Coś Pięknego by ShinyBox

Powinnam była zrobić to już dawno temu, ale powiem Wam, że z czasem u mnie ostatnio nawet nie kiepsko, bo wręcz tragicznie. Tak straaaasznie mi go brakuje. 🙁 Pewnie tak samo jak sporej części z Was. 🙂 Ale nie o tym. Dzisiejszym bohaterem jest wrześniowy ShinyBox o wpadającej nazwie „Coś Pięknego”. Czy rzeczywiście takim się okazał?

Powiem Wam zupełnie szczerze, że ilość produktów standardowego boxa nie jest mi znana, tak samo w ogóle nie łapię, które produkty dodatkowe za co przysługiwały. Wiem jednak, że było kilka wersji kart produktów i różniące się od siebie znacznie pudełka, dlatego miałam wrażenie, że przez chwile atmosfera na FB ShinyBox była gorąca. Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej rozbudowana – ambasadorska wersja pudełka, jest całkowicie trafiona. Znalazłam w nim produkty Aussie, Biotaniqe, Cougar, hialuPURE, ProSalon (Chantal), ST8, Beaute Marrakech oraz Pablo Color.

Pudełko bogate jest też w kody rabatowe, więc jeśli macie ochotę, korzystajcie:
Zapachy Orientu – 10%, KOD: SHINYBOX2018
Ekodemi.pl – 20%, KOD: EKODEMI20
EKAMEDICA – 20%, KOD: BOX2018
SEACRET – 50%, KOD: NICETOMEETYOU

Zazwyczaj prezentację pudełka zaczynam od produktów, które spodobały mi się najbardziej. To tym razem trochę nie wiem od czego zacząć. 😉

Na pewno na wyróżnienie zasługuje Naturalny Mineralny Dezodorant Ałunowy na Hydrolacie Różanym Beaute Marrakech  z trzech powodów – bo naturalny, bo na ałunie, bo dezodorant. Ostatnio miałam w tym asortymencie pewne braki, więc z przyjemnością uzupełniam zapasy. O ile dezodoranty ałunowe bardzo lubię (właściwości ałunu), to nie ma się co oszukiwać, że na lato raczej się nie nadają. Przynajmniej dla mnie za słabe są. Myślę za to, że jesień i zima będą odpowiednim czasem na jego spożytkowanie. Kosztuje ok. 15 zł.

Mimo tego, że otwartych balsamów do ciała mam chyba z piętnaście, to Naturalny Krem odżywczy Biotaniqe mnie ucieszył. Jest to plastikowy słoiczek o pojemności 75 ml, więc na tyle duży by spróbować i na tyle mały by szybko go skończyć. 🙂 Można stosować go zarówno do twarzy i ciała, ale u mnie pewnie będzie gościł tylko na tym drugim. Pachnie super, szybciutko się wchłania i ciekawe składniki ma. Skóra nawilżona, pachnąca i milutka w dotyku. Cena też jest dużą zaletą – ok. 6 zł.

To jak bardzo lubię kwas hialuronowy (O właściwościach kwasu hialuronowego) w kosmetykach na pewno wiecie, bo gadam o tym przy każdej możliwej okazji. Na liście ulubieńców pudełka jest więc też Serum z kwasem hialuronowym Hialu Pure. Coś czuję, że będę zadowolona. 😀 Kosztuje ok. 22 zł, co przyznam brzmi bardzo przyjemnie.

Coś Pięknego by ShinyBox

Olejek do twarzy z brazylijską papają i kwasem hialuronowym Cougar, to kolejna rzecz, której testowania wręcz nie mogę się doczekać. Coś czuję, że może to być hit. Zawiera minerały, przeciwutleniacze i witaminy, które transportują się razem z brazylijskim olejem z papai wgłąb skóry. Można stosować go i na dzień i na noc. Cena olejku – 111 zł.

Odżywek do włosów nigdy za wiele, a profesjonalnych tym bardziej, dlatego Maska w spray 12 w 1 Prosalon jest dobrym i miłym dodatkiem. Zawiera olej arganowy i keratynę. Dobry do każdego rodzaju włosów. Butelka 150g kosztuje 24 zł.

Pozostając przy włosach, w każdym pudełku znalazły się miniatury Aussie – Szampon MIracle Moist szampon do włosów suchych i 3 minutowa intensywna odżywka do włosów zniszczonych. Dla mnie spoko, przyda się na jakiś wyjazd, albo na „czarną godzinę”. Kosztują po ok. 8 zł.

Odświeżający żel pod prysznic ST8 to męski dodatek, który nie trafił do wszystkich Shinies. Ogólnie pomysł uważam za bardzo fajny, w końcu coś tym naszym chłopom się należy, szczególnie w dniu ich święta.

Lakier matujący Pablo Color nie wiem czy będę miała okazję przetestować na swoich paznokciach, bo właśnie trochę mi tego czasu brakuje, no i na hybrydy się trochę przerzuciłam. Ale zobaczymy, jak coś się zmieni, będę dawała znać.

I takim sposobem dobrnęłyśmy do końca. A nie było łatwo, bo sporo tego. 😀
Pudełka zamawiajcie na shinybox.pl. Jest tam teraz w sprzedaży najnowszy extrabox – Beauty and Shape – Sprawdźcie to koniecznie! 🙂

 

Zobacz również:

Beauty&Shape czyli extrabox ShinyBox

Hippiness by Shinybox czyli sierpień 2018

Summer Vibes by ShinyBox – lipiec 2018

 

 

 

VIANEK: Intensywnie kojące masło do ciała z ekstraktem z liści borówki brusznicy

Dzisiaj mam dla Was mój ulubiony ostatnio kosmetyk do pielęgnacji ciała! I co więcej jest to masło! 😀

Co do pielęgnacji „całości” chyba jestem dość wymagająca. Nie lubię gdy długo się wchłania, nie lubię gdy tłuści, gdy się lepi, roluje czy nieodpowiednio dla mnie pachnie. Nie lubię zbyt lejących się konsystencji, ale rozprowadzać musi się gładko. Lubię też wygodne, poręczne opakowania, ciekawy i przyjazny skład i …. I w zasadzie mogłabym tak jeszcze wymieniać przez kilka wierszy te wszystkie moje lubiane i nielubiane cechy produktów do ciała, ale chyba warto omówić to na konkretnym przykładzie. 🙂 I jest nim Intensywnie kojące masło do ciała z ekstraktem z liści borówki brusznicy VIANEK.

Zacznę od opakowania, bo jest super proste i choć ogólnie wolę pompki czy dozowniki, to jasna sprawa, że z masłem by to nie przeszło. Jest to więc po prostu plastikowy słoiczek o pojemności 250 ml. Jest zgrabny, więc nie ma problemu z utrzymaniem go w dłoni, a na łazienkowej półce też nie zajmuje za dużo miejsca.

Konsystencja przyznam, że jak na masło jest bardzo przyjemna. Nie jest tak ciężka jak zazwyczaj. Choć mega konkretna i bogata, to jednak o wiele lżejsza. Może właśnie określenie producenta, jest tym najbardziej trafnym – aksamitna. Nie sprawia więc problemu przy aplikacji. Sprawnie się rozprowadza po ciele i też stosunkowo szybko się w skórę wchłania.

Zapach w kosmetykach marki Vianek, to moja słabość. Jeśli już jest, to zazwyczaj jestem nim zachwycona. Tak jest i tym razem. Nic więc dziwnego, że tak chętnie tym masłem się smaruję. 😀 Szczególnie, że perfumy zostają na ciele przez jakiś czas.

Fajnie nawilża i odżywia skórę. Sprawia, że jest miękka i przyjemna w dotyku. Działa też wzmacniająco i przeciwstarzeniowo. Nie tłuści jej i w żaden sposób nie zapycha. Sprawdza się na co dzień. Używałam go nawet w upały. Wtedy większość kosmetyków do ciała mnie męczyło, a ten dawał radę i nawet przyjemność mi sprawiał. Może jest to też kwestia jego „kojących” właściwości. Do poduchy jest jak znalazł niezależnie od pogody.

Wiadomo, że jak każdy kosmetyk Vianek, tak i ten ma przyjazny, naturalny skład. Zawiera między innymi masło shea, wosk pszczeli, ekstrakt z liści borówki brusznicy czy olejek lawendowy.

Masło jest wydajne, więc te 250 ml starczy na jakieś 2-3 miesiące codziennego wsmarowywania. Kosztuje ok. 30 zł.

Niesamowite efekty z japońską wcierką KAMIWAZA

Po kilku miesiącach intensywnej regeneracji, wzmacniania i hodowania z dość kiepskimi skutkami, trafiłam na produkt, który w ciągu 2 miesięcy spowodował, że na mojej głowie jest dwa razy więcej włosów. Na razie połowa z nich jest bardzo krótka (tzw. baby hair) i szczególnie gdy zepnę włosy wyglądam przez to trochę obciachowo. Ale co tam! Najważniejsze, że wyrastają i to tak licznie. 🙂

Wybawicielem i jednocześnie sprawcą zamieszania jest Naturalny stymulator wzrostu włosów – KAMIWAZA.
Jest to odżywka, a w zasadzie wcierka powstała na bazie roślinek. Jest to mieszanka buku, brzozy, łopianu i pokrzywy. Jej wysoka skuteczność możliwa jest dzięki odpowiedniemu procesowi ekstrakcji.

Ten japoński kosmetyk stymuluje do działania mieszki włosowe, powodując wzmocnienie włosów, ograniczając ich wypadanie, a także pobudzając do wyrastania nowych. Dodatkowo pielęgnuje skórę głowy i zwalcza łupież.

Jest zupełnie rzadka, wodnista, o zielonym zabarwieniu. Posiada naturalny i chyba neutralny, taki bardziej ziołowy zapach.

Powinno się ją stosować po każdym umyciu głowy, dlatego ja używałam jej codziennie. W niewielkich ilościach wcierałam odżywkę w skórę głowy przez jakieś 4 miesiące, chociaż już po 2 miałam na głowie sporo nowych włosów. Mam też wrażenie, że od kiedy jej używam to włosy mniej wypadają i są mocniejsze.

Chyba pierwszy raz spotkałam się z taką skutecznością! Tak widoczne gołym okiem efekty to dla mnie mimo wszystko rzadkość. Myślę, że w tym wszystkim super ważna jest również systematyczność, niemniej zasług Kamiwazie odbierać nie będę. 🙂

Ja swoje opakowanie 95 ml (45 zł) znalazłam w pudełku Naturalnie Piękna Inspired By – ShinyBox. I powiem Wam, że właśnie dla takich perełek warto sobie zainwestować w subskrypcję. Jestem przekonana, że gdyby nie box, to na Kamiwazę bym po prostu nie trafiła.

Jak sprawdza się Wielofunkcyjny olejek Stay Calm Annabelle Minerals do demakijażu?

Z zamiarem napisania Wam kilku zdań o Wielofunkcyjnym olejku Stay Calm Annabelle Minerals noszę się już od jakiegoś czasu. Strasznie mi go ostatnio brakuje, więc jest mnie miej dosłownie wszędzie. Będzie więc szybo, rzetelnie i konkretnie (w sumie to zawsze się tak staram :P).

Jak sugeruje tytuł wpisu, chciałam opowiedzieć Wam o tym jak olejek sprawdza się w demakijażu. Bo przypuszczam, że wiele z Was właśnie w takim celu chciałaby go zakupić. Jako serum go nie używałam w ogóle, głównie ze względu stale trwającego lata i wysokich temperatur. W tym okresie moja skóra nawet wieczorem średnio chłonie oleje, więc nie chciałam jej męczyć i wprowadzać sobie oraz Was w błąd kilkoma zdaniami za dużo.

Stay Calm to jeden z trzech wielofunkcyjnych olejków Annabelle Minerals. Choć ja osobiście używam go tylko do demakijażu, marka wskazuje na co najmniej 8 jego zastosowań. Jako serum, jako dodatek do kremów czy balsamów, jako odżywkę do paznokci czy włosów, a w zasadzie końcówek czy nawet jako olejek do masażu.

Wielofunkcyjny Olejek STAY CALM Annabelle Minerals to mieszanka oleju kokosowego, rycynowego, konopnego; oleju z pestek winogron, oleju awokado, olejku z kwiatów pelargonii pachnącej oraz zapachu cytrusowego.

Opakowanie zostało utrzymane w minimalistycznym, prostym designie. Szklaną butelkę o pojemności 50 ml uzupełnia podajnik z pompką. I choć prezentuje się bardzo ładnie, to idealna nie jest – dosyć mała i pod mokrymi palcami się ślizga, więc czasami ciężko trafić i nacisnąć w odpowiednim momencie.

Konsystencję tego olejku określiłabym jako umiarkowaną. Nie jest jakiś bardzo ciężki i wyjątkowo tłusty, ale lekki i suchy też nie jest. Takie pomiędzy, więc do demakijażu jak znalazł. Pachnie fajnie, energetycznie, cytrusowo.

W demakijażu używałam go na 3 sposoby:
– jako płyn dwufazowy (w połączeniu z wodą) do zmywania oczu,
– jako pierwszy etap dwustopniowego oczyszczania (najpierw olejem, później żelem),
– do mycia twarzy w pojedynkę.

Jako płyn dwufazowy sprawdza się bardzo dobrze. Po chwilowym namoczeniu powiek i rzęs mieszanką, wszystko ładnie schodzi. Olejek nie podrażnia oczu, a delikatną okolicę wokół nich pewnie nawet solidnie pielęgnuje. 😉

Pierwszy etap dwustopniowego oczyszczania to najczęściej praktykowana przeze mnie metoda. Z żelem, który stosuję po oleju współpracuje bardzo dobrze. Nie ma żadnych problemów ze ściągnięciem olejku czy z domyciem twarzy. Nie pozostawia wtedy tłustej warstwy, a skóra mimo to jakby trochę bardziej nawilżona i wypielęgnowana.

Ostatni sposób zmywania makijażu to olejek w pojedynkę. Robię to bardzo rzadko, ale kilka razy zdarzyło się. Zazwyczaj wtedy, kiedy super się spieszyłam i postanawiałam załatwiać dwie sprawy za jednym zamachem – poranne oczyszczanie i odżywianie. Po umyciu twarzy olejkiem, wycierałam ją tylko ręczniczkiem i leciałam dalej. I w tym przypadku o ile odświeżenie i zastrzyk energii jest, to ja na wieczór bym tak nie mogła. Rytuał musi być. Na dzień pewnie też nie dla wszystkich byłaby to metoda odpowiednia, bo jednak jakiś tam mały tłusty film pozostaje. Niemniej jak już pisałam, można upiec dwie pieczenie na jednym ruszcie.

I jeszcze dwie ważne informacje dla Was mam. 🙂 Numer jeden –  olejek zapach i to całkiem intensywny posiada, ale nie drażni on skóry czy oczu. Jest dla nich bardzo delikatny. Dwa – mimo dość kompaktowego opakowania, kosmetyk wystarcza na jakieś 2-3 miesiące codziennego stosowania.

Ogólnie olejek do demakijażu przyjazny, także polecam sobie wypróbować. Nie wiem jak zachowują się pozostałe dwa, ale przypuszczam, że podobnie.

Jak oceniam serię Dragon Blood EVREE?

Jakiś czas temu chwaliłam się Wam ogromną ilością nowości, które wpadły do mnie na przestrzeni kilku dni. Był wśród nich zestaw Dragon Blood EVREE, którego byłyście bardzo ciekawe. Dlatego w pierwszej kolejności wzięłam się za jego testowanie, a dzisiaj przychodzę do Was z recenzją.

Jesień to bardzo dobry czas na silną regenerację, jaką oferuje nam seria Dragon Blood. Zmęczona intensywnym słońcem, wysokimi temperaturami i wiecznie trwającym latem, a jednocześnie wkraczająca w porę wilgoci, deszczu i chłodu skóra potrzebuje wsparcia. A Dragon Blood je daje. Pewnie zastanawiacie się co kryje się pod tą intrygującą nazwą? Marka do stworzenia linii wykorzystała żywicę draceny smoczej. Ta ma silne właściwości regenerujące, wzmacniające i ochronne i stała się „twarzą” całej serii. 🙂

W serii znajdują się trzy produkty:
Silnie regenerujący krem do twarzy na dzień i na noc,
Aktywnie wzmacniający eliksir młodości do twarzy,
Silnie Regenerujący krem pod oczy.
Jak możemy przeczytać na etykietach, kosmetyki skierowane są do osób prowadzących aktywny tryb życia. Czyli w zasadzie do większości z nas, bo przecież dzisiaj inaczej się nie da. 😉
Wszystkie można stosować i na dzień i na noc, więc jest to fajna opcja dla minimalistek kosmetycznych.
Choć zestaw jest dość skromny (są to tylko 3 produkty), to myślę, że dobrze skomponowany i zapewnia optymalną pielęgnację.

Moim ulubieńcem jest oczywiście Aktywnie Wzmacniający eliksir młodości do twarzy. Dlaczego? Pewnie dlatego, że lubię wszelkiego rodzaju sera, eliksiry, esencje. Na dodatek jest to „eliksir młodości”. 🙂 Ale tak na poważnie – ma bardzo fajną konsystencję taką na wpół kremową, a na wpół żelową. Szybko wchłania się w skórę, bardzo fajnie ją przy tym wygładzając i umilając. Wtapia się w zupełności (na skórze pozostaje tylko zapach), więc jest świetną bazą do przyjęcia kolejnej dawki składników aktywnych zawartych w kremie. W pojedynkę też daje sobie radę (ale tylko w dzień i to ciepły – w inne nie używałam 😉 i sprawdza się również pod makijaż. Składnikami aktywnymi są: ekstrakt żywicy draceny smoczej, olej buriti, botaniczny film wygładzający.

Evree Dragon Blood

A teraz produkt, który zaskoczył mnie najbardziej czyli Silnie Regenerujący krem pod oczy. Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się jego opakowanie. I pojemność 15 ml uważam za fajną (nie jest za duża i jest szansa za terminowe jego zużycie; strasznie nie lubię, gdy kosmetyki marnują się tylko ze względu na kiepsko dopasowaną do realiów gramaturę) i samą jego formę. Ta mała tubka z podajnikiem i fajnie leży w dłoni i wygodna w użyciu jest. Krem na delikatną konsystencję, więc spokojnie można go używać i rano pod makijaż i wieczorem. Ładnie się wchłania, nie zostawia żadnego filmu. Intensywnie wygładza i wypełnia. Skóra wokół oczu jest nawilżona, napięta i przyjemna w dotyku. Choć nie zauważyłam, żeby jakoś wyraźnie niwelował cienie, to na pewno radzi sobie z mniejszą opuchlizną. Co dla mnie najważniejsze – krem nie podrażnia oczu, a często mi się to zdarza. Składnikami aktywnymi są ekstrakt żywicy draceny smoczej, masło moringa, ekstrakt z dzikiego wina.

I na koniec produkt, który mnie nie zaskoczył, ani nie zachwycił, ale to pewnie dlatego, że kremy Evree znam nie od dzisiaj i wiem czego mogę się po nich spodziewać. Silnie regenerujący krem do twarzy na dzień i na noc to bardzo poprawny kosmetyk. I nie chciałabym zostać źle odebrana – też go lubię. 🙂 Ma przyjemną konsystencję. Może trochę taką „hialuronową”? Wiecie o co chodzi? Fajnie się rozprowadza, szybko wchłania i pozostawia skórę w dobrej kondycji. Nie jest ani za tłusty, ani za mało treściwy. Można spokojnie nakładać go i pod makijaż i przed snem (ja zawsze kładę grubszą warstwę niż rano). Fajnie nawilża, regeneruje i odżywia. Skóra jest miła w dotyku, miękka, ale i jędrna. Nie męczą ją żadne przesuszenia czy wypryski. Wygląda ładnie, zdrowo. Krem posiada dość intensywny zapach, który początkowo nie do końca mi odpowiadał przyznam szczerze, ale z czasem jakoś się tak z nim zaprzyjaźniłam. Pojemność słoiczka to standardowe 50 ml, które starczy na jakieś 2-3 miesiące. Składnikami aktywnymi są ekstrakt żywicy z draceny smoczej, olej buriti, ekstrakt z miłorzębu japońskiego.

Trio te dostępne jest tylko w drogeriach Hebe, a wiadomo, że nie każdy pod domem akurat tą drogerię ma, więc z tą dostępnością szału nie ma. Myślę jednak, że warto na nie zapolować, albo nawet poprosić kogoś, kto ma bliżej i sobie je przetestować.

 

Zobacz również:

Soda oczyszczona w kosmetykach Evree Soda Clean

Pierwszy krem CC w portfolio Evree – Pure Neroli

Nowość: Evree Magic Rose Upiększająca maska do twarzy

 

 

Paul Mitchell seria odbudowująca STRENGTH

Jak już się chwaliłam jakiś czas temu, zostałam ambasadorką Paul Mitchell Polska, w związku z tym dzisiaj wpis typowo włosowy, bo chciałam zaprezentować Wam kosmetyki, których ostatnio miałam przyjemność używać.

Doskonale wiecie (bo żaliłam się przy każdej możliwej okazji), że z pół roku temu straciłam ooogromną ilość włosów i w ostatnim czasie bardzo skupiłam się na ich „hodowli”. Dlatego też wszystko co odbudowujące, wzmacniające, stymulujące i regenerujące, było i w zasadzie nadal jest bardzo porządane. I chyba nie jestem w tym osamotniona, bo z tego co podglądałam, inne Ambasadorki, też skupiły się na regeneracji.

Z oferty Paul Mitchell wybrałam dwa kosmetyki z serii Strength:
1. Super Strong Daily Shampoo – Odbudowujący szampon do codziennej pielęgnacji
2. Super Strong Liquid Treatment – Silny środek odbudowujący bez spłukiwania

Paul Mitchell STRENGTH

Szampon Super Strong Daily Shampoo skierowany jest do posiadaczek włosów słabych, rzadkich i łamliwych. Czy to spowodowanych „złym traktowaniem” (farbowaniem, prostowaniem, suszeniem) czy innymi „głębszymi” czynnikami, takimi jak na przykład stres. Szampon ma za zadanie wzmocnić włosy i odbudować je. Tajemnica tego kosmetyku tkwi w zastrzeżonym przez markę kompleksie Super Strong, który zawiera hydrolizowane proteiny roślinne. Mieszanka ta odbudowuje wewnętrzną strukturę włosów, dodaje im elastyczności i blasku. Tyle wynika z opisu produktu, a jak sprawdził się w rzeczywistości?

W walce o lepsze włosy szampon zawsze wydawał mi się najmniej istotny. Najważniejsze było dla mnie, żeby sprawy nie pogarszał. Ale teraz powiem Wam, że warto walczyć o to, aby brał czynny udział nie tylko w oczyszczaniu i „nieprzeszkadzaniu”, ale też w naprawianiu. Odpowiednie nawilżenie włosów czy ułatwianie rozczesywania przez sam szampon teraz ma dla mnie ogromne znaczenie. I ten właśnie tak działa. Oprócz tego, że porządnie oczyszcza, to też nadaje im miękkości i poślizgu. Nie podrażnia skóry głowy, ale tak jak w przypadku włosów, dobrze ją oczyszcza, zostawiając optymalnie nawilżoną. Nie ma też problemów z usunięciem kosmetyków do stylizacji.

Włosy nie łamią się przy wycieraniu i co najważniejsze – nie są splątane czy tępe. Szybko się rozczesują bez większych strat. Po wysuszeniu z kolei są lśniące i sypkie. Odbite od nasady, z ładnym skrętem (w moim przypadku to też fajna sprawa). Na pewno są bardziej elastyczne i miękkie. Nie kruszą się w trakcie podpinania, nie sterczą, nie elektryzują się.

Gdybyście były ciekawe konsystencji czy zapachu, to ta pierwsza wydaje mi się być standardowa dla tego typu produktów – nie za gęsta, nie za rzadka. A sama formuła dość wydajna – niewiele trzeba kosmetyku do pokrycia pianą całej głowy i włosów. Zapach przyjemny, nienachalny.
Szampon to okrągła, dobrze leżąca w dłoni tuba z dozownikiem, o pojemności 300 ml.

Paul Mitchell STRENGTH

Drugi produkt to spray, także butelka wyposażona jest w atomizer. Rozpyla fajnie, tworząc mgiełkę. Nie „sika” gdzie popadnie, także wszystko jest pod kontrolą i ostatecznie na włosy trafia. Silny środek odbudowujący bez spłukiwania Super Strong Liquid Treatment, nie posiada żadnego konkretnego zapachu i jeśli właśnie to w profesjonalnych kosmetykach lubicie najbardziej – intensywne perfumy, to ten kosmetyk może Was rozczarować. 😛 Nie na perfumach skupiła się marka, a na składzie i działaniu.

Preparat ten przeznaczony jest do codziennej regeneracji przemęczonych włosów. Odżywia i odbudowuje, tym samym zapobiegając uszkodzeniom. Zwiększa wytrzymałość i wzmacnia. Dzięki niskiemu pH, które wynosi 4,5, powoduje domykanie łuski i zamknięcie w niej pigmentów. Włosy są mocne i lśniące. Spray działa po całej długości włosa, także końcówki również naprawia. Zawiera kompleks Super Strong, ekstrakty morskie, silikony, proteiny roślinne i filtry UV.

Generalnie uważam, że odżywki bez spłukiwania, to świetny wynalazek. Są wygodne w użyciu (no bo co to jest rozpylenie na wilgotnych włosach?) i ekspresowe. Nie trzeba nic na głowę zakładać, czasu odmierzać. Po prostu psikasz i już. Silny środek odbudowujący bez spłukiwania Super Strong Liquid Treatment można stosować codziennie. Warunkiem jest aplikacja na czyste, wilgotne włosy (wtedy kosmetyk lepiej się wchłania i ma szansę działać). Osiada na włosach nie sklejając ich, nie wpływając na ich świeżość i nie obciążając. A co do efektów, to myślę, że przy bardzo zniszczonych włosach można je zauważyć już po pierwszym użyciu. U mnie po ponad miesięcznym stosowaniu różnica jest naprawdę spora. Włosy są zdrowe i lśniące. Nie łamią się i nie kruszą, a wcześniej miały do tego tendencję. Co najważniejsze i jednocześnie sprawiające mi największą trudność, to utrzymanie końcówek w dobrym stanie. Teraz ani się nie łamią, ani nie rozdwajają. Jak zawsze trochę bardziej suche przy końcach są, ale nawilżenie jest na tyle optymalne, że nie niszczą się i nie „skrzypią” pod palcami. A tego typu rzeczy działy się u mnie już kilka dni po podcięciu włosów, także poprawa jest duża. Preparat nie wpływa na skręt, nie niszczy go, nie prostuje.

Spray jest bardzo wydajny i myślę, że moja butelka starczy na jakieś pół roku stosowania. Zaznaczę, że mam włosy długie i myję głowę codziennie, także i po niego sięgam dzień w dzień. 🙂

Szczerze jestem z tego duetu zadowolona i mam nadzieję, że kilka powyższych zdań odpowiedziało na Wasze pytania lub wątpliwości. Jeśli nie, napiszcie do mnie, to chętnie powiem jeszcze więcej. 🙂

Zobacz również:

Mój drugi numer jeden – Suchy szampon Express Dry Wash Paul Mitchell 🙂

Szampon i odżywka Extra Body Paul Mitchell – jak radzą sobie z włosami wymagającymi?

Pierwsza edycja Beauty By Bloggers Paul Mitchell

Hippiness by Shinybox czyli sierpień 2018

Od jakiegoś miesiąca jestem opóźniona ze wszystkim. Nie mogło więc być inaczej z najnowszym, ale jeszcze sierpniowym pudełkiem ShinyBox. Nie będę ukrywała, że nie powalił mnie swoją zawartością, ale tak to jest z kosmetycznymi boxami. Raz trafiają w gusta i zapotrzebowanie bardziej, innym razem mniej.

W pudełku Hippieness znalazły się produkty nastepujących marek: Novex, Biotaniqe, Foods By Ann, EkaMedica,Dermaglin, SheFoot, Unani, Delia, O’herbal, Vis Plantis.

Produktem który zainteresował mnie najbardziej okazał się Olej arganowy EkaMedica, który można stosować w ramach suplementacji. Pierwszy raz się z tym spotkałam, więc na pewno sobie go wypiję. Olej arganowy przez ostatnie lata wszyscy wylewają na skórę, więc fajnie, że można stosować go również pod nią. 🙂 Zalecana dawka dzienna to 5 ml. Butelka 100 ml kosztuje ok. 38 zł.

Prezentację produktów spożywczych zamknie Smoothie Bowl Food By Ann. U mnie Ananas & Banan & Brzoskwinia. Spróbuję. Ok. 4,30 zł kosztuje.

UNANI i Jedwabiste mleczko do ciała z drobinkami to kosmetyk, którym dziewczyny się zachwycają. Szczególną uwagę zwracają na zapach, który w moim odczuciu aż taki ekstra nie jest.:P Bardzo słodki, taki drink mleczko-kokosowo-waniliowo-kakaowy. 😀 Drobinki są dosyć spore, więc nie jest to subtelny rozświetlacz. Ma lekką, szybko wchłaniającą się konsystencję i poręczne, kompaktowe opakowanie. Kosztuje ok. 43 zł/60ml.

Pozostając w temacie pielęgnacji ciała, w pudełku znalazłam Relaksujący Balsam do ciała O’Herbal Lawenda. Miałam już taki i chyba nawet z któregoś pudełka. Także zaskoczenia nie ma, szału też. Jest to po prostu poprawny produkt nawilżający do ciała. Butla 500 ml kosztuje ok. 23 zł.

Hippieness by Shinybox

Dalej do czynienia mamy już tylko z maseczkami…
NOVEX – Brazilian Keratin. To już chyba 3 maska do włosów NOVEX w pudełku i jakoś wrażenia nie robi. 100 g to travel size. Standardowe opakowanie to 210g, które kosztuje 15 zł.
MULTIBIOMASK – Podwójna maseczka do twarzy. Maska łagodząca z ekstraktem z Białej Lilii oraz Maska oczyszczająca z Glinką i Węglem Aktywnym. Cena ok. 1,80 zł.
DERMAGLIN – Maseczka oczyszczająco-odżywcza z Zieloną Glinką Kambryjską, jedwabiem i jojoba. Cena ok. 7 zł.
SHEFOOT – Domowe Spa Dla Stóp (maska + peeling). Cena ok. 5,30 zł. Od tej marki też jest próbka żelu kojącego (i to myślę może być bardzo fajny produkt).

VIPy w tym miesiącu otrzymały dodatkowe podwójne zaproszenie na Targi Fryzjerskie i Kosmetyczne BeautyDays, na które i tak się wybieram jako Influencer, także wejściówkę pewnie podam dalej. 🙂

I na tym koniec sierpniowego Hippieness. Co myślicie o tym pudełku?

Dawniej Naturalnie Piękna teraz Nature Me Inspired By

Nareszcie! Mam i ja! Najnowsze pudełko NatureMe – do tej pory Naturalnie Piękna. I od razu zdradzę Wam, że nie tylko nazwa pudełka się zmieniła, ale jego zawartość również w tym miesiącu jakby nieco inna.

W środku 12 produktów – mix dla urody, zdrowia i duszy. I o ile przy poprzedniej edycji pudełko wydawało mi się być ostatecznie zbyt mało kosmetyczne, o tyle teraz jest ich wszystkich znacznie więcej i chyba po prostu bardziej trafiają w mój gust. Także proporcje „fifty-fifty” tym razem są dla mnie ok. A na dodatek same nowości, więc cieszę się podwójnie. 😁

Co znalazłam w środku? Kosmetyki marek takich jak: Oway, Skin Team, Powrót do Natury, kremowo.pl, Avebio i Seysso. Dodatkowo sok i sos Natjun, wodę alkaliczną Redox, świecę Runo i caaaałą masę kodów rabatowych.

Produktem, który ciekawi mnie najbardziej i jednocześnie ma chyba najbardziej tajemniczą nazwę ever to Hmilk no stress – mleczko odbudowujące wiązania dwusiarczkowe Oway i jest to odżywka do włosów. Zawiera biodynamiczny hibiskus, organiczny olej perilla, proteiny bawełny i olej daktylowy. I nie ukrywam, że baardzo ciekawi mnie działanie kosmetyku z takimi składnikami aktywnymi, bo często takiej mieszanki się nie spotyka. Nakłada się ją na umyte, wilgotne włosy i pozostawia na 2-5 minut. Odżywia, regeneruje i odbudowuje zniszczone łuski włosów. Tubka 75 ml kosztuje 39 zł. Jeśli będzie to fajny, godny polecenia produkt, pewnie napiszę o nim więcej. 🙂

Naturalnego mydła w kostce nigdy nie odmówię i zawsze ucieszę się na jego widok. Powrót Do Natury do pudełka wrzucił Mydełko produkowane według tradycyjnej, naturalnej receptury oparte na składnikach roślinnych. Jak duża część takich mydełek, tak i to świetnie sprawdza się do pielęgnacji skóry problematycznej. U mnie z Olejkiem z trawy cytrynowej i olejkiem lawendowym. Kostka 100g kosztuje ok. 10 zł

Nature Me Inspired By

Tak samo jak mydła, nie odmówię też ciekawej pasty do zębów. Wiadomo, że jest to rzecz, która zawsze się przyda i na pewno nie zmarnuje. Wybielająca pasta do zębów z aktywnym węglem Seysso to u mnie nowość, jednak czarne pasty już używałam i w sumie bardzo je sobie chwalę (natureON i whiteON znajdziecie tutaj). Myślę, że i z tej będę zadowolona. Oprócz węgla aktywnego zawiera ksylitol, olej kokosowy i remineralizujący nanoXIM. 75 ml kosztuje ok. 40 zł.

Ponieważ już kilka miesięcy w pudełku nie było żadnego peelingu kawowego, to jest i on! 😀 Tym razem z Skin.Team. Składnikami aktywnymi, które ścierają martwy naskórek jest kawa Robusta, cukier trzcinowy oraz różowa sól himalajska. A tymi, które skórę pielęgnują – olej arganowy, olej ze słodkich migdałów, olej z pestek winogron, olej z rącznika, olej z orzechów makadamia, masło shea i witamina E. Można stosować go zarówno na ciało, jak i twarz. Ogólnie w sprzedaży są 4 zapachy, w pudełku – Pomarańczowe Latte. Travel Size (doypack 50g) kosztuje ok. 17,90 zł.

Od AveBio tym razem mix produktów – w moim pudełku Olej Avocado. Zapas olejów naturalnych mam spory, w tym i avocado, także wolałabym trafić na coś innego, np. tonik do twarzy Aloe Vera. Się zużyje, albo poda dalej. Butelka, a w zasadzie nawet nakrętka wyposażona jest w dozownik, co jest praktyczną sprawę. Niestety nie posiada ona dodatkowego zabezpieczenia, więc 1/4 oleju podczas transportu zalała inne kosmetyki. Na tym jednak oleje się nie kończą, bo w pudełku znalazł się też Organiczny olej perilla z pachnotki Kremowo.pl i ten przyznam szczerze zaciekawił mnie o wiele bardziej, bo jeszcze nigdy takiego nie używałam. Nawilża, natłuszcza i odżywia. Działa antyoksydacyjnie i przeciwbakteryjnie. Pobudza skórę do działania. Wspierając syntezę kolagenu i elastyczny niweluje oznaki starzenia i zmniejsza zmarszczki. 50 ml kosztuje ok. 13 zł.

Kosmetyczną część pudełka zamykają próbki Bioselect i Purobio.

Nature Me Inspired By

Bardzo fajną, stylową (i minimalistyczną) i na pewno odprężającą rzeczą jest Świeca Sojowa Homemade Cake RUNO. Pachnie słodziutko i milutko. Świeca jest ekologiczna, wykonana w 100% ze składników roślinnych. Wosk charakteryzuje się tym, że łatwo go usunąć ciepłą wodą, a świeca nie dymi.

Do mojej lodówki trafiły produkty Natjun, których wcześniej nigdzie nie widziałam, a po sklepach z takim asortymentem jednak trochę chodzę, także albo ślepa jestem, albo jeszcze nie wszędzie są. Zarówno sok, jak i sos dobre, także polecam spróbować. 🙂
Sok śliwkowo – jabłkowy Natjun 400ml – ok. 12 zł.
Sos Jabłkowo-Musztardowy 225g – ok. 13 zł.

I jeszcze Jonizowana woda alkaiczna w saszetce REDOX była w tej edycji Naturalnie Piękna – Nature Me. Dzięki opakowaniu idealna na podróż – zmieści się wszędzie, nawet tam, gdzie wydaje Ci się, że nie ma już miejsca. 🙂 240 ml kosztuje ok. 4 zł.

Nature Me Inspired By

I wisienką na torcie niech będą kody rabatowe, z których możecie skorzystać i Wy. 🙂
SEYSSO.PL – „SEY8DPDMD” -20%
RUNOHOME.PL – „RUNOSHOP1” -15%
EKODEMI.PL – „EKODEMI20” -20%
KREMOWO.PL – „NATURALNIE PIĘKNA” -10%
PUROBIO.COM.PL – „KOSMETYCZKA1” – kosmetyczka za 1zł.

Niestety mam też smutną wiadomość… W związku z tym, że Inspired By wciąż prowadzi jakieś prace modyfikacyjne, pudełko Naturalnie Piękna czyli obecnie Nature Me nie będzie póki co w regularnej sprzedaży. A jak już będzie, to zapewne jako „extrabox” w ShinyBox, także czatujcie! 🙂

Olejek konopny Efektima – czy warto?

Nie pierwszy raz spotykam się z olejem konopnym i jego udziałem w kosmetykach pielęgnacyjnych. Z resztą na bieżąco dzieliłam się z Wami moimi nowościami i odkryciami. I choć kolejne produkty z olejem z konopii wchodzące na rynek nie są dla mnie zaskoczeniem, to Olejek konopny marki Efektima po prostu mnie zaciekawił. Przyzwyczaiłam się, że nawet do pozornie prostego produktu, zawsze dodają coś od siebie, a to czyni go innym i trochę wyjątkowym. Efektima nie zawiodła mnie i tym razem. 🙂

O szerokim i dobroczynnym spektrum działania oleju konopnego pewnie słyszało również wiele z Was. Dzięki zawartym w nim nienasyconym kwasom tłuszczowym, aminokwasom, proteinom, fosfolipidom czy witaminom, działa regenerująco, odżywczo, antyoksydacyjnie, przeciwzapalnie i antybakteryjnie. Działa kojąco zarówno na skórę, jak i włosy. Chroni je przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi i stara się zatrzymać czas :D. Jest intensywny, ale potrafi być bardzo delikatny, dlatego poleca się go do skóry wrażliwej, skłonnej do podrażnień. Zaopiekuje się również wszystkimi rodzajami włosów, wzmacniając je, ułatwiając rozczesywanie, dodając blasku i pracując nad regulacją wydzielania sebum.
Oprócz oleju konopnego w składzie Olejku konopnego Efektima znajdziemy również olej z pestek winogron i witaminę E.

Olejek konopny Efektima

Opakowanie to wygodna i poręczna plastikowa butelka o pojemności 150 ml. Wyposażona jest w atomizer, co sprzyja bezproblemowej aplikacji. Działa sprawnie (tworząc mgiełkę), więc w zależności od upodobań można spryskiwać nim ciało i włosy, jak i uzbierać odpowiednią porcję w dłoniach i dopiero nimi rozprowadzić olejek po skórze.

Jedną z ważnych i wyróżniających cech oleju konopnego, jest określenie „suchy olej” – czyli taki, który szybko się wchłania i praktycznie nie pozostawia po sobie śladu na skórze. I tak jest w tym przypadku. Olejek nie tylko dobrze się rozprowadza, ale też ekspresowo wchłania i oprócz zapachu (intensywnego, przyjemnego i mi osobiście kojarzącego się z męskimi One Million Paco Rabanne) i ogólnie lepszej kondycji, nie pozostawia na skórze nic więcej. Jego konsystencja (jak się zapewne domyślacie) jest bardzo lekka i przyjemna, nawet w lato. A przy okazji tej pory roku, dodam tylko, że stosowałam olejek w najgorsze upały, na całe ciało i zdał egzamin o wiele lepiej niż nie jeden balsam czy inne mazidło do ciała. Nawilżał i odżywiał je, ale w żaden sposób nie obciążał, nie zapychał i nie tłuścił – rewelacja!

Olejek konopny Efektima

No to parametry techniczne już znacie, czas na działanie i efekty. 🙂 Lato, wysokie temperatury, ostre słońce i wysuszająca klimatyzacja to jednak ciężkie warunki dla całego organizmu. I choć gorące dni nie przeszkadzają mi w ogóle, to jednak skóra i włosy potrzebują w tym okresie trochę więcej. I ten olejek zdecydowanie im to daje. Skóra nawilżona, odżywiona, pachnąca. Zdrowo i zachęcająco wyglądająca. Olej zostawia na niej taki trochę efekt glow, więc wiecie jak to wyglada na opalonym ciele? Najlepiej. Naprawdę fajnie sprawdza się do codziennej pielęgnacji, bo nie jest ciężki, męczący. To taka, lepsza, lżejsza wersja oleju, która fantastycznie sprawdza się również na włosach. I wydaje mi się, że szczególnie kręconych, bo bardzo fajnie podbija skręt i dodaje mu blasku – włosy wyglądają po prostu pięknie. Oczywiście trzeba uważać, żeby nie przesadzić i nie uzyskać ostatecznie „mokrej włoszki”, jednak z umiarem potrafi zrobić wiele dobrego. I na końcówki działa też – nawilża i poprawia kondycję.

Kosmetyk ten oficjalnie mianuję swoim ulubieńcem i szczerze polecam przetestować, może i Was też oczaruje.:)

Olejek konopny Efektima dostępny jest tylko w Rossmann, w cenie ok. 25 zł.

6 kosmetyków idealnych na lato i wakacje

Zastanawiacie się jakie kosmetyki mogą się Wam przydać w wakacyjnej kosmetyczce? Idę z pomocą! 😀 I przedstawiam Wam moją tegoroczną listę. 🙂

Termissa – Woda termalna z Podhala. No chyba nie muszę tego wyboru tłumaczyć. Bardzo przyjemna mgiełka do ciała. Odświeża, chłodzi i ogólnie przynosi ulgę w upalne dni. Ja swoją znalazłam w jednym z pudełek ShinyBox, ale standardowo kosztuje ona ok. 20 zł

Woda termalna z Podhala – Termissa

Płyn micelarny w chusteczce do oczyszczania twarzy i oczu tołpa: dermo face, physio i Normalizujący płyn micelarny w chusteczce do oczyszczania twarzy tołpa: dermo face, sebio. Chusteczki pakowane są pojedynczo, więc idealnie nadają się i do demakijażu i do odświeżenia po prostu. Ich forma jest też fajną opcją do samolotowej kosmetyczki. Makijaż zmywają, ogólnie oczyszczają i nawilżają. Nie podrażniają. Kosztują ok. 3 zł.

Chusteczki z płynem micelarnym tołpa

Dwufunkcyjny krem ochronny do twarzy SPF 15 i 50 Sun Balance Farmona. Fajna jest to opcja. Zamiast dwóch kosmetyków, na wakacje ciągniemy tylko jeden i na dodatek taki, któ®y zapewni nam ochronę i w pełnym słońcu i w trochę bardziej pochmurne dni. Oba sprawnie się rozprowadzają i stosunkowo szybko wchłaniają. Konsystencja wiadomo – jest tłusta, ale jednak mniej ciężka, nie przypominająca pasty. Kremy nie bielą. Nadają się pod makijaż. Cena: ok. 20 zł.

Dwufunkcyjny krem Sun Balance – Farmona

Odżywczy cukrowy peeling do ciała Banan & Agrest Farmona. Wiadomo, że peeling ogólnie się przydaje, a taki na lato jest idealny. Zapach ma bardzo słodki i wakacyjny. W konsystencji z kolei przypomina zimną galaretkę. A drobinkami ścierającymi jest przyjemny dla skóry cukier. Do tego opakowanie bardzo praktyczne i niespotykane – wieczko unosi się do góry. Kosztuje ok. 16 zł.

Cukrowy peeling Tutti Frutti – Farmona

Puder prasowany SPF30 Powder Paese. Zupełnie multifunkcyjny. Utrwali, zmatowi i delikatnie rozświetli jednocześnie. Zakryje co nieco i też wyrówna. Oprócz delikatnych iskrzących się drobinek, zawiera filtry, chroni przed wolnym rodnikami, a nawet uspokaja cerę i koi ją. Poza tym ma przepiękne, bardzo porządne opakowanie wyposażone w lusterko. W środku znajdziemy również milusią gąbeczkę. Dostępny jest w 4 odcieniach za 40 zł – i szczerze Wam powiem, warto zainwestować.

Puder prasowany SPF 30 – Paese

Błyszczyk Extreme Gloss Mesauda Milano – choć błyszczyków na co dzień nie używam, bo się kleją (oczywista oczywistość), to powiem Wam, że ten 311 polubiłam, nawet bardzo. W lato i tak często spinam włosy, bo gorąco, więc ostatecznie ten „klej” na ustach nawet mi tak nie wadzi. 😀 Za to efekt niesamowity. Mega soczyste, nasycone i pełne usta. Do nich ubieram tylko krem z filtrem, tusz do rzęs i wychodzę. 🙂 Swój znalazłam w pudełku ShinyBox.

Błyszczyk Extreme Gloss – Mesauda Milano

Summer Vibes by ShinyBox – lipiec 2018

Jest i u mnie! Najgorętsze (lipiec zobowiązuje 😀 ) pudełko ShinyBox tego roku! Bo serio – bardzo dużo Klientek Shiny jest nim zachwycona. Co w sobie skrywa i czy Wam też przypadnie do gustu? Sprawdźmy! 🙂

Tym razem w pudełku znajdziemy głównie produkty do pielęgnacji. Do makijażu nie ma zupełnie nic. Są i produkty typowo drogeryjne i marki bardziej wyszukane. Wiele produktów wymiennych, więc ostatecznie pudełka mogą wyglądać bardzo różnorodnie.

Markami tej edycji są: Hello Nature, MultiBioMask, Raisin, Fa,Collibre, Tria, Bisho Jo i Stara Mydlarnia.

Choć może się to wydawać dziwne, bardzo ucieszyłam się, gdy zobaczyłam w pudełku dezodorant Fa – Island Vibes Fiji Dream antyperspirant w spray’u. Moje zapasy się kończą, więc same rozumiecie. 🙂 Mam nadzieję, że zapewni komfort w upalne dni (bo liczę, że lato jeszcze trochę potrwa ;). Zapach arbuzowy, dość intensywny. 150 ml kosztuje ok. 8 zł.

Summer Vibes by ShinyBox

BishoJo Krem wodny nawilżający dzień/noc, to produkt, który mnie zaintrygował. Do tej pory nie gościłam tej marki w swoich kosmetyczkach, a gdzieś tam zawsze się przewijała, wzbudzając przy tym moją ciekawość. W końcu będzie zaspokojona! Krem nawilża, zmiękcza i wygładza. Nie powoduje uczucia ściągnięcia czy napięcia skóry. Posiada delikatną, lekką i wodną konsystencję. Opakowanie to tubka o pojemności 30 ml. Kosztuje ok. 40 zł. Wymiennie w pudełku był BishoJo Krem wodny regenerujący dzień/noc albo Argan krem do rąk i paznokci EcoReceptura by Stara Mydlarnia, który w moim pudełku również się znalazł. Aluminiowa tubka (75 ml), to bardzo lubiana przeze mnie forma opakowania, ale złoto kryje się w jej środku. Masło shea, olej arganowy, proteiny jedwabiu, witaminy B5 i E i alantoina. Cena: 17 zł.

Summer Vibes by ShinyBox

W każdym pudełku znalazł się również Krem do twarzy marki Tria. U mnie w wersji Ujędrniającej na dzień z ekstraktem z imbiru, a mógł się trafić jeszcze Krem regenerująco-nawilżający z ekstraktem z imbiru na noc. Podobno nadaje się pod makijaż. Zawiera ekstrakt z imbiru, kwas hialuronowy, kolagen, olej migdałowy, pantenol, kompleks matująco-wygładzający, filtry UV. Słoiczek o pojemności 50 ml kosztuje ok. 50 zł.

Summer Vibes by ShinyBox

Do pielęgnacji twarzy jest jeszcze podwójna maseczka – Multi BioMask. Jedna to Maska Liftingująco – odmładzająca z wyciągiem ze śluzu ślimaka, druga – Maska ultra oczyszczająca z glinką i aktywnym węglem. Chętnie wypróbuję. Zestaw kosztuje ok. 5 zł.

Summer Vibes by ShinyBox

Hello Nature dało do pudełek aż 6 produktów na wymianę, także można było trafić na odżywkę do włosów, maskę do włosów, masło do ciała czy olejek. Ja mam masło do ciała z szalenie modnym ostatnio olejem konopnym. Pachnie trochę cytrusowo i energetycznie, więc będę starała się je przetestować jeszcze latem. Szczególnie, że jak na masło ma super lekką i szybko wchłaniającą się konsystencję. Mam nadzieję, że się sprawdzi. Kosztuje ok. 25 zł

Raisin – Zestaw naklejek wodnych na paznokcie, to trochę nie moja bajka, więc pewnie podam je dalej. Warto jednak wiedzieć, że można je stosować zarówno na lakier klasyczny, jak i hybrydowy. Zestaw 3 arkuszy kosztuje ok 5 zł. To również był pewniak każdego pudełka.

Summer Vibes by ShinyBox

Na koniec zostawiłam płynny kolagen Collibre Swiss Collagen Drink, u mnie w wersji Beauty Drink. Dzienna dawka 140 ml kosztuje ok. 9 zł. Kurację powinno się stosować przez minimum 4 tygodnie. Podobno ma smak owoców tropikalnych, ale sama nie spróbuję, dopóki nie doczytam się gdzieś czy jest bezpieczne podczas karmienia.

Nie zabrakło też voucherów – dr Barbara, rabatów – np. Raisin, Collibre i próbek – Stara Mydlarnia. Jednak wiadomo, że wszystko co dobre, kiedyś się kończy i właśnie do takiego końca dotarłyśmy teraz. 🙂 I jak? Jak Wam się podoba Summer Vibes by ShinyBox?

Zestaw dostępny na shinybox.pl – dobrze, że wiecie, gdzie go szukać! 😀

Viankowe cudo – Łagodząca emulsja do mycia twarzy z żywokostem

Dzisiaj będzie o Łagodzącej emulsji myjącej do twarzy z ekstraktem z żywokostu Vianek, bo już dawno nie spotkałam się z tak delikatnym, a zarazem tak skutecznym kosmetykiem do demakijażu.

Emulsja przeznaczona jest do cery wrażliwej, dlatego wszystko co znalazło się w jej recepturze to składniki łagodzące, kojące i niezwykle delikatne. Oprócz alantoiny, gliceryny, panthenolu czy oleju kokosowego, zawiera również ekstrakt z korzenia żywokostu (o właściwościach żywokostu). Mają one za zadanie skórę oczyścić, nawilżyć, odżywić i przede wszystkim ochronić przed podrażnieniami i napięciem. Emulsja nie narusza bariery lipidowej. Wpływa na uczucie wygładzenia, miękkości i komfortu.

Śnieżnobiała emulsja, dzięki zawartym w niej olejom, właśnie taka nieco olejowa w konsystencji jest. I pewnie dlatego jest tak skuteczna w oczyszczaniu skóry z makijażu i innych zanieczyszczeń, które gromadzą się na twarzy w ciągu dnia. Brak konkretnego, dobrze wyczuwalnego zapachu, jest oczywiście zrozumiały – emulsja ma być jak najbardziej neutralna i delikatna. Jednak nie ukrywam, że jestem ogromną fanką Viankowych zapachów i tutaj z chęcią bym też coś dodała, gdyby była taka opcja. Opakowanie dla produktów myjących tej marki standardowe i bardzo praktyczne, nie zamieniłabym na nic innego. Pojemność to 150 ml.

Emulsja, jak już z resztą zdążyłam wyżej wspomnieć, dobrze radzi sobie z demakijażem i oczyszczeniem. To, że nie podrażnia skóry, nie powoduje żadnych zaczerwienień czy dyskomfortu jest raczej oczywiste. To, że zostawia ją odżywioną, mięciutką i milutką w dotyku, to myślę cenna uwaga. W żaden sposób nie ściąga skóry i jej nie napina. Ta wydaje się być bardziej elastyczna, pełna i zdrowa. W zasadzie po jej użyciu, skóra prezentuje się niemalże tak, jakby już dawno był wklepany tonik i nałożony krem. Naprawdę fajne uczucie, takiej zadowolonej i dopieszczonej skóry, a przecież to dopiero początek rytuału. 😉

Jak wszystkie kosmetyki Vianek, tak i ten nie był testowany na zwierzętach, a jego skład jest naturalny i nie zawiera sztucznych kompozycji zapachowych.

Jego przydatność to ok. 3 miesiące od pierwszego użycia, a spokojnie wystarcza do codziennego stosowania na jakieś 2. Kosztuje ok. 20 zł.

 

Zobacz również:

Szybka recenzja VIANEK Rewitalizujący żel myjący do twarzy

Vianek seria przeciwstarzeniowa – Eliksir do twarzy z witaminą C vs. Serum do twarzy z koenzymem Q10

Lekki i wzmacniający szampon Vianek – seria fioletowa

Dobry naturalny szampon do włosów ciemnych i farbowanych

 

 

 

 

Czy REGENERACJA włosów z marką You-niverse się udała?

Ostatnio w moje ręce wpadły kosmetyki You-niverse. To nowa marka do pielęgnacji włosów Kontigo. Jej asortyment to szampony, odżywki do włosów, maski i olejki. I w zasadzie cały jej przekrój mam i używam od jakiegoś czasu. A chciałam Wam o nich odpowiedzieć nie tylko dlatego, że są nowościami, ale zaskoczyły mnie swoim działaniem.

Z założenia kosmetyki You-niverse z linii REGENERACJA,  mają ogólnie poprawić kondycję włosów, zadbać o ich elastyczność i wygładzenie. Co jest możliwe dzięki składnikom aktywnym takim jak proteiny jedwabiu, gliceryna, papaja czy awokado.

A w rzeczywistości… Jeżeli chodzi o konsystencje czy opakowania, to są dla takich produktów raczej typowe, choć wydaje mi się, że sama szata graficzna jest „sympatyczna” dla oka. Zapach linii REGENERACJA (szampon, odżywka, maska), to raczej taki przeciętniak i do intensywnych nie należy. Trochę inaczej wygląda to w przypadku Olejku do włosów Nawilżenie i Wygładzenie KOKOS You-niverse – ten choć ma bardzo podobny zapach, to jednak wydaje się być mocniejszy i na włosach na dłuższy czas zostaje. Jednak – jak wiadomo, nie o perfumy tutaj chodzi, a o działanie.

Kontigo You-niverse KOKOS Olejek do włosów nawilżenie i wygładzenie.

Kosmetyki Kontigo You-niverse z serii RENERACJA i Olejek nawilżenie i wygładzenia kokos, używałam razem, w tym samym czasie, raczej nie łącząc ich z innymi, dodatkowymi produktami. Włosy myję codziennie, tutaj szamponu używałam co drugi, czasami nawet co 3 dzień. Za każdym razem w towarzystwie odżywki i olejku. Maskę używałam 2-3 razy w tygodniu. I przyznaje, że ich działanie zaskoczyło mnie bardzo. Ogólna kondycja włosów myślę, że rzeczywiście jest lepsza niż wcześniej. Te i są wygładzone i bardziej lśniące. Łatwość z jaką rozczesuję włosy, myślę odgrywa ogromną rolę na etapie regeneracji i walki o każdy jeden włos. A w przypadku tych kosmetyków szczotka sama sunie. Ale to nie wszystko! Bo jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie fakt, jak lekkie są to dla moich włosów i skóry głowy produkty. Okazało się, że wydłużają ich świeżość nawet o 100%! I to w te wszystkie upały!  Włosy nie łamią się, nie puszą i nie elektryzują. Wyglądają zdrowo.  I choć w przypadku samych końcówek jakichś spektakularnych efektów nie zaobserwowałam, to i tak jestem miło zaskoczona tym zestawem. 🙂

Kontigo You-niverse REGENERACJA

Ceny jak to w Kontigo – całkiem przyzwoite, i przyjemne dla portfela (szczególnie podczas promo :D).

 

Zobacz również:

Lakiery hybrydowe Moov Kontigo

Demakijaż z olejkiem BIOLOVE Kontigo

Liquid LipsMatter MOOV Kontigo – linia bezbłędnych matowych pomadek płynnych

Jak sprawdza się ulubieniec Red Lipstick Monster? Rozświetlacz MOIA Crystal

 

„Rytuał Gejszy” Victoria Tsai – recenzja książki

„Rytuał Gejszy” taki właśnie tytuł nosi najnowsza książka o azjatyckiej pielęgnacji. Jej autorką jest Victoria Tsai – Japonka, która wychowywała się w Stanach Zjednoczonych. Dbanie o cerę nie było jej mocną stroną, dopóki nie zaczęła wyjeżdżać regularnie do Japonii i zagłębiać się w tamtejsze sposoby radzenia sobie ze skórą twarzy i ciała. Co ma nam w tym temacie do powiedzenia?

Rytuał pielęgnacyjny Japonek wszystko co najlepsze czerpie z tradycji gejsz. Te w odczuciu autorki są kwintesencją naturalnego i zyskanego minimalistycznymi sposobami piękna. Bo to właśnie zasada „less is more” jest podstawą japońskiego rytuału pielęgnacyjnego. U jego podstaw stoi kilka kosmetyków zupełnie naturalnych i choć u nas niekoniecznie znanych, to w Japonii do dzisiejszego dnia bardzo popularnych.

Rytuał Gejszy Victoria Tsai

Cały rytuał dzieli się na 4 etapy (więc jest on nieco mniej rozbudowany niż u Koreanek):
Etap 1. Oczyszczanie – najlepiej olejem,
Etap 2. Złuszczanie – najlepiej drobno zmieloną mąką ryżową,
Etap 3. Tonizowanie – na przykład hydrolatami,
Etap 4. Odżywianie.
Wszystkie kroki opisane są w kilku zdaniach. Jednak dosyć ogólnych. Nie znajdziemy w tej książce szerszych objaśnień czy dociekań. Taki zbiór prostych zasad i porad w codziennej pielęgnacji.

Rytuał Gejszy Victoria Tsai

Autorka zachęcając do tworzenia własnego rytuału, stara się wprowadzić czytelniczkę w tradycyjny, japoński klimat. Odwołując się co jakiś czas do wspomnień, doświadczeń czy anegdot. Oraz co chyba najważniejsze, opisując kluczowe w japońskiej pielęgnacji składniki aktywne. Są wśród nich produkty w Europie raczej mało znane, więc myślę, że to naprawdę ciekawy fragment. Coś nowego, zaskakującego, wartego wypróbowania. Autorka poleca między innymi liście miszpelnika, liście bananowca manilskiego, lukrecję, urzet barwierski, sproszkowane perły czy jedwab (tak dokładnie, taki materiał 😛 ).

Rytuał Gejszy Victoria Tsai

W książce znajdziemy również kilka wskazówek nie zaliczanych stricte do rytuału, ale do pielęgnacji jak najbardziej. Na przykład jak wykonywać masaż twarzy, co jeść, żeby dobrze wyglądać oraz jak dbać i pielęgnować ciało.

Nie mogłabym nie wspomnieć o tym, że jest przepięknie wydana. Posiada wiele ilustracji, zdobień; gruby papier z delikatną fakturą. Wszystko to sprawia, że czytanie tej książki to czysta przyjemność. A i do zdjęć na pewno ją wykorzystam. 🙂 Ma wszytą zakładkę i twarda okładkę.

Kosztuje 34,90 zł.

Rytuał Gejszy Victoria Tsai

 

Zobacz również:

Książki dla urody – którą kupić?

Instagramowe wiosenne DENKO (instastory)

Na co dzień używam tak wielu produktów, że ciężko jest mi opisywać w pełnych recenzjach je wszystkie. Zwyczajnie czasu na życie bym nie miała. Ale spokojnie. Znalazłam na to sposób!

Postanowiłam uruchomić projekt DENKO i publikować mini recenzje na instastory. 😀 W przeciągu kilku ostatnich tygodni kilka się już pojawiło.

Mini recenzje znajdziecie w wyróżnionych relacjach na Instagramie, a poniżej zamieszczam taki „spis treści”, żebyście wiedziały czego możecie się tam spodziewać. Taką aktualizację będę publikowała na stronie mniej więcej co kwartał – jest denko wiosenne, później będzie letnie, jesienne itd.

Mam nadzieję, że ta szybka i konkretna forma Wam się spodoba.

Aby na bieżąco podglądać nie tylko „denko”, ale i wszystko co z BAFem związane, serdecznie zapraszam do obserwowania profilu! 🙂
@BAFAVENUE.PL

Oczyszczająca maseczka bąbelkująca Bubble Mask Purederm – moje odczucia

Tradycyjne maseczki w płachcie choć cały czas super modne, to jednak już trochę „retro”. Na rynku pojawiają się coraz to nowsze wynalazki. Jednym z nich są maseczki bąbelkujące.

W moje ręce wpadły takie dwie z PureDerm:
Głęboko oczyszczająca maseczka bąbelkująca z aktywnym węglem (oraz ekstraktem z cytryn, pomarańczy, papai, cukrutrzcinowego ,
Głęboko oczyszczająca maseczka bąbelkująca z pyłem wulkanicznym (oraz kolagenem, kwasem hialuronowym, ekstraktem z papai i cukry trzcinowego) .
Obie oczyszczają, tonizująca i nawilżają. Przy czym jedna zwęża dodatkowo pory, a druga delikatnie złuszcza.

Obie płachty wykonane są z bardzo przyjemnego w dotyku materiału w czarnym kolorze. Są dość intensywnie nasączone płynem aktywnym, który nie jest tak „żelowy” i „hialuronowy” jak w innych maseczkach. Bąbelkowa natura maski jest widoczna w zasadzie już po wyciągnięciu jej z opakowania, choć wiadomo, że swoją objętość uzyskuje dopiero na twarzy. Dobrze się do niej przykleja i co najważniejsze nie zsuwa się podczas zabiegu.

Ten trwa 10-15 minut i jest całkiem przyjemny, choć pewnie jakaś część z Was, tak jak z resztą ja będzie odczuwała delikatne podszczypywanie. Przyznam, że dla mnie to bardziej zaleta niż wada, bo dzięki temu przeniosłam się na chwile do gabinetu kosmetycznego. 🙂 Maska przez ten czas bąbelkuje i zwiększa swoją objętość. Na szczęście, piana idzie do góry i nie rozlewa się na boki, więc oczy, nos i usta są bezpieczne. Mimo tego „poruszenia” na skórze, o którym wyżej wspominałam, po zdjęciu płachty i opukaniu twarzy letnią wodą, skóra nie była podrażniona, nie wystąpiły też (co przyznam szczerze u mnie trochę dziwne :P) zaczerwienienia. Gładka, nawilżona i świeża – tak określiłabym skórę tuż po zabiegu. Fajna w dotyku, przyjemna dla oka. Zauważyłam jeszcze, że po nałożeniu kremu po tym całym zamieszaniu, skóra fajnie go chłonie i jest nim pobudzona.

Chyba pierwszy raz jestem tak zadowolona z działania maski w płachcie. Pewnie dlatego, że efekty przede wszystkim czuję i nad i pod skórą. Poza tym daje właśnie takie uczucie profesjonalnego zabiegu, a tym samym chwilę odprężenia i relaksu.

A i jeszcze jedna ważna sprawa – maski wolne są od SLS, SLES, pochodnych ropy naftowej i sztucznych barwników.

Bubble Mask Purederm dostępne są w drogeriach Hebe, sklepach kosmetycznych oraz na mojaazja.eu, w cenie ok. 15 zł.

Jak się sprawdzają wielorazowe płatki kosmetyczne Loffme?

W czerwcowym Shinybox znalazłam płatki kosmetyczne wielokrotnego użytku Loffme. Przyznam otwarcie, że bardzo zaciekawił mnie ten produkt. Jako, że na co dzień od ponad roku do demakijażu oczu używam rękawic glov, to z chęcią sprawdzam tego typu produkty, oraz mam jakieś tam porównanie.

Przyznam, że o Loffme nie słyszałam, a z tego co się zorientowałam, oferta marki przestawia się naprawdę fajnie. Znajdziemy wśród nich rzeczy takie jak ręczniki, ściereczki do demakijażu, a nawet produkty higieniczne dla kobiet. Wszystko wykonane jest z nietypowego, barierowego, antybakteryjnego materiału. Ten nie tylko powstrzymuje rozwój bakterii i grzybów, ale też nie przenosi zapachów, nie pochłania kurzu czy roztoczy. Jest szybkoschnący, ale też dobrze pochłania wilgoć. Producent zapewnia o jego wysokiej jakości i trwałości. Materiał posiada certyfikaty potwierdzające jego właściwości.  Cała oferta marki jest więc skierowana w zasadzie do wszystkich, również, a może i przede wszystkim do osób mających problemy skórne, alergie czy po prostu wrażliwych. Produkty polecane są również dla maluszków. Póki co przejdźmy do produktu, który mam i już zdążyłam sprawdzić.

Loffme – Wielorazowe płatki kosmetyczne

Wielorazowe płatki kosmetyczne wykonane są cienkiego, przyjemnego w dotyku materiału, który przy kontakcie z wodą wyglądem przypomina nieco taką „zmoczoną, łamiącą się kartę” – wiecie co mam na myśli? 😀 Płatki są delikatne, a krawędzi nie są wykończone, więc nie ma tutaj żadnego szwu, który mógłby podrażnić delikatną skórę wokół oczu. Makijaż usuwają w połączeniu z samą wodą. I myślę, że robią to naprawdę sprawnie, nawet przy dużej ilości tuszu do rzęs. Świetnie poradziły sobie również z pomadą utrwaloną tuszem na brwiach. Do usunięcia zabrudzeń, czyli wyprania ich, użyłam naturalnego mydła (z resztą tak też poleca producent, aby nie zapchać włókien) i wszystko ładnie zeszło. Schną rzeczywiście szybciutko, zeszło się około godziny. Zapachu, zgodnie z zapowiedziami, nie przyjmują.

Ogólnie produkt bardzo w porządku, ale zawsze znajdzie się jakieś „ale”. 😉 Mokry materiał trochę wyślizguje się, albo nawet przesuwa spod palców, więc pewnie wygodniejszą wersją jest ręcznik do demakijażu, gdzie możemy sobie po prostu złapać materiał w garść. I druga kwestia, to brak haczyków, zawieszek czy pętelek, na których mogłybyśmy zawiesić płatki do wyschnięcia. Ich niewielkie rozmiary średnio pozwalają na rozwieszenie ich gdziekolwiek, więc rozumiecie – przydałyby się. Poza tym zastrzeżeń nie mam i powiem Wam więcej – na pewno wypróbuję inne produkty tej marki. Bardzo mnie zaciekawiły. 🙂

Opakowanie to kartonik zamykany kopertowo. W środku znajduja się 4 sztuki. Taki zestaw kosztuje 19 zł.

Krem z komórkami macierzystymi – Apple Queen Bartos Cosmetics

Dzisiaj produkt, który oczarował mnie zarówno swoim wyglądem, jak i zaciekawił recepturą. Nowość na polskim rynku i to w wersji ekskluzywnej. Sama natura, nie testowana na zwierzętach i odpowiednia dla wegan. Co to takiego?

Bartos Cosmetics to startująca polska marka, która tworzy swoje produkty w oparciu o 3 filary – zdrowie, naturę i urodę. Marka aktualnie w portfolio ma 3 kosmetyki: krem odmładzający, krem wzmacniający i regenerujący płyn micelarny. Ich ceny są dość wysokie, bo kolejno jest to 149 zł, 139 zł i 89 zł, więc podstawowe pytanie brzmi czy warto marce zaufać i w nie zainwestować?

Swój egzemplarz Odmładzającego kremu Apple Queen Bartos Cosmetics otrzymałam na Meet Beauty Conference. Przyznać muszę, że urzekł mnie swoim wyglądem.

Słoiczek jest nie tylko pięknie zaprojektowany graficznie, ale też bardzo porządny i co najważniejsze mega praktyczny. Opakowanie typu airless sprawia, że krem nie traci na jakości i jest pełnowartościowym kosmetykiem, do ostatniej aplikacji. Dodatkowo dozuje odpowiednie porcje kremu i po prostu jest wygodny w użyciu.

Bartos Cosmetics – Apple Queen

Krem oprócz tego, że urokliwy na zewnątrz, jak informuje producent, jest też piękny w środku. Jego receptura zawiera komórki macierzyste z jabłoni domowej, ekstrakt z czerwonej koniczyny, kwas hialuronowy, sok z liści aloesu, olej arganowy, olej awokado, olej manoi, masło waniliowe, witaminę B5, B3 i E. Cała ta mieszanka dba o odnowę komórek skóry oraz jej odżywienie i nawilżenie. Działają one przeciwstarzeniowo i wpływają na elastyczność i jędrność skóry. Dodatkowo składniki te koją i łagodzą.

Krem ma bogaty skład i równie treściwą konsystencję. Nie jest ona najlżejsza, ale jakaś wyjątkowo tłusta i ciężka też nie. Posiada delikatny, kremowy odcień. Pozbawiony jest perfum, a jego zapach (delikatny, ale wyczuwalny) zupełnie naturalny.

Jak już wspomniałam jest kremem dość treściwym, więc zdecydowanie lepiej, przynajmniej u mnie, sprawdza się na noc. Niezależnie od warstwy jaką aplikuję, krem pozostawia na mojej skórze trochę tłustego filmu, więc pod makijaż się nie nadaje. Jak się domyślacie – nocą mi to w ogóle nie przeszkadza. I często pozwalam sobie nawet na położenie grubszej warstwy, jako taką maseczkę odżywczą. Krem zawsze kładę na oczyszczoną skórę, posmarowaną wcześniej płynnym serum (najczęściej na bazie kwasu hialuronowego – super się wchłania i fajnie transportuje składniki aktywne kolejnych kosmetyków w głąb skóry).

Bartos Cosmetics - Apple Queen
Bartos Cosmetics – Apple Queen

Faktem jest, że odkąd go używam moja skóra nie ma problemów czy to z warunkami atmosferycznymi, czy z klimatyzacją. Nie nękają mnie żadne przesuszenia, podrażnienia czy zaczerwienienia. Twarz jest nawilżona i odżywiona, napięta i jędrna. Wygląda dobrze – zdrowo i świeżo, przez cały dzień. Wydaje się też, że kosmetyk wzmocnił naczynka i wygładził co nieco.

Ogólnie jestem z niego zadowolona i myślę, że to fajny produkt dla wymagających. Spełni oczekiwania zarówno jeśli chodzi o skład, jak i efekty.

Dostępny jest m.in. w sklepie internetowym marki.

Szampon i odżywka Extra Body Paul Mitchell – jak radzą sobie z włosami wymagającymi?

Moje włosy ostatnio przechodzą ciężki okres. Oprócz tego, że cebulki są bardzo osłabione, a natura włosów dość skomplikowana, teraz nadeszły jeszcze ciepłe, słoneczne dni i suuusza. Lekko nie jest, a ja wciąż sięgam po nowe produkty, próbując, testując i sprawdzając, co choć na chwile sprawi, że poczują się lepiej.

Zależy mi nie tylko na nawilżeniu, ale też odżywieniu, odbiciu od nasady i uzyskaniu objętości (niestety ostatnio trochę tych włosów straciłam), więc poszukiwania szeroko zakrojone. Mówią, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, ale to stwierdzenie chyba nie ma zastosowania przy pielęgnacji włosów. Albo kosmetyki działają na nie pod wieloma względami na plus, albo jest klapa po całości. No dobrze, ale z czym ja dzisiaj do Was przychodzę?

Będąc na warsztatach Beauty By Bloggers Paul Mitchell otrzymałam giftpack, w którym znajdował się między innymi Szampon Extra Body Daily i Odżywka Extra Body Daily Rinse. Oczka mi się zaświeciły, i z wyżej wypisanych powodów, i dlatego, że jednak to fajna marka premium jest. Jak się domyślacie, zestaw nie czekał długo na swoją kolej, zaczęłam używać tych kosmetyków praktycznie od razu.

Paul Mitchell odżywka i szampon Extra Body

Zarówno szampon, jak i odżywka to butelki, tuby o pojemności 300 ml. Posiadają dozowniki, które jak ogólnie wiadomo bardzo fajnie się sprawdzają. Etykiety proste, czyste i estetyczne.

Oba kosmetyki mają ten sam zapach. Przyjemny. Trochę taki cytrusowy, i trochę zielonym jabłuszkiem pachnie. Choć mocno wyczuwalny, nie utrzymuje się na włosach jakoś ekstremalnie długo. W konsystencjach raczej nie różnią się zbytnio od tego typu produktów. Szampon na głowie tworzy gęstą pianę, a kremowa odżywka otula włosy.

To, na co szczególnie zwróciłam uwagę podczas stosowania serii Extra Body Paul Mitchell, to właśnie ta obiecana objętość. I rzeczywiście objętość jest, lekkość jest, sypkość też. Widoczne gołym okiem odbicie od nasady również. Jako, że mam od połowy długości włosy kręcone, to też fajnie, że ta objętość nie powoduje puszenia się włosów, a loki mają nawet lepszy i silniejszy skręt. Po wysuszeniu włosy nie elektryzują się. A co też bardzo istotne – duet ten bardzo ułatwia rozczesywanie, a w zasadzie już podczas mycia, powoduje „uporządkowanie” włosów i eliminuje ich plątanie się. Więc nie narażam ich dodatkowo na wyrywanie, łamanie, kruszenie.

Rzeczy, których nieco produktom brakuje, to większa moc nawilżania, jakiś wpływ na kondycję końcówek, oraz podbicie świeżości. Ale zdaję sobie sprawę, że moje włosy potrzebują tego znacznie więcej niż przeciętnie.

Ogólnie zestaw uważam za naprawdę udany i warty przetestowania. Wiadomo – jego cena do najniższych nie należy, ale rozczarowań też raczej nie zafunduje. Także, jeśli bijesz się z myślami, zastanawiasz się czy warto, to ja namawiam do wypróbowania.  🙂

Na upały – odżywcza mgiełka zamiast balsamu

Gdy za oknem panuje tak gorąca, wakacyjna aura, średnio chce mi się wcierać balsamy, masła i inny olejki. A wiadomo, że zmęczona słońcem skóra potrzebuje nawilżenia, odżywienia i odświeżenia. Dlatego, gdy mamy upały takie jak teraz, sięgam po mgiełki i inne spraye, które o kondycję skóry i mój komfort zadbają. Jedną z nich jest Odżywcza mgiełka do ciała Papaja&Tamarillo Tutti Frutti Farmona.

Jak większość kosmetyków z serii Tutti Frutti, mgiełka pachnie obłędnie. Słodko, ale nie mdło, świeżo i egzotycznie. Skórę odżywia dzięki zawartym w niej ceramidom, proteinom mlecznym oraz całemu kompleksowi nawilżającemu (m.in. gliceryna, olej z nasion słonecznika, ekstrakt z liści rozmarynu).

Opakowanie to dobrze leżąca w dłoni butelka o pojemności 200 ml, która została wyposażona w dobrze sprawujący się atomizer. To właśnie dzięki niemu aplikacja mgiełki, jest tak przyjemna. Tworzy on wilgotną chmurkę, bez strumieni, bez cieknących bokiem kropel.

Mgiełka błyskawicznie wchłania się w skórę, nie zostawiając na niej żadnej lepkiej czy tłustej warstwy. Jedyne co po sobie pozostawia to fantastyczny, letni zapach i zadbaną skórę. Na dzień idealna. Na noc raczej sięgam już po coś cięższego. W związku z tym, że nie podrażnia, spokojnie można stosować ją również po depilacji. Nie zauważyłam, żeby mgiełka przyczyniała się do większej potliwości. Nie męczy też uczuciem lepkości. Jak dla mnie super komfortowa sprawa, pewnie dlatego tak często po nią sięgam. 🙂

Get The New Look by ShinyBox – maj 2018

Powiem tak, „prosto z mostu” – majowy ShinyBox Get The New Look zrobił robotę. I marki ciekawe, i produkty takie „inne”. Nawet coś z wyższej półki się znalazło! No i pudełka. Wróciły piękne pudełka, za którym wszystkie Shinies tak bardzo tęskniły. Edycję tą uważam więc za naprawdę atrakcyjną i udaną, ale w zasadzie podsumowania powinno się zostawiać na sam koniec. 😉 No to od początku…

Majowe pudełko wypełnione zostało kosmetykami do pielęgnacji ciała i twarzy, do demakijażu oraz makijażu. Największym zaskoczeniem jednak jest dla mnie flakon C-thru, bo do tej pory w pudełkach spotykałam się raczej z próbkami zapachów. Pozostałymi markami pudełka są: Mesauda Milano, Seacret, Golden Rose, Zielone Laboratorium i Nutka. Łącznie w pudełku znalazło się 5 produktów. Natomiast nie były to produkty stałe, aż w 3 przypadkach można było otrzymać wymienne. Za to wszystkie pełnowymiarowe!

Jak już wspomniałam największym zaskoczeniem jest dla mnie Perfumowany Dezodorant C-Thru, który na dodatek naprawdę fajnie pachnie. Lubię takie cięższe tony, także przypadł mi do gustu. Zapach – Cosmic Aura to oczywiście nowość. Opakowanie jednak dobrze pewnie Wam znane – szklany flakon o pojemności 75 ml. Kosztuje ok. 19 zł.

Kolejna bardzo fajna sprawa, to Chusteczki do demakijażu Seacret. O ile tego typu chusteczek używam raczej tylko w podróży, to jednak marka robi swoje. Na co dzień używam mięciutkiej rękawicy glov, więc chusteczki te nie są w porównaniu do niej najprzyjemniejszą rzeczą, jaką twarz myłam. Ale! Usuwają makijaż, łącznie z tuszem do rzęs czy matową pomadką. Ładnie pachną. Nie podrażniają, a nawet powiedziałabym, że zostawiają skórę nawilżoną i lekko natłuszczoną. Opakowanie, choć z pozoru takie „byle jakie”, jest bardzo fajnie zrobione. Etykietka do otwierania usztywniona, dobrze podklejona z każdej strony, więc chusteczki w ogóle nie tracą na swojej świeżości i jakości. Kosztują lekko ponad 100 zł.

ShinyBox Get The New Look

Mesauda Milano to marka, której do tej pory nie znałam. I z tego co mówi ShinyBox jest młoda i z Włoch. Wyróżniają się innowacyjnymi rozwiązaniami. W pudełku wymiennie pojawiła się konturówka i błyszczyk, choć ja jako ambasadorka ShinyBox dostałam oba produkty. Błyszczyków na co dzień nie używam, więc przyznam, że jakoś nie spieszyłam się z jego przetestowaniem. Ale tak na szybko – jak na błyszczyk ma dość intensywne krycie, nie skleja ust, nie jest problemowy przy zmywaniu. Konturówka z kolei miękka, dobrze się prowadząca i trzymająca. Pigmentacja też wygląda fajnie. Nie jestem tylko przekonana do tego koloru, ale możliwe, że jeszcze zmienię zdanie.

Rzeczy, które lubię w pudełkach najbardziej, to te związane z kąpielą. Dlatego Mus pod prysznic Nutka to w moim przypadku strzał w dziesiątkę. Gruszka i bergamotka (bo na taki zapach trafiłam), to bardzo fajne, świeże i typowo wakacyjne połączenie. Kosztuje ok. 9 zł. Oprócz musu w pudełku znalazła się również próbka emulsji do higieny intymnej.

Maseczka to kosmetyk, bez którego aktualnie ciężko sobie wyobrazić jakiekolwiek pudełko. 😛 Tym razem jest to bazująca na białej glince Maska Głęboko Oczyszczająca Zielone Laboratorium. Z chęcią ją przetestuje, coś czuje, że będzie moc.

I w zasadzie to już wszystko. Niby 5 produktów, a w moim przypadku 6, jak na Shnybox to niewiele. Trzeba jednak podkreślić jak fajne to kosmetyki są. Serio, dla mnie majowy zestaw to po prostu sztos. 🙂

Wiem, że pudełka Get The New Look są jeszcze dostępne, więc lećcie na zakupy do Shinybox. 🙂

Inspired By Naturalnie Piękna edycja 12

Razem z majem nadszedł czas na kolejną odsłonę pudełka Naturalnie Piękna. To już dwunasta edycja! Czy i czym mnie zaskoczyła?

Wszystko co znajduje się w tym pudełku to dla mnie zupełne nowości. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia ani z tymi produktami, ani nawet z markami. Pudełko wypełniają nie tylko kosmetyki, ale też akcesoria, a nawet suplementy. Łącznie w pudełku znajdziemy 7 pełnowymiarowych produktów.

Jak w każdym pudełku, tak i w tym mam swoich faworytów, dlatego prezentację pudełka zacznę właśnie od nich.  Tonik do twarzy przeciwzmarszczkowy Babo. Szklana butelka i minimalistyczna etykieta prezentują się pięknie. Atomizer z kolei zapewnia wygodą i równomierną aplikację. Delikatna mgiełka koi i relaksuje, a przy tym nawilża, poprawia kondycję skóry i oczywiście przywraca jej odpowiednie pH. Pachnie naturalnie. Nie podrażnia. Kosztuje ok. 65 zł.

Faworytem numer 2 jest Naturalne mydło do ciała Blank. Mydlarnia. Te też prezentuje się świetnie. Dla mnie takie ręcznie robione kostki zawsze pięknie wyglądają. Uwielbiam nieregularnie kształty i nierównomierne zdobienia. I takie woreczki materiałowe też uwielbiam. Jeśli produkt prezentuje się w taki sposób, to ja w jego jakość i skuteczność ufam od razu. 😛 W zależności od wariantu kostka 120 g kosztuje od 18 zł wzwyż.

Naturalnie Piękna edycja 12

Czas na trzeciego faworyta i Pędzel do brwi i eyelinera P44 HULU Brushes. Tego nigdy za wiele! Skośny, sztywny i precyzyjny. kosztuje ok. 12 zł.

Rzecz, która na podium się nie znalazła, a w pierwszej chwili nawet mocno zaskoczyła to Podpaski ekologiczne na dzień FAR-IN ANION Gentle Day. Mieszane uczucia wiadomo dlaczego, ale później sobie tak pomyślałam – kurcze, a w zasadzie dlaczego nie. Większość z nas ich używa, to w sumie fajnie poznać coś nowego. Więc mimo tego, że na miejscu czwartym, to daję dużą okejkę. 🙂 I co fajne – kosztują ok. 13 zł.

Rzecz, która w pudełku się znalazła, a w żaden sposób mi się nie przyda to Grinday Look Up – formuła Włosy, Skóra, Paznokcie. Wciąż karmię piersią, więc nawet jakbym chciała, to mi nie wolno. Dam pewnie na konkurs. 🙂 60 kapsułek kosztuje ok. 70 zł.

I na koniec produkty TNS – lakier hybrydowy i pilnik o gradacji 180/240. I nie wiem co o tym myśleć. Chyba nie jestem przekonana do wypełniania naturalnych pudełek hybrydami. Niby czemu nie, ale jakoś mi to się gryzie i nie pasuje. Lakierów w moim pudełku znalazły się 2 sztuki, także napewno się podzielę w rozdaniu. Pilnik również oddam, mam aktualnie spory zapas. Lakiery TNS kosztują ok. 7 zł / 8 ml, pilnik 1,20 zł.

Wszystko!

Powiem tak – mimo kilku naprawdę fajnych i ciekawych produktów, chyba jestem trochę zawiedziona. Połowa (albo nawet i więcej) pudełka z założenia kosmetycznego, to akcesoria i suplementy. A biorąc pod uwagę, że tym razem jest ich 7, to kosmetyków do pielęgnacji mamy tylko 2 sztuki. Wydaje mi się, że to jednak trochę mało. No ale tak to jest. Nie wszystkich da się zadowolić to po pierwsze. A po drugie, też rzecz wiadoma – raz pudełka są mniej, a za drugim razem bardziej wypasione. 🙂

Po Naturalnie Piękną kierujcie się na inspiredby.pl.

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Jakiś czas temu (w zasadzie całkiem niedawno) w Sylveco pojawiła się nowość – Naturalny Dezodorant. Trafił w moje ręce w dwóch wariantach – kwiatowym i ziołowym. I w ofercie na razie tylko te dwa są. Powiem szczerze, że strasznie mnie zaciekawiły i ucieszyły. Bo mimo tego, że naturalne dezodoranty często rady nie dają, to kosmetykom Sylveco zaufałam już kilka lat temu i po prostu wierzyłam, że i z takim tematem marka sobie poradziła.

Oba dezodoranty zostały oparte na naturalnych składnikach aktywnych. A ze składów wykluczony został alkohol i sól aluminium. Głównym składnikiem aktywnym w wersji ziołowej jest ekstrakt z kory dębu, kwiatowej – szałwia lekarska. Mają absorbować pot, hamować rozwój bakterii i niwelować nieprzyjemny zapach. Czy udało się wypełnić założenia?

Od razu moją uwagę przykuły opakowania, które wydały mi się strasznie urocze. Kulki (roll-on) są w kolorach etykiet, kwiatowy – cukierkowy różowy, ziołowy – żywy zielony. Sylveco zawsze dbało o estetykę produktów, również tych już otwartych i używanych, co naprawdę doceniam i lubię. Etykiety mimo tego, że często lądują pod wodą, z kosmetyków nie znikają, nie odklejają się, nie niszczą w żaden sposób. I takie same świetnie prezentujące się naklejki, mają i te dezodoranty.

Naturalny Dezodorant Sylveco w wersji kwiatowej i ziołowej

Wersja kwiatowa zaskoczyła mnie bardzo. Nie uwierzycie czym. Zapachem! Generalnie nie lubię zapachów określanych mianem „kwiatowych”, szczególnie w przypadku różnego rodzaju dezodorantów. Dla mnie po prostu są straszne. Ale ten dezodorant, to zupełnie inny kwiatowy. Pachnący trochę ziołami, trochę cytrusami, takimi świeżymi roślinami, a przede wszystkim naturą. Strasznie fajny, nienaciągany, bez sztucznego podkręcania (przynajmniej mój nos tego nie wyczuwa). No serio – ogromne wrażenie na mnie zrobił ten zapach kwiatowy. 🙂 Choć ziołowy też jest niczego sobie. Trochę bardziej neutralny, uniwersalny. I z pewnością więcej nut cytrusów w nim, więc i bardziej taki „fresh”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

Konsystencja myślę, jak na taki produkt, dosyć standardowa. Płynna emulsja, która wnika w skórę. Choć wiadomo – nie od razu, chwilkę trzeba poczekać. Ale warto, bo nic się nie roluje i nie zbiera w zagięciach czy fałdkach (jak tam wolicie :P). Podczas aplikacji nie swędzi, nie piecze, nie podrażnia. Można go stosować bezpośrednio po depilacji.

Testowanie tych dezodorantów przypadło na naprawdę wysokie temperatury, które przez wielu określane są afrykańskimi upałami, także przebiegały bez taryfy ulgowej. Zarówno na ciele moim, jak i mojego M. Ogólne wrażenie pozytywne. Niweluje potliwość i neutralizuje zapachy. Suchość zapewnia, ale nie oszukujmy się, jak większość antyperspirantów, tylko do jakiegoś momentu. Jeśli na zewnątrz, w słońcu jest z 40 stopni, to chyba tylko silne blokery dają radę. W warunkach nieco lżejszych sprawdza się bardzo dobrze i utrzymuje okolice pach w suchości i świeżości. Co myślę dosyć istotne – zapachy, i ten kwiatowy i ziołowy, dosyć szybko się ulatniają, więc nie tworzą się z ich udziałem nieprzyjemne mieszanki.

Cena Naturalnego Dezodorantu Sylveco w internecie to 27 zł / 50 ml.

 

Zobacz również:

Miętowa pomadka z peelingiem Sylveco

Ziołowa walka z rozstępami – SYLVECO Nawilżający balsam na rozstępny

 

Soda oczyszczona w kosmetykach Evree Soda Clean

Ilość zastosowań sody oczyszczonej jest naprawdę duża i pewnie nie do końca nam znana. I choć zdawałam sobie sprawę, że ten biały proszek ( 😀 ) potrafi zdziałać cuda (czy to podczas gotowania, czy sprzątania, czy nawet robienia okładów), to jakoś o wykorzystaniu go w kosmetykach nie myślałam. Aż tu pewnego dnia moje oczy ujrzały kosmetyki Evree Soda Clean.

Inspiracją do powstania tej truskawkowo-sodowej linii oczyszczającej, był oczywiście rynek azjatycki, gdzie sody w kosmetykach nie brakuje. Cały sekret jej skuteczności tkwi w mikrocząsteczkach, które wnikają wgłąb skóry oczyszczając ją i złuszczając. Odblokowują one pory i redukują zaskórniki. Są małe i bardzo skuteczne, a przede wszystkim super delikatne, więc wszystko odbywa się bez jakichkolwiek podrażnień.

W skład linii Soda Clean Evree wchodzą póki co dwa produkty – Sodowa pianka do mycia twarzy i Sodowy puder do mycia twarzy. Oba przetestowałam i zdecydowanie bardziej polubiłam się z tym pierwszym. Bardziej odpowiada mi jego forma – pianka jest kremowa, śliska, więc przyjemnie rozprowadza się ją po twarzy. Nie zmywa się po pierwszym machnięciu, ale nie szkodzi. Jak się pewnie domyślacie, zapach truskawek obłędny, dobry klimat robi. Sama pianka rzeczywiście obchodzi się ze skórą i delikatnie i skutecznie jednocześnie. Jest ona porządnie oczyszczona, gładka i nawilżona. Właśnie, nawilżona. Pianka dosyć intensywnie nawilża, nie ściąga, nie powoduje żadnego uczucia dyskomfortu, które często towarzyszy po myciu twarzy.

Puder lubię mniej, dlatego, że jest pudrem. Po prostu. Jest leciutki, więc unosi się w powietrzu i drażni mój nos. Ten mam bardzo wrażliwy, więc same rozumiecie. Oprócz samej formy, kosmetyk też niczego sobie. Można stosować go w połączeniu z wodą albo olejem. Jego konsystencja wtedy przypomina coś w stylu emulsji. Efekty podobne do tych przy piance, choć zależą one też od tego z czym ostatecznie puder wymieszamy.

Oba produkty dostępne są w drogeriach. Pianka kosztuje ok. 20 zł, puder piąteczkę mniej.

 

Zobacz również:

Kilka zdań o Upiększającym kremie pod oczy Evree Magic Rose

Evree na legalu czyli kremy do rąk z olejkiem cannabis

 

Pierwszy krem CC w portfolio Evree – Pure Neroli

Peeling enzymatyczny jak i na kogo działa? || Enzymatyczny koncentrat peelingujący Pollena Eva

Podczas Meet Beauty odwiedziłam stoisko Pollena Eva, które cieszyło się dużym zainteresowaniem. I to z nie byle jakiego powodu. Wykonywane było tam mikrokamerą badanie skóry. Kolejki więc długie, ale warto było.

Generalnie takie szybkie badanie, to fajna sprawa. Ostatnie robiłam na stoisku marki Vichy na targach Mother & Baby jakiś rok temu. Wtedy okazało się, że skóra twarzy jest naprawdę w bardzo dobrej kondycji. Tym razem było już trochę gorzej. I nie sądzę, żeby była to kwestia pielęgnacji, bo żadnych zmian w swoim „rytuale” nie poczyniłam, oprócz oczywiście nowych kosmetyków, które zastępują cały czas już te przetestowane. Albo ciężka ta zima dla mnie była, albo karmienie piersią nie tylko wpłynęło na moją wagę i włosy (a w zasadzie ich masowe wypadnie), a także i cerę. I ta druga opcja mimo wszystko wydaje mi się być bardziej prawdopodobna. Na szczęście dramatu nie ma. Trochę popracuję nad nawilżeniem, trochę nad złuszczeniem i powinno być już ok.

I ja właśnie do tego złuszczania zmierzam. Jako, że moja cera jest raczej wrażliwa, naczynkowa, to do usuwania martwego naskórka poleca się peelingi enzymatyczne czyli takie, które nie posiadają drobinek ścierających, a enzymy. Przez to są znacznie delikatniejsze, co nie oznacza, że mniej skuteczne. Są to zazwyczaj kremowe maseczki, które pozostawia się na skórze przez określony czas. Wtedy enzymy złuszczają martwy naskórek, oczyszczają pory i wspomagają odnowę komórek. Efekty powinnny być takie jak przy peelingu mechanicznym, albo nawet i lepsze.

Jak się zapewne domyślacie z Meet Beauty wróciłam do domu bogatsza między innymi właśnie o Enzymatyczny koncentrat peelingujący Pollena Eva z serii Dermo.

Tubka o pojemności 50 ml wypełniona jest konsystencją o delikatnym, przyjemnym zapachu. Formuła peelingu kremowa i puszysta. Lekko się rozprowadzająca, dość śliska, ale dobrze trzymająca się skóry. Można stosować ją na twarz, szyję i dekolt, jako szybką (od 5 do 10 minut) maseczkę, którą następnie zmywa się letnią wodą.

Po użyciu Enzymatycznego koncentratu peelingującego Pollena Eva, skóra jest złuszczona, oczyszczona i super gładka. Pory też jakby w lepszej kondycji. Bez podrażnień, zaczerwienień i innych tego typu historii (również na szyi i dekolcie!). Nawet żadnego pieczenia czy swędzenia nie odczułam. Wydaje się więc, że powinien być dobry również dla wrażliwców większych ode mnie. Myślę, że za przygotowanie skóry na pochłanianie składników aktywnych zawartych w kolejnych kosmetykach, zasługuje na piątkę. A i cena jest zachęcająca, bo waha się ok. 14 zł.

 

Zobacz również:

Peeling trychologiczny – co to?

RECENZJA tołpa: green oils. Orzeźwiający żel peelingujący do mycia twarzy

Coś przyjemnego – Peelingi do ust Hania Beauty