nasycenie koloru mikropigmentami i dobre krycie,
– wyprofilowany aplikator,
– kremowa konsystencja,
– szybko zastygająca formuła.

Przyznam szczerze, że malując usta po raz pierwszy trochę zaskoczył mnie ten wyprofilowany aplikator i nie byłam przekonana. Szybko jednak zmieniłam zdanie, bo to naprawdę fajna rzecz. Przydatna szczególnie wtedy, gdy się spieszymy i nie po drodze nam z konturówką. Pomaga szybko i precyzyjne obrysować kontur. Konsystencja mimo tego, że kremowa, szybko zastyga, więc pomadka się nie rozmazuje i nie wchodzi na zęby. Rzeczywiście wysoka pigmentacja sprawia, że odcień jest nasycony, pełny i zupełnie cienka warstwa zapewnia krycie. Kolor, który mam – 04 Sweet Lips, jak dla mnie jest idealny. Lekko różowy, zupełnie neutralny, naturalny i po prostu świetnie się w nim czuje. Pomadka na dłuższą metę może trochę usta wysuszać, ale przyznam, że miałam do czynienia w tej dziedzinie z lepszymi zawodnikami. 😉 Także komfort jej noszenia oceniam dość wysoko. Jeszcze jedna ważna rzecz, o której należy wspomnieć to trwałość. Jest niezła, serio. Pomadka spokojnie utrzymuje się kilka godzin. Nie odbija się i nie zostawia śladów. Napoje raczej na jej trwałość nie wpływają, a z jedzeniem jest jak jest, każdy wie.

OH My Lips Eveline Cosmetics

Zestaw OH! My Lips Eveline Cosmetics nie jest jedynym tego typu produktem, który wpadł w moje ręce. I choć wszystkie te zestawy są po prostu spolszczoną wersją pomadek Kylie Jenner, powiem Wam, ze moim zdaniem jakością od nich nie odbiegają. Mam w swojej „kolekcji” dwie sztuki KOKO i mimo tego, że bardzo je lubię, to nie uważam, żeby były najlepsze na świecie. Dlatego fajnie, że mamy na swoim podwórku produkty nie tylko dobre jakościowo, ale i bardzo fajne cenowo, tak jak właśnie zestaw OH! My Lips Eveline Cosmetics, za który zapłacimy ok. 25 zł.

Mój drugi numer jeden – Suchy szampon Express Dry Wash Paul Mitchell :)

Jak każda z nas, czasami używam suchego szamponu. Do tej pory mało który się u mnie sprawdzał i rzeczywiście trochę poprawiał wygląd włosów. Szamponem, który dał radę okazał się Got2b w wersji zielonej i do tej pory był to mój numer jeden. Ostatnio pojawił się jednak taki kosmetyk, że mój dotychczasowy hit choć do moich włosów świetny, trochę przy nim blednie.

Cudo to poznałam na warsztatach Beauty By Bloggers Paul Mitchell. Na zajęciach, które prowadził z nami Łukasz Urbański, dowiedziałyśmy się, że aby włos był podatny i dobrze się z nim pracowało, powinien być najpierw nieco „zmęczony” produktami stylizacyjnymi. Jako, że miałyśmy kosmetyki marki do dyspozycji, postanowiłam się nimi trochę pobawić. W pierwszej kolejności sięgnęłam po suchy szampon Express Dry Wash, bo jak ogólnie wiadomo, sprawiają one zazwyczaj, że włosy ją bardziej sztywne i zmatowione od nasady. A to wydawało mi się idealną bazą do dalszego działania. No to psikam, psikam, psika mi też koleżanka i psika mi całkiem sporo, a włosy lekkie, sypkie i gładkie!

Paul Mitchell Suchy Szampon Express Dry Wash

Nie nabrały sztucznej objętości, nie zrobiły się szorstkie. Całodniowe włosy (moje dosyć szybko tracą świeżość, myję je codziennie) zrobiły się takie, jakbym właśnie je umyła wodą z tradycyjnym szamponem. W przypadku włosów u nasady już się przetłuszczających również daje radę. Włosy są odbite od nasady, bardziej matowe i dobrze się układające. Na kilka godzin (a u większości z Was pewnie nawet i na cały dzień) spokojnie wystarczy.

Co ważne – do uzyskania takich efektów wcale nie trzeba aplikować na włosy całej puszki. Wystarczy kilka delikatnych pociągnięć u nasady. Ja na warsztatach po prostu sobie nie żałowałam. 😀

Co do kwestii technicznych – suchy szampon Paul Mitchell nie zostawia plam i nie bieli włosów, więc można go używać bez skrępowania, w każdych ilościach, do uzyskania odpowiedniego efektu. Standardowe opakowanie to  puszka 252 ml, ja na spotkaniu Beauty By Bloggers dostałam miniaturę – 50 ml. Obie puszki są równie poręczne, a atomizery bezawaryjne i dobrze rozpylające. Zapach ładny (taki typowo fryzjerski), utrzymujący się na włosach, a sam kosmetyk podczas aplikowania nie drażniący i nie duszący.

Pełnowymiarowy produkt kosztuje niecałą stówkę, więc całkiem sporo, ale i wielkość opakowania i efekty mogą to wynagrodzić. 🙂

 

Zobacz również:

Pierwsza edycja Beauty By Bloggers Paul Mitchell

Soda oczyszczona w kosmetykach Evree Soda Clean

Ilość zastosowań sody oczyszczonej jest naprawdę duża i pewnie nie do końca nam znana. I choć zdawałam sobie sprawę, że ten biały proszek ( 😀 ) potrafi zdziałać cuda (czy to podczas gotowania, czy sprzątania, czy nawet robienia okładów), to jakoś o wykorzystaniu go w kosmetykach nie myślałam. Aż tu pewnego dnia moje oczy ujrzały kosmetyki Evree Soda Clean.

Inspiracją do powstania tej truskawkowo-sodowej linii oczyszczającej, był oczywiście rynek azjatycki, gdzie sody w kosmetykach nie brakuje. Cały sekret jej skuteczności tkwi w mikrocząsteczkach, które wnikają wgłąb skóry oczyszczając ją i złuszczając. Odblokowują one pory i redukują zaskórniki. Są małe i bardzo skuteczne, a przede wszystkim super delikatne, więc wszystko odbywa się bez jakichkolwiek podrażnień.

W skład linii Soda Clean Evree wchodzą póki co dwa produkty – Sodowa pianka do mycia twarzy i Sodowy puder do mycia twarzy. Oba przetestowałam i zdecydowanie bardziej polubiłam się z tym pierwszym. Bardziej odpowiada mi jego forma – pianka jest kremowa, śliska, więc przyjemnie rozprowadza się ją po twarzy. Nie zmywa się po pierwszym machnięciu, ale nie szkodzi. Jak się pewnie domyślacie, zapach truskawek obłędny, dobry klimat robi. Sama pianka rzeczywiście obchodzi się ze skórą i delikatnie i skutecznie jednocześnie. Jest ona porządnie oczyszczona, gładka i nawilżona. Właśnie, nawilżona. Pianka dosyć intensywnie nawilża, nie ściąga, nie powoduje żadnego uczucia dyskomfortu, które często towarzyszy po myciu twarzy.

Puder lubię mniej, dlatego, że jest pudrem. Po prostu. Jest leciutki, więc unosi się w powietrzu i drażni mój nos. Ten mam bardzo wrażliwy, więc same rozumiecie. Oprócz samej formy, kosmetyk też niczego sobie. Można stosować go w połączeniu z wodą albo olejem. Jego konsystencja wtedy przypomina coś w stylu emulsji. Efekty podobne do tych przy piance, choć zależą one też od tego z czym ostatecznie puder wymieszamy.

Oba produkty dostępne są w drogeriach. Pianka kosztuje ok. 20 zł, puder piąteczkę mniej.

 

Zobacz również:

Kilka zdań o Upiększającym kremie pod oczy Evree Magic Rose

Evree na legalu czyli kremy do rąk z olejkiem cannabis

 

Pierwszy krem CC w portfolio Evree – Pure Neroli

Jakie jest mydło do mycia pędzli Hania Beauty?

Powiem Wam – dziwna sprawa. Ostatnio myślałam o tym, że w sumie nie mam na stanie niczego fajnego do mycia pędzli, rękawicy i ściereczek, a tu takie cacko do mnie trafiło! Nie wiem czy to jakieś siły wyższe czy zupełny przypadek, ale ze sfery myślenia, przeszłam do działania i prania wszystkiego co mi w ręce w padnie, bo mam czym. Hania mi podesłała! Kolejny produkt marki Hania Beauty – Naturalne mydło do mycia pędzli jest już w sprzedaży.

Na jednym z video Hania podkreśla, że Hania Beauty to marka, która odpowiada na zapotrzebowanie klientek. Wsłuchuje się w potrzeby i tworzy skrojone pod nie produkty. Tak było w przypadku peelingów do ust i tak jest teraz, z mydłem do mycia pędzli. I wydaje mi się, że trafiła z nim w punkt.

Sama mam trochę problem w czym te pędzle czy ściereczki myć. O ile oczywiście nie używam w tym momencie typowego preparatu do oczyszczania pędzli. Nie wszystkie płyny czy mydła niestety się do tego nadają. Wiele z nich niszczy włosie czy strukturę materiału.

Mydełko wygląda i pachnie jak tradycyjna, ręcznie robiona kostka. Ma nieregularne kształty i tłoczone jak od stempla logo. Jest optymalnej wielkości, nie za duże, nie za małe, dobrze trzymające się w ręku. W połączeniu z wodą pieni się, choć piana ta jest dość skromna. Jest naturalne, stworzone na bazie oleju kokosowego, oleju z awokado, oliwy z oliwek i oleju z pestek winogron.

Hania Beauty – Mydło do mycia pędzli

Ładnie oczyszcza i dopiera pędzle, usuwając z nich nawet ciemne, mocno nasycone kolory. Nie zauważyłam, żeby jakoś źle wpłynęło na włosie – czy to syntetyczne czy naturalne, jest w dobrej kondycji. Włoski mięciutkie i trzymające się kupy. Jako, że na co dzień do zmywania makijażu używam rękawicy Glov, postanowiłam sprawdzić działanie mydełka również i na niej. Szczerze powiem, że obawiałam się trochę, łatwo jest ją zniszczyć. Nie jedną już wykończyłam, właśnie nieodpowiednim środkiem piorącym, a tu taka niespodzianka! Rękawica nie straciła na jakości ani trochę, struktura materiału taka jak wcześniej – miękka, lekka, przyjemna w dotyku i gęsta.

Mydełko działa fajnie nie tylko na pędzle czy ściereczki. Jego naturalny skład zapewnia też bezpieczeństwo skóry. Bez podrażnień, zaczerwienień, reakcji alergicznych.

Przyczepić mogę się jedynie opakowania, a raczej braku tak zwanej mydelniczki czy etui, która byłaby sprzedawana w zestawie z mydłem. Jednak ułatwiałoby to użytkowanie, a raczej przechowywanie mydełka, które jednak od takiego do rąk trzeba oddzielić. Aktualny kartonik wydaje mi się być takim rozwiązaniem na szybko, więc może w przyszłości powstanie coś fajniejszego.

Dostępne w internecie w cenie ok. 25 zł.

 

Zobacz również:

Coś przyjemnego – Peelingi do ust Hania Beauty

 

Kredka do brwi – pojedynek MAC vs. Pierre Rene

Gdy zobaczyłam tą kredkę w szafie Pierre Rene podczas Meet Beauty Conference od razu pomyślałam o mojej ulubionej, tej z MACa i o tym, aby je ze sobą zestawić i sprawdzić czym się różnią. Bo jednak w cenie różnica jest spora – ok. 60 zł.

MAC – Veluxe Brow Liner oraz Pierre Rene Brow Liner z wyglądu są niemalże identyczne. Obie drewniane, w kolorze znajdującego się w środku odcienia, wykończone matem. Obie posiadają czarne skuwki, w tym że w MACu są one metalowe, a w Pierre Rene plastikowe. Z jednej strony kredka, z drugiej szczoteczka do brwi. Co do jej jakości, to już dawno nie pamietam tej z MACa, bo odpadła prawie że na samym początku użytkowania. Z kolei ta z Pierre Rene póki co wygląda stabilnie i wyczesać się nią też da.

Kredkę z MACa pokochałam za kolor, łatwość prowadzenia i trwałość. I przez długi czas towarzyszyło mi poczucie, że nie można lepiej. Nie jest to typ woskowej kredki, jest sucha i stosunkowo twarda, ale dobrze nasycona, więc ostatecznie wystarczy kilka machnięć i brwi zrobione. Dzięki temu można też stopniować efekt, w zależności od tego czy chcemy mieć mocne czy bardziej naturalne wykończenie. O ile temperuje się ładnie, nie łamie się, a drewno nie zadziera, to tak jak już wspomniałam, po szczoteczce zostało mi tylko puste miejsce. Trwała jest bardzo i to nawet bez żadnego dodatkowego zabezpieczenia (tusz, żel czy cokolwiek innego). Trzyma się zarówno skóry, jak i włosków calutki dzień, bez poprawiania, bez domalowywania.

Brow Liner Pierre Rene i MAC – Veluxe Brow Liner

Brow Liner Pierre Rene w zasadzie od powyższych nie odbiega. Jest super trwała – spokojnie cały dzień czy wieczór wytrzyma. Jest to pewnie też związane z jej suchą formułą, która nie ma jak się ulotnić czy spłynąć. Może i nie jest to kredka, która po brwiach wręcz „sunie”, ale naprawdę prowadzi się przyzwoicie i dobrze się nią pracuje. Ma nasycony kolor, który osiada na brwiach i wtapia się w skórę. Do tego ładnie i porządnie wygląda. Ładnie się temperuje, nie łamie się. No i ta cena! 21 zł za takiej jakości kredkę do brwi, to myślę bardzo fajny deal. Minusem Brow Linera z Pierre Rene może być mała gama kolorystyczna, aktualnie dostępne są tylko trzy odcienie – Brunette, Ginger Brow i Blond. W MACu jest ich aż 8. Więc jeśli ktoś ma mocno sprecyzowany, charakterystyczny odcień, to niestety może wśród kredek Pierre Rene nie odnaleźć swojego odpowiednika. Poza tym, myślę, że nie ma się do czego przyczepić.

 

Zobacz również:

Dwa szybkie sposoby na stylizację brwi

Bardzo przyzwoita kredka do brwi za 15 zł

 

5 kroków do brwi idealnych i Zestaw do ich stylizacji od Golden Rose

 

Peeling enzymatyczny jak i na kogo działa? || Enzymatyczny koncentrat peelingujący Pollena Eva

Podczas Meet Beauty odwiedziłam stoisko Pollena Eva, które cieszyło się dużym zainteresowaniem. I to z nie byle jakiego powodu. Wykonywane było tam mikrokamerą badanie skóry. Kolejki więc długie, ale warto było.

Generalnie takie szybkie badanie, to fajna sprawa. Ostatnie robiłam na stoisku marki Vichy na targach Mother & Baby jakiś rok temu. Wtedy okazało się, że skóra twarzy jest naprawdę w bardzo dobrej kondycji. Tym razem było już trochę gorzej. I nie sądzę, żeby była to kwestia pielęgnacji, bo żadnych zmian w swoim „rytuale” nie poczyniłam, oprócz oczywiście nowych kosmetyków, które zastępują cały czas już te przetestowane. Albo ciężka ta zima dla mnie była, albo karmienie piersią nie tylko wpłynęło na moją wagę i włosy (a w zasadzie ich masowe wypadnie), a także i cerę. I ta druga opcja mimo wszystko wydaje mi się być bardziej prawdopodobna. Na szczęście dramatu nie ma. Trochę popracuję nad nawilżeniem, trochę nad złuszczeniem i powinno być już ok.

I ja właśnie do tego złuszczania zmierzam. Jako, że moja cera jest raczej wrażliwa, naczynkowa, to do usuwania martwego naskórka poleca się peelingi enzymatyczne czyli takie, które nie posiadają drobinek ścierających, a enzymy. Przez to są znacznie delikatniejsze, co nie oznacza, że mniej skuteczne. Są to zazwyczaj kremowe maseczki, które pozostawia się na skórze przez określony czas. Wtedy enzymy złuszczają martwy naskórek, oczyszczają pory i wspomagają odnowę komórek. Efekty powinnny być takie jak przy peelingu mechanicznym, albo nawet i lepsze.

Jak się zapewne domyślacie z Meet Beauty wróciłam do domu bogatsza między innymi właśnie o Enzymatyczny koncentrat peelingujący Pollena Eva z serii Dermo.

Tubka o pojemności 50 ml wypełniona jest konsystencją o delikatnym, przyjemnym zapachu. Formuła peelingu kremowa i puszysta. Lekko się rozprowadzająca, dość śliska, ale dobrze trzymająca się skóry. Można stosować ją na twarz, szyję i dekolt, jako szybką (od 5 do 10 minut) maseczkę, którą następnie zmywa się letnią wodą.

Po użyciu Enzymatycznego koncentratu peelingującego Pollena Eva, skóra jest złuszczona, oczyszczona i super gładka. Pory też jakby w lepszej kondycji. Bez podrażnień, zaczerwienień i innych tego typu historii (również na szyi i dekolcie!). Nawet żadnego pieczenia czy swędzenia nie odczułam. Wydaje się więc, że powinien być dobry również dla wrażliwców większych ode mnie. Myślę, że za przygotowanie skóry na pochłanianie składników aktywnych zawartych w kolejnych kosmetykach, zasługuje na piątkę. A i cena jest zachęcająca, bo waha się ok. 14 zł.

 

Zobacz również:

Peeling trychologiczny – co to?

RECENZJA tołpa: green oils. Orzeźwiający żel peelingujący do mycia twarzy

Coś przyjemnego – Peelingi do ust Hania Beauty