Recenzja: Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics

Zapewne tak jak wiele z Was, ja też wciąż szukam swojego ideału wśród dezodorantów naturalnych. Wiele takich przez moje ręce przechodziło i przyznam Wam szczerze, że dla opisywania większości z nich, szkoda mi było czasu. Nie dawały w zasadzie nic, i nawet jakiejś takiej zwyczajnej sympatii nie wzbudzały. Dlatego też nie znajdziecie u mnie zbyt wiele recenzji naturalnych antyperspirantów. Natomiast kilka takich, które po prostu polubiłam jest i dawałam Wam o nich znać (na końcu artykułu je znajdziecie). I dzisiaj do tej grupy lubianych dojdzie kolejny, bo choć idealny nie jest, to przyjemnie się z nim żyje.

Dezodorant o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to produkt małej manufaktury kosmetycznej, tworzącej cudne receptury naturalnych i certyfikowanych składników z polskich łąk, ogrodów i lasów. Myślę, że kosmetyki te wyróżniają się na tle konkurencji kreatywnością w doborze składników oraz taką … hm, prawdziwością. Nie zawierają żadnych wspomagaczy, parabenów, silikonów, aluminium, ani nie są testowane na zwierzętach. I pewnie dlatego tak bardzo lubię ten dezodorant.

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics – bo od początku właśnie o nim mówimy, to kombinacja składników antyperspiracyjnych, antybakteryjnych, antyseptycznych i pielęgnacyjnych. Marka zamknęła w nim i ałun (ałun – naturalny antyperspirant) i zioła (szałwię, i lipę), a także aloes i d-panthenol. Mieszanka ta zapewniać ma zarówno ochronę przed nadmierną potliwością (bez zatykania gruczołów potowych), niwelowanie nieprzyjemnego zapachu, jak i łagodzenie podrażnień. Czy właśnie w taki sposób działa? Dowiecie się za chwilę. 🙂

Płyn, przyznam – dość wodnisty, zamknięty jest w szklanej butelce z kulką, jest więc to dezodorant typu roll-on. Kuleczka działa bezawaryjnie, a na szkło, wiadomo, trzeba uważać. Aczkolwiek butelka ma dość solidne i grube ścianki, więc nic tam nie powinno się dziać. Dezodorant zamykamy plastikowym kapturkiem – nakrętką. Totalna prostota, dla wielu pewnie nic szczególnego, ale mnie jednak coś w tym opakowaniu urzekło – ręcznie opisana data ważności na etykiecie. Dla mnie świadczy nie tylko o niewielkim nakładzie kosmetyku, ale przede wszystkim o staranności z jaką jest przygotowywany.

Rzeczą, którą w tym dezodorancie lubię bardzo  jest zapach. Bergamotka – świeża, cytrusowa, orzeźwiająca – w sumie taki totalny klasyk, ale dla mnie jest tak w niej coś jeszcze, coś czego nie potrafię opisać, ale przepadam za tym strasznie. No i wiecie, dzięki takiemu, a nie innemu zapachowi, dezodorant jest zupełnie uniwersalny, przydatny dla obu płci. Swoją drogą, Earl Greya to ja w okresie jesienno-zimowym piję litrami. 😉

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Jeśli chodzi o działanie dezodorantu, to nie będę Was oszukiwała i pisała, że świetnie sprawdza się w upały. Bo dla mnie jest jednak za słaby. I o ile z niego korzystam na co dzień, to jednak wychodząc z domu zawsze przejadę tradycyjnym, drogeryjnym antyperspirantem. Ale przy dniach „chłodniejszych” – do 20 stopni, sprawdzał się bardzo dobrze. Często stosuję go od razu po kąpieli, jako produkt kojący i łagodzący. I powiem Wam, że od kiedy go używam, skóra pod pachami znacznie rzadziej jest podrażniona, nie swędzi mnie i nie piecze. Nie tworzą mi się tam tez żadne brzydkie rzeczy. Więc pod względem pielęgnacyjnym i łagodzącym jest po prostu świetny. Uważam, że ma trochę zbyt wodnistą konsystencję, bo często zdarza się, że po prostu krople po ciele mi ciekną. I wiadomo – może być to trochę irytujące, to jednak bardziej szłabym w stronę tego, że się marnuje. 🙁 Choć przyznać muszę, że jego wydajność jest naprawdę fajna. Używam na co dzień od jakichś 3 miesięcy i jeszcze z 1/5 opakowania jest. I przy cenie 45 zł za 50 ml wygląda to w sumie dość przyzwoicie. 🙂

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Ałun – naturalny antyperspirant

 

Wakacyjny makijaż. Mini-recenzje kolorówki.

Dzisiaj makijaż! I to nie byle jaki, a jak na mnie to nawet szalony, bo kolorowy. Nadal utrzymany w sumie bezpiecznych tonach, no ale mimo wszystko nie jest to beż czy brąz, które u mnie są standardem. Ostatecznie powstał chyba taki świeży i całkiem soczysty look, do którego wykonania użyłam kosmetyków różnych marek. Dlatego też postanowiłam przy okazji makijażu Wam je pokazać i krótko zrecenzować. Niektóre z nich to moje stare hity, z którymi się rzadko rozstaję, inne – zupełne nowości.

 

INSPIRACJA

Do zabawy kolorem pomarańczowym, miedzią i złotem zachęciła mnie Paletka cieni Sparkle Eveline Cosmetics, którą kocham za opakowanie, za kolory cieni i za to, że fajnie się z nimi pracuje. Nie osypują się, ładnie się rozprowadzają i blendują. Pięknie wyglądają na powiecie i trzymają się jej naprawdę długo, również w warunkach letnich czy imprezowych. Jedynym minusem jest takie spłaszczanie i wygładzenie się powłoki cieni foliowych po kilkukrotnym przejechaniu czy to palcem czy pędzelkiem (wiecie co chodzie, nie? 😊). Poza tym są extra, jestem nimi oczarowana po prostu. Kolory są świetnie skomponowane, idealnie się uzupełniają i można dzięki nim stworzyć coś ciekawego. Matowe cienie, to klasyczne, dobrze napigmentowane odcienie. Foliowe – chyba całkiem przyzwoite, mają dobrą przyczepność, osiadają na powiecie i co najważniejsze – iskrzą intensywnie.

 

TWARZ

Podkład Naked Skin Match Blur&Moisture Revers Cosmetics – całkiem przyjemny, bo niezbyt ciężki. Nie robi efektu maski, jak z resztą widać na załączonym obrazku. Coś tam kryje, do tego wyrównuje. No i nie przesusza, nie podrażnia. W upały z kolei też leży, nie spływa. Nie zapycha, nie blokuje. Rzeczywiście ładnie się wtapia i dopasowuje. Ma wygodne opakowanie z pompką i jest bardzo przyjemny cenowo.

Bronzer Sampure Minerals – mój hit. Wcześniej tak bardzo lubiłam tylko bronzer z Vita Liberata. Ma przepiękny, głęboki odcień, który na skórze wygląda mega naturalnie i przyjemnie. Można nim wykonturować twarz czy po prostu delikatnie podkreślić kości policzkowe. Bardzo przyjemnie się rozprowadza. Współpracuje z innymi kosmetykami, które już na twarzy są. I trzyma się jej naprawdę długo.

Podkład rozświetlający Sampure Minerals – lekki, dający mega naturalny efekt. Wyrównuje i wygładza. Bardzo ładnie wtapia się w skórę. Może dlatego, że nie matuje przesadnie, a daje delikatny efekt. Nie ciąży, nie waży się.

Róż rozświetlający Lily Glow Annabelle Minerals też należy do ulubieńców. Tak pięknego, delikatnego i naturalnie prezentującego się na skórze koloru dawno nie widziałam. I te przepięknie iskrzące się drobinki! Efekt niesamowity! Uwielbiam go i w pojedynkę, gdy przed wyjściem zdobię tylko swoje policzki i tuszuję rzęsy, jak i w większym gronie, jak makijaż, który Wam dzisiaj pokazuję. CUDO.

Puder matujący – Matt my day PEACH Loose Powder Eveline Cosmetics jest naprawdę dobrym sypkim pudrem matującym i utrwalającym. Ma zabarw w neutralnym odcieniu, więc nie wpływa to na efekt końcowy. Ładnie się osadza i pachnie brzoskwinią!

 

OCZY

Korektor pod oczy Magical Perfection Conclealer Eveline Cosmetics – powiem szczerze, że ten numerek 01, który w gamie jest najjaśniejszy, dla mnie wcale taki jasny nie jest. Początkowo bałam się, że zrobię sobie nim efekt pandy. Ale ostatecznie jakoś się tam wtapia i nie wygląda źle. Niestety, praktycznie od razu po nałożeniu i wklepaniu, zbiera się w załamaniach. Więc bez natychmiastowego utrwalenia ani rusz.

Eyeshadow Primer Golden Rose – to tak już przy okazji oczu. Bardzo w porządku jest ta baza, używam jej już dość długo. Dobrze się rozprowadza, szybko się wtapia w skórę i cienie się jej trzymają. Nic się nigdzie nie zbiera i nie osypuje.

Brow Gel Makeup Revolution – taki zwykły bezbarwny żel do stylizacji brwi. Bez szału, ale tez jakichś zażutów wobec niego nie mam.

Kredka do brwi Veluxe Brow Liner MAC to zdecydowanie moja ulubiona, o czym chyba już kilka razy pisałam. Dobrze się nią rysuje, ma świetny odcień i trzyma się tyle, ile trzeba. Bardzo podobne kredki, dobrej jakości, znalazłam w Pierre Rene.

Tusz do rzęs Royal Volume Eveline Cosmetics – kolejny świetny tusz tej marki! Wydłuża, pogrubia, podkręca. Sprawia, że rzęsy stają się widoczne i a oczy wyraźne. Mega!

 

USTA

Pomadka matowa Nordic Suduction Lumene – genialna matowa pomadka, o bardzo kremowej i przyjemnej dla ust formule. Nie tylko lekko się ją rozprowadza, ale też precyzyjnie wyznacza kontury. Jak wiele koleżanek po fachu, nie jest tępa i dobrze sunie. Nie przesusza ust, nie tworzy na ich powierzchni skorupy. Nasycony kolor i wyjątkowa formuła skutkują soczystym i świeżym lookiem.

Płynna pomadka matowa Oh My Lips Eveline Cosmetics – nigdy się na niej nie zawiodłam.

 

Shinybox MAJ 2019

Aktualnie opóźniona jestem po prostu ze wszystkim, więc nie powinien Was dziwić fakt, że zawartość majowego shinyboxa przedstawiam Wam już w lipcu. Nie ukrywam, że trochę czekałam na wysyłkę pudełek czerwcowych, bo chciałam jakoś zgrabnie połączyć prezentację tych dwóch edycji w jedną całość, ale niestety pudełka czerwcowe, mimo tego, że mamy już lipiec, jeszcze wysłane nie zostały.

Taak. I jest to rzecz, która zupełnie szczerze mnie martwi. I nie chodzi o to, że nie mam kolejnej paczki kosmetyków, tylko bardzo się boję, że w Shinybox złe rzeczy się dzieją. Kryzys mają na pewno, ale jak duży i jak szybko uda się go opanować niewiadomo. Strasznie szkoda mi marki, bo przez tyle lat robili tak świetną robotę… A tych kilka ostatnich miesięcy niestety niszczy renomę i na dodatek okazało się tak trudnym okresem, którego obawiam się, szerokie grono Klientek im nie wybaczy. 🙁 Mimo wszystko strasznie mocno trzymam kciuki za ShinyBox i liczę na to, że się szybciutko pozbierają.

W swoim majowym pudełku znalazłam całe mnóstwo świetnych produktów, chociaż jako ambasadorska dostałam jego najbogatszą wersję.

Shinybox maj 2019

HYPOAllergenic Triple Eyeshadow – Hypoalergiczny trójkolorowy cień do powiek – mini paletka trzech cieni. Ja ogólnie średnio takich używam, jakoś tak wolę albo duże palety albo pojedyncze cienie. Na dodatek spadły mi na podłogę i się pokruszyły, także nawet nie wypróbowałam. Kosztują ok. 14 zł.

VIANEK Łagodzący tonik-mgiełka do twarzy, to tak idealnie wpisujący się w panujące w czerwcu upały! Psikałam nim jak szalona, żeby się troszkę ochłodzić. Mega pachnie, nie klei się, super przyjemny, no i naturalny. Jako takie odświeżenie sprawdza się świetnie, co do standardowej, codziennej pielęgnacji, to niestety wypowiedzieć się nie mogę. Kosztuje ok. 21 zł.

SILCARE Quin Face So Sweet&Natural Lip Scrub – nowość w portfolio marki. Cukrowy peeling do ust. 98% naturalnych składników. Na razie wyląduje w zapasach, bo trochę tych peelingów otwartych mam. Kosztuje ok. 25 zł.

BIELENDA Balsam do ust Ponętna Śliwka – z lekkim kolorem, z lekkim połyskiem, więc nadaje taki fajny soczysty wygląd ust. Bardzo fajny, owocowy i wakacyjny zapach. Zawiera w swoim olejek babasu oraz masło kakaowe. Nawilża, odżywia i ujędrnia.
Kosztuje ok. 9 zł.

Shinybox maj 2019 – VIANEK, NATURATIV, CZTERY SZPAKI

NATURATIV Olejek rozświetlający. Dzięki ShinyBox poznałam Naturativ i ich świetne kosmetyki. Tym razem kosmetyczka została wzbogacona o olejek rozświetlający do ciała i twarzy. W środku znajdują się tłoczone na zimo oleje oraz naturalne drobinki rozświetlające, dające efekt WAKACYJNEGO GLOW! Skóra nie tylko jest nawilżona, ale też przepięknie się mieni. W pudełku była miniatura. Standardowe opakowanie 100 ml, kosztuje ok. 90 zł.

MYDLARNIA CZTERY SZPAKI Szampon w kostce – produkt, który został okrzyknięty hitem pudełka, ale niestety nie trafił do wszystkich Shinygirls, bo jest produktem wymiennym. 🙁 A szkoda i to ogromna. Świetny jest! naturalny, mega delikatny, bardzo wydajny i fajnie, świeżo pachnący. Po połaczeniu z wodą i włosami tworzy intensywną pisanę. Dobrze oczyszcza, a włosy są lekkie, miękkie i nawilżone. Świetnie sprawdza się u mojej córeczki. Kosztuje ok. 32 zł.

MARA NATURALS Żel do mycia ciała i włosów. Żel zawsze spoko. Szkoda tylko, że taki mały, bo to travel size. Przyjemny jest całkiem. 200 ml kosztuje ok. 60 zł.

Shinybox maj 2019 – NATURATIV, MARA

I to wszystkie kosmetyki, jakie można było znaleźć w standardowych pudełkach. Ja jako ambasadorka otrzymałam jeszcze do testów Olejek Orientany oraz Maskę Magic Bubble Mask Aloe Via, których jestem bardzo ciekawa. I jak tylko się przyjmą, sprawdzą i będę z nich zadowolona – dam Wam znać. 🙂

Shinybox maj 2019 – ORIENTANA, ALOE VIA

 

Absolutny MUST HAVE! JOICO Defy Damage – recenzja

Od jakiegoś czasu używam sobie do pielęgnacji włosów kosmetyków marki Joico. Oprócz kilku chwilowych i przelotnych znajomości zawieranych z tymi produktami w salonach fryzjerskich, nie miałam dłuższej styczności. Do momentu gdy pojawiła się na rynku linia Defy Damage.

JOICO Defy Damage występuje w dwóch wariantach – takim salonowym, składającym się z dwóch kroków i zupełnie domowym, tradycyjnym. Tutaj tych kroków jest więcej, bo 4 – szampon, odżywka, maska i kuracja ochronna. I właśnie ten zestaw sobie używam już od ponad miesiąca. Co chciałabym Wam na jego temat powiedzieć? Najpierw sobie myślę, że wystarczyłoby kilka prostych zdań, później zmieniam zdanie – to trzeba jednak szerzej opisać. 😉

Zacznę od przedstawienia Wam tej serii, bo na rynku jest dość świeża, swoją premierę miała w marcu tego roku, także jeszcze pewnie nie wszystkie z Was o niej słyszały. Kosmetyki Joico to przede wszystkim produkty profesjonalne, dlatego ich formuły są innowacyjne i niezwykle dopracowane. Tym, co wyróżnia Defy Damage jest nowoczesna, oparta na liposomach technologia (New Smart Release Technology) stopniowego uwalniania i dostarczania skrupulatnie dobranych składników aktywnych do wnętrza włosa. Produkty te transportują keratynę, argininę czy olejek z dzikiej róży, powodując odbudowę i ochronę czy to przed wysokimi temperaturami podczas stylizacji, czy przed promieniami UV albo smogiem.  Linia dedykowana jest do każdego rodzaju włosów, bo wachlarz jej działania jest bardzo szeroki. Kosmetyki te nawilżają i pozwalają te nawilżenie utrzymać na dłużej, wygładzają. Sprawiają, że włosy stają się miękkie, lśniące i sypkie. Prawie, że eliminują problem łamliwości włosów, ich wypadania czy rozdwajania. A do tego podtrzymują nasycenie koloru.

Joico Defy Damage

Szampon JOICO Defy Damage zaskoczył mnie już podczas pierwszego mycia głowy. Wiecie czym? Tym, że jest tak niesamowicie wydajny! Gdy nałożyłam sobie na głowę taką porcję szamponu jak zawsze, spłukiwania końca nie było widać. Serio! Szampon już podczas mycia rozplątuje włosy, nadaje im gładkości i miękkości. Pachnie bardzo przyjemnie. Dość delikatnie, ale jak to na profesjonalne kosmetyki przystało zapach ten jest intensywny i na włosach się utrzymuje bardzo długo. Jak już wspomniałam świetnie się pieni, przy czym warto zaznaczyć, że w składzie nie ma SLS czy SLES. Bardzo fajnie oczyszcza i skutecznie rozprawia się z suchymi szamponami czy produktami do stylizacji. Nie plącze włosów i w połączeniu z odżywką, której również używałam na co dzień ułatwiają rozczesywanie, a nawet powiedziałabym, że zupełnie likwidują problem jakiekolwiek plątania się włosów, zahaczania czy ciągnięcia – takie rzeczy po prostu przestają istnieć. O ile nie zauważyłam, żeby jakoś niezwykle przedłużał świeżość włosów (standardowo myję codziennie, czasami przedłużam do dwóch dni), to nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia skóry głowy. A miejscowe zaczerwienienia czy swędzenie głowy, a nawet czasami łupież nie jest mi obcy podczas testowania nowości. Ale żeby była jasność – w żaden sposób też moich włosów nie obciążał. Nie czułam, żeby jakoś szybciej się przetłuszczały, albo ciążyłī u nasady. Nawilżenie i o wiele lepszą kondycję włosów widać naprawdę po pierwszym użyciu. A moje włosy do łatwych nie należą. Są delikatnie kręcone, zawsze suche przy końcach, a przetłuszczające się u nasady. Łamliwe i kruszące się – takie znalałam je do tej pory. Także myślę, że skoro u mnie ten szampon sprawdził się tak dobrze, to i przy wszystkich innych rodzajach włosów można się równie świetnych efektów spodziewać, z resztą tak też mówi producent.

Joico Defy Damage

Szampon jednak napewno nie miałby tak wielkiej mocy, gdyby nie Odżywka JOICO Defy Damage, która jest jego idealnym uzupełnieniem. Ta ma raczej standardową dla tego typu produktów konsystencję – kremową, dobrze trzymającą się włosów. Pachnie tak samo jako szampon, z resztą, jak i dwa kolejne kosmetyki, o których zaraz opowiem. Przyjemnie się ją po włosach rozprowadza i super szybko z nich usuwa. Pozostawia po sobie taką fajną powłokę ochronną. Jak już wspomniałam jest nieoceniona w kwestii rozplątywania włosów, bardzo ułatwia ich rozczesanie. Wygładza, ale w żaden sposób nie obciąża. Daje efekt lekkich, miękkich i sypkich włosów, ładnie przy tym uniesionych i odbitych u nasady. Przed ponad miesiąc stosowania nie zdażyło mi się, aby odżywka dała efekt tłustych czy ciężkich włosów. Świetnie sprawdza się w roli ochroniarza przed wysokimi temperaturami. W połączeniu z prostownicą, która czasami powodowała u mnie takie dziwne puszenie się włosów, czyni cuda – czyli piękne, lśniące i lejące się włosy. A i efekt tego prostowania jest o wiele trwalszy i znacznie mniej podatny na wilgoć. To co mnie cieszy, to pojemność tej odżywki – 250 ml starczy na długo, szczególnie, że co kilka dni stosuje się ją wymiennie z maską.

Maska JOICO Defy Damage to już mniejsza tubka – 150 ml, bo i znacznie rzadziej się jej używa (raz na tydzień). Konsystencja gęsta i zbita, choć nadal przyjemna w użyciu i dobrze po włosach się prowadząca. Nie jest maską, którą trzeba nosić na włosach pół dnia, aby zobaczyć jakiekolwiek efekty, wystarczy od 2 do 5 minut i już (uwielbiam takie ekspresowe działanie!). Na dodatek efekty też nie byle jakie. Nawilżone i gładkie, a także mocne, zyskujące na objętości i gęstości włosy. Wyglądające tak pięknie i tak zdrowo, że ma się wrażenie jakby się właśnie wyszło od fryzjera, który nad tym efektem pracował przez co najmniej półtorej godziny. A oprócz tego co gołym okiem widać, dodatkowe korzyści związane ze wzmocnieniem cebulki i odbudową łuski, a także stale uwalniana moc składników aktywnych (nie tylko podczas aplikacji!), której nie spotkacie nigdzie indziej. Jest to fajne uzupełnienie codziennej pielęgnacji i taki porządny zastrzyk energii dla włosów.

Joico Defy Damage

Ostatnim elementem zestawu JOICO Defy Damage jest kuracja odbudowująca w kremie – Krem ochronny JOICO Defy Damage Protective Shield, który stosuje się na co dzień bez spłukiwania na wilgotne włosy. Ten produkt polecany jest w szczególności do włosów farbowanych oraz takich, które mają dużo do czynienia ze stylizacją na gorąco. Chociaż ja włosów staram się bez potrzeby nie męczyć, a farbowane też nie są, to krem stosuję właśnie w formie ochrony, na co dzień bardziej tej mechanicznej – suszenie i pocieranie włosów ręcznikiem dobre dla nich nie jest, jak i przed aktualnie królującym pełnym słońcem oraz promieniami UV. Do tej pory przyznam, że w okresie letnim czasami nie mogłam sobie poradzić z przesuszonymi, łamiącymi się końcówkami, a przy rozczesywaniu związanych w ciagu dnia włosów wręcz płakałam. Teraz ten problem nie istnieje. Włosy są miękkie, elastyczne, giętkie przez cały dzień, również gdy spędzam go na dworzu, na pełnym słońcu, w upale. Stale nawilżone, lśniące i zdrowe. Podobno krem ten świetnie sprawdza się również jako ochrona koloru, który podczas stylizacji na gorąco niestety szybciej traci nasycenie i swój soczysty wygląd. Choć na własnej skórze tego nie sprawdziłam i mam nadzieję, że jeszcze długo nie będę miała okazji, to jestem zupełnie przekonana, że tak właśnie jest i że to działa. Produkt ten ma kremową, ale super lekką konsystencję. Szybciutko wchłania się we włosy nie pozostawiając po sobie śladu. Żadnego uczucia lepkości, sklejenia czy innego dyskomfortu. Nie obciąża włosów, nie przyspiesza ich przetłuszczania. Jest bardzo wydajny (jedna porcja w zupełności wystarcza na moje, sięgające łopatek włosy), a butelka o pojemności 100 ml uzupełniona jest o pompkę z dozownikiem.

Jak powszechnie wiadomo kosmetyki profesjonalne do najtańszych nie należą i często nie rozumiałam tej różnicy, bo wiele kosmetyków tych rzekomo profesjonalnych nie robiło u mnie nic ponad to, co robią te nieprofesjonalne. W tym przypadku cena dla mnie jest jak najbardziej uzasadniona. Wiem za co płacę zarówno jeśli chodzi o efekty, jak i wydajność i serio chcę wydawać pieniądze na właśnie takie produkty. Podam Wam ceny, jakie są obecnie w miastowlosow.pl:
🛒 Szampon JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Odżywka JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Maska JOICO Defy Damage – 159 zł
🛒Krem odbudowujący JOICO Defy Damage – 159 zł

Joico Defy Damage

W ramach podsumowania powiem tak – jest to absolutnie najlepsza linia kosmetyków do pielęgnacji włosów jaką kiedykolwiek miałam. Moje włosy zmieniły się tak bardzo… A ja przez pierwszych kilka dni używania tych produktów czułam się jakbym codziennie rano wychodziła od fryzjera, który właśnie wykonywał mi jakieś skomplikowane zabiegi pielęgnacyjne. Są silne, zdrowe, lśniące. Nie wypadają, nie łamią się i nie kruszą, a końcówki jak po podcięciu. Włosy nie elektryzują i nie puszą. Są sypkie, sprężyste i pięknie pachnące. Nawet zupełnie nieułożone, prezentują się świetnie. Wiem, że pokochały linię JOICO Defy Damage i ten romans będzie trwał długo.

Dzięki JOICO, że wprowadziliście na rynek tak świetną serię, którą każda z nas może mieć we własnej łazience! ❤️

Efektima: peeling cukrowy, peeling solny, myjący mus do ciała

Bez zbędnych wstępów, bo majówka mi ucieka 😅 – dzisiaj mam dla Was nowości Efektima: peeling solny, peeling cukrowy i mus do mycia ciała.

Peeling sól i olej konopny Efektima. To jest historia, którą znam – prezentowałam Wam już masło do ciała, krem do twarzy i olejek konopny, także peeling jest kontynuacją serii. I poznacie to po zapachu. 😊 Ja osobiście go uwielbiam. Jeśli chodzi o konsystencję to jest ona zbita i dość puszysta, więc bardzo przyjemna dla ciała. Drobinki ścierające czyli sól niestety jak dla mnie jest zbyt drobna jak na ciało. Ja to jednak lubię trochę ten peeling na ciele czuć. I jeśli są wśród Was zwolenniczki takich grubszych drobinek ścierających, jak ja, to odpowiednia będzie dla Was wersja peelingu z cukrem.

Peeling cukier i olej z czarnuszki Efektima. Tutaj ogólna konsystencja również jest zbita i bogata, a drobinek cukru jest naprawdę dużo i przede wszystkim są większe i bardziej nieregularne, przez co też bardziej wyczuwalne. Jeśli lubicie zapach czarnuszki (ja uwielbiam ją i jeść i wąchać), to będziecie zadowolone, bo jest wyczuwalny. Oczywiście marka ozdobiła go kilkoma nutkami, ale niewątpliwie czarnuszka tam jest, a cała kompozycja zapachowa jest naprawdę ładna.

Oba peelingi zawierają dużo składników nawilżających i natłuszczających skórę, więc pod wyjściu z wanny czy spod prysznica nawet nie trzeba się balsamować. I to zupełnie serio. Zauważycie ten efekt już podczas aplikacji. Ten peeling po prostu otula ciało takim grubym i na dodatek pięknie pachnącym płaszczem nawilżającym.

O ile ogólnie peelingi są całkiem przyjemne, to niestety opakowania wiele uroku im odejmują. Powiem szczerze, że saszetki nie są moją ulubioną formą opakowania. Akceptuję je w przypadku maseczek, płatków pod oczy czy plastrów na nos, ale w innych przypadkach raczej mi nie leżą. A gdy w grę wchodzi dodatkowo kosmetyk, którego używa się pod prysznicem, to niestety bardziej niewygodnego i niepraktycznego opakowania chyba nie ma. Mokre ręce, wszystko się ślizga, nie można otworzyć, a później ciężko jest wydobyć z saszetki całą jej zawartość. Także to zdecydowanie na minus.

Efektima: Peeling sól i olej konopny | Peelieng cukier i olej z czarnuszki | Myjący mus z ekstraktem z malin i olejem ryżowym

Ale idźmy dalej! Bo teraz – Myjący mus do mycia ciała z ekstraktem z malin i olejem ryżowym Efektima. Robi super pierwsze wrażenie. Cudnie i zupełnie słodko pachnie, a na dodatek ma fajną konsystencję, taką puszystą i milutką. Umyć się nim umyjecie i skórę od razu trochę dopieścicie, ale niestety moim zdaniem niewydajny jest. Formuła nie pieni się, ani też w jakiś bardziej widoczny sposób nie zwiększa swojej objętości czy wydajności po połączeniu z wodą, więc mi ten słoiczek 200 ml wystarczył tylko na 3 razy, a serio – chciałabym go dłużej gościć pod swoim prysznicem. Więc w tym przypadku czuję lekki niedosyt i uważam, że to po prostu dwa razy większe opakowanie powinno być.

Ulubieńcy ostatnich miesięcy czyli kwiecień 2019

Przegląd ulubieńców ostatnich miesięcy (bo tak jak myślałam, regularna w cyklu wpisów pod tytułem „ulubieńcy” nie jestem;) czas start!

1. Clochee – Relaksujący płyn micelarny 250 ml.
Ponieważ rękawice Glov, które stosowałam do demakijażu nieprzerwanie od jakichś dwóch lat, nie służyły moim dłoniom tej zimy (całą zimę, w zasadzie teraz jeszcze też walczę z przesuszoną, pękającą aż do krwi skórą), musiałam zainwestować w coś dla nich przyjemniejszego. Inwestycja bardzo udana przyznać muszę. Ładnie usuwa makijaż, nie podrażnia ani skóry wokół oczu, ani samych oczu. Nic mnie nie piecze, nie swędzi, nie jest czerwone. Płyn jest bezzapachowy, nie pieni się. No i ta butelka z pompką! 😍 Kosztuje ok. 60 zł

2. Bioup – Olejek myjący do twarzy hydrofilowy 150 ml.
To chyba najlepszy olejek do mycia twarzy jaki miałam. W połączeniu z woda zmienia swoją konsystencję i staje się delikatną, lekką emulsją, która skutecznie oczyszcza skórę, usuwa makijaż i inne zanieczyszczenia. Łatwo się go z twarzy zmywa i choć pozostawia skórę nawilżoną i taką zdrową, to nie tłuści i w żaden sposób nie ciąży. Świetnie współpracuje z innymi produktami czy to w etapowym oczyszczaniu czy późniejszej pielęgnacji czy makijażu. Jest bezzapachowy, a jego butelka wyposażona jest w pompkę. Kosztuje ok. 60 zł

Clochee relaksujący płyn micelarny | Bioup Olejek myjący do twarzy

3. NATURATIV – Krem do twarzy AOX 360.
Ojej, uwielbiam go. Jest mega treściwy, ale przy tym nie jest ciężki, więc z powodzeniem można stosować go na dzień i na noc. Bardzo ładnie wchłania się w skórę i nie pozostawia na niej tłustego filmu. „wykończenie” określiłabym raczej jako matowe. Zawiera olej: wiesiołkowy, winigronowy i z lnianki siewnej, a także kwas hialuronowy i wiele BIO ekstraktów. Pachnie troszkę tą cytryną, której ekstrakt jest w recepturze. I posiada bardzo wygodne i praktyczne opakowanie typu airless, z pompką. Trafił do mnie dzięki shinybox ❤️ Kosztuje ok. 150 zł

Naturativ – Krem AOX 360

4. BORNTREE – Sunblocker SPF50+ 50ml.
Jest to mój pierwszy krem z jednocześnie tak wysokim filtrem i tak lekką i szybciutko wchłaniającą się konsystencją. Nie ma nic wspólnego z formułą przypominającą pastę, ciężko się rozprowadzajacą, wolno wchłaniającą i bielącą twarz. Ten działa jak lekki, szybki kremik do twarzy na dzień. Można na niego spokojnie kłaść makijaż. Nie rozpuszcza go, nie zbiera w załamaniach, nie waży i nie wpływa na trwałość. Kosztuje ok. 80 zł

Sunblocker Borntree

5. L’biotica eclat – Odmładzająco-liftingujący krem pod oczy i na powieki.
Zawiera śluz ślimaka, drzewo jedwabne, kofeinę i kwas hialuronowy. I jak dla mnie jest totalnym hitem! Świetnie sprawdza się i na noc w grubszej warstwie i na dzień, pod makijaż. Nawilża, zmniejsza obrzęki, opuchliznę. Niweluje oznaki zmęczenia czy niewyspania. I pomaga pozbyć się chwilowych cieni. W żaden sposób nie podrażnia, nie uczula. Jest bezzapachowy.Konsystencję ma lekką i szybko się wchłaniającą. Kosztuje ok. 30 zł.

L’biotica – Krem pod oczy ze śluzem ślimaka

6. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Szafran – wygładzający mus do ciała.
Zacznę od tego, że w żadnym wypadku nie nazwałabym go musem i daleko mu do jakiejkolwiek lekkości. Jak dla mnie to typowe, ciężkie i tłuste masło, które stosowane na noc potrafi zdziałać cuda. Jest to taka bomba odżywcza dla skóry, że chyba wszystkiemu da radę. Zawiera między innymi masło shea, masło kakaowe, glicerynę, olej szafranowy, olej brzoskwiniowy, olej z nasion malin, olej rokitnikowy i wiele innych naturalnych wspaniałości! Ja stosuję go na noc, głównie na mega zniszczone miejsca takie jak stopy czy dłonie. Na dzień bym się nie odważyła, bo formuła tego kosmetyku jest naprawdę „gruba”. Pachnie ładnie, trochę cytrusowo, trochę ziołowo. Kosztuje 42 zł.

7. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Balsam w sztyfcie – Śliwka.
Powiem tak – nawet gdyby sam balsam był do niczego i tak uwielbiałabym go stosować. Ten zapach jest tak cudny, że po prostu uzależnia. Sztyft fajnie sprawdza się do miejsc przesuszonych, bo aplikacja super wygodna. Łokcie, pięty, kolana czy cokolwiek innego, punktowego będą z tego balsamu zadowolone, bo to również bomba odżywcza jest! Masło shea, maso kakaowe, masło illipe, wosk pszczeli, olej z pestek śliwy, olej kokosowy, olej z rącznika i inne dobre dla skóry składniki. Kosztuje 56 zł.

Ministerstwo Dobrego Mydła – Sztyft śliwka i Wygładzający mus szafran

8. Ingrid – Podkład Ideal Match
Nie mogłabym o nim nie wspomnieć. Pierwsze wrażenie robi średnie, to znaczy na mnie średnie zrobił, bo nie lubię ciężkich podkładów, które dają efekt maski. Ja to jednak wolę jak jest lekko i jeśli się da – naturalnie. Jednak pierwsze wrażenie to zmyła, bo podkład fantastycznie wtapia się w skórę chwilkę po wklepaniu. Krycie jakieś tam daje, więc całkiem naturalnie to wszystko wygląda, a nie ciąży, nie denerwuje. Na dodatek całkiem trwały, nie zbiera w załamaniach i nie wysusza skóry. Ładnie wyrównuje koloryt i zasłania niedoskonałości. Kosztuje ok. 25 zł.

Ingrid – Podkład Ideal Match

9. Bi-es – Woda perfumowana No 44.
Kolejny cudowny zapach w kolekcji! Łączy w sobie i owoce i kwiaty: arbuz, bergamotka, jaśmin, róża, piżmo, drzewo sandałowe, paczula. Oprócz genialnego zapachu, super trwałość i dobrej jakości flakonik o pojemności 100 ml. Aż ciężko mi uwierzyć, że kosztują one ok. 37 zł!

RECENZJA Tusz Do Rzęs Bourjois Volume Reveal Black

Jakiś czas temu oglądałam ulubieńców roku 2018 u RedLipstickMonster. Kosmetykiem od którego rozpoczęła roczną wyliczankę był Tusz do rzęs. A że ja na mascary zawsze łasa jestem, to z zaciekawieniem przesłuchałam. Wydał mi się dość interesujący, więc pierwsza lepsza okazja i hyc, jest mój! 😀

Czarny tusz do rzęs Bourjois Volume Reveal Mascara  jest dość nietypowy i mam na myśli głównie opakowanie. Bo oprócz tego, że buteleczka ma trójkątną podstawę, to jeszcze na jednym z boków zostało wbudowane lusterko. I to nie byle jakie, bo powiększające i to tak całkiem porządnie. Przyznaję, że w kwestii tego lusterka zaskoczyłam samą siebie. Wydało mi się ono tak zbędnym i bezsensownym gadżetem, że nawet ochy i achy RedLipstickMonster mnie nie przekonały do jego funkcjonalności. No bo na co? Przecież nie będę się domalowywać na chodniku w centrum miasta. W domu to zrobię, a tam lustro przecież mam. Więc tak szczerze nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić sytuacje, w których bym z tej dodatkowej opcji mascary skorzystała. Ostatecznie mówię – miała rację! W sensie RLM, to ona miała rację tak je zachwalając. Lusterko jest genialne i nie trzeba być na mieście, żeby z niego korzystać. Jakaś ta buteleczka jest taka poręczna, wyprofilowana, idealnie leży w ręku. A samo lusterko odbija dokładnie to co powinno – oooczy. Na dodatek w sporym powiększeniu, więc te rzęsy serio dobrze widać, można się spokojnie przy nim pięknić.

Co do samej maskary – posiada dość szeroką i bardzo gęstą jeżeli o włosie chodzi, szczoteczkę. Są tego plusy i minusy. Bo o ile super rozczesują rzęsy i nie sklejają ich, to dla osób z krótkimi włoskami może być nieco problematyczna (myślę, że można się nią trochę upaćkać tu i ówdzie).

Tusz ten jest taką formą ulepszenia własnych rzęs, ale nie obiecuje i też nie daje jakiegoś widocznego uniesienia, podkręcenia, wydłużenia czy nawet pogrubienia. Ładnie pokrywa rzęsy, rozczesuje je i zaznacza, ale nie jest to jakiś spektakularny efekt. Myślę, że znacznie bardziej będą zadowolone z niego właścicielki długich, gęstych rzęs. Osobiście używam go na co dzień, aczkolwiek jeśli coś w moim szalonym życiu się dzieje, raczej sięgam po coś cięższego.

Daję dodatkowe plusy za trwałość i jakość. Nie kruszy się, nie rozpuszcza. Trzyma się rzęs cały dzień. Demakijaż też nie stanowi problemu. Nie podrażnia oczu, nie powoduje ich zaczerwienienia.

Tusz Do Rzęs Bourjois Volume Reveal kosztuje (aktualnie w promocji) 18 zł w kosmetykizameryki.pl.

Lifting podbródka z Maseczką Purederm Miracle Shape-Up

Powiem Wam, że ja to jednak lubię sesje Vogue. Zawsze gdy sięgnę po jakiś numer znajdę zdjęcie, którym mogę zobrazować to, co chcę powiedzieć, albo o czym chcę pisać. W tym przypadku  „idę na relaks i mam wszystko gdzieś” wydało mi się idealne. Ale do rzeczy. Bo przecież nie o zdjęciach z sesji Vogue’a. 😉

Dzisiaj rzecz nietypowa, a jednocześnie wydaje mi się, że dla wielu kobiet okaże się produktem wręcz pierwszej potrzeby. Chodzi o Maseczkę modelującą na podbródek Purederm Miracle Shape-Up, która została opracowana w taki sposób aby ujędrniać. łagodzić rysy, poprawiać owal twarzy, a także odżywić i przywrócić zdrowy, młodzieńczy wygląd. 😀

Choć na opakowaniu jest i zdjęcie maski i sposób jej noszenia, to przyznam, że po wyjęciu jej z opakowania się zdziwiłam. Jakoś nastawiona byłam na żel albo płachtę nasączoną serum. A tutaj gruba tkanina z jednej strony, z drugiej żelowa, zbita i stała powłoka. Mało rozciągliwa, ale elastyczna i idealnie dopasowująca się na twarzy i podbródka. Ma świetną przyczepność, wręcz przykleja się do twarzy. Jest dość mała (na mnie była dobra, a ja do dużych głów nie należę), więc naciąga i ściąga całą tą skórę na drugim podbródku. Ale jest też tego wada – bardzo ciągnie za uszy, które mnie już po kilku minutach zaczęły boleć. Możliwe też, że ja po prostu bardziej delikatna jestem. 😉

Maseczka modelująca na podbródek Purederm Miracle Shape-Up

Sama maseczka dzięki tej żelowej powłoce jest bardzo odprężająca – chłodzi i koi. I w zasadzie są to główne odczucia, które towarzyszyły mi podczas jej noszenia (ok.20-30 minut). Po jej zdjęciu nie występowały żadne podrażnienia czy zaczerwieniania. Ja ten czas uznałabym za relaksujące napięcie. Bo z pewnością skóra ściągnięta była, ale z drugiej strony ten żel swoje zdziałał. I może o to w tej maseczce chodzi, o te sprzeczności, które ostatecznie współpracują na efekt

Powłoka żelu pachnie bardzo delikatnie, przyjemnie. Nie odkleja się od tkaniny, nie przywiera do skóry. Nie brudzi i nie klei. Ogólnie w użyciu maseczka jest super wygodna.

Po jednym zabiegu ciężko jest mi określić skuteczność maseczki, szczególnie, że skóra w tym miejscu mi jeszcze nie wisi ;), ale jest to na pewno ciekawa alternatywa walki z problemem. I myślę, że warto ją wypróbować. Na pewno ujędrni i trochę ponaciąga. A i nie zaszkodzi. 🙂

Masło do ciała BURITI Herbal Care Farmona i właściwości oleju buriti

Jeżeli lubicie kosmetyki Farmona, moc naturalnych składników, masła do ciała i cudne zapachy, to dzisiejszy wpis jest dla Was! 🙂

Jakiś czas temu zostałam zatowarowana w masła do ciała z linii Herbal Care marki Farmona. O ile zapachy takie jak Lawenda i Dzika Róża nie są czym niezwykle oryginalnym (chociaż oczywiście uwielbiam je szczerze), to chwilę poźniej wpadłam na tajemnicze Buriti i to właśnie ono skradło moje serce, wtedy głównie ze względu na przepiękny, orientalny zapach.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Nie wiem jak Wam, ale mi Buriti nawet nie kojarzyło się z niczym konkretnym, ale teraz już wiem, że olej buriti pozyskuje się z palmy winnej, która na dziko rośnie sobie w Brazylii. Jest nie tylko dość mało popularny, ale też niezwykle cenny dla skóry. Posiada ogromne ilości antoksydantów, w tym beta-karotenu czy witaminy C. A także prowitaminy A i witaminy E.

Jak olej buriti działa na skórę?
Wpiera odbudowę komórek i regeneruje skórę, więc tym samym opóźnia jej starzenie się. Wspomaga produkcję elastyny i kolagenu. Dogłębnie nawilża i spłyca zmarszczki. Wyrównuje koloryt i przeciwdziała niedoskonałościom. Koi skórę, a nawet rekcje alergiczne łagodzi. Reguluje też wydzielanie sebum i jest naturalnym filtrem przeciwsłonecznym.

Jest więc idealnym składnikiem kosmetyków do pielęgnacji twarzy, jak i ciała. Choć jak już wspomniałam wcześniej popularny nie jest i ja sama zetknęłam się z nim pierwszy raz właśnie dzięki linii Herbal Care Farmona.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Oprócz wyżej wymienionych właściwości Masła do ciała Buriti Herbal Care Farmona, bo olej ten oczywiście jest w składzie kosmetyku. Mogę powiedzieć, że jak na masło jest dość lekkie. Nie jest to tłusta konsystencja stworzona na bazie masła shea czy kakaowego. Jest treściwa, ale nie ciąży, nie drażni. Wchłania w skórę, pozostawiając po sobie delikatny film natłuszczenia i nawilżenia oraz ten boski zapach! Skóra jest nawilżona, miękka i przyjemna w dotyku. Masło nie powoduje podrażnień czy swędzenia. Przy cienkich warstwach wchłania się naprawdę szybko, więc nie pozostawia też plam na ubraniach. Dlatego w takich mniejszych ilościach można też spokojnie stosować je w ciagu dnia. Sprawdzi się raczej każdą porą roku, choć w tych cieplejszych zdecydowanie bardziej nocą. 🙂 Tak do nawilżania ciała ogółem, w codziennej pielęgnacji jest bardzo spoko.

Opakowanie to niski słoik o pojemności 200 ml, który kosztuje ok. 14 zł. I myślę, że to całkiem uczciwa stawka.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Nowość! Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek Efektima

Jakiś czas temu Efektima wypuściła nową linię kosmetyków z olejem konopnym. Jako pierwszy premierę miał Olejek konopny, później był Krem do twarzy z olejem konopnym, a teraz z taśmy zeszło Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek Efektima.

Zarówno o całej serii, jak i właściwościach oleju konopnego już Wam opowiadałam przy dwóch poprzednich recenzjach, więc tym razem nie będę przynudzała i przejdę od razu do konkretów. 🙂

 

Opakowanie. Niski, plastikowy słoiczek z aluminiową nakrętką. Raczej dla masła – standardowo. Etykieta lekka, nawołująca do całej linii. Pojemność 200 ml

Konsystencja. Jak na masło całkiem lekka. Mimo tego, że zbita, to jednak nie tak tłusta i ciężka.

Zapach. Taki sam jak przy Olejku konopnym i Kremie do twarzy z olejem konopnym. Na mój nos – inspirowany męskimi perfumami wzorowanymi na babskich, czyli One Million Dolar Pacco Rabanne. 😉 Bardzo ładny, przyjemny i utrzymujący się na skórze jakiś czas.

Składniki aktywne. Oczywiście – olej konopny, oliwa z oliwek, a także olej kokosowy.

Cena. Około 20 zł, więc i dramatu nie ma i szału też. 🙂

Konopne masło do ciała i oliwa z oliwek Efektima

Ogólnie jest bardzo przyjemne w użyciu. Dzięki tej lekkiej konsystencji można stosować je i na dzień i na noc. Łatwo się rozprowadza po skórze, fajnie i sprawnie w nią wnika. Nie należy do ciężko rozsmarowujących się maseł, które najpierw muszą na kaloryferze swoje odleżeć, żeby dało się z opakowania na ciało je przełożyć. 😉 Oprócz świetnego zapachu i takiego dającego się poczuć pod palcami nawilżenia, nie pozostawia na skórze zbyt wiele, więc ubrań nie brudzi. Można więc spokojnie stosować je przed wyjściem z domu. W aktualnie trwającym okresie zimowym sprawdził się bardzo przyzwoicie. Ani żadne przesuszenia nie miały miejsca, ani podrażnienia. I myślę, że może sprawdzić się również wiosną czy nawet latem, kiedy skóra potrzebuje nawilżenia bardzo, ale panująca ciepłota nas do tego zniechęca. Te masło powinno wtedy dać radę.

Konopne masło do ciała i oliwa z oliwek Efektima

Ulubieńcy: styczeń 2019

Dzisiaj ulubieńcy! 🙂 Pierwszy raz piszę taki post i zastanawiam się jak długo wytrwam w cykliczności ich pojawiania się, albo jaka w ogóle będzie ich częstotliwość. Choć tytuł wskazuje na podsumowania miesięczne, to nie jestem przekonana, że tak będzie. Posty te raczej będę uzależniała od tego czy w danym okresie rzeczywiście ci ulubieńcy się u mnie pojawili czy też nie. Ok, to zaczynamy.

Matowe pomadki płynne OH!MyLips Eveline Cosmetics już na mojej stronie gościły, ale nie ta czerwień. Gdy ją zobaczyłam po prostu przedpadłam! Czerwoną pomadkę traktuję jako coś pewnego, może to, co teraz napiszę nieskromne będzie, ale po prostu dobrze w niej wyglądam. Oczywiście zdarzają się odcienie, które niekoniecznie są dla mnie, ale wszystkie żywe czy ciepłe, tak jak i ta są moimi. A tą kocham i za kolor i jakość.

Kolejnym odkryciem okazało się serum do brwi L’Biotica – Activ Brow, którego używam już od prawie dwóch miesięcy. Raczej nigdy nie narzekałam na brwi, bo zawsze były dość pełne, kształtne i niewiele musiałam robić, żeby dobrze wyglądały. I nadal tak jest, z tym, że od jakiegoś czasu zaczęły gdzieś tam przy demakijażu wypadać i troszkę się przerzedziły. A, że wyraźne brwi uważam za istotny „element” mojej twarzy :D, to i serum się u mnie pojawiło. Efekty takie, jakich się spodziewałam – wzmocnienie i zagęszczenie. Przestałam tracić brwi naprawdę bardzo szybko. Producent obiecuje pierwsze efekty po miesiącu stosowania, ale mi się wydaje, że już wcześniej produkt zaczął działać, także duuuża okejka. 🙂

Eveline Cosmetics OhMyLips | L’biotica Brow Active

Bi-es For Woman. Marka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie swoją nową kolekcją zapachów – Numbers Collection. Podoba mi się w niej naprawdę wszystko. I zamysł, i flakony, zapachy, a także ich niesamowita trwałość i ta super niska cena. Tak dobre wrażenie ciężko jest przebić, więc jak dotarły do mnie te perfumy, ja już nie byłam zaskoczona tylko wręcz zszokowana! Bo zapach uwiódł mnie totalnie! Mega mocny i silny, ale nadal kobiecy. Słodycz jest w nim dość dobrze ukryta, ale oczywiście wyczuwalna. Myślę, że to bardzo zmysłowy, ale też niejednoznaczny zapach. Przepiękny, po prostu. Niestety ten do sprzedaży nie wszedł, a ja otrzymałam go od marki jako prezent świąteczny. Nie mniej – polecam Wam serdecznie pozostałe produkty tej marki. 🙂

Bi-es Woda perfumowana

Jakiś czas temu skorzystałam z kodu rabatowego, który znalazłam w shinybox i nakupowałam kosmetyków zupełnie dotąd mi nieznanej marki – INSIGHT. Wzięłam szampon, odżywkę, żele pod prysznic, a także coś do mycia dla mojej małej. I wow! Wszystkie sprawdziły się fantastycznie. Szampon i odżywkę opisałam w instagramowym denku na Insta Stories, tak samo żel do mycia z serii Sensitive. Kosmetyki naturalne, w dużych opakowaniach, z wygodną pompką, z pięknymi zapachami i super efektami. Już planuję kolejne zakupy. 🙂

INSIGHT

Cougar Brazillian Papaya Facial Oil – olejek do twarzy, który znalazłam w jednym z pudełek ShinyBox. Zawiera kwas hialuronowy i pewnie właśnie dlatego tak go lubię. Dodatek hialuronu zawsze nadaje taką charakterystyczną konsystencję, która fantastycznie sunie po twarzy i super szybko się wchłania. A do tego i działanie wzmocnione. Uwielbiam to. Zawsze używam go w połączeniu z innymi produktami, jako serum. Po toniku, ale przed kremem, w których towarzystwie dobrze sobie radzi. Nawilża, wygładza i odżywia. Mimo tego, że ulubieńcem jest, ma jedną sporą wadę – super niepraktyczne opakowanie.

Styczeń to niewątpliwie miesiąc pod znakiem zawartości kalendarza adwentowego. Ponieważ jeszcze w listopadzie zdecydowałam się na kupno Lookfantastic, to przez prawie cały grudzień mogłam się cieszyć kolejnymi nowościami, a część z nich od razu zacząć używać. I tym sposobem na koniec do zestawienia ulubieńców stycznia wpadają aż 4 produkty, które znalazłam właśnie w kalendarzu adwentowym Lookfantastic.

Pędzel dwustronny Lookfantastic

Dwustronny pędzel Lookfantastic – w jednej strony wachlarz. Z drugiej zbity stożek, którego używam do pudrowania okolic oka i to w zasadzie jest ten mój ulubieniec. Włosie miękkie, miłe i radzące sobie z kosmetykami, a jednocześnie trwała forma i idealny (do zadań specjalnych) – kształt. 🙂

Black Magic Mascara Drama & Curl Eyeko – bardzo fajny tusz z tradycyjną, wyprofilowaną szczoteczką. Niby za takimi nie przepadam, a tu taka niespodzianka. 😉 Rozczesuje rzęsy, rozdziela je podczas malowania, widocznie podkręca. Miniatura starcza nawet na miesiąc.

BBB London Ultra Slim Brow Definer czyli ultra cienka kredka do brwi. Tak zwany „automatic”. 😉 W stronę woskowej, ale z fajną pigmentacją i dobrą (nie za tłustą) konsystencją. Jest miękka, więc łatwo się nią kreśli nie podrażniając przy tym delikatnego łuku brwiowego. Kolor tez bardzo mi podpasował.

Grow Gorgeous Thickening Hair & Scalp Mask Intense – włosy milutkie, mięciutkie i pachnące. Wygładzone, ale nieoklapnięte. Nawilżenie bez obciążenia i straty świeżości. Bardzo podoba mi się ten zapach – jest dość intensywny, więc to nie dla wszystkich może być zaleta. Konsystencja dość standardowa, trzymająca się włosa, ale też dobrze się spłukująca.

Lookfantastic | BBB London | Eyeko

Jak sprawdził się krem pod oczy NAOBAY Renewal Antiox Eye Contour Cream?

Ponieważ aktualnie dobijam do jego końca, postanowiłam co nieco o nim napisać. Używałam tego kremu naprawdę długo a ani razu o nim nie wspominałam. Nie wiem jak to się stało, ale jak tak pomyślę, to wiele u mnie takich „cichych bohaterów”. Używam ich na co dzień, jestem z nich szczerze zadowolona, a jakoś mi się o nich zapomina. W każdym razie to jeden z takich właśnie kosmetyków – Krem pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream.

Dostałam go w którymś Shinyboxie i chyba była to nawet zeszłoroczna, styczniowa edycja. Nie otworzyłam go od razu i wpadł do zapasów. Jednak jak już się poznaliśmy, to zapanowała miłość.Mieliśmy małą przerwkę, bo testowałam na Waszą prośbę inny krem pod oczy (z linii Dragon Blood Evree), ale po jakichś 2 miesiącach wrócił do mnie. I jeśli zastanawiacie się teraz czy po takim czasie był on jeszcze przydatny, to tak. Ten krem po otwarciu jest świeży jeszcze przez najbliższych 12 miesięcy. I wydajny też jest bardzo. Jak wspomniałam u mnie już końcówka, ale na pewno używam go łącznie ponad 6 miesięcy, rano i wieczorem.

Opakowanie to plastikowa tubka, z drewnianym korkiem i przyznam, że kiedyś byłam w opakowaniach Naobay wręcz zakochana. Wydawały mi się idealną metaforą połączenia nowoczesnych rozwiązań z siłą natury. Bo kosmetyki te powstają na bazie naturalnych, a nawet ekologicznych składników – posiadają certyfikat EcoCert. Oczywiście zwierzęta z ich powodu też nie cierpią.

Składnikami aktywnymi Kremu pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream są:
– olej arganowy,
– masło Shea,
– sezam,
– dzika róża,
– ekstrakt z cynamonu,
– rumianek,
– wąkrota azjatycka.

Konsystencję ma lekką, trochę jakby wodnistą. Nie jest gęsty, nie lepi się. Lekko sunie po skórze. Nie trzeba go jakoś specjalnie wcierać czy rozprowadzać. Wystarczy nałożyć w odpowiednim miejscu i wklepać opuszkami palców. Wchłania się przyzwoicie i nie pozostawia po sobie śladów czy tłustych filmów. Świetnie sprawdza się i wieczorem i rano, pod makijaż. Nie zauważyłam żeby jakoś źle reagował na inne kosmetyki, czy to pielęgnacyjne czy kolorowe.

Wiem, że zdania na jego temat są podzielone. U mnie jednak nie występowało żadne podrażnienie, pieczenie czy inne nieprzyjemne skutki stosowania tego kremu. A okolice oczu mam wrażliwe i dużo kosmetyków z tego powodu się u mnie nie sprawdza. Ten natomiast nie tylko delikatnie się obchodzi ze skórą wokół oczu, a dodatkowo ją koi i łagodzi. Dobrze nawilża i minimalizuje powstawanie efektu podpuchniętego oka, klasycznych worków, czy wyraźnych cieni. Tak ogólnie dba o dobrą kondycję okolic oczu. Co do spłycania zmarszczek się wypowiedzieć nie mogę, bo jeszcze ich nie mam. 😛

Jak możecie wywnioskować, ja naprawdę jestem z tego kremu zadowolona. Ma on jednak pewną wadę, jest nią cena. 😉  Około 100 zł.

Cienie do powiek Luxe AVON. Czy warto?

Jakiś czas temu w moje ręce wpadła paletka cieni Luxe od Avon. Kosmetyków tej marki nie używałam już naprawdę długo, więc z chęcią sobie te cienie przetestowałam. Szczególnie że linia Luxe cała ze złota, to i na zawartość taką liczyłam. 😀 O tym jak ostatecznie paletkę oceniam przeczytacie w dalszej części tekstu.

Zacznę od tego że linia Luxe Avon pozycjonowana jest bardziej na tą premium (oczywiście w stosunku do innych kosmetyków z katalogu), a regularna cena tych cieni to 60 zł. Moim zdaniem niemało i zdaję sobie sprawę, że w tej cenie możemy kupić wiele fajnych, często większych palet innych marek. Byłam więc bardzo ciekawa jak się sprawdzi.

Opakowanie całe w złotym chromie i na dodatek wypukłe, więc odbijające w sobie cały świat – dosłownie. 🙂 Bardzo ciężko było jej w ogóle zrobić nadające się do czegokolwiek zdjęcie. Ale wiadomo, że nie dla wygody przy robieniu zdjęć opakowanie zostało zaprojektowane w taki sposób, a dla cieszenia oka i podkreślenia wyjątkowości tego właśnie produktu. 😊 I rzeczywiście z zewnątrz prezentuje się bardzo ładnie, jednak sam materiał, z którego została paleta wykonana – plastik nie należy do tych najlepsiejszych i najcięższych.

Paleta cieni Luxe Avon

W środku paletki Glamorous Roses (jest to jeden z sześciu dostępnych wariantów kolorystycznych), znajduje się 5 cieni. I uważam, że są dobrze do siebie dobrane, a za ich pomocą można skomponować ładne, codzienne oko. Są na tyle uniwersalne i naturalne, że chyba każda z nas znalazłaby dla nich zastosowanie.

Cienie mają pudrowe formuły. Są delikatne i lekkie. Ładnie się rozprowadzają. I nie osypują się. Raczej słaba pigmentacja dla jednych może być wadą, dla drugich zaletą. Bo z jednej strony, jak ktoś „MUA” jest to nie wyżyje się i kolorów w pełni nie nasyci, ale dla osób, które kursu wizażu nie kończyły i na dodatek nie czują się w temacie zbyt pewnie, może być to zupełnie bezpieczna opcja, bo krzywdy sobie nimi zrobić nie można.
Nie są to jakoś nadzwyczaj pylące się cienie, raczej trzymają się i pędzla i powieki. Są w miarę trwałe, dobre na co dzień, do pracy czy szkoły. Cienie nie drażnią oka czy powieki i nie sprawiają problemu przy demakijażu.

Myślę, że z paletki będą zadowolone kobiety dojrzałe i też dziewczyny dopiero z makijażem przygodę zaczynające. Jeśli ktoś interesuje się wizażem lub ma wprawę w ozdabianiu oka, to ta paleta raczej dobrego wrażenia i szału nie zrobi. 🙂

Luxe Avon paletka cieni do powiek

Sposób na alergie kontaktowe. Pielęgnacja skóry serią Metalscreen NUEV

Ostatnio dostałam do testów produkty nowej na rynku marki do pielęgnacji skóry – Nuev. Seria metalscreen dedykowana jest skórze skłonnej do alegrii. Szczególnie chroni przed metalami, w tym najbardziej powszechnym dzisiaj niklem. Jako, że sama na alergie kontaktowe raczej nie cierpię, to zestaw przetestowałam razem z moją przyjaciółką, która bardzo musi uważać na to, z czym jej skóra ma kontakt i jakich kosmetyków używa. Wiele rzeczy powoduje u mniej zaczerwienienia, wysypki czy krosty, w tym również wspomniany nikiel. Seria więc wydawała się być dla niej idealna.

Zanim jednak przejdziemy do sedna – czyli podsumowania testów, warto jeszcze powiedzieć kilka zdań o samej marce. Pewnie wiele z Was właśnie dowiedziało się o jej istnieniu, więc nie mogę pozostawić Was w takiej niewiedzy. Marka weszła na rynek w 2018 roku, a w  zasadzie nawet w jedno drugiej połowie. Aktualnie ofertę tworzą dwie linie. Kosmetyki Nuev to produkty chroniące skórę przed tym, co w naszym środowisku dla niej nieprzyjemne. Chroni przed alergiami kontaktowymi, a seria screenmetal nakierowana jest jak sama nazwa wskazuje właśnie na metale, również wszechobecny nikiel. Za tą ochronę odpowiada opatentowany składnik – Chitathione. To właśnie on tworzy barierę ochronną, pozostawiając na skórze swoisty film, który nie przepuszcza zanieczyszczeń i szkodliwych jonów metali.

Krem ochronny i Balsam do ciała z serii metalscreen NUEV

I właśnie screenmetal sobie testowałyśmy. Znajdziemy w tej serii Odżywczy krem ochronny i Wygładzający balsam do ciała i dłoni. Krem występuje w 3 poziomach ochrony. Można stosować go na twarz, jak i punktowo na ciało. Oprócz bariery ochronnej, która te wszystkie 3 kremy od siebie różni, gołym okiem można zauważyć nieco inną ich konsystencję. Wraz z zwiększającym się poziomem ochrony, formuła kremu jest cięższa i bardziej tłusta. Choć 3 poziom ochrony nadal jest przyjemnym i dobrze wchłaniającym się produktem, to pozostawia po sobie cienką warstwę tłustego filmu. Idealnie sprawdza się w mroźne dni. I do pielęgnacji twarzy, i do podleczenia przesuszonych obszarów na ciele, takich jak na przykład łokcie. To czy nada się pod makijaż, chyba zależy od stanu cery i osobistych preferencji. Tutaj ta ochrona rzeczywiście jest wyczuwalna. Odżywczy krem ochronny, 2 poziom ochronny, to nieco lżejsza wersja. Szybko się wchłania, pozostawiając przyjemną w dotyku, miękką i zdrową skórę. Ta wersja pod makijaż sprawdzi się zapewne u większości z Was. Współpracuje z innymi kosmetykami kolorowymi, nie powodując żadnych szkód. Z innymi produktami pielęgnacyjnymi też mu po drodze. Myślę, że to taka optymalna, nadająca się na każdą porę opcja. Wersja ta super sprawdza się do pielęgnacji dłoni. Przesuszone dostają i nawilżenie, i odżywienie. Od razu czuć, że lepiej się im robi. A co fajne – tłustej powłoki po sobie nie pozostawia, więc życia nie utrudnia. 🙂 Ostatnia wersja kremu – 1 poziom ochrony, to najlżejsza, szybciutko wchłaniająca się konsystencja, która najlepiej chyba będzie sprawdzała się latem. Właśnie dlatego, że działa, ale śladu po sobie nie zostawia. Co najważniejsze – podczas stosowania kremów, u przyjaciółki nie wystąpiły żadne podrażnienia czy alergie, także ochrona, nawet ta najmniejsza (poziom 1) chyba rzeczywiście działa. 🙂

Seria metalscreen NUEV

Wygładzający balsam do ciała i dłoni, w „ciężkości” konsystencji bardziej chyba przypomina Krem 3 poziom ochrony, bo jednak jakąś powłokę na skórze się wyczuwa i wchłania się też dłużej. Mimo wszystko jest to jednak zupełnie inny produkt. Nawilża i wygładza. Skórę podrażnioną (na przykład depilacją) łagodzi i koi. Daje radę w zimę, ale myślę, że i na cieplejsze pory roku będzie dobry. Bo ostatecznie na skórze nie ciąży.

Zapach dla całej serii jest taki sam. Niestety chyba nie potrafię go opisać dokładnie. Moja przyjaciółka nazwała go „mydlanym”, ale ja chyba nie do końca się z tym zgadzam. Tak czy siak – miły, neutralny i delikatny. Myślę, że mało komu by się nie spodobał. 🙂 A jednocześnie nie przeszkadza i nie miesza się z perfumami czy innymi pachnidłami.

Kosmetyki Nuev mają bardzo proste i jednocześnie urocze opakowania – zwyczajne tubki, zapakowane w kartoniki, niby nic takiego, a jednak! Minimalistyczny design swoje robi. 🙂

I mam jeszcze dwie ważne rzeczy do dodania.
1.Kosmetyki Nuev są uniwersalne – odpowiednie dla każdego rodzaju skóry i w każdym wieku.
2. Ceny za taki „specjalistyczny” kosmetyk są przyzwoite myślę. Zaczynają się od 37 zł za balsam, a za krem od 40 (1 poziom ochrony) do 76 (poziom 3).

Testuję maseczki w płachcie z mojaazja.eu

Mimo tego, że sama po przeczytaniu „Sekrety Urody Koreanek” zmieniłam podejście do pielęgnacji i wiele z tej książki do niej wprowadziłam, to myślę, że nie trzeba być wielką fanką azjatyckiego sposobu dbania o cerę, żeby stosować maseczki w płachcie. Są one aktualnie bardzo popularne, wszędzie dostępne, nadal egzotyczne i przede wszystkim skuteczne. Wielość i różnorodność składników aktywnych jest wręcz ogromna i każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Czy to o działanie, czy nawet sam zapach chodzi.

Ja ostatnio wzięłam się za testowanie koreańskich maseczek, które dostępne są w mojaazja.eu – czyli internetowym sklepie przepełnionym kosmetykami azjatyckimi. Z tego co się orientuje są dystrybutorem wielu marek, więc naprawdę można znaleźć u nich perełki.

Maseczki w płachcie

Maseczka, która zaciekawiła mnie najbardziej to PEACH – z wodą z lodowca i brzoskwinią. I sama nie wiem dlaczego właśnie na nią zwróciłam uwagę w pierwszej kolejności. Czy aż tak spodobał mi się zupełnie prosty i oczywisty w przekazie projekt opakowania? Czy może ten lodowiec połączony z soczystym owocem? Nie wiem. Ale przypuszczałam, że może być w niej coś innego i nie myliłam się. Serum, w którym zanurzane są płachty zazwyczaj mają gęstą konsystencję, czasami ciągnącą się, innym razem bardziej żelową, ale jednak jakoś tak bardziej zbitą. Tutaj od razu można było wyczuć wodę w podstawie, więc i bardziej lekko było. Tak orzeźwiająco, a zarazem słodko. Zapach brzoskwini wyczuwalny, ale naturalny. Bez nachalnych perfum. Niestety przy takiej formie gorzej jest z przyczepnością, bo rzadka konsystencja nie pomaga. Ale cienki materiał płachty pewnie został w tym przypadku przemyślany i właśnie ma za zadanie jednak przy tej skórze zostać, a nie osuwać się i spadać wraz z ciążącą na niej wodą.

Ogólnie lubię kosmetyki antyoksydacyjne, więc drugą w kolejności, była płachta ANTIOXIDANT Green Tea Essence Mask. Pierwsze wrażenie super. Esencja bardziej zbita, trochę żelowa. Płachta grubsza niż w PEACH, przyjemna. Duet w tej postaci super trzymał się skóry. Maseczka pozostawała na miejscu, bez żadnych poprawek. A ja i pogadać lubię i czegoś się napić w trakcie, więc wiecie. 😉 Tak więc od strony technicznej nie mam jej co zarzucić, za stronę praktyczną mogę tylko pochwalić. Po zabiegu miałam wrażenie, że moja skóra jest z 10 lat młodsza. Nawilżona, odżywiona, zrelaksowana. Super gładka, przyjemna w dotyku i trochę jakby naciągnięta. Na dodatek miała taki piękny zapach! Zdecydowanie maseczka ta trafia do moich ulubieńców.

Antyoksydacyjna maska w płachcie

Prreti i Skin Smoothie Maseczka nawilżająca z czerwoną kalarepą zdecydowanie najbardziej podoba mi się wizualnie, choć i ta czerwona kalarepa kusi. Do niej dorzucona została jeszcze żurawina i czarna porzeczka. Razem mają sprawić, że skóra będzie nawilżona, jędrna i wygładzona. I takie efekty też daje. Jest miło, miękko i zdrowo. A wszystko to dzięki idealnie przylegającej do skóry płachty. Serum, w którym została zanurzona działa jak klej i naprawdę super radzi sobie z utrzymaniem materiału, a chwilowo miałam nawet wrażenie, że ten nieco skórę ściska. Lekko żelowa konsystencja esencji, sprawia, że cały zabieg jest nieco chłodzący. Maska ma świetny zapach, który wiadomo – zostaje na skórze przez jakiś czas.

W sumie żadna z nich mnie nie zawiodła, choć PEACH na pewno nieco zaskoczyła. Takiej formy jeszcze na mojej twarzy nie gościłam, ale warto było. 🙂

Wszystkie maski, o których piszę dostępne są w sklepie internetowym mojaazja.eu i drogeriach stacjonarnych takich jak Hebe czy Natura.

Koreańskie maseczki w płachcie

Nocna maseczka do ust? PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask

Mimo trwającego szału maseczkowego, maski do ust nie doganiają swoją popularnością chociażby płatków pod oczy. I chyba nadal są spostrzegane jako kosmetyczna „egzotyka”, ale czy nie warto byłoby się z nimi poznać bliżej, a czasami nawet zaprzyjaźnić?

Ostatnio w moje ręce trafiła koreańska maseczka do ust PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask, która zaskoczyła mnie i zaciekawiła jednocześnie. Maseczka ta przeznaczona jest do nocnych zabiegów. Zawiera miód oraz ekstrakt z jagód.  Regeneruje, nawilża i wygładza.

Konsystencją przypomina dawne formuły błyszczyków – konkretna, dosyć ciężka, klejąca się. Sama używałam ich, tych błyszczyków, w takiej formie (wyciskanej tubki) pewnie jakoś w gimnazjum. 😉 Przyznam więc zupełnie szczerze, że nie oczekiwałam po tej maseczce zbyt wiele. No bo co mi może pomóc jakiś tam błyszczyk? I się trochę zdziwiłam, a raczej – miło zaskoczyłam.

Kosmetyk wchłania się przez całą noc i rano już raczej na ustach go nie znajdziemy. O ile oczywiście zastosujemy się do wskazówki z opakowania i położymy CIENKĄ warstwę.

Maseczka do ust PRETTI i Peeling do ust HaniaBEAUTY
Maseczka do ust PRRETI i Peeling do ust HaniaBEAUTY

A efekty jakie? Ostatecznie okazało się, że maseczka super nawilża usta. Rano są mięciutkie, gładkie i pełne. Nie dręczą mnie żadne przesuszenia, podrażnienia czy zadzierające się skórki. Nawet podczas przyziębienia (gdzie co chwile je pocierałam) czy przy niskich temperaturach, usta były w super kondycji. I oprócz tej maseczki, w ciągu dnia nie używałam już żadnych pomadek pielęgnacyjnych. Nocna regeneracja okazała się zupełnie wystarczająca. Ale nie byłabym do końca szczera nie wspominając o tym, że przed jej nałożeniem wykonuję peeling ust (ja używam Peelingów do ust Hania Beauty – są dostępne w sklep.hania.com.pl), aby składniki aktywne mogły zadziałać jeszcze lepiej.

Uwaga! Jeśli należysz do osób w nocy się kręcących i ogólnie nie kontrolujesz się przez sen :D, to maseczka może być trochę problematyczna (ze względu na swoją lepką konsystencję). I poza tym jednym „ale”, szczerze ją polecam, bo u mnie sprawdza się rewelacyjnie. 🙂

Koreańska maseczka do ust PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask kosztuje ok. 20 zł i dostępna jest w mojaazja.eu oraz Drogeriach Natura czy Hebe.

Perfumy Bi-es Numbers Collection – HIT za 35 zł!

Zapachy, zapachy! Uwielbiam je, ale mało o nich piszę. Trochę z obawy czy na pewno mnie zrozumiecie. I rzecz jasna – nie o Was tutaj chodzi. To we mnie problem. Zastanawiam się czy oby na pewno jestem w stanie ubrać w słowa to, co czuję i rzeczywiście chcę o danych perfumach powiedzieć. Jednak dzisiaj przychodzę do Was z takim hitem, że nie widzę tutaj możliwości pomyłki czy to w moim opisie, czy w Waszej interpretacji. 🙂

Bi-es Numbers Collection to seria 4 wód perfumowanych. Występuje ona zarówno w wersji damskiej, jak i męskiej. Ja oczywiście będę mówiła o tej pierwszej. Zapachy zainspirowane zostały numerologią. Każdy z nich oznacza coś więcej, ma się wpisywać w temperament i charakter noszącej go osoby. I rzeczywiście wszystkie 4 sztuki są zupełnie różne.

Zacznę może od tego, że Numbers Collection są dla mnie dużym zaskoczeniem. W pierwszej chwili (gdy je rozpakowałam) urzekł mnie śliczny, zupełnie prosty, ale jednak inny flakon. Później okazało się, że zupełnie polubiłam większość z tych zapachów. I w zasadzie jedyną niewiadomą, która mogła zadecydować o tym czy perfumy te pokocham czy też nieco znielubię, była trwałość.

Wody Perfumowane Bi-Es

Jak już wspomniałam w skład kolekcji wchodzą cztery zapachy.

No.2 – Nuty głowy to pieprz jamajski, wanilia, paczula, nuty serca: hibiskus, frezja, aksamitka i nuty podstawy: drzewo sandałowe, cedr, gruszka. Zapach ten dedykowany jest osobom skromnym i wrażliwym, ceniącym sobie relacje międzyludzkie. I chodź wydaje mi się, że posiadam te cechy charakteru, to zdecydowanie zapach ten mi nie odpowiada. Jest zbyt kwiatowy, taki trochę słodki, ale nie do końca, może trochę taki kremowy? Bardziej kojarzy mi się z dojrzałą kobietą, niż dziewczyną w moim wieku. Nie jest też brzydki i rozumiem, że się może podobać, ale to zupełnie nie moje klimaty.

No.3 – Nuty głowy to: owoc granatu, nektarynka, gruszka, nuty serca: czarna orchidea, lotos, fiołek i nuty podstawy: wanilia, piżmo, mahoń. Dla osób towarzyskich, optymistycznych i kreatywnych. I rzeczywiście ten zapach jest taki dość mocny i bardzo konkretny, ale nie ciąży. Powiedziałabym raczej że taki dodający powera, a przy tym nie ma nic wspólnego z freshem czy cytrusem. Jest bardzo kobiecy i zmysłowy. Bardzo, bardzo go lubię.

bi-es-wody-perfumowane-numbers-collection-kompozycja
Perfumy Bi-Es Numbers Collection

No.9 – Nuty głowy: mandarynka, różowy pieprz, pieprz jamajski, nutami serca są: jabłko, kwiat pomarańczy, frezja , a nuty podstawy: wanilia, kawa, paczula. Podobno odzwierciedlenie kobiet uczuciowych i pełnych pasji. I myślę, że może tak być. Ten zapach jest chyba bardziej słodki niż pozostałe, ale jest to wyważona słodycz, bardzo przyjemna i trochę nieoczywista. Dużo tu owoców, ale też takiego konkretu jak paczula. Kojarzy mi się z Black Opium, a jak wiecie jestem jego ogromną fanką.

No.33 – Nuty głowy : czarna porzeczka, róża, frezja, nuty serca: wanilia, drzewo sandałowe, paczula i nuty podstawy to nuty pudrowe, białe piżmo. Powinny nosić go kobiety opanowane, wyrozumiałe i empatyczne. I rzeczywiście zapach ten dla mnie jest taki trochę bardziej szlachetny (?) niż pozostałe. Może mieć to związek z różą, którą wyczuwam tutaj najmocniej. Z resztą, bardzo lubię ją czuć. I to właśnie ona chyba nadaje całej kompozycji takiej elegancji. Zapach podbija piżmo, więc ostatecznie jest on intensywny. A ogólnie przepiękny.

bi-es-wody-perfumowane-numbers-collection
Wody Perfumowane Bi-es Numbers Collection

I tyle o zapachach, ale mam dla Was jeszcze kilka bardzo istotnych informacji o Bi-es Numbers Collection. Jedziemy.

Flakoniki – nic się z nimi złego nie dzieje, naklejka się nie rysuje i nie odkleja. Korek – kulka nie traci swojej mocy i zaciętości i kurczowo trzyma się butelki. Także nie spada, nie gubi się. Atomizer ładnie rozpyla, nie zacina się. Ponadto flakony mają kompaktowe rozmiary, więc zmieszczą się prawie w każdej torebce, są więc w pełni mobilne. 🙂

Trwałość – czuć je przez cały dzień – serio, a jak psikniesz więcej, to i na drugi dzień będzie je czuć. Zapach ulatnia się na prawdę powoli, więc perfumy te są tez wydajne.

Cena – ok. 35 zł za 50 ml. Tak, dokładnie! Tylko 35 zł. Co uważam, jest niesamowitym stosunkiem ceny do jakości. Myślę, ze te 35 zł może być nawet mylące, ale nie bójcie się. 🙂 Kupujcie i namawiajcie innych, bo po co przepłacać. I pamiętajcie też, że takie perfumki to świetny prezent w kontekście zbliżających się Świąt. Te przeze mnie omawiane to wody perfumowane, ale widziałam, że na stronie Bi-es są również perfumy o poj. 15 ml w cenie 17 zł.

Co mogę powiedzieć o D’Alchemy? | Nawilżający tonik do twarzy i Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej

Zupełnie szczerze – sama jestem zaskoczona jaką opinię wyrobiłam sobie o kosmetykach marki D’Alchemy, więc jedyne co mi zostaje, to podzielenie się nią z Wami. 🙂 Nie są to produkty tanie, ale przyznam, że cudów też się po nich nie spodziewałam. Jednocześnie wiadomo, że im wyższa cena, tym większe są nasze oczekiwania względem danego produktu, a to akurat uważam za jak najbardziej słuszne. A jak ta zasada, ma się w przypadku marki D’Alchemy? Zaraz się przekonacie.

Może na wstępnie opowiem Wam trochę o samej marce, która jest stosunkowo nową. Kosmetyki D’Alchemy nastawione są głównie na pielęgnację cery i skóry dojrzałej, choć to, że masz 25 lat nie wyklucza Cię z grona jej odbiorców. Sama od lat używam kosmetyków anty-aging, bo jednak wolę zapobiegać niż później leczyć. Może i z tego powodu efekty widoczne gołym okiem nie są aż tak spektakularne jak u 50+. Jednak wiem i czuję, że robię nimi mojej skórze dobrze. Ale wracając do D’Alchemy – portfolio produktów aktualnie nie jest jakoś szczególnie szerokie, jednak na tyle bogate, aby zaspokoić potrzeby osób posiadających cerę bardzo wrażliwą, suchą, dojrzałą, tłustą czy problemy takie jak przebarwienia, plamki, głębokie linie i zmarszczki. Oprócz produktów do pielęgnacji twarzy znajdziemy też balsamy do ciała oraz krem do rąk. Tyle jeśli o ofertę chodzi.

Kolejną myślę dość istotną sprawą, bo wyróżniającą markę jest fakt, że mają fantastyczne, bogate składy. W recepturach występują składniki naturalne, uprawiane w sposób ekologiczny lub dziko rosnące na ekologicznych terenach (ta dzikość podoba mi się najbardziej!), a hydrolaty roślinne występują w nich w zamian za zwykłą wodę! Podczas obróbki i przetwarzania składników kładziony jest szczególny nacisk na zachowanie wszystkich najcenniejszych właściwości (pewnie dlatego też marka nie ma obaw przed poddawaniem swoich produktów badaniom biowitalności :), więc formuły są opracowywane nie tylko na podstawie właściwości, ale też możliwości technologicznych. Dodatkowo D’Alchemy bardzo dużo czerpie z aromaterapii, co niewątpliwie da się wyczuć przy spotkaniu z ich kosmetykami. Wiele jest w nich olejków eterycznych, które mają działać leczniczo, a przy okazji tworzą piękne bukiety zapachowe. Ale to nie koniec! Czy wiecie, ze nawet kolor szkła w opakowaniach został przemyślany i ostatecznie ma ogromny wpływ na zawartość? Chroni ją między innymi przed utratą świeżości.
Jestem pod wrażeniem.
I choć wszystko o czym wspomniałam może wydawać się mało namacalne, to uwierzcie mi, w tych kosmetykach to po prostu czuć.

Kosmetyki D’Alchemy

Przechodząc do meritum i opisu kosmetyków, które mam i używam już od jakiegoś czasu, na moje ręce trafiły dwie sztuki:
Nawilżający tonik do twarzy – Hydrating Dew Toner
Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej – Loss Of Elasticity Skin Renewer.
Które używałam w duecie.

Nawilżający tonik do twarzy Hydrating Dew Toner D’Alchemy, to wbrew pozorom bardzo skomplikowany produkt, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oprócz hydrolatu z róży damasceńskiej, na której bazie ogólnie powstał, zawiera ekstrakt z róży francuskiej, wyciąg z alg, lakton kwasu glukonowego oraz olejki eteryczne z róży damasceńskiej i grapefruitowy. Jednak w konsystencji czy wchłanianiu się tego nie odczuwa. Nie jest ciężki. Atomizer tworzy z niego lekką mgiełkę, która potrzebuje chwili aby wchłonąć w skórę.Przywraca jej odpowiednie pH i nawilża. Po jego użyciu nie występuje uczucie ściągnięcia czy podrażnienia. Nie lepi też i nie tłuści. Jest zupełnie neutralny, dzięki czemu, możemy działać w temacie pielęgnacji dalej. Za sprawą olejków eterycznych, o których wspomniałam wcześniej fajnie pachnie – z jednej strony otula, z drugiej daje takiego energetycznego kopa, dlatego jako poranna mgiełka na pobudkę sprawdza się rewelacyjnie.

Kosmetyki D’Alchemy

Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej Loss Of Elasticity Skin Renewer D’Alchemy, to bogata formuła. Jej stosowanie zapewnić ma większą elastyczność i jędrność skóry. Spłycenie zmarszczek i usunięcie nierówności. Nawodnienie i zabezpieczenie przed utratą wody. Krem zawiera w sobie hydrolaty, wyciągi, ekstrakty, masła, oleje i olejki eteryczne. Jest tego cała masa! Kompozycję zapachową tworzy róża, drzewo sandałowe, rozmaryn, mandarynka, lawenda i goździk. I pachnie to naprawdę fajnie. Trochę świeżo, trochę korzennie, inaczej. Konsystencja tego kremu jest taka konkretna, gęsta, stała. Natomiast sprawnie się rozprowadza i dobrze wchłania. Pozostawiając po sobie ślad w postaci przyjemnej w dotyku skóry i pięknego zapachu. Krem nie tłuści, nadaje się więc i pod makijaż. Nie wpływa źle na jego jakość czy trwałość. Wręcz przeciwnie, dobrze nawilżona i odżywiona skóra, wygląda po prostu o wiele lepiej. W dłuższej perspektywie nie musimy maskować niedoskonałości, przebarwień, czy przejmować się widocznością wgłębień. I makijażu jest mniej i skóra wygląda o wiele młodziej i zdrowiej.

Tak jak wcześniej wspominałam kosmetyków tych używałam razem i już po kilku dniach miałam wrażenie, że skórę mi podmienili. Była tak inna, tak przyjemna w dotyku, tak gładka i równa. Miękka, ale też elastyczna i jędrna. Wydawała się być tak szczęśliwa i dopieszczona, że i mi się od razu humor poprawiał jak jej dotykałam. 🙂 W tym ciężkim okresie pogodowym, duet ten dał i odżywienie, i ochronę, i ukojenie. Nie miałam ani chwili przesuszonej czy podrażnionej cery. Nie występowały też żadne zaczerwieniania czy niedoskonałości. A cera wydaje się być o jakieś 10 lat młodsza.

Kosmetyki D’Alchemy

Oprócz kosmetyków, które sprawdzają się świetnie. Marka kusi również samą prezentacją produktów, ich szatą graficzną (niezwykle minimalistyczną i estetyczną) czy sposobem pakowania. Kosmetyki dotarły do mnie spakowane w porządne pudełko/szufladkę, owinięte czarną bibułką i przewiązane wstążeczką. Do tego bileciki, ulotki. Wszystko spójne, cieszące oko.

Czy jest więc to po prostu kolejna marka kosmetyków naturalnych? Na pewno nie i wiele rzeczy ją wyróżnia, ale mam jednak pewne zastrzeżenia. 🙂 Przede wszystkim opakowania słoiczkowe, które moim zdaniem mogłyby zostać zamienione na bardziej szczelne. Słoiki to najpopularniejsze opakowanie dla kremu, ale chyba też najmniej higieniczne. Myślę, że fajnym rozwiązaniem byłyby pompki albo opakowania typu airless. To po pierwsze, a po drugie – ceny, które są bardzo wysokie. I mimo miłości jaką aktualnie kosmetyki te darzę, chciałabym płacić za nie mniej. Poza tym więcej zażaleń nie mam.

Dziękuję za uwagę! 🙂

Kosmetyki D’Alchemy

Olej konopny w kremie do cery suchej Efektima

Pamiętacie jak jakiś czas temu opisywałam Wam nowość marki Efektima – Olejek konopny? Dzisiaj przychodzę do Was z kolejnym produktem z tej rozrastającej się linii, choć w przeciwieństwie do swojego poprzednika nie jest on tak uniwersalny, a przeznaczony jest do pielęgnacji cery.

Krem do twarzy z olejem konopnym posiadam w wersji dla cery suchej. Wybrałam ją dlatego, że nie ma w tej serii kremu do cery normalnej i ta opcja wydawała mi się jakaś taka najbliższa.

Dla tych, którzy o oleju konopnym nie wiedzą nic, dodam tylko w jednym zdaniu (bo nie chcę się powtarzać i nudzić innych :), że jest to suchy olej, który działa regenerująco, antyoksydacyjnie i przeciwzapalnie; sprawdza się w pielęgnacji całego ciała oraz włosów. I wbrew pozorom – jest w 100% legalny. 🙂 Jest to główny składnik aktywny tego kosmetyku. A ma on za zadanie przywrócić cerze odpowiednie nawilżenie, zatrzymać w skórze wilgoć i chronić ją. Poprawiając przy tym elastyczność skóry. Dodatkowo krem jest „przystosowany” do wrażliwców, a wszelkie podrażnienia łagodzi. Można stosować go zarówno na dzień jak i na noc.

Efektima – krem z olejek konopnym do cery suchej

I tak też go używałam – rano i wieczorem. Choć przyznam, że w różnych ilościach. Wieczorami nakładałam znacznie grubsze warstwy. Nie dlatego, że cienka nie wystarczała. Raczej takie szybkie w zastosowaniu i długo działające „SPA” chciałam skórze zapewnić. Wersja do cery suchej z założenia powinna być bardziej treściwa i tłusta. I choć nie mam porównania do pozostałych dwóch kremów, to jak dla mnie (mimo tego, że nie mam wysuszonej cery) nie jest ona za ciężka czy męcząca. Wiadomo, że nie jest to żel, a ta konsystencja jest gęsta, zbita i rzeczywiście bogata, ale fajnie się wchłania, na skórze tez niewiele pozostawia, więc pod makijaż jak najbardziej się nadaje. Nie wpływa źle na jego trwałość, nie waży korektorów czy podkładów, ogólnie wygląda to dobrze. Choć warto zaznaczyć, że nie jestem typem, który na co dzień kładzie sobie makijaż niczym z tutoriali. Mimo zupełnie zwariowanej pogody, gdzie różnice temperatur i warunków atmosferycznych są z dnia na dzień są ogromne, moja cera naprawdę na się dobrze. Nie mam żadnych podrażnień, miejscowych podrażnień czy zaczerwienień, a ogólnie cerę wrażliwą mam, więc takie rzeczy się u mnie działy niejednokrotnie. Grubsza warstwa na noc też się dobrze sprawdza. Rano skóra nie jest tłusta czy lepka, a świeża, nawilżona i zdrowa.

Krem nawołuje do swojego poprzednika nie tylko zawartym w nich olejem konopnym, ale też zapachem. Opowiadałam Wam już o nim, bardzo w moim klimacie, przypominający One Million. Jest dość wyraźny i intensywny – dla niektórych na pewno będzie to ogromna zaleta, dla innych wada. Wiadomo, że zapach się ten za nami przez cały dzień nie niesie, ale przynajmniej na początku może być wyczuwalny.

Efektima – krem z olejek konopnym do cery suchej

Opakowanie to szklany słoiczek z plastikową nakrętką, o pojemności 50 ml – taki klasyk.

Krem ogólnie zaliczyłabym do wydajnych kosmetyków, którym można się cieszyć (jak patrzę na moje zużycie) pewnie nawet do 3 miesięcy.

Kosztuje ok. 20 zł

Czy poleciłabym Ci Far Away Rebel od Avon?

Jakiś czas temu w moje ręce wpadł nowy zapach Avon – Far Away Rebel. W sumie sama nie wiem czy czegoś się po nim spodziewałam. Tym razem chyba po prostu sprawdziłam, zanim cokolwiek pomyślałam. Czy zaskoczył?

Klasyczną wersję Far Away kojarzę z czasów dla mnie prehistorycznych, czyli prawie że dzieciństwa, bo w sumie wtedy pierwszy raz miałam styczność z marką Avon. Moja mama dużo tych kosmetyków zamawiała, a i ja lubiłam wybierać sobie prezenty (od mamy rzecz jasna 😀 ) z katalogu. Jak konkretnie pachniała ta woda nie pamiętam, ale na pewno na tamte czasy nie była moją ulubioną. 😉 Natomiast tak jak wspomniałam – trochę lat minęło i dzisiaj pewnie nawet bym ją lubiła. Jednak pod tym względem, z wiekiem upodobania zmieniają mi się diametralnie. Ale nie o tym. 🙂

Far Away Rebel moim zdaniem w niczym (przynajmniej z wyglądu) nie przypomina swojej klasycznej wersji. Mimo tego, że flakon nawiązuje do „tradycji”, to jednak jego kształt i kolor są zupełnie inne. I myślę, że ogólnie prezentują się całkiem fajnie. Lubię kolor fioletowy (choć na sobie nigdy go nie noszę O.O).

Zapach jest orientalno-owocowo-słodyczowy i chyba też ostatni człon z klasyfikacji podoba mi się w nim najbardziej. 😀 Takie moje uzależnienie. 😉 A konkretniej:

  • nuty głowy: likier porzeczkowy, czerwone owoce, śliwka,
  • nuty serca: kwiat pomarańczy, konwalia, jaśmin Sambac,
  • nuty bazy: paczuli, słony karmel z czekoladą, bursztyn.
Avon – Far Away Rebel

Moim zdaniem ogólnie idą w stronę Black Opium YSL, które po prostu kocham, więc ten zapach też przypadł mi do gustu. Jest i słodki, przez co uroczy i jednocześnie bardzo kobiecy, zmysłowy. Myślę, że to bardzo uniwersalna opcja – sprawdzą się i latem i zimą; w ciągu dnia i na wieczór. Zapach jest wielowarstwowy, przez co wydaje mi się trudno go nie poczuć i nie zauważyć. Dość intensywny, ale drażniący ani trochę.

Z ważnych rzeczy muszę Wam jeszcze powiedzieć o dwóch sprawach, a nawet trzech. 🙂
Po pierwsze – flakon wykonany jest bardzo porządnie. Nakrętka jest dopasowana, wykonana z dobrej jakości plastiku, nie spada, nie zsuwa się.
Po drugie – trwałość. Na prawdę jest fajna. Cały dzień spokojnie, a nawet i na następny dzień poczujesz je na ubraniach i to przy dwóch „psiknięciach” na szyję oraz po jednym na nadgarstki. Więc wydajne bardzo. 🙂 A przy tym i cena jest całkiem miła (to po trzecie) – rekomendowana to 76 zł, natomiast wiadomo, jak to w Avon, w promo da się kupić o wiele taniej (widziałam, że aktualnie na stronie są za 50 zł).

Podsumowując, odpowiem na pytanie, które zadałam w tytule wpisu – Jasne, że tak! Świetne są i zasługują, abyś sprawdziła je na sobie. 🙂

Avon – Far Away Rebel

Odprężająca kolagenowa maseczka pod oczy PUREDERM

Ogólnie boję się trochę kosmetyków do pielęgnacji okolic oczu. Tak często je podrażniają, że zanim wypróbuje czegoś nowego, to czaję się koło tego z tydzień. Tak było i tym razem, ale moja nieufność była zupełnie nieuzasadniona i niepotrzebna.

Kolagenowe płatki pod oczy, a w zasadzie nawet Kolagenowa maseczka pod oczy PUREDERM to ostatnio mój ulubieniec.

Płatki wykonane są z cienkiej, dobrze przylegającej do skóry płachty. Są optymalnie nasączone, dzięki czemu nic nam nie cieknie, nie leci do oczu, nie przesuwa się i nie spada.

Purederm Maseczka kolagenowa pod oczy

Maseczkę trzyma się na skórze od 15 do 20 minut i powiem Wam, że czas ten należy do bardzo przyjemnych i odprężających. Wilgotne płatki chłodzą okolice oczu, nie tylko relaksując skórę, ale także spełniając rolę swojego rodzaju opatrunku. Są bardzo przyjemne i delikatne. Lekko naciągają skórę podczas ich noszenia. Świetnie sprawdzają się wieczorową porą. 🙂

Maseczka fajnie nawilża, wypełnia i ujędrnia. Skóra pod oczami jest jakby jaśniejsza, trochę młodsza i zdrowsza. A przede wszystkim taka odprężona i zrelaksowana. Bardzo przyjemna. I wszystkie te efekty są widoczne nie tylko tuż po zdjęciu maski, ale także po całej nocy – rano.

Składnikami aktywnymi jest oczywiście kolagen, a także witamina E raz ekstrakt z zielonej herbaty. Działają one nawilżająco, ujędrniająco i przeciwstarzeniowo. Nie zawierają perfum, są zupełnie bezzapachowe.

Opakowanie zawiera 30 płatków, więc trochę czasu sobie nimi umilimy. 🙂

VIANEK: Intensywnie kojące masło do ciała z ekstraktem z liści borówki brusznicy

Dzisiaj mam dla Was mój ulubiony ostatnio kosmetyk do pielęgnacji ciała! I co więcej jest to masło! 😀

Co do pielęgnacji „całości” chyba jestem dość wymagająca. Nie lubię gdy długo się wchłania, nie lubię gdy tłuści, gdy się lepi, roluje czy nieodpowiednio dla mnie pachnie. Nie lubię zbyt lejących się konsystencji, ale rozprowadzać musi się gładko. Lubię też wygodne, poręczne opakowania, ciekawy i przyjazny skład i …. I w zasadzie mogłabym tak jeszcze wymieniać przez kilka wierszy te wszystkie moje lubiane i nielubiane cechy produktów do ciała, ale chyba warto omówić to na konkretnym przykładzie. 🙂 I jest nim Intensywnie kojące masło do ciała z ekstraktem z liści borówki brusznicy VIANEK.

Zacznę od opakowania, bo jest super proste i choć ogólnie wolę pompki czy dozowniki, to jasna sprawa, że z masłem by to nie przeszło. Jest to więc po prostu plastikowy słoiczek o pojemności 250 ml. Jest zgrabny, więc nie ma problemu z utrzymaniem go w dłoni, a na łazienkowej półce też nie zajmuje za dużo miejsca.

Konsystencja przyznam, że jak na masło jest bardzo przyjemna. Nie jest tak ciężka jak zazwyczaj. Choć mega konkretna i bogata, to jednak o wiele lżejsza. Może właśnie określenie producenta, jest tym najbardziej trafnym – aksamitna. Nie sprawia więc problemu przy aplikacji. Sprawnie się rozprowadza po ciele i też stosunkowo szybko się w skórę wchłania.

Zapach w kosmetykach marki Vianek, to moja słabość. Jeśli już jest, to zazwyczaj jestem nim zachwycona. Tak jest i tym razem. Nic więc dziwnego, że tak chętnie tym masłem się smaruję. 😀 Szczególnie, że perfumy zostają na ciele przez jakiś czas.

Fajnie nawilża i odżywia skórę. Sprawia, że jest miękka i przyjemna w dotyku. Działa też wzmacniająco i przeciwstarzeniowo. Nie tłuści jej i w żaden sposób nie zapycha. Sprawdza się na co dzień. Używałam go nawet w upały. Wtedy większość kosmetyków do ciała mnie męczyło, a ten dawał radę i nawet przyjemność mi sprawiał. Może jest to też kwestia jego „kojących” właściwości. Do poduchy jest jak znalazł niezależnie od pogody.

Wiadomo, że jak każdy kosmetyk Vianek, tak i ten ma przyjazny, naturalny skład. Zawiera między innymi masło shea, wosk pszczeli, ekstrakt z liści borówki brusznicy czy olejek lawendowy.

Masło jest wydajne, więc te 250 ml starczy na jakieś 2-3 miesiące codziennego wsmarowywania. Kosztuje ok. 30 zł.

Niesamowite efekty z japońską wcierką KAMIWAZA

Po kilku miesiącach intensywnej regeneracji, wzmacniania i hodowania z dość kiepskimi skutkami, trafiłam na produkt, który w ciągu 2 miesięcy spowodował, że na mojej głowie jest dwa razy więcej włosów. Na razie połowa z nich jest bardzo krótka (tzw. baby hair) i szczególnie gdy zepnę włosy wyglądam przez to trochę obciachowo. Ale co tam! Najważniejsze, że wyrastają i to tak licznie. 🙂

Wybawicielem i jednocześnie sprawcą zamieszania jest Naturalny stymulator wzrostu włosów – KAMIWAZA.
Jest to odżywka, a w zasadzie wcierka powstała na bazie roślinek. Jest to mieszanka buku, brzozy, łopianu i pokrzywy. Jej wysoka skuteczność możliwa jest dzięki odpowiedniemu procesowi ekstrakcji.

Ten japoński kosmetyk stymuluje do działania mieszki włosowe, powodując wzmocnienie włosów, ograniczając ich wypadanie, a także pobudzając do wyrastania nowych. Dodatkowo pielęgnuje skórę głowy i zwalcza łupież.

Jest zupełnie rzadka, wodnista, o zielonym zabarwieniu. Posiada naturalny i chyba neutralny, taki bardziej ziołowy zapach.

Powinno się ją stosować po każdym umyciu głowy, dlatego ja używałam jej codziennie. W niewielkich ilościach wcierałam odżywkę w skórę głowy przez jakieś 4 miesiące, chociaż już po 2 miałam na głowie sporo nowych włosów. Mam też wrażenie, że od kiedy jej używam to włosy mniej wypadają i są mocniejsze.

Chyba pierwszy raz spotkałam się z taką skutecznością! Tak widoczne gołym okiem efekty to dla mnie mimo wszystko rzadkość. Myślę, że w tym wszystkim super ważna jest również systematyczność, niemniej zasług Kamiwazie odbierać nie będę. 🙂

Ja swoje opakowanie 95 ml (45 zł) znalazłam w pudełku Naturalnie Piękna Inspired By – ShinyBox. I powiem Wam, że właśnie dla takich perełek warto sobie zainwestować w subskrypcję. Jestem przekonana, że gdyby nie box, to na Kamiwazę bym po prostu nie trafiła.

Jak sprawdza się Wielofunkcyjny olejek Stay Calm Annabelle Minerals do demakijażu?

Z zamiarem napisania Wam kilku zdań o Wielofunkcyjnym olejku Stay Calm Annabelle Minerals noszę się już od jakiegoś czasu. Strasznie mi go ostatnio brakuje, więc jest mnie miej dosłownie wszędzie. Będzie więc szybo, rzetelnie i konkretnie (w sumie to zawsze się tak staram :P).

Jak sugeruje tytuł wpisu, chciałam opowiedzieć Wam o tym jak olejek sprawdza się w demakijażu. Bo przypuszczam, że wiele z Was właśnie w takim celu chciałaby go zakupić. Jako serum go nie używałam w ogóle, głównie ze względu stale trwającego lata i wysokich temperatur. W tym okresie moja skóra nawet wieczorem średnio chłonie oleje, więc nie chciałam jej męczyć i wprowadzać sobie oraz Was w błąd kilkoma zdaniami za dużo.

Stay Calm to jeden z trzech wielofunkcyjnych olejków Annabelle Minerals. Choć ja osobiście używam go tylko do demakijażu, marka wskazuje na co najmniej 8 jego zastosowań. Jako serum, jako dodatek do kremów czy balsamów, jako odżywkę do paznokci czy włosów, a w zasadzie końcówek czy nawet jako olejek do masażu.

Wielofunkcyjny Olejek STAY CALM Annabelle Minerals to mieszanka oleju kokosowego, rycynowego, konopnego; oleju z pestek winogron, oleju awokado, olejku z kwiatów pelargonii pachnącej oraz zapachu cytrusowego.

Opakowanie zostało utrzymane w minimalistycznym, prostym designie. Szklaną butelkę o pojemności 50 ml uzupełnia podajnik z pompką. I choć prezentuje się bardzo ładnie, to idealna nie jest – dosyć mała i pod mokrymi palcami się ślizga, więc czasami ciężko trafić i nacisnąć w odpowiednim momencie.

Konsystencję tego olejku określiłabym jako umiarkowaną. Nie jest jakiś bardzo ciężki i wyjątkowo tłusty, ale lekki i suchy też nie jest. Takie pomiędzy, więc do demakijażu jak znalazł. Pachnie fajnie, energetycznie, cytrusowo.

W demakijażu używałam go na 3 sposoby:
– jako płyn dwufazowy (w połączeniu z wodą) do zmywania oczu,
– jako pierwszy etap dwustopniowego oczyszczania (najpierw olejem, później żelem),
– do mycia twarzy w pojedynkę.

Jako płyn dwufazowy sprawdza się bardzo dobrze. Po chwilowym namoczeniu powiek i rzęs mieszanką, wszystko ładnie schodzi. Olejek nie podrażnia oczu, a delikatną okolicę wokół nich pewnie nawet solidnie pielęgnuje. 😉

Pierwszy etap dwustopniowego oczyszczania to najczęściej praktykowana przeze mnie metoda. Z żelem, który stosuję po oleju współpracuje bardzo dobrze. Nie ma żadnych problemów ze ściągnięciem olejku czy z domyciem twarzy. Nie pozostawia wtedy tłustej warstwy, a skóra mimo to jakby trochę bardziej nawilżona i wypielęgnowana.

Ostatni sposób zmywania makijażu to olejek w pojedynkę. Robię to bardzo rzadko, ale kilka razy zdarzyło się. Zazwyczaj wtedy, kiedy super się spieszyłam i postanawiałam załatwiać dwie sprawy za jednym zamachem – poranne oczyszczanie i odżywianie. Po umyciu twarzy olejkiem, wycierałam ją tylko ręczniczkiem i leciałam dalej. I w tym przypadku o ile odświeżenie i zastrzyk energii jest, to ja na wieczór bym tak nie mogła. Rytuał musi być. Na dzień pewnie też nie dla wszystkich byłaby to metoda odpowiednia, bo jednak jakiś tam mały tłusty film pozostaje. Niemniej jak już pisałam, można upiec dwie pieczenie na jednym ruszcie.

I jeszcze dwie ważne informacje dla Was mam. 🙂 Numer jeden –  olejek zapach i to całkiem intensywny posiada, ale nie drażni on skóry czy oczu. Jest dla nich bardzo delikatny. Dwa – mimo dość kompaktowego opakowania, kosmetyk wystarcza na jakieś 2-3 miesiące codziennego stosowania.

Ogólnie olejek do demakijażu przyjazny, także polecam sobie wypróbować. Nie wiem jak zachowują się pozostałe dwa, ale przypuszczam, że podobnie.

Jak oceniam serię Dragon Blood EVREE?

Jakiś czas temu chwaliłam się Wam ogromną ilością nowości, które wpadły do mnie na przestrzeni kilku dni. Był wśród nich zestaw Dragon Blood EVREE, którego byłyście bardzo ciekawe. Dlatego w pierwszej kolejności wzięłam się za jego testowanie, a dzisiaj przychodzę do Was z recenzją.

Jesień to bardzo dobry czas na silną regenerację, jaką oferuje nam seria Dragon Blood. Zmęczona intensywnym słońcem, wysokimi temperaturami i wiecznie trwającym latem, a jednocześnie wkraczająca w porę wilgoci, deszczu i chłodu skóra potrzebuje wsparcia. A Dragon Blood je daje. Pewnie zastanawiacie się co kryje się pod tą intrygującą nazwą? Marka do stworzenia linii wykorzystała żywicę draceny smoczej. Ta ma silne właściwości regenerujące, wzmacniające i ochronne i stała się „twarzą” całej serii. 🙂

W serii znajdują się trzy produkty:
Silnie regenerujący krem do twarzy na dzień i na noc,
Aktywnie wzmacniający eliksir młodości do twarzy,
Silnie Regenerujący krem pod oczy.
Jak możemy przeczytać na etykietach, kosmetyki skierowane są do osób prowadzących aktywny tryb życia. Czyli w zasadzie do większości z nas, bo przecież dzisiaj inaczej się nie da. 😉
Wszystkie można stosować i na dzień i na noc, więc jest to fajna opcja dla minimalistek kosmetycznych.
Choć zestaw jest dość skromny (są to tylko 3 produkty), to myślę, że dobrze skomponowany i zapewnia optymalną pielęgnację.

Moim ulubieńcem jest oczywiście Aktywnie Wzmacniający eliksir młodości do twarzy. Dlaczego? Pewnie dlatego, że lubię wszelkiego rodzaju sera, eliksiry, esencje. Na dodatek jest to „eliksir młodości”. 🙂 Ale tak na poważnie – ma bardzo fajną konsystencję taką na wpół kremową, a na wpół żelową. Szybko wchłania się w skórę, bardzo fajnie ją przy tym wygładzając i umilając. Wtapia się w zupełności (na skórze pozostaje tylko zapach), więc jest świetną bazą do przyjęcia kolejnej dawki składników aktywnych zawartych w kremie. W pojedynkę też daje sobie radę (ale tylko w dzień i to ciepły – w inne nie używałam 😉 i sprawdza się również pod makijaż. Składnikami aktywnymi są: ekstrakt żywicy draceny smoczej, olej buriti, botaniczny film wygładzający.

Evree Dragon Blood

A teraz produkt, który zaskoczył mnie najbardziej czyli Silnie Regenerujący krem pod oczy. Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się jego opakowanie. I pojemność 15 ml uważam za fajną (nie jest za duża i jest szansa za terminowe jego zużycie; strasznie nie lubię, gdy kosmetyki marnują się tylko ze względu na kiepsko dopasowaną do realiów gramaturę) i samą jego formę. Ta mała tubka z podajnikiem i fajnie leży w dłoni i wygodna w użyciu jest. Krem na delikatną konsystencję, więc spokojnie można go używać i rano pod makijaż i wieczorem. Ładnie się wchłania, nie zostawia żadnego filmu. Intensywnie wygładza i wypełnia. Skóra wokół oczu jest nawilżona, napięta i przyjemna w dotyku. Choć nie zauważyłam, żeby jakoś wyraźnie niwelował cienie, to na pewno radzi sobie z mniejszą opuchlizną. Co dla mnie najważniejsze – krem nie podrażnia oczu, a często mi się to zdarza. Składnikami aktywnymi są ekstrakt żywicy draceny smoczej, masło moringa, ekstrakt z dzikiego wina.

I na koniec produkt, który mnie nie zaskoczył, ani nie zachwycił, ale to pewnie dlatego, że kremy Evree znam nie od dzisiaj i wiem czego mogę się po nich spodziewać. Silnie regenerujący krem do twarzy na dzień i na noc to bardzo poprawny kosmetyk. I nie chciałabym zostać źle odebrana – też go lubię. 🙂 Ma przyjemną konsystencję. Może trochę taką „hialuronową”? Wiecie o co chodzi? Fajnie się rozprowadza, szybko wchłania i pozostawia skórę w dobrej kondycji. Nie jest ani za tłusty, ani za mało treściwy. Można spokojnie nakładać go i pod makijaż i przed snem (ja zawsze kładę grubszą warstwę niż rano). Fajnie nawilża, regeneruje i odżywia. Skóra jest miła w dotyku, miękka, ale i jędrna. Nie męczą ją żadne przesuszenia czy wypryski. Wygląda ładnie, zdrowo. Krem posiada dość intensywny zapach, który początkowo nie do końca mi odpowiadał przyznam szczerze, ale z czasem jakoś się tak z nim zaprzyjaźniłam. Pojemność słoiczka to standardowe 50 ml, które starczy na jakieś 2-3 miesiące. Składnikami aktywnymi są ekstrakt żywicy z draceny smoczej, olej buriti, ekstrakt z miłorzębu japońskiego.

Trio te dostępne jest tylko w drogeriach Hebe, a wiadomo, że nie każdy pod domem akurat tą drogerię ma, więc z tą dostępnością szału nie ma. Myślę jednak, że warto na nie zapolować, albo nawet poprosić kogoś, kto ma bliżej i sobie je przetestować.

 

Zobacz również:

Soda oczyszczona w kosmetykach Evree Soda Clean

Pierwszy krem CC w portfolio Evree – Pure Neroli

Nowość: Evree Magic Rose Upiększająca maska do twarzy