Serum olejowe Dzika Figa O!Figa

Jakiś czas temu za sprawą Warsztatów Fotografii Produktowej, które organizowałam dla blogerek i influencerek w marszalstudio, trafiło w moje ręce Serum Dzika Figa marki O!Figa. Choć do tej pory nie miałam przyjemności z kosmetykami tej marki, to kojarzyłam ją z zeszłorocznej listopadowej edycji Ekocudów w Warszawie. I szata graficzna zwróciła moją uwagę i urocze stoisko. Nic wtedy nie kupiłam, bo moje zapasy były spore, ale jak się okazało – była inna okazja, aby z kosmetykami O!Figa się spotkać.

 

Serum olejowe Dzika Figa

to z pewnością flagowy produkt marki. I oprócz tego, że jest swoistą jej wizytówką, to serio jak wejdziecie w neta, to same ochy i achy o nim przeczytacie. Przyznam zupełnie szczerze, że sama do tego akurat serum podchodziłam ostrożnie. Bo przecież to serum olejowe. A ja jednak lubuję się w tych na bazie kwasu hialuronowego, takich bardziej lekkich, żelowych, szybciutko się wchłaniających. Mimo to zaczęłam używać i to też niełatwą dla tego typu produktu porą, bo przy końcówce wiosny i z początkiem lata, ale byłam go już tak ciekawa,  że czekać dłużej nie mogłam i nie chciałam.

Serum olejowe Dzika Figa jest jak nazwa wskazuje typowo olejowe. Nie jest to ani olej lekki, ani suchy. Konsystencja jest konkretna, gęsta, a kosmetyk jednak nie wchłania się od razu i nie w pełni. Natomiast nie jest też tak, że wstając rano, nasza twarz świeci się olejem jeszcze po wieczornej kuracji. 😉 Myślę, że dobrze sobie pod te serum olejowe robić podkład z kwasu hialuronowego, żeby ładniej i szybciej się wchłaniało. Zanim mi się skończył używałam kwas hialuronowy od BioOleo, a później dokupiłam sobie Piękną Trójcę O!Figa, żeby mieć komplecik. 🙂

SKŁAD i działanie

Jest to kompozycja kilku składników. Znajdziemy w nim oczywiście olej z opuncji figowej, a także olej z nasion cedru syberyjskiego (wow!), olej z lnianki siewnej ( 😀 ), nadkrytycznego ekstraktu z dzikiej róży, oraz olejowej formy witaminy C. A więc posiada właściwości antyoksydacyjne, wygładzające, nawilżające i regenerujące. Jest kosmetykiem antystarzeniowym, a także idealnym do cer problematycznych. Silnie zatowarowanym w witaminy F, E, P, A i B, a także C. Ujednolica koloryt, rozjaśnia. Dzięki niezwykle wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych, jest ogromnie pomocny przy walce z chorobami skórnymi takimi jak egzema czy łuszczyca.

INCI: Opuntia Ficus-Indica (Prickly Pear) Seed Oil, Pinus Sibirica Seed Oil, Rosa Canina Fruit Oil, Camelina Sativa Fruit Oil, Tocopherol, Tetrahexyldecyl Ascorbate, Rosa Canina Fruit Extract, Helianthus Annus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract.

Mieszanka ta działała naprawdę fajnie i bardzo przykro było mi, gdy ta mała szklana buteleczka z pipetką, z niesamowicie radosną i przyciągającą uwagę etykietą, roztrzaskała się o podłogę w mojej łazience. No niestety. Na szczęście po takim czasie używania (ok. 3 miesięcy), że wiem z czym miałam przyjemność. 😊

EFEKTY

Skóra oprócz tego, że nawilżona i wygładzona, to też ogólnie o wiele zdrowsza. I jakoś tak mniej niedoskonałości i mam wrażenie, że oznaki zmęczenia jakoś mniej widoczne były. O rzeczach takich jak przesuszenie czy odwodnienie w ogóle mowy nie było, nawet w najbardziej skwierczące słońcem dni. Ja to ogólnie taka dość wrażliwa jestem i często mam tą twarz podrażnioną, czasami swędzącą, czasami zaczerwienioną, ale podczas stosowania serum tego typu sytuacje występowały sporadycznie, pewnie właśnie wtedy, gdy go chwilowo odstawiałam. 😉

Wydajność i cena

Tanie nie jest. Kosztuje 89 zł za 20 ml. Jednak jest cholernie wydaje 🤭 i jedna taka buteleczka wystarcza na kilka długich miesięcy. Stosując go przez 3 miesiące zużyłam może 1/5 opakowania? Także ostatecznie koszt ten jest zupełnie akceptowalny i zrozumiały. 😊

Recenzja: Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics

Zapewne tak jak wiele z Was, ja też wciąż szukam swojego ideału wśród dezodorantów naturalnych. Wiele takich przez moje ręce przechodziło i przyznam Wam szczerze, że dla opisywania większości z nich, szkoda mi było czasu. Nie dawały w zasadzie nic, i nawet jakiejś takiej zwyczajnej sympatii nie wzbudzały. Dlatego też nie znajdziecie u mnie zbyt wiele recenzji naturalnych antyperspirantów. Natomiast kilka takich, które po prostu polubiłam jest i dawałam Wam o nich znać (na końcu artykułu je znajdziecie). I dzisiaj do tej grupy lubianych dojdzie kolejny, bo choć idealny nie jest, to przyjemnie się z nim żyje.

Dezodorant o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to produkt małej manufaktury kosmetycznej, tworzącej cudne receptury naturalnych i certyfikowanych składników z polskich łąk, ogrodów i lasów. Myślę, że kosmetyki te wyróżniają się na tle konkurencji kreatywnością w doborze składników oraz taką … hm, prawdziwością. Nie zawierają żadnych wspomagaczy, parabenów, silikonów, aluminium, ani nie są testowane na zwierzętach. I pewnie dlatego tak bardzo lubię ten dezodorant.

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics – bo od początku właśnie o nim mówimy, to kombinacja składników antyperspiracyjnych, antybakteryjnych, antyseptycznych i pielęgnacyjnych. Marka zamknęła w nim i ałun (ałun – naturalny antyperspirant) i zioła (szałwię, i lipę), a także aloes i d-panthenol. Mieszanka ta zapewniać ma zarówno ochronę przed nadmierną potliwością (bez zatykania gruczołów potowych), niwelowanie nieprzyjemnego zapachu, jak i łagodzenie podrażnień. Czy właśnie w taki sposób działa? Dowiecie się za chwilę. 🙂

Płyn, przyznam – dość wodnisty, zamknięty jest w szklanej butelce z kulką, jest więc to dezodorant typu roll-on. Kuleczka działa bezawaryjnie, a na szkło, wiadomo, trzeba uważać. Aczkolwiek butelka ma dość solidne i grube ścianki, więc nic tam nie powinno się dziać. Dezodorant zamykamy plastikowym kapturkiem – nakrętką. Totalna prostota, dla wielu pewnie nic szczególnego, ale mnie jednak coś w tym opakowaniu urzekło – ręcznie opisana data ważności na etykiecie. Dla mnie świadczy nie tylko o niewielkim nakładzie kosmetyku, ale przede wszystkim o staranności z jaką jest przygotowywany.

Rzeczą, którą w tym dezodorancie lubię bardzo  jest zapach. Bergamotka – świeża, cytrusowa, orzeźwiająca – w sumie taki totalny klasyk, ale dla mnie jest tak w niej coś jeszcze, coś czego nie potrafię opisać, ale przepadam za tym strasznie. No i wiecie, dzięki takiemu, a nie innemu zapachowi, dezodorant jest zupełnie uniwersalny, przydatny dla obu płci. Swoją drogą, Earl Greya to ja w okresie jesienno-zimowym piję litrami. 😉

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Jeśli chodzi o działanie dezodorantu, to nie będę Was oszukiwała i pisała, że świetnie sprawdza się w upały. Bo dla mnie jest jednak za słaby. I o ile z niego korzystam na co dzień, to jednak wychodząc z domu zawsze przejadę tradycyjnym, drogeryjnym antyperspirantem. Ale przy dniach „chłodniejszych” – do 20 stopni, sprawdzał się bardzo dobrze. Często stosuję go od razu po kąpieli, jako produkt kojący i łagodzący. I powiem Wam, że od kiedy go używam, skóra pod pachami znacznie rzadziej jest podrażniona, nie swędzi mnie i nie piecze. Nie tworzą mi się tam tez żadne brzydkie rzeczy. Więc pod względem pielęgnacyjnym i łagodzącym jest po prostu świetny. Uważam, że ma trochę zbyt wodnistą konsystencję, bo często zdarza się, że po prostu krople po ciele mi ciekną. I wiadomo – może być to trochę irytujące, to jednak bardziej szłabym w stronę tego, że się marnuje. 🙁 Choć przyznać muszę, że jego wydajność jest naprawdę fajna. Używam na co dzień od jakichś 3 miesięcy i jeszcze z 1/5 opakowania jest. I przy cenie 45 zł za 50 ml wygląda to w sumie dość przyzwoicie. 🙂

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Ałun – naturalny antyperspirant

 

Shinybox MAJ 2019

Aktualnie opóźniona jestem po prostu ze wszystkim, więc nie powinien Was dziwić fakt, że zawartość majowego shinyboxa przedstawiam Wam już w lipcu. Nie ukrywam, że trochę czekałam na wysyłkę pudełek czerwcowych, bo chciałam jakoś zgrabnie połączyć prezentację tych dwóch edycji w jedną całość, ale niestety pudełka czerwcowe, mimo tego, że mamy już lipiec, jeszcze wysłane nie zostały.

Taak. I jest to rzecz, która zupełnie szczerze mnie martwi. I nie chodzi o to, że nie mam kolejnej paczki kosmetyków, tylko bardzo się boję, że w Shinybox złe rzeczy się dzieją. Kryzys mają na pewno, ale jak duży i jak szybko uda się go opanować niewiadomo. Strasznie szkoda mi marki, bo przez tyle lat robili tak świetną robotę… A tych kilka ostatnich miesięcy niestety niszczy renomę i na dodatek okazało się tak trudnym okresem, którego obawiam się, szerokie grono Klientek im nie wybaczy. 🙁 Mimo wszystko strasznie mocno trzymam kciuki za ShinyBox i liczę na to, że się szybciutko pozbierają.

W swoim majowym pudełku znalazłam całe mnóstwo świetnych produktów, chociaż jako ambasadorska dostałam jego najbogatszą wersję.

Shinybox maj 2019

HYPOAllergenic Triple Eyeshadow – Hypoalergiczny trójkolorowy cień do powiek – mini paletka trzech cieni. Ja ogólnie średnio takich używam, jakoś tak wolę albo duże palety albo pojedyncze cienie. Na dodatek spadły mi na podłogę i się pokruszyły, także nawet nie wypróbowałam. Kosztują ok. 14 zł.

VIANEK Łagodzący tonik-mgiełka do twarzy, to tak idealnie wpisujący się w panujące w czerwcu upały! Psikałam nim jak szalona, żeby się troszkę ochłodzić. Mega pachnie, nie klei się, super przyjemny, no i naturalny. Jako takie odświeżenie sprawdza się świetnie, co do standardowej, codziennej pielęgnacji, to niestety wypowiedzieć się nie mogę. Kosztuje ok. 21 zł.

SILCARE Quin Face So Sweet&Natural Lip Scrub – nowość w portfolio marki. Cukrowy peeling do ust. 98% naturalnych składników. Na razie wyląduje w zapasach, bo trochę tych peelingów otwartych mam. Kosztuje ok. 25 zł.

BIELENDA Balsam do ust Ponętna Śliwka – z lekkim kolorem, z lekkim połyskiem, więc nadaje taki fajny soczysty wygląd ust. Bardzo fajny, owocowy i wakacyjny zapach. Zawiera w swoim olejek babasu oraz masło kakaowe. Nawilża, odżywia i ujędrnia.
Kosztuje ok. 9 zł.

Shinybox maj 2019 – VIANEK, NATURATIV, CZTERY SZPAKI

NATURATIV Olejek rozświetlający. Dzięki ShinyBox poznałam Naturativ i ich świetne kosmetyki. Tym razem kosmetyczka została wzbogacona o olejek rozświetlający do ciała i twarzy. W środku znajdują się tłoczone na zimo oleje oraz naturalne drobinki rozświetlające, dające efekt WAKACYJNEGO GLOW! Skóra nie tylko jest nawilżona, ale też przepięknie się mieni. W pudełku była miniatura. Standardowe opakowanie 100 ml, kosztuje ok. 90 zł.

MYDLARNIA CZTERY SZPAKI Szampon w kostce – produkt, który został okrzyknięty hitem pudełka, ale niestety nie trafił do wszystkich Shinygirls, bo jest produktem wymiennym. 🙁 A szkoda i to ogromna. Świetny jest! naturalny, mega delikatny, bardzo wydajny i fajnie, świeżo pachnący. Po połaczeniu z wodą i włosami tworzy intensywną pisanę. Dobrze oczyszcza, a włosy są lekkie, miękkie i nawilżone. Świetnie sprawdza się u mojej córeczki. Kosztuje ok. 32 zł.

MARA NATURALS Żel do mycia ciała i włosów. Żel zawsze spoko. Szkoda tylko, że taki mały, bo to travel size. Przyjemny jest całkiem. 200 ml kosztuje ok. 60 zł.

Shinybox maj 2019 – NATURATIV, MARA

I to wszystkie kosmetyki, jakie można było znaleźć w standardowych pudełkach. Ja jako ambasadorka otrzymałam jeszcze do testów Olejek Orientany oraz Maskę Magic Bubble Mask Aloe Via, których jestem bardzo ciekawa. I jak tylko się przyjmą, sprawdzą i będę z nich zadowolona – dam Wam znać. 🙂

Shinybox maj 2019 – ORIENTANA, ALOE VIA

 

Absolutny MUST HAVE! JOICO Defy Damage – recenzja

Od jakiegoś czasu używam sobie do pielęgnacji włosów kosmetyków marki Joico. Oprócz kilku chwilowych i przelotnych znajomości zawieranych z tymi produktami w salonach fryzjerskich, nie miałam dłuższej styczności. Do momentu gdy pojawiła się na rynku linia Defy Damage.

JOICO Defy Damage występuje w dwóch wariantach – takim salonowym, składającym się z dwóch kroków i zupełnie domowym, tradycyjnym. Tutaj tych kroków jest więcej, bo 4 – szampon, odżywka, maska i kuracja ochronna. I właśnie ten zestaw sobie używam już od ponad miesiąca. Co chciałabym Wam na jego temat powiedzieć? Najpierw sobie myślę, że wystarczyłoby kilka prostych zdań, później zmieniam zdanie – to trzeba jednak szerzej opisać. 😉

Zacznę od przedstawienia Wam tej serii, bo na rynku jest dość świeża, swoją premierę miała w marcu tego roku, także jeszcze pewnie nie wszystkie z Was o niej słyszały. Kosmetyki Joico to przede wszystkim produkty profesjonalne, dlatego ich formuły są innowacyjne i niezwykle dopracowane. Tym, co wyróżnia Defy Damage jest nowoczesna, oparta na liposomach technologia (New Smart Release Technology) stopniowego uwalniania i dostarczania skrupulatnie dobranych składników aktywnych do wnętrza włosa. Produkty te transportują keratynę, argininę czy olejek z dzikiej róży, powodując odbudowę i ochronę czy to przed wysokimi temperaturami podczas stylizacji, czy przed promieniami UV albo smogiem.  Linia dedykowana jest do każdego rodzaju włosów, bo wachlarz jej działania jest bardzo szeroki. Kosmetyki te nawilżają i pozwalają te nawilżenie utrzymać na dłużej, wygładzają. Sprawiają, że włosy stają się miękkie, lśniące i sypkie. Prawie, że eliminują problem łamliwości włosów, ich wypadania czy rozdwajania. A do tego podtrzymują nasycenie koloru.

Joico Defy Damage

Szampon JOICO Defy Damage zaskoczył mnie już podczas pierwszego mycia głowy. Wiecie czym? Tym, że jest tak niesamowicie wydajny! Gdy nałożyłam sobie na głowę taką porcję szamponu jak zawsze, spłukiwania końca nie było widać. Serio! Szampon już podczas mycia rozplątuje włosy, nadaje im gładkości i miękkości. Pachnie bardzo przyjemnie. Dość delikatnie, ale jak to na profesjonalne kosmetyki przystało zapach ten jest intensywny i na włosach się utrzymuje bardzo długo. Jak już wspomniałam świetnie się pieni, przy czym warto zaznaczyć, że w składzie nie ma SLS czy SLES. Bardzo fajnie oczyszcza i skutecznie rozprawia się z suchymi szamponami czy produktami do stylizacji. Nie plącze włosów i w połączeniu z odżywką, której również używałam na co dzień ułatwiają rozczesywanie, a nawet powiedziałabym, że zupełnie likwidują problem jakiekolwiek plątania się włosów, zahaczania czy ciągnięcia – takie rzeczy po prostu przestają istnieć. O ile nie zauważyłam, żeby jakoś niezwykle przedłużał świeżość włosów (standardowo myję codziennie, czasami przedłużam do dwóch dni), to nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia skóry głowy. A miejscowe zaczerwienienia czy swędzenie głowy, a nawet czasami łupież nie jest mi obcy podczas testowania nowości. Ale żeby była jasność – w żaden sposób też moich włosów nie obciążał. Nie czułam, żeby jakoś szybciej się przetłuszczały, albo ciążyłī u nasady. Nawilżenie i o wiele lepszą kondycję włosów widać naprawdę po pierwszym użyciu. A moje włosy do łatwych nie należą. Są delikatnie kręcone, zawsze suche przy końcach, a przetłuszczające się u nasady. Łamliwe i kruszące się – takie znalałam je do tej pory. Także myślę, że skoro u mnie ten szampon sprawdził się tak dobrze, to i przy wszystkich innych rodzajach włosów można się równie świetnych efektów spodziewać, z resztą tak też mówi producent.

Joico Defy Damage

Szampon jednak napewno nie miałby tak wielkiej mocy, gdyby nie Odżywka JOICO Defy Damage, która jest jego idealnym uzupełnieniem. Ta ma raczej standardową dla tego typu produktów konsystencję – kremową, dobrze trzymającą się włosów. Pachnie tak samo jako szampon, z resztą, jak i dwa kolejne kosmetyki, o których zaraz opowiem. Przyjemnie się ją po włosach rozprowadza i super szybko z nich usuwa. Pozostawia po sobie taką fajną powłokę ochronną. Jak już wspomniałam jest nieoceniona w kwestii rozplątywania włosów, bardzo ułatwia ich rozczesanie. Wygładza, ale w żaden sposób nie obciąża. Daje efekt lekkich, miękkich i sypkich włosów, ładnie przy tym uniesionych i odbitych u nasady. Przed ponad miesiąc stosowania nie zdażyło mi się, aby odżywka dała efekt tłustych czy ciężkich włosów. Świetnie sprawdza się w roli ochroniarza przed wysokimi temperaturami. W połączeniu z prostownicą, która czasami powodowała u mnie takie dziwne puszenie się włosów, czyni cuda – czyli piękne, lśniące i lejące się włosy. A i efekt tego prostowania jest o wiele trwalszy i znacznie mniej podatny na wilgoć. To co mnie cieszy, to pojemność tej odżywki – 250 ml starczy na długo, szczególnie, że co kilka dni stosuje się ją wymiennie z maską.

Maska JOICO Defy Damage to już mniejsza tubka – 150 ml, bo i znacznie rzadziej się jej używa (raz na tydzień). Konsystencja gęsta i zbita, choć nadal przyjemna w użyciu i dobrze po włosach się prowadząca. Nie jest maską, którą trzeba nosić na włosach pół dnia, aby zobaczyć jakiekolwiek efekty, wystarczy od 2 do 5 minut i już (uwielbiam takie ekspresowe działanie!). Na dodatek efekty też nie byle jakie. Nawilżone i gładkie, a także mocne, zyskujące na objętości i gęstości włosy. Wyglądające tak pięknie i tak zdrowo, że ma się wrażenie jakby się właśnie wyszło od fryzjera, który nad tym efektem pracował przez co najmniej półtorej godziny. A oprócz tego co gołym okiem widać, dodatkowe korzyści związane ze wzmocnieniem cebulki i odbudową łuski, a także stale uwalniana moc składników aktywnych (nie tylko podczas aplikacji!), której nie spotkacie nigdzie indziej. Jest to fajne uzupełnienie codziennej pielęgnacji i taki porządny zastrzyk energii dla włosów.

Joico Defy Damage

Ostatnim elementem zestawu JOICO Defy Damage jest kuracja odbudowująca w kremie – Krem ochronny JOICO Defy Damage Protective Shield, który stosuje się na co dzień bez spłukiwania na wilgotne włosy. Ten produkt polecany jest w szczególności do włosów farbowanych oraz takich, które mają dużo do czynienia ze stylizacją na gorąco. Chociaż ja włosów staram się bez potrzeby nie męczyć, a farbowane też nie są, to krem stosuję właśnie w formie ochrony, na co dzień bardziej tej mechanicznej – suszenie i pocieranie włosów ręcznikiem dobre dla nich nie jest, jak i przed aktualnie królującym pełnym słońcem oraz promieniami UV. Do tej pory przyznam, że w okresie letnim czasami nie mogłam sobie poradzić z przesuszonymi, łamiącymi się końcówkami, a przy rozczesywaniu związanych w ciagu dnia włosów wręcz płakałam. Teraz ten problem nie istnieje. Włosy są miękkie, elastyczne, giętkie przez cały dzień, również gdy spędzam go na dworzu, na pełnym słońcu, w upale. Stale nawilżone, lśniące i zdrowe. Podobno krem ten świetnie sprawdza się również jako ochrona koloru, który podczas stylizacji na gorąco niestety szybciej traci nasycenie i swój soczysty wygląd. Choć na własnej skórze tego nie sprawdziłam i mam nadzieję, że jeszcze długo nie będę miała okazji, to jestem zupełnie przekonana, że tak właśnie jest i że to działa. Produkt ten ma kremową, ale super lekką konsystencję. Szybciutko wchłania się we włosy nie pozostawiając po sobie śladu. Żadnego uczucia lepkości, sklejenia czy innego dyskomfortu. Nie obciąża włosów, nie przyspiesza ich przetłuszczania. Jest bardzo wydajny (jedna porcja w zupełności wystarcza na moje, sięgające łopatek włosy), a butelka o pojemności 100 ml uzupełniona jest o pompkę z dozownikiem.

Jak powszechnie wiadomo kosmetyki profesjonalne do najtańszych nie należą i często nie rozumiałam tej różnicy, bo wiele kosmetyków tych rzekomo profesjonalnych nie robiło u mnie nic ponad to, co robią te nieprofesjonalne. W tym przypadku cena dla mnie jest jak najbardziej uzasadniona. Wiem za co płacę zarówno jeśli chodzi o efekty, jak i wydajność i serio chcę wydawać pieniądze na właśnie takie produkty. Podam Wam ceny, jakie są obecnie w miastowlosow.pl:
🛒 Szampon JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Odżywka JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Maska JOICO Defy Damage – 159 zł
🛒Krem odbudowujący JOICO Defy Damage – 159 zł

Joico Defy Damage

W ramach podsumowania powiem tak – jest to absolutnie najlepsza linia kosmetyków do pielęgnacji włosów jaką kiedykolwiek miałam. Moje włosy zmieniły się tak bardzo… A ja przez pierwszych kilka dni używania tych produktów czułam się jakbym codziennie rano wychodziła od fryzjera, który właśnie wykonywał mi jakieś skomplikowane zabiegi pielęgnacyjne. Są silne, zdrowe, lśniące. Nie wypadają, nie łamią się i nie kruszą, a końcówki jak po podcięciu. Włosy nie elektryzują i nie puszą. Są sypkie, sprężyste i pięknie pachnące. Nawet zupełnie nieułożone, prezentują się świetnie. Wiem, że pokochały linię JOICO Defy Damage i ten romans będzie trwał długo.

Dzięki JOICO, że wprowadziliście na rynek tak świetną serię, którą każda z nas może mieć we własnej łazience! ❤️

Spring Kiss by Shinybox – kwiecień 2019

Spring Kiss by Shinybox… jedziemy! 😊

Na początek rzecz, która na pewno rzuci się Wam w oczy czyli dodatek ambasadorski – książka Prosty Układ K.A.FIGARO. Ja na ogół powieści raczej nie czytam, natomiast skoro już jest to pewnie sobie zerknę. Podobno lekka i przyjemna, więc na jakiś wyjazd może się przydać, ewentualnie w późniejszym czasie zmieni swój adres zamieszkania. 😛

I teraz zawartość standardowego pudełka.

1. Himalaya Herbals Delikatny tonik do cery wrażliwej. Lubię tą markę i co jakiś czas coś tam w moje ręce wpada, pomijając pasty do zębów, które w moim domu są praktycznie nieprzerwanie od kilku lat. Toniku jako takiego już dawno nie używałam, bo zazwyczaj jednak sięgam po hydrolaty, ale ten z chęcią wykorzystam. Kosztuje ok. 20 zł / 150 ml.

2. Carlo Bossi Perfumy Spring Kiss. Taki kwiatowo-owocowy klasyk. Trochę słodki, trochę świeży. Zupełnie nie moja bajka, także raczej przekażę dalej. Ogromna szkoda że buteleczka nie została wyposażona w atomizer. Trochę nie wyobrażam sobie jak obdarowana przeze mnie osoba będzie się nimi oblewała. Ok. 15 zł/10 ml.

3. Molly Lac – lakier hybrydowy, który przyznam szczerze w opakowaniu prezentuje się pięknie. Super te buteleczki! W moim pudełku ładny, trochę taki liliowy odcień. Ok. 15 zł/5ml.

Shinybox – Spring Kiss

4. Płynny Rozświetlacz Revers. Nie narzekam na brak rozświetlaczy. Powiedziałabym nawet, że aktualnie mam ich chyba z milion i te od Revers też wśród nich są. 😉 Najwyżej przekażę dalej. Kosztuje ok. 15 zł.

5. Dermaglin Maseczka do twarzy z zieloną glinką kambryjską. Powtórka ze styczniowego boxa. Cena – ok. 7 zł

6. One Ingredient Krem ze śluzem ślimaka Snail Your Skin – Z tą saszetką też miałam już styczność.

7. Bispol Lady Charlene podgrzewacze zapachowe. Cena ok. 2 zł.

8. Ozdoby do paznokci – to tych kilka rozsypanych na zdjęciu sztuk krzyżyków (?). Upominek.

 

Chyba nie chcę oceniać tego pudełka, opinię zostawiam Wam. Widziałam natomiast już zajawki z edycji majowej i zapowiada się ciekawie. Mam nadzieję, że w całej okazałości będzie to naprawdę dobry box. 😊

Zamawiać możecie na shinybox.pl. ❤️

 

Zobacz również:

Beauty Queen by Shinybox – marzec 2019

Loveliness by Shinybox – luty 2019

Time to Shine by Shinybox – styczeń 2019

 

Efektima: peeling cukrowy, peeling solny, myjący mus do ciała

Bez zbędnych wstępów, bo majówka mi ucieka 😅 – dzisiaj mam dla Was nowości Efektima: peeling solny, peeling cukrowy i mus do mycia ciała.

Peeling sól i olej konopny Efektima. To jest historia, którą znam – prezentowałam Wam już masło do ciała, krem do twarzy i olejek konopny, także peeling jest kontynuacją serii. I poznacie to po zapachu. 😊 Ja osobiście go uwielbiam. Jeśli chodzi o konsystencję to jest ona zbita i dość puszysta, więc bardzo przyjemna dla ciała. Drobinki ścierające czyli sól niestety jak dla mnie jest zbyt drobna jak na ciało. Ja to jednak lubię trochę ten peeling na ciele czuć. I jeśli są wśród Was zwolenniczki takich grubszych drobinek ścierających, jak ja, to odpowiednia będzie dla Was wersja peelingu z cukrem.

Peeling cukier i olej z czarnuszki Efektima. Tutaj ogólna konsystencja również jest zbita i bogata, a drobinek cukru jest naprawdę dużo i przede wszystkim są większe i bardziej nieregularne, przez co też bardziej wyczuwalne. Jeśli lubicie zapach czarnuszki (ja uwielbiam ją i jeść i wąchać), to będziecie zadowolone, bo jest wyczuwalny. Oczywiście marka ozdobiła go kilkoma nutkami, ale niewątpliwie czarnuszka tam jest, a cała kompozycja zapachowa jest naprawdę ładna.

Oba peelingi zawierają dużo składników nawilżających i natłuszczających skórę, więc pod wyjściu z wanny czy spod prysznica nawet nie trzeba się balsamować. I to zupełnie serio. Zauważycie ten efekt już podczas aplikacji. Ten peeling po prostu otula ciało takim grubym i na dodatek pięknie pachnącym płaszczem nawilżającym.

O ile ogólnie peelingi są całkiem przyjemne, to niestety opakowania wiele uroku im odejmują. Powiem szczerze, że saszetki nie są moją ulubioną formą opakowania. Akceptuję je w przypadku maseczek, płatków pod oczy czy plastrów na nos, ale w innych przypadkach raczej mi nie leżą. A gdy w grę wchodzi dodatkowo kosmetyk, którego używa się pod prysznicem, to niestety bardziej niewygodnego i niepraktycznego opakowania chyba nie ma. Mokre ręce, wszystko się ślizga, nie można otworzyć, a później ciężko jest wydobyć z saszetki całą jej zawartość. Także to zdecydowanie na minus.

Efektima: Peeling sól i olej konopny | Peelieng cukier i olej z czarnuszki | Myjący mus z ekstraktem z malin i olejem ryżowym

Ale idźmy dalej! Bo teraz – Myjący mus do mycia ciała z ekstraktem z malin i olejem ryżowym Efektima. Robi super pierwsze wrażenie. Cudnie i zupełnie słodko pachnie, a na dodatek ma fajną konsystencję, taką puszystą i milutką. Umyć się nim umyjecie i skórę od razu trochę dopieścicie, ale niestety moim zdaniem niewydajny jest. Formuła nie pieni się, ani też w jakiś bardziej widoczny sposób nie zwiększa swojej objętości czy wydajności po połączeniu z wodą, więc mi ten słoiczek 200 ml wystarczył tylko na 3 razy, a serio – chciałabym go dłużej gościć pod swoim prysznicem. Więc w tym przypadku czuję lekki niedosyt i uważam, że to po prostu dwa razy większe opakowanie powinno być.

Relaksujący Balsam do ciała Naturativ – czy warto go mieć?

Dzisiaj kosmetyk, z którym przez jakieś dwa miesiące się nie rozstawałam, a moje ciało tworzyło z nim jedność. Choć wpadł w moje ręce zupełnie przypadkowo i nieplanowanie, to nawet w zapasach swojego nie odstał. 😉

Mowa oczywiście o produkcie ze zdjęcia – Relaksującym Balsamie do Ciała Naturativ. I już na wstępie przyznam się, że dopóki nie dostałam miniatury balsamu w ShinyBox, to o marce nie wiedziałam nic. Była to zupełna nowość, która przede wszystkim oczarowała mnie swoim zapachem. Później zaczęłam używać Kremu do twarzy 360°AOX, a na koniec wpadł w moje ręce ten balsam. I o ile zapach, z którym miałam do czynienia zaczynając swoja przygodę z Naturativ (karmelowo – waniliowo – cytrynowy), był taki słodziutki i milutki, to w Relaksującym Balsamie do Ciała spotkała mnie zupełnie inna historia. Bardziej świeża i taka energetyczna, ale równie ciekawa i nieoczywista. Trawa cytrynowa i kokos, to świetne połączenie!

NATURATIV Balsam do ciała


Balsam zawiera w sobie całe mnóstwo dobrych dla skóry i naturalnych składników aktywnych. Składają się na nie tłoczone na zimno oleje, roślinne ekstrakty i masła.

Masło Shea – intensywnie nawilża i ujędrnia. Jest naturalnym filtrem UV.
Masło kakaowe – nawilża i chroni przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi.
Kwas hialuronowy – nawilża i transportuje inne składniki aktywne w głąb skóry,
Ekstrakt z zielonej herbaty – działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie.
Ekstrakt z hibiskusa – ujędrnia.
Naturalna witamina E – pełni funkcję antyoksydanta.
Betaina roślinna – nawilża.
Olejek z trawy cytrynowej – pięknie pachnie i dodaje energii. Skórę wygładza i odświeża.

Aż sama się dziwię, że przy takich składnikach aktywnych można uzyskać tak lekką i przyjemną konsystencję. Serio. Wchłania się bardzo szybko i praktycznie śladu po sobie nie zostawia. Nie zastyga na skórze, nie tłuści. Jest więc idealny do stosowania również na dzień. Szczególnie, że nie zostawia po sobie żadnej warstwy, która mogłaby wiązać się z jakimś dyskomfortem.

Skóra rzeczywiście jest milutka, mięciutka i nawilżona. Nie występują żadne przesuszenia czy podrażnienia. Wręcz przeciwnie, jak sama nazwa balsamu wskazuje – skóra zrelaksowana jest, a do tego wszystkiego pięknie pachnie.

Oprócz ciała, smarowałam nim dłonie, które bardzo źle znoszą wszelkie chłody czy wiatry. Traktowałam go wtedy jako taką naturalną bombę odżywczą.

NATURATIV Balsam do ciała

Na uwagę zasługuje również opakowanie (typu airless), bo naprawdę jest bardzo porządne. Tuba z mlecznego, grubego plastiku zakończona jest świetnie spisującą się na co dzień pompką. I właśnie takie praktyczne i utrzymujące kosmetyk w świeżości rozwiązania lubię najbardziej. Jej pojemność to 200 ml. Więc wiecie – na miesiąc, półtora takiego codziennego stosowania.

Balsam kosztuje ok. 60 zł i myślę, że warty jest swojej ceny.

Beauty Queen by Shinybox – marzec 2019

Beauty Queen by Shinybox – tak właśnie nazywa się marcowe pudełko Shinybox, które pojawiło się w specjalnie zaprojektowanej szacie graficznej. Nie wiem czy zwróciłyście uwagę ale od kilku miesięcy pudełka Shiny miały stały wygląd. Tym razem inaczej i przyznam, że bardzo ładnie. Spodobał mi się ten pattern. Z pewnością jednak o wiele bardziej interesuje Was zawartość pudełka niż samo opakowanie, dlatego przechodzę do rzeczy.

Markami marcowej edycji są Pease, Gentle Day, Bell, Olimp Labs, Biotanique i Selfie Project.

Lecimy zgodnie z kolejnością na karcie produktów.

PAESE. Pielęgnacyjny krem koloryzujący DD Cream z linii Color & Care. Jest to próbka i niestety w bardzo ciemnym odcieniu. Dostałam 05 (skala od 1 do 6), także nawet latem go nie wykorzystam. Ja akurat krem ten znam i jego szybką recenzję zrobiłam na swoim Insta Stories (DENKO ’19), także zapraszam tam. Cena pełnowymiarowego produktu ok. 40 zł.

Gentle Day. Wkładki ekologiczne z paskiem anionowym Eco Fai-IR Anion. Ten produkt też znam. Bardzo lubię produkty Gentle Day i polecam. Cena ok. 9 zł. I mam dla Was kod rabatowy – 20 % na zakupy w gentleday.pl – „GENTLEDAY”, ważny do 10.05.2019.

Beauty Queen by Shinybox

Bell HYPOallergenic. Intense Colour Moisturizing. Hm. To już było, tylko, że w innym kolorze. Gruba kredka nie wymagająca temperowania. Dająca jednocześnie kolor, jak i podstawową pielęgnację. Cena ok. 17 zł.

Biotanique. Ujędrniająca maska na tkaninie z linii Korean Beauty, albo wymienne Nawilżająca maska na tkaninie z linii Korean Beauty. W porządku. Maska w płachcie zawsze się przyda. Serum z tej samej linii pierwsze wrażenie zrobiło na mnie bardzo dobre, więc maska pewnie też okaże się być fajna. Kosztuje ok. 8 zł.

Beauty Queen by Shinybox

Selfie Project. Plastry oczyszczające na nos #noblackheads (wymiennie: krem CC, który otrzymałam w jednej z wcześniejszych edycji oraz chusteczki do zmywania makijażu). Oczyszczają i działają antybakteryjnie. Polecane do cery wymagającej. Spoko, to akurat zawsze się przyda. Opakowanie zawiera 4 szt. i kosztuje ok. 10 zł.

Olimp Labs. Innovum Beauty Shot. Suplement płynny zawierający hydrolizat kolagenu, kwas hialuronowy, biotynę, cynk, witaminę A, witaminę B6 i B12, kwas pantotenowy, ryboflawinę i niacynę. Smak pomarańczowy i strasznie słodki. Ogólnie raczej nie moje klimaty. 7 zł / 25 ml

O’Herbal. Fluid do włosów farbowanych z olejkiem z macierzanki tymianku, którego na karcie produktów nie ma. Ten produkt także znam. Trafił do mnie dzięki InspiredBy Naturalnie Piękna. To takie serum, w konsystencji przypominające olejek, ale nietłuste i super szybko się wchłaniające. Zmniejsza łamliwość włosów, nadaje im blask i miękkość, dodatkowo chroniąc kolor. Ja głównie stosowałam na końcówki i sprawdzał się całkiem fajnie. Ma delikatny, przyjemny zapach.

Beauty Queen by Shinybox

I na koniec komentarz do zawartości, bo jak widzicie podczas prezentacji poszczególnych produktów starałam się być oszczędna w słowa. Podczas gdy zazwyczaj, jadę z przemyśleniami na bieżąco. Widziałam opinie o tym pudełku w sieci – że takie kompletne dno, że taka masakra to jest i że nigdy więcej. I w porządku. Też nie uważam, żeby powtarzanie produktów z poprzednich edycji było ok. Albo że próbki to fajna sprawa, czy ciemne odcienie testerów, po długiej, kończącej się właśnie zimie. To wszystko jest raczej słabe. Nie jestem też fanką suplementów diety. I rozumiem też, że produkty higieniczne nie wzbudzają wśród klientek Shinybox sympatii, bo z założenia box jest kosmetyczny. A i słowa krytyki a propos wartości całego zestawu czytałam. I wiadomo, że człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja. Jak dla mnie box mógłby być lepszy i rzeczywiście szału w tym miesiącu nie było. Skłamałabym jednak pisząc, że jakoś wyjątkowo mi nie podpasował. Wykorzystam zarówno maseczkę w płachcie, jak i plastry na nos. Fluid O’Herbal to całkiem fajny kosmetyk, więc sobie do niego wrócę. O Gentle Day już pisałam – lubię ich produkty. A Innovum, bez większego entuzjazmu, ale wypiłam. 😛 Próbkę Paese i pomadkę Bell pewnie komuś oddam, albo wrzucę do jakiegoś konkursu. Tyle. Nie pierwszy raz jest tak, że tylko część produktów mi się podoba. 😉 Rzeczywiście nie jest to najdroższy zestaw świata, no ale co zrobić. Raz testuję dzięki ShinyBox produkty drogie, a innym tanie i zupełnie drogeryjne. Życie. 😉

P.S. Po swoje pudełka wchodźcie na shinybox.pl. 🙂

Zobacz poprzednie edycje ShinyBox:

Loveliness by Shinybox – luty 2019

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Shiny Christmas by ShinyBox

 

Lifting podbródka z Maseczką Purederm Miracle Shape-Up

Powiem Wam, że ja to jednak lubię sesje Vogue. Zawsze gdy sięgnę po jakiś numer znajdę zdjęcie, którym mogę zobrazować to, co chcę powiedzieć, albo o czym chcę pisać. W tym przypadku  „idę na relaks i mam wszystko gdzieś” wydało mi się idealne. Ale do rzeczy. Bo przecież nie o zdjęciach z sesji Vogue’a. 😉

Dzisiaj rzecz nietypowa, a jednocześnie wydaje mi się, że dla wielu kobiet okaże się produktem wręcz pierwszej potrzeby. Chodzi o Maseczkę modelującą na podbródek Purederm Miracle Shape-Up, która została opracowana w taki sposób aby ujędrniać. łagodzić rysy, poprawiać owal twarzy, a także odżywić i przywrócić zdrowy, młodzieńczy wygląd. 😀

Choć na opakowaniu jest i zdjęcie maski i sposób jej noszenia, to przyznam, że po wyjęciu jej z opakowania się zdziwiłam. Jakoś nastawiona byłam na żel albo płachtę nasączoną serum. A tutaj gruba tkanina z jednej strony, z drugiej żelowa, zbita i stała powłoka. Mało rozciągliwa, ale elastyczna i idealnie dopasowująca się na twarzy i podbródka. Ma świetną przyczepność, wręcz przykleja się do twarzy. Jest dość mała (na mnie była dobra, a ja do dużych głów nie należę), więc naciąga i ściąga całą tą skórę na drugim podbródku. Ale jest też tego wada – bardzo ciągnie za uszy, które mnie już po kilku minutach zaczęły boleć. Możliwe też, że ja po prostu bardziej delikatna jestem. 😉

Maseczka modelująca na podbródek Purederm Miracle Shape-Up

Sama maseczka dzięki tej żelowej powłoce jest bardzo odprężająca – chłodzi i koi. I w zasadzie są to główne odczucia, które towarzyszyły mi podczas jej noszenia (ok.20-30 minut). Po jej zdjęciu nie występowały żadne podrażnienia czy zaczerwieniania. Ja ten czas uznałabym za relaksujące napięcie. Bo z pewnością skóra ściągnięta była, ale z drugiej strony ten żel swoje zdziałał. I może o to w tej maseczce chodzi, o te sprzeczności, które ostatecznie współpracują na efekt

Powłoka żelu pachnie bardzo delikatnie, przyjemnie. Nie odkleja się od tkaniny, nie przywiera do skóry. Nie brudzi i nie klei. Ogólnie w użyciu maseczka jest super wygodna.

Po jednym zabiegu ciężko jest mi określić skuteczność maseczki, szczególnie, że skóra w tym miejscu mi jeszcze nie wisi ;), ale jest to na pewno ciekawa alternatywa walki z problemem. I myślę, że warto ją wypróbować. Na pewno ujędrni i trochę ponaciąga. A i nie zaszkodzi. 🙂

Loveliness by Shinybox – luty 2019

Loveliness by Shinybox to lutowa edycja tego pudełka kosmetycznego. Co znalazłam w nim tym razem?

Wiele nowości! Między innymi Serum liftingujące z najnowszej linii Botanique – Korean Beauty. Odżywkę do włosów w piance L’biotica, duuużo saszetek 7th heaven, kolorówkę Revers i Bell, oraz maseczkę Multibiomask. W każdym pudełku znalazł się też zestaw higieniczny Masmi. Moja wersja pudełka jak zazwyczaj, tak i tym razem jest nieco powiększona, dostałam jeden produkt wymienny więcej. Oprócz marek, które już wymieniłam, do pudełek trafiały (wymiennie) również Biały Jeleń, Affect, Natur Planet. Krem do stóp Man Foot trafiał tylko do tych Shinies, które wyrażały na to chęć (odpowiedzi w ankiecie). Ok, to przechodzę do prezentacji zawartości Loveliness.

ShinyBox Luty 2019

Na początek Serum liftingujące Botanique – Korean Beauty, które bardzo mnie zaciekawiło. Widziałam już kilka publikacji w sieci na temat tej linii i miałam zamiar coś z niej przetestować. A tu niespodzianka w Shinybox! 🙂 Serum oczywiście ma za zadanie nawilżyć, odmłodzić, wyrównać koloryt i poprawić strukturę skóry. Opakowanie z pompeczką mega poręczne i praktyczne. Zapach serum obłędny – słodki, bardzo kobiecy – mogłabym takie perfumy mieć. Konsystencja dla mnie idealna – super lekka, trochę żelowa, błyskawicznie się wchłaniająca. Nie pozostawia żadnej lepkiej czy tłustej warstwy, w zasadzie na powierzchni skóry oprócz zapachu nie pozostawia nic. Przyznam, że pierwsze wrażenie robi świetne. 🙂 Kosztuje ok. 32 zł.

Kolejną rzeczą, którą też wypróbuję z ogromna chęcią jest Odżywka do włosów w piance z L’biotica. Bardzo jestem ciekawa jak się sprawdzi i czy w takiej formie będzie wydajna. Została stworzona po to by intensywnie nawilżać, pomagać w rozczesywaniu i przywracać włosom blask i zdrowy wygląd. Puszka ma standardowe rozmiary, pojemność to 150 ml. Cena: 10 zł.

Zawartość pudełka Loveliness by ShinyBox

Od 7th Heaven Miesięczny program pielęgnacyjny skóry twarzy – 8 saszetek za ok. 50 zł. Wszystkie są takie same i jest to dokładnie Oczyszczajaca maska błotna, która jednocześnie oczyszcza i koi. Myślę, że taki miesięczny progam to miła odmiana przy pojedynczych saszetkach, których później się i tak nie dokupuje, aby robić systematyczne zabiegi.

Skoro już jesteśmy przy maseczkach, to wspomnę od razu o saszetce MultiBioMask, która jakiegoś ogromnego wrażenia na mnie nie zrobiła, bo już kilka produktów tej marki w pudełkach było, więc same rozumiecie. 🙂 Saszetka to dwie maski – oczyszczająca i odżywcza. Komplet kosztuje ok. 5 zł.

Miesieczny zapas maseczek 7th Heaven. W sumie w pudełku jest ich 8, nie wiem gdzie uciekły mi 2, ale na zdjęciu ewidentnie ich zabrakło! 😉

To tyle z pielęgnacji. Czas na kolorówkę! 🙂 Z Bell Hypoallergenic Bronze Powder czyli bronzer. U mnie 01. Jest w dwóch odcieniach, więc można przykonturować na sucho. Oba są matowe, bez większej ilości drobinek mieniących się, więc dobre na co dzień. I uwaga! Zawiera pigmenty otoczkowane estrami oleju jojoba – chociaż nie wiem do końca o co chodzi, to brzmi dobrze! 😉 Formuła została oczywiście przebadana dermatologicznie i nie zawiera perfum. Cena ok. 17 zł

A od Revers – Puder Rozświetlający Strobe & Glow Hightlighter. Marki w zasadzie nie znam, bo chyba tylko jakąś kredkę od nich mam, której i tak nie używam, bo kresek nie robię, także ten. 😉 Rozświetlacz przetestuję, zobaczymy jak się sprawdzi, szczególnie, że kosztuje ok. 10 zł! U mnie odcień 04 – Harmony. Przyznam, że bardzo ładny, delikatnie różowy.

I tak dotarłyśmy do końca. Choć w sieci widziałam różne opinie, to ja jestem z tego pudełka szczerze zadowolona. Nie wszystkie produkty trafiają w punkt, ale zdecydowana większość robi na mnie miłe wrażenie. Jeśli Wam również pudełko się podoba, szorujcie na shinybox.pl po swoje. 🙂

Zobacz również:

Time to Shine by Shinybox – styczeń 2019

Shiny Christmas by ShinyBox

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

 

Masło do ciała BURITI Herbal Care Farmona i właściwości oleju buriti

Jeżeli lubicie kosmetyki Farmona, moc naturalnych składników, masła do ciała i cudne zapachy, to dzisiejszy wpis jest dla Was! 🙂

Jakiś czas temu zostałam zatowarowana w masła do ciała z linii Herbal Care marki Farmona. O ile zapachy takie jak Lawenda i Dzika Róża nie są czym niezwykle oryginalnym (chociaż oczywiście uwielbiam je szczerze), to chwilę poźniej wpadłam na tajemnicze Buriti i to właśnie ono skradło moje serce, wtedy głównie ze względu na przepiękny, orientalny zapach.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Nie wiem jak Wam, ale mi Buriti nawet nie kojarzyło się z niczym konkretnym, ale teraz już wiem, że olej buriti pozyskuje się z palmy winnej, która na dziko rośnie sobie w Brazylii. Jest nie tylko dość mało popularny, ale też niezwykle cenny dla skóry. Posiada ogromne ilości antoksydantów, w tym beta-karotenu czy witaminy C. A także prowitaminy A i witaminy E.

Jak olej buriti działa na skórę?
Wpiera odbudowę komórek i regeneruje skórę, więc tym samym opóźnia jej starzenie się. Wspomaga produkcję elastyny i kolagenu. Dogłębnie nawilża i spłyca zmarszczki. Wyrównuje koloryt i przeciwdziała niedoskonałościom. Koi skórę, a nawet rekcje alergiczne łagodzi. Reguluje też wydzielanie sebum i jest naturalnym filtrem przeciwsłonecznym.

Jest więc idealnym składnikiem kosmetyków do pielęgnacji twarzy, jak i ciała. Choć jak już wspomniałam wcześniej popularny nie jest i ja sama zetknęłam się z nim pierwszy raz właśnie dzięki linii Herbal Care Farmona.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Oprócz wyżej wymienionych właściwości Masła do ciała Buriti Herbal Care Farmona, bo olej ten oczywiście jest w składzie kosmetyku. Mogę powiedzieć, że jak na masło jest dość lekkie. Nie jest to tłusta konsystencja stworzona na bazie masła shea czy kakaowego. Jest treściwa, ale nie ciąży, nie drażni. Wchłania w skórę, pozostawiając po sobie delikatny film natłuszczenia i nawilżenia oraz ten boski zapach! Skóra jest nawilżona, miękka i przyjemna w dotyku. Masło nie powoduje podrażnień czy swędzenia. Przy cienkich warstwach wchłania się naprawdę szybko, więc nie pozostawia też plam na ubraniach. Dlatego w takich mniejszych ilościach można też spokojnie stosować je w ciagu dnia. Sprawdzi się raczej każdą porą roku, choć w tych cieplejszych zdecydowanie bardziej nocą. 🙂 Tak do nawilżania ciała ogółem, w codziennej pielęgnacji jest bardzo spoko.

Opakowanie to niski słoik o pojemności 200 ml, który kosztuje ok. 14 zł. I myślę, że to całkiem uczciwa stawka.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Nowość! Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek Efektima

Jakiś czas temu Efektima wypuściła nową linię kosmetyków z olejem konopnym. Jako pierwszy premierę miał Olejek konopny, później był Krem do twarzy z olejem konopnym, a teraz z taśmy zeszło Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek Efektima.

Zarówno o całej serii, jak i właściwościach oleju konopnego już Wam opowiadałam przy dwóch poprzednich recenzjach, więc tym razem nie będę przynudzała i przejdę od razu do konkretów. 🙂

 

Opakowanie. Niski, plastikowy słoiczek z aluminiową nakrętką. Raczej dla masła – standardowo. Etykieta lekka, nawołująca do całej linii. Pojemność 200 ml

Konsystencja. Jak na masło całkiem lekka. Mimo tego, że zbita, to jednak nie tak tłusta i ciężka.

Zapach. Taki sam jak przy Olejku konopnym i Kremie do twarzy z olejem konopnym. Na mój nos – inspirowany męskimi perfumami wzorowanymi na babskich, czyli One Million Dolar Pacco Rabanne. 😉 Bardzo ładny, przyjemny i utrzymujący się na skórze jakiś czas.

Składniki aktywne. Oczywiście – olej konopny, oliwa z oliwek, a także olej kokosowy.

Cena. Około 20 zł, więc i dramatu nie ma i szału też. 🙂

Konopne masło do ciała i oliwa z oliwek Efektima

Ogólnie jest bardzo przyjemne w użyciu. Dzięki tej lekkiej konsystencji można stosować je i na dzień i na noc. Łatwo się rozprowadza po skórze, fajnie i sprawnie w nią wnika. Nie należy do ciężko rozsmarowujących się maseł, które najpierw muszą na kaloryferze swoje odleżeć, żeby dało się z opakowania na ciało je przełożyć. 😉 Oprócz świetnego zapachu i takiego dającego się poczuć pod palcami nawilżenia, nie pozostawia na skórze zbyt wiele, więc ubrań nie brudzi. Można więc spokojnie stosować je przed wyjściem z domu. W aktualnie trwającym okresie zimowym sprawdził się bardzo przyzwoicie. Ani żadne przesuszenia nie miały miejsca, ani podrażnienia. I myślę, że może sprawdzić się również wiosną czy nawet latem, kiedy skóra potrzebuje nawilżenia bardzo, ale panująca ciepłota nas do tego zniechęca. Te masło powinno wtedy dać radę.

Konopne masło do ciała i oliwa z oliwek Efektima

Ulubieńcy: styczeń 2019

Dzisiaj ulubieńcy! 🙂 Pierwszy raz piszę taki post i zastanawiam się jak długo wytrwam w cykliczności ich pojawiania się, albo jaka w ogóle będzie ich częstotliwość. Choć tytuł wskazuje na podsumowania miesięczne, to nie jestem przekonana, że tak będzie. Posty te raczej będę uzależniała od tego czy w danym okresie rzeczywiście ci ulubieńcy się u mnie pojawili czy też nie. Ok, to zaczynamy.

Matowe pomadki płynne OH!MyLips Eveline Cosmetics już na mojej stronie gościły, ale nie ta czerwień. Gdy ją zobaczyłam po prostu przedpadłam! Czerwoną pomadkę traktuję jako coś pewnego, może to, co teraz napiszę nieskromne będzie, ale po prostu dobrze w niej wyglądam. Oczywiście zdarzają się odcienie, które niekoniecznie są dla mnie, ale wszystkie żywe czy ciepłe, tak jak i ta są moimi. A tą kocham i za kolor i jakość.

Kolejnym odkryciem okazało się serum do brwi L’Biotica – Activ Brow, którego używam już od prawie dwóch miesięcy. Raczej nigdy nie narzekałam na brwi, bo zawsze były dość pełne, kształtne i niewiele musiałam robić, żeby dobrze wyglądały. I nadal tak jest, z tym, że od jakiegoś czasu zaczęły gdzieś tam przy demakijażu wypadać i troszkę się przerzedziły. A, że wyraźne brwi uważam za istotny „element” mojej twarzy :D, to i serum się u mnie pojawiło. Efekty takie, jakich się spodziewałam – wzmocnienie i zagęszczenie. Przestałam tracić brwi naprawdę bardzo szybko. Producent obiecuje pierwsze efekty po miesiącu stosowania, ale mi się wydaje, że już wcześniej produkt zaczął działać, także duuuża okejka. 🙂

Eveline Cosmetics OhMyLips | L’biotica Brow Active

Bi-es For Woman. Marka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie swoją nową kolekcją zapachów – Numbers Collection. Podoba mi się w niej naprawdę wszystko. I zamysł, i flakony, zapachy, a także ich niesamowita trwałość i ta super niska cena. Tak dobre wrażenie ciężko jest przebić, więc jak dotarły do mnie te perfumy, ja już nie byłam zaskoczona tylko wręcz zszokowana! Bo zapach uwiódł mnie totalnie! Mega mocny i silny, ale nadal kobiecy. Słodycz jest w nim dość dobrze ukryta, ale oczywiście wyczuwalna. Myślę, że to bardzo zmysłowy, ale też niejednoznaczny zapach. Przepiękny, po prostu. Niestety ten do sprzedaży nie wszedł, a ja otrzymałam go od marki jako prezent świąteczny. Nie mniej – polecam Wam serdecznie pozostałe produkty tej marki. 🙂

Bi-es Woda perfumowana

Jakiś czas temu skorzystałam z kodu rabatowego, który znalazłam w shinybox i nakupowałam kosmetyków zupełnie dotąd mi nieznanej marki – INSIGHT. Wzięłam szampon, odżywkę, żele pod prysznic, a także coś do mycia dla mojej małej. I wow! Wszystkie sprawdziły się fantastycznie. Szampon i odżywkę opisałam w instagramowym denku na Insta Stories, tak samo żel do mycia z serii Sensitive. Kosmetyki naturalne, w dużych opakowaniach, z wygodną pompką, z pięknymi zapachami i super efektami. Już planuję kolejne zakupy. 🙂

INSIGHT

Cougar Brazillian Papaya Facial Oil – olejek do twarzy, który znalazłam w jednym z pudełek ShinyBox. Zawiera kwas hialuronowy i pewnie właśnie dlatego tak go lubię. Dodatek hialuronu zawsze nadaje taką charakterystyczną konsystencję, która fantastycznie sunie po twarzy i super szybko się wchłania. A do tego i działanie wzmocnione. Uwielbiam to. Zawsze używam go w połączeniu z innymi produktami, jako serum. Po toniku, ale przed kremem, w których towarzystwie dobrze sobie radzi. Nawilża, wygładza i odżywia. Mimo tego, że ulubieńcem jest, ma jedną sporą wadę – super niepraktyczne opakowanie.

Styczeń to niewątpliwie miesiąc pod znakiem zawartości kalendarza adwentowego. Ponieważ jeszcze w listopadzie zdecydowałam się na kupno Lookfantastic, to przez prawie cały grudzień mogłam się cieszyć kolejnymi nowościami, a część z nich od razu zacząć używać. I tym sposobem na koniec do zestawienia ulubieńców stycznia wpadają aż 4 produkty, które znalazłam właśnie w kalendarzu adwentowym Lookfantastic.

Pędzel dwustronny Lookfantastic

Dwustronny pędzel Lookfantastic – w jednej strony wachlarz. Z drugiej zbity stożek, którego używam do pudrowania okolic oka i to w zasadzie jest ten mój ulubieniec. Włosie miękkie, miłe i radzące sobie z kosmetykami, a jednocześnie trwała forma i idealny (do zadań specjalnych) – kształt. 🙂

Black Magic Mascara Drama & Curl Eyeko – bardzo fajny tusz z tradycyjną, wyprofilowaną szczoteczką. Niby za takimi nie przepadam, a tu taka niespodzianka. 😉 Rozczesuje rzęsy, rozdziela je podczas malowania, widocznie podkręca. Miniatura starcza nawet na miesiąc.

BBB London Ultra Slim Brow Definer czyli ultra cienka kredka do brwi. Tak zwany „automatic”. 😉 W stronę woskowej, ale z fajną pigmentacją i dobrą (nie za tłustą) konsystencją. Jest miękka, więc łatwo się nią kreśli nie podrażniając przy tym delikatnego łuku brwiowego. Kolor tez bardzo mi podpasował.

Grow Gorgeous Thickening Hair & Scalp Mask Intense – włosy milutkie, mięciutkie i pachnące. Wygładzone, ale nieoklapnięte. Nawilżenie bez obciążenia i straty świeżości. Bardzo podoba mi się ten zapach – jest dość intensywny, więc to nie dla wszystkich może być zaleta. Konsystencja dość standardowa, trzymająca się włosa, ale też dobrze się spłukująca.

Lookfantastic | BBB London | Eyeko

Jak sprawdził się krem pod oczy NAOBAY Renewal Antiox Eye Contour Cream?

Ponieważ aktualnie dobijam do jego końca, postanowiłam co nieco o nim napisać. Używałam tego kremu naprawdę długo a ani razu o nim nie wspominałam. Nie wiem jak to się stało, ale jak tak pomyślę, to wiele u mnie takich „cichych bohaterów”. Używam ich na co dzień, jestem z nich szczerze zadowolona, a jakoś mi się o nich zapomina. W każdym razie to jeden z takich właśnie kosmetyków – Krem pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream.

Dostałam go w którymś Shinyboxie i chyba była to nawet zeszłoroczna, styczniowa edycja. Nie otworzyłam go od razu i wpadł do zapasów. Jednak jak już się poznaliśmy, to zapanowała miłość.Mieliśmy małą przerwkę, bo testowałam na Waszą prośbę inny krem pod oczy (z linii Dragon Blood Evree), ale po jakichś 2 miesiącach wrócił do mnie. I jeśli zastanawiacie się teraz czy po takim czasie był on jeszcze przydatny, to tak. Ten krem po otwarciu jest świeży jeszcze przez najbliższych 12 miesięcy. I wydajny też jest bardzo. Jak wspomniałam u mnie już końcówka, ale na pewno używam go łącznie ponad 6 miesięcy, rano i wieczorem.

Opakowanie to plastikowa tubka, z drewnianym korkiem i przyznam, że kiedyś byłam w opakowaniach Naobay wręcz zakochana. Wydawały mi się idealną metaforą połączenia nowoczesnych rozwiązań z siłą natury. Bo kosmetyki te powstają na bazie naturalnych, a nawet ekologicznych składników – posiadają certyfikat EcoCert. Oczywiście zwierzęta z ich powodu też nie cierpią.

Składnikami aktywnymi Kremu pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream są:
– olej arganowy,
– masło Shea,
– sezam,
– dzika róża,
– ekstrakt z cynamonu,
– rumianek,
– wąkrota azjatycka.

Konsystencję ma lekką, trochę jakby wodnistą. Nie jest gęsty, nie lepi się. Lekko sunie po skórze. Nie trzeba go jakoś specjalnie wcierać czy rozprowadzać. Wystarczy nałożyć w odpowiednim miejscu i wklepać opuszkami palców. Wchłania się przyzwoicie i nie pozostawia po sobie śladów czy tłustych filmów. Świetnie sprawdza się i wieczorem i rano, pod makijaż. Nie zauważyłam żeby jakoś źle reagował na inne kosmetyki, czy to pielęgnacyjne czy kolorowe.

Wiem, że zdania na jego temat są podzielone. U mnie jednak nie występowało żadne podrażnienie, pieczenie czy inne nieprzyjemne skutki stosowania tego kremu. A okolice oczu mam wrażliwe i dużo kosmetyków z tego powodu się u mnie nie sprawdza. Ten natomiast nie tylko delikatnie się obchodzi ze skórą wokół oczu, a dodatkowo ją koi i łagodzi. Dobrze nawilża i minimalizuje powstawanie efektu podpuchniętego oka, klasycznych worków, czy wyraźnych cieni. Tak ogólnie dba o dobrą kondycję okolic oczu. Co do spłycania zmarszczek się wypowiedzieć nie mogę, bo jeszcze ich nie mam. 😛

Jak możecie wywnioskować, ja naprawdę jestem z tego kremu zadowolona. Ma on jednak pewną wadę, jest nią cena. 😉  Około 100 zł.

Warsztaty Beauty Healthy Lifestyle – 19.01.2019

Wiecie, że 19 stycznia uczestniczyłam w warsztatach Beauty Healthy Lifestyle, które organizowała Ewelina (Revelkove Love) i Diana (chanceleee) u Polskich Projektantów? Na pewno wiecie, bo taką relację zrobiłam Wam na instastory, jak nigdy! 😀 I tak na marginesie – życie blogerki łatwe nie jest. Przynajmniej dla mnie nie lada wyzwaniem jest uczestniczenie w jakimś wydarzeniu, bycie tam na 100%, ale też relacjonowanie go na bieżąco i informowanie Was o tym. Mówią, że kobiety niby taką podzielną uwagę mają… Ściemniają! 😛 Mimo to starałam się być „żywa” po obu stronach i mam nadzieję, że się udało. 🙂 Ale wracając do warsztatów – strasznie fajna to była sprawa dla mnie, ale chciałabym też aby i Wam zapadło w pamięci te wydarzenie. Dlatego co nieco dla Was z tego spotkania przemyciłam. 😀 Ale od początku.

Idea warsztatów opiera się na promowaniu tego co dobre, naturalne, stworzone w duchu „slow”. Nie było więc na mapie Warszawy lepszego miejsca do ich zorganizowania niż właśnie Strefa 3 i butik Polscy Projektanci. Tego dnia oprócz warsztatów, miał tam miejsce jeszcze jeden event. Ten był otwarty, przeznaczony dla wszystkich miłośników mody, polskiego rzemiosła i kosmetyków naturalnych – Poranek z Polskimi Projektantami. Byli projektanci, były stylistki, było komputerowe badanie skóry (by Diana Bojko – Naturale 🙂 ), fotografowie, pięknie prezentujące się jedzonko i to co w butiku jest najlepsze – te wszystkie cudowne ubrania i dodatki! Dość liczne towarzystwo po godzinie 13:30 zamieniło się w kameralne spotkanie koleżanek z blogosfery.

Piękne, zdrowe jedzonko na stylowym tle 😀

Warsztaty podzielone były na trzy moduły i w zasadzie każdy z nich miał nieco inny charakter. Zaczęłyśmy od zajęć praktycznych i kręcenia własnych kosmetyków na komponentach Natura Receptura. Miałyśmy też okazję poznać właścicielkę marki, która przyjechała do nas i dla nas aż z Elbląga i uczestniczyła w spotkaniu prawie do końca! 🙂 Ale wracając do DIY… Przyznam szczerze, że przepisy zaskoczyły mnie pozytywnie, a dziewczyny postarały się o coś niestandardowego (przez standard rozumiem np. domowy peeling czy maseczkę na bazie glinki 😛 ). Dlatego postanowiłam zrobić odpowiednią dokumentację i się z Wami tymi recepturami podzielić.

 

 

DIY kosmetyki naturalne – receptura na Saszetkę do kąpieli lub szafy

Kolejnym etapem spotkania była prezentacja marki Bioup i masażu twarzy, o którym mówiła nam właścicielka marki. Kosmetyki bardzo interesujące, z naturalnymi składami i przede wszystkim starannie wyselekcjowanymi składnikami aktywnymi, o których p. Karolina czerpiąc ze swojego bogatego doświadczenia mogłaby nam opowiadać godzinami. I z tego spotkania też coś Wam przemyciłam. Perełkę! Skwalan z Trzciny Cukrowej „dobrego pochodzenia”! A jeśli o sam masaż twarzy chodzi, to aż wstyd się przyznać, ale sama robię go naprawdę rzadko. Nie wiem dlaczego. W sumie dużo czasu to nie zajmuje. Chyba po prostu z niechciejstwa i zapominalstwa. Muszę go jakoś na stałe wpleść w codzienną pielęgnację, bo jak to powiedziała p. Karolina – jest to coś extra, co możemy dać skórze, nic za to nie płacąc, ale też nie mogąc tego zastąpić niczym innym. Dotyk to jednak jest moc. 🙂

Ostatnią częścią spotkania była dyskusja do której zaprosiła nas Diana Bojko, kosmetolog jakich w Warszawie niewielu. Bowiem Diana pracuje w swoim gabinecie – Naturale Kosmetologia tylko na naturalnych i sprawdzonych kosmetykach. Nie wciska Klientkom czegoś, czego sama by nie użyła i nie byłaby z efektów zadowolona. Co przyznam bardzo mi się podoba. Sama jeszcze u niej na zabiegach nie byłam, ale już się zapisałam, także pewnie dam znać, jakie są moje wrażenia i odczucia. Diana postanowiła poruszyć temat niby oczywisty, bo rozmawiałyśmy o tym przez co mogą powstawać zanieczyszczenia i problemy skórne, ale to co dla nas oczywistą oczywistością, dla innych wcale takie wiadome niestety nie jest. Dlatego ostatni prezent z warsztatów Beauty Healhty Lifestyle jaki dla Was przygotowałam, to ta krótka ściąga, największych i niewybaczalnych błędów obchodzenia się ze skórą:
1. Nigdy nie kładziemy się spać w makijażu!
2. Zmycie makijażu oczu czy ust nie jest jednoznaczne z oczyszczeniem twarzy.
3. Typowy tonik nie służy do mycia twarzy.
4. Twarz wycieramy innym ręcznikiem niż ciało czy (o zgrozo!) ręce, który dodatkowo powinien być na bieżąco wymieniany i prany. Można też używać jednorazowych ręczniczków bawełnianych.
5. Często też powinnyśmy zmieniać pościel, a także dbać o czystość jaśków, poduszeczek i innych przytulanek nocnych – wiecie ile one tego całego syfu gromadzą? A my noc w noc się do tego tulimy. Pamiętajcie o tym. 😉
6. I na koniec chyba rzecz najważniejsza – jesteś tym co jesz i wszystko to widać na Twojej skórze.
I więcej już nie straszę. 😀

Fot. Moment Decydujący MDWD

Pomiędzy modułami warsztatowymi miałyśmy jeszcze okazję poznać historię marki Biżuteria z talerzy. Poczuć na własnych rękach ciepło i moc składników aktywnych zamkniętych w Prowansalskich Świecach do masażu. Zapoznać się z ofertą marki Zielone Laboratorium, a także odebrać kod rabatowy do PIKA Biżuteria (do końca marka na hasło: MAGICDUST -25% 🙂.

Podczas imprezy towarzyszyły nam „dziewczyny z aparatami” – Monika Kutkowska, Wiola i Joasia, choć ja w tym wpisie posiłkowałam się tylko fotami Wioli – Moment Decydujący. A nagłaśnianiem całej afery jeszcze przed jej startem zajęła się Ambasada Kosmetyczna. Dzięki Wam ogromne. 🙂

Mam nadzieję, że dzięki tej relacji i „giftom” jakie dla Was przygotowałam, chociaż przez chwilę poczułyście się jak uczestniczki tego wydarzenia – z taką myślą pisałam ten tekst. Dzięki! <3

Fot. Moment Decydujący MDWD

I już naprawdę na koniec – wszystko co oprócz przygotowanych przez siebie kosmetyków przytargałam ze spotkania chciałam Wam pokazać. 🙂 Przyznam, że Prezenty od Strefa 3 zaskoczyły mnie najbardziej. 😀 

Sposób na alergie kontaktowe. Pielęgnacja skóry serią Metalscreen NUEV

Ostatnio dostałam do testów produkty nowej na rynku marki do pielęgnacji skóry – Nuev. Seria metalscreen dedykowana jest skórze skłonnej do alegrii. Szczególnie chroni przed metalami, w tym najbardziej powszechnym dzisiaj niklem. Jako, że sama na alergie kontaktowe raczej nie cierpię, to zestaw przetestowałam razem z moją przyjaciółką, która bardzo musi uważać na to, z czym jej skóra ma kontakt i jakich kosmetyków używa. Wiele rzeczy powoduje u mniej zaczerwienienia, wysypki czy krosty, w tym również wspomniany nikiel. Seria więc wydawała się być dla niej idealna.

Zanim jednak przejdziemy do sedna – czyli podsumowania testów, warto jeszcze powiedzieć kilka zdań o samej marce. Pewnie wiele z Was właśnie dowiedziało się o jej istnieniu, więc nie mogę pozostawić Was w takiej niewiedzy. Marka weszła na rynek w 2018 roku, a w  zasadzie nawet w jedno drugiej połowie. Aktualnie ofertę tworzą dwie linie. Kosmetyki Nuev to produkty chroniące skórę przed tym, co w naszym środowisku dla niej nieprzyjemne. Chroni przed alergiami kontaktowymi, a seria screenmetal nakierowana jest jak sama nazwa wskazuje właśnie na metale, również wszechobecny nikiel. Za tą ochronę odpowiada opatentowany składnik – Chitathione. To właśnie on tworzy barierę ochronną, pozostawiając na skórze swoisty film, który nie przepuszcza zanieczyszczeń i szkodliwych jonów metali.

Krem ochronny i Balsam do ciała z serii metalscreen NUEV

I właśnie screenmetal sobie testowałyśmy. Znajdziemy w tej serii Odżywczy krem ochronny i Wygładzający balsam do ciała i dłoni. Krem występuje w 3 poziomach ochrony. Można stosować go na twarz, jak i punktowo na ciało. Oprócz bariery ochronnej, która te wszystkie 3 kremy od siebie różni, gołym okiem można zauważyć nieco inną ich konsystencję. Wraz z zwiększającym się poziomem ochrony, formuła kremu jest cięższa i bardziej tłusta. Choć 3 poziom ochrony nadal jest przyjemnym i dobrze wchłaniającym się produktem, to pozostawia po sobie cienką warstwę tłustego filmu. Idealnie sprawdza się w mroźne dni. I do pielęgnacji twarzy, i do podleczenia przesuszonych obszarów na ciele, takich jak na przykład łokcie. To czy nada się pod makijaż, chyba zależy od stanu cery i osobistych preferencji. Tutaj ta ochrona rzeczywiście jest wyczuwalna. Odżywczy krem ochronny, 2 poziom ochronny, to nieco lżejsza wersja. Szybko się wchłania, pozostawiając przyjemną w dotyku, miękką i zdrową skórę. Ta wersja pod makijaż sprawdzi się zapewne u większości z Was. Współpracuje z innymi kosmetykami kolorowymi, nie powodując żadnych szkód. Z innymi produktami pielęgnacyjnymi też mu po drodze. Myślę, że to taka optymalna, nadająca się na każdą porę opcja. Wersja ta super sprawdza się do pielęgnacji dłoni. Przesuszone dostają i nawilżenie, i odżywienie. Od razu czuć, że lepiej się im robi. A co fajne – tłustej powłoki po sobie nie pozostawia, więc życia nie utrudnia. 🙂 Ostatnia wersja kremu – 1 poziom ochrony, to najlżejsza, szybciutko wchłaniająca się konsystencja, która najlepiej chyba będzie sprawdzała się latem. Właśnie dlatego, że działa, ale śladu po sobie nie zostawia. Co najważniejsze – podczas stosowania kremów, u przyjaciółki nie wystąpiły żadne podrażnienia czy alergie, także ochrona, nawet ta najmniejsza (poziom 1) chyba rzeczywiście działa. 🙂

Seria metalscreen NUEV

Wygładzający balsam do ciała i dłoni, w „ciężkości” konsystencji bardziej chyba przypomina Krem 3 poziom ochrony, bo jednak jakąś powłokę na skórze się wyczuwa i wchłania się też dłużej. Mimo wszystko jest to jednak zupełnie inny produkt. Nawilża i wygładza. Skórę podrażnioną (na przykład depilacją) łagodzi i koi. Daje radę w zimę, ale myślę, że i na cieplejsze pory roku będzie dobry. Bo ostatecznie na skórze nie ciąży.

Zapach dla całej serii jest taki sam. Niestety chyba nie potrafię go opisać dokładnie. Moja przyjaciółka nazwała go „mydlanym”, ale ja chyba nie do końca się z tym zgadzam. Tak czy siak – miły, neutralny i delikatny. Myślę, że mało komu by się nie spodobał. 🙂 A jednocześnie nie przeszkadza i nie miesza się z perfumami czy innymi pachnidłami.

Kosmetyki Nuev mają bardzo proste i jednocześnie urocze opakowania – zwyczajne tubki, zapakowane w kartoniki, niby nic takiego, a jednak! Minimalistyczny design swoje robi. 🙂

I mam jeszcze dwie ważne rzeczy do dodania.
1.Kosmetyki Nuev są uniwersalne – odpowiednie dla każdego rodzaju skóry i w każdym wieku.
2. Ceny za taki „specjalistyczny” kosmetyk są przyzwoite myślę. Zaczynają się od 37 zł za balsam, a za krem od 40 (1 poziom ochrony) do 76 (poziom 3).

Testuję maseczki w płachcie z mojaazja.eu

Mimo tego, że sama po przeczytaniu „Sekrety Urody Koreanek” zmieniłam podejście do pielęgnacji i wiele z tej książki do niej wprowadziłam, to myślę, że nie trzeba być wielką fanką azjatyckiego sposobu dbania o cerę, żeby stosować maseczki w płachcie. Są one aktualnie bardzo popularne, wszędzie dostępne, nadal egzotyczne i przede wszystkim skuteczne. Wielość i różnorodność składników aktywnych jest wręcz ogromna i każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Czy to o działanie, czy nawet sam zapach chodzi.

Ja ostatnio wzięłam się za testowanie koreańskich maseczek, które dostępne są w mojaazja.eu – czyli internetowym sklepie przepełnionym kosmetykami azjatyckimi. Z tego co się orientuje są dystrybutorem wielu marek, więc naprawdę można znaleźć u nich perełki.

Maseczki w płachcie

Maseczka, która zaciekawiła mnie najbardziej to PEACH – z wodą z lodowca i brzoskwinią. I sama nie wiem dlaczego właśnie na nią zwróciłam uwagę w pierwszej kolejności. Czy aż tak spodobał mi się zupełnie prosty i oczywisty w przekazie projekt opakowania? Czy może ten lodowiec połączony z soczystym owocem? Nie wiem. Ale przypuszczałam, że może być w niej coś innego i nie myliłam się. Serum, w którym zanurzane są płachty zazwyczaj mają gęstą konsystencję, czasami ciągnącą się, innym razem bardziej żelową, ale jednak jakoś tak bardziej zbitą. Tutaj od razu można było wyczuć wodę w podstawie, więc i bardziej lekko było. Tak orzeźwiająco, a zarazem słodko. Zapach brzoskwini wyczuwalny, ale naturalny. Bez nachalnych perfum. Niestety przy takiej formie gorzej jest z przyczepnością, bo rzadka konsystencja nie pomaga. Ale cienki materiał płachty pewnie został w tym przypadku przemyślany i właśnie ma za zadanie jednak przy tej skórze zostać, a nie osuwać się i spadać wraz z ciążącą na niej wodą.

Ogólnie lubię kosmetyki antyoksydacyjne, więc drugą w kolejności, była płachta ANTIOXIDANT Green Tea Essence Mask. Pierwsze wrażenie super. Esencja bardziej zbita, trochę żelowa. Płachta grubsza niż w PEACH, przyjemna. Duet w tej postaci super trzymał się skóry. Maseczka pozostawała na miejscu, bez żadnych poprawek. A ja i pogadać lubię i czegoś się napić w trakcie, więc wiecie. 😉 Tak więc od strony technicznej nie mam jej co zarzucić, za stronę praktyczną mogę tylko pochwalić. Po zabiegu miałam wrażenie, że moja skóra jest z 10 lat młodsza. Nawilżona, odżywiona, zrelaksowana. Super gładka, przyjemna w dotyku i trochę jakby naciągnięta. Na dodatek miała taki piękny zapach! Zdecydowanie maseczka ta trafia do moich ulubieńców.

Antyoksydacyjna maska w płachcie

Prreti i Skin Smoothie Maseczka nawilżająca z czerwoną kalarepą zdecydowanie najbardziej podoba mi się wizualnie, choć i ta czerwona kalarepa kusi. Do niej dorzucona została jeszcze żurawina i czarna porzeczka. Razem mają sprawić, że skóra będzie nawilżona, jędrna i wygładzona. I takie efekty też daje. Jest miło, miękko i zdrowo. A wszystko to dzięki idealnie przylegającej do skóry płachty. Serum, w którym została zanurzona działa jak klej i naprawdę super radzi sobie z utrzymaniem materiału, a chwilowo miałam nawet wrażenie, że ten nieco skórę ściska. Lekko żelowa konsystencja esencji, sprawia, że cały zabieg jest nieco chłodzący. Maska ma świetny zapach, który wiadomo – zostaje na skórze przez jakiś czas.

W sumie żadna z nich mnie nie zawiodła, choć PEACH na pewno nieco zaskoczyła. Takiej formy jeszcze na mojej twarzy nie gościłam, ale warto było. 🙂

Wszystkie maski, o których piszę dostępne są w sklepie internetowym mojaazja.eu i drogeriach stacjonarnych takich jak Hebe czy Natura.

Koreańskie maseczki w płachcie

Nocna maseczka do ust? PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask

Mimo trwającego szału maseczkowego, maski do ust nie doganiają swoją popularnością chociażby płatków pod oczy. I chyba nadal są spostrzegane jako kosmetyczna „egzotyka”, ale czy nie warto byłoby się z nimi poznać bliżej, a czasami nawet zaprzyjaźnić?

Ostatnio w moje ręce trafiła koreańska maseczka do ust PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask, która zaskoczyła mnie i zaciekawiła jednocześnie. Maseczka ta przeznaczona jest do nocnych zabiegów. Zawiera miód oraz ekstrakt z jagód.  Regeneruje, nawilża i wygładza.

Konsystencją przypomina dawne formuły błyszczyków – konkretna, dosyć ciężka, klejąca się. Sama używałam ich, tych błyszczyków, w takiej formie (wyciskanej tubki) pewnie jakoś w gimnazjum. 😉 Przyznam więc zupełnie szczerze, że nie oczekiwałam po tej maseczce zbyt wiele. No bo co mi może pomóc jakiś tam błyszczyk? I się trochę zdziwiłam, a raczej – miło zaskoczyłam.

Kosmetyk wchłania się przez całą noc i rano już raczej na ustach go nie znajdziemy. O ile oczywiście zastosujemy się do wskazówki z opakowania i położymy CIENKĄ warstwę.

Maseczka do ust PRETTI i Peeling do ust HaniaBEAUTY
Maseczka do ust PRRETI i Peeling do ust HaniaBEAUTY

A efekty jakie? Ostatecznie okazało się, że maseczka super nawilża usta. Rano są mięciutkie, gładkie i pełne. Nie dręczą mnie żadne przesuszenia, podrażnienia czy zadzierające się skórki. Nawet podczas przyziębienia (gdzie co chwile je pocierałam) czy przy niskich temperaturach, usta były w super kondycji. I oprócz tej maseczki, w ciągu dnia nie używałam już żadnych pomadek pielęgnacyjnych. Nocna regeneracja okazała się zupełnie wystarczająca. Ale nie byłabym do końca szczera nie wspominając o tym, że przed jej nałożeniem wykonuję peeling ust (ja używam Peelingów do ust Hania Beauty – są dostępne w sklep.hania.com.pl), aby składniki aktywne mogły zadziałać jeszcze lepiej.

Uwaga! Jeśli należysz do osób w nocy się kręcących i ogólnie nie kontrolujesz się przez sen :D, to maseczka może być trochę problematyczna (ze względu na swoją lepką konsystencję). I poza tym jednym „ale”, szczerze ją polecam, bo u mnie sprawdza się rewelacyjnie. 🙂

Koreańska maseczka do ust PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask kosztuje ok. 20 zł i dostępna jest w mojaazja.eu oraz Drogeriach Natura czy Hebe.

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Powiem tak. Jak zobaczyłam listopadową edycję ShinyBox na Instagramie, to mnie trochę „zgięło”. Tyle zobaczyłam produktów. Tyle rzeczy, których jeszcze nie znam. Tyle kosmetyków, które chętnie bym przetestowała… Z solidnym opóźnieniem (i z Shinybox wyszło później i Poczta się nie spieszyła z doręczeniem),  dostałam i ja swoje pudełko The Power Of Beauty wraz z dodatkami ambasadorskimi, które również Wam zaprezentuje.

Każde pudełko w wersji standardowej zawierało 7 produktów i 5 upominków. Markami listopada są: Delia Cosmtics, Selfie Project, BioOleo, Naturativ, Masami, Oh!Beauty Warsaw, Singularis, Moya Matcha, LiqPharm, Obssesive, Kontigo, Trico Botanica, Hegron, Uroda Polska, Hemp Care, One & Only Cosmetics. A zebrało się ich tyle, bo dużo w tym miesiącu marek wymiennych było.

Tym razem zaprezentuję pudełku w kolejności jaka jest w karcie produktów. A tak, żeby porządek tu był. 😉

Zawartość Shinybox Listopad 2018 – The Power Of Beauty

Delia Cosmetics. Produkty wymienne. Korektor pod oczy żółty – rozświetlający lub Korektor do twarzy zielony – korygujący zaczerwienienia. U mnie to drugie. I fajnie. Mam dosyć wrażliwą skórę, naczynkową, więc przyda się i z chęcią sobie przetestuję. Korektor niweluje kolor czerwony i różowy. Można stosować go punktowo, jak i na całą twarz. Podoba mnie się to!Zwłaszcza, że to dobry okres pogodowy na takie produkty. Kosztuje ok. 13 zł

Delia Cosmetics – Cień do powiek. Mój niestety rozsypał się w transporcie. Ale chociaż swatcha Wam pokażę. Kolorek numer 09. Cena ok. 9 zł.

Swatch Delia Cosmetics Eyeshadow 09

Selfie Project – Płyn micelarny. Markę ogólnie kojarzę, ale jakoś do tej pory nic nie używałam. Chyba dlatego, że z nastolatkami mi się kojarzy, a ja już dawno ną nie jestem. 😉 ;( Usuwa makijaż, oczyszcza, matuje i łagodzi – takie obietnice ze strony producenta. Sprawdzimy. cena ok. 15 zł

BioOleo Kwas Hialuronowy. Kwasowi zawsze mówię tak. Uwielbiam stosować go i w pojedynkę i z innymi kosmetykami. Niezwykłe właściwości kwasu hialuronowego, jak i jego forma sprawiają, że chcę mieć go wszędzie. Na jego podstawie można stworzyć własne, świetne receptury, ale też dodawać go praktycznie do wszystkiego można. I choć ostatnio był kwas, to taki zapas przyjmuję z ogromną przyjemnością. 🙂 Cena ok. 60 zł / 30 ml.

Delia Cosmetics Zielony Korektor do twarzy i Bi0Oleo Kwas Hailuronowy

Naturativ Otulające masło do ciała to miniatura, ale bardzo przyjemna. Powiem Wam, że jego zapach mnie powalił. Jest tak nieoczywisty, złożony i cudny, że przepadłam. Bardzo fajnie się wchłania, a skóra jest milutka i mięciutka. 250 ml kosztuje ok. 75 zł.

Naturativ – masło do ciała.

Selfie Project Krem CC. Dedykowany do cery młodej z niedoskonałościami, ale i tak go sprawdzę. 😀 Rozwiązania takie jak BB, CC czy nawet DD po prostu lubię, bo na co dzień są dla mnie idealne. Lekkie, szybkie, naturalne. Krem ten maskuje niewielkie nierówności i niedoskonałości. Wygładza i co mnie ciekawi najbardziej (:D) – „zapewnia efekt Glamour”. Kosztuje ok. 17 zł.

Kolejna pozycja to skomplikowana sprawa, bo aż 11 wymienny produktów. W swoim pudełku znalazłam trzy z nich:
Hegron Gel Spray Extra Volume z ekstraktem z bambusa, który podobno nie obciąża i odbija już od nasady. Pomaga w stylizacji i super utrwala. Produkt profesjonalny (fajnie!). Kosztuje ok. 13 zł.
Trico Botanica Szampon do włosów Oczyszczanie i Relaks. Idealny dla delikatnej skóry głowy. Nigdy nie używałam kosmetyków tej marki, także z chęcią przetestuję. Szampon kosztuje ok. 40 zł.
One & Only Cosmetics Black Mask Detox Ritual – głeboko oczyszczająca maska typu peel-of, to właśnie to czego w moich zapasach brakuje. Z chęcią sobie przetestuję i cieszę się, że ją otrzymałam. Kosztuje ok. 5 zł.

Trico Botanica i

I teraz produkty oznaczone na karcie jako UPOMINKI:
Masamipróbki higienicznych produktów wykonanych z organicznej bawełny. Coś tam już od nich używałam, ale z chęcią poznam pozostałe produkty,
Oh!Beauty Warsaw – dostałam pudełko już po wydarzeniu,
Singularis Calcium Citro Max. Całe opakowanie – super. Przyda się. 🙂 Cena: ok. 3 zł
Moya Matcha – herbata w saszetce. Fajnie. Matcha to super zdrowa i jednocześnie super specyficzna herbata, ale warto ja poznać. 🙂 Cena ok. 3 zł
LiqPharm Serum wygładzające na noc – peeling, próbka.

Zawartość Shinybox Listopad 2018 – The Power Of Beauty

I na koniec moje ambasadorskie dodatki. 🙂 Równie fajne co i całe pudełko. Uwaga!

Dushka Żel pod prysznic bananowo-truskawkowe smoothie. Markę tę widziałam na Instagramie. Taki fajny, kolorowy i wesoły wizerunek ma. Bardo jestem ciekawa tego żelu, tylko szkoda mi go otwierać i niszczyć te wszystkie detale na opakowaniu (metki, karteczki, tasiemki) i te piękne truskawkowo-bananowe piętra. Takie to wszystko cudne! Ostatecznie pewnie się przełamię. 😉 Kosztuje ok. 17 zł.

Synchroline – Serum Synchrovit C. Dobry czas na witaminę C. Z marką też styczności za bardzo nie miałam (oprócz próbek), więc zobaczymy czy się polubimy. Cena: ok. 30 zł.

Śnieżny Lotos – Ziołowe wkładki higieniczne. Przyznam, że bardzo mnie zaciekawiły, bo to takie jednocześnie wkładki higieniczne i profilaktyczno-lecznicze. Fajna sprawa. Tylko cena póki co wydaje mi się zabójcza – ok. 15 zł za 2 sztuki. Możliwe, że po przetestowaniu uznam, że są jej warte, jednak na ten moment wydaje mi się być bardzo wysoka.

Singularis – witamina D. O ile suplementy diety nie są moimi ulubionymi produktami w pudełkach (zazwyczaj są to produkty wspierające odchudzanie), to witaminy mnie cieszą, bo po ciąży i karmieniu piersią mam ich spore niedobory. 😛 Na dodatek trafiła mi się witamina D – bajka po prostu. I co warto zauważyć – bardzo ładne jest to opakowanie, takie reprezentatywne. Myślę więc że witaminki z tej serii mogłyby być fajnym dodatkiem do prezentu dla Mamy, Babci czy innej osoby, o której zdrowie dbacie. 🙂

Shinybox dodatki ambasadorskie
Shinybox dodatki ambasadorskie

I tym trochę świątecznym komentarzem dotarłyśmy do końca. Duuuużo tego było co? O.O Ja jestem pod ogromnym wrażeniem i samej ilości produktów, jak i ich samych. Cała paka nowości kosmetycznych, które jak naprawdę mało kiedy tak idealnie wpisują się w mój gust i zapotrzebowanie. Myślę, że i Wam się podoba zawartość tego boxa, dlatego zostawiam Wam link do sklepu shinybox, gdzie zestawy są jeszcze dostępne.

Zobacz również:

Think Pink by ShinyBox

Beauty&Shape czyli extrabox ShinyBox

Coś Pięknego by ShinyBox

 

Co mogę powiedzieć o D’Alchemy? | Nawilżający tonik do twarzy i Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej

Zupełnie szczerze – sama jestem zaskoczona jaką opinię wyrobiłam sobie o kosmetykach marki D’Alchemy, więc jedyne co mi zostaje, to podzielenie się nią z Wami. 🙂 Nie są to produkty tanie, ale przyznam, że cudów też się po nich nie spodziewałam. Jednocześnie wiadomo, że im wyższa cena, tym większe są nasze oczekiwania względem danego produktu, a to akurat uważam za jak najbardziej słuszne. A jak ta zasada, ma się w przypadku marki D’Alchemy? Zaraz się przekonacie.

Może na wstępnie opowiem Wam trochę o samej marce, która jest stosunkowo nową. Kosmetyki D’Alchemy nastawione są głównie na pielęgnację cery i skóry dojrzałej, choć to, że masz 25 lat nie wyklucza Cię z grona jej odbiorców. Sama od lat używam kosmetyków anty-aging, bo jednak wolę zapobiegać niż później leczyć. Może i z tego powodu efekty widoczne gołym okiem nie są aż tak spektakularne jak u 50+. Jednak wiem i czuję, że robię nimi mojej skórze dobrze. Ale wracając do D’Alchemy – portfolio produktów aktualnie nie jest jakoś szczególnie szerokie, jednak na tyle bogate, aby zaspokoić potrzeby osób posiadających cerę bardzo wrażliwą, suchą, dojrzałą, tłustą czy problemy takie jak przebarwienia, plamki, głębokie linie i zmarszczki. Oprócz produktów do pielęgnacji twarzy znajdziemy też balsamy do ciała oraz krem do rąk. Tyle jeśli o ofertę chodzi.

Kolejną myślę dość istotną sprawą, bo wyróżniającą markę jest fakt, że mają fantastyczne, bogate składy. W recepturach występują składniki naturalne, uprawiane w sposób ekologiczny lub dziko rosnące na ekologicznych terenach (ta dzikość podoba mi się najbardziej!), a hydrolaty roślinne występują w nich w zamian za zwykłą wodę! Podczas obróbki i przetwarzania składników kładziony jest szczególny nacisk na zachowanie wszystkich najcenniejszych właściwości (pewnie dlatego też marka nie ma obaw przed poddawaniem swoich produktów badaniom biowitalności :), więc formuły są opracowywane nie tylko na podstawie właściwości, ale też możliwości technologicznych. Dodatkowo D’Alchemy bardzo dużo czerpie z aromaterapii, co niewątpliwie da się wyczuć przy spotkaniu z ich kosmetykami. Wiele jest w nich olejków eterycznych, które mają działać leczniczo, a przy okazji tworzą piękne bukiety zapachowe. Ale to nie koniec! Czy wiecie, ze nawet kolor szkła w opakowaniach został przemyślany i ostatecznie ma ogromny wpływ na zawartość? Chroni ją między innymi przed utratą świeżości.
Jestem pod wrażeniem.
I choć wszystko o czym wspomniałam może wydawać się mało namacalne, to uwierzcie mi, w tych kosmetykach to po prostu czuć.

Kosmetyki D’Alchemy

Przechodząc do meritum i opisu kosmetyków, które mam i używam już od jakiegoś czasu, na moje ręce trafiły dwie sztuki:
Nawilżający tonik do twarzy – Hydrating Dew Toner
Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej – Loss Of Elasticity Skin Renewer.
Które używałam w duecie.

Nawilżający tonik do twarzy Hydrating Dew Toner D’Alchemy, to wbrew pozorom bardzo skomplikowany produkt, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oprócz hydrolatu z róży damasceńskiej, na której bazie ogólnie powstał, zawiera ekstrakt z róży francuskiej, wyciąg z alg, lakton kwasu glukonowego oraz olejki eteryczne z róży damasceńskiej i grapefruitowy. Jednak w konsystencji czy wchłanianiu się tego nie odczuwa. Nie jest ciężki. Atomizer tworzy z niego lekką mgiełkę, która potrzebuje chwili aby wchłonąć w skórę.Przywraca jej odpowiednie pH i nawilża. Po jego użyciu nie występuje uczucie ściągnięcia czy podrażnienia. Nie lepi też i nie tłuści. Jest zupełnie neutralny, dzięki czemu, możemy działać w temacie pielęgnacji dalej. Za sprawą olejków eterycznych, o których wspomniałam wcześniej fajnie pachnie – z jednej strony otula, z drugiej daje takiego energetycznego kopa, dlatego jako poranna mgiełka na pobudkę sprawdza się rewelacyjnie.

Kosmetyki D’Alchemy

Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej Loss Of Elasticity Skin Renewer D’Alchemy, to bogata formuła. Jej stosowanie zapewnić ma większą elastyczność i jędrność skóry. Spłycenie zmarszczek i usunięcie nierówności. Nawodnienie i zabezpieczenie przed utratą wody. Krem zawiera w sobie hydrolaty, wyciągi, ekstrakty, masła, oleje i olejki eteryczne. Jest tego cała masa! Kompozycję zapachową tworzy róża, drzewo sandałowe, rozmaryn, mandarynka, lawenda i goździk. I pachnie to naprawdę fajnie. Trochę świeżo, trochę korzennie, inaczej. Konsystencja tego kremu jest taka konkretna, gęsta, stała. Natomiast sprawnie się rozprowadza i dobrze wchłania. Pozostawiając po sobie ślad w postaci przyjemnej w dotyku skóry i pięknego zapachu. Krem nie tłuści, nadaje się więc i pod makijaż. Nie wpływa źle na jego jakość czy trwałość. Wręcz przeciwnie, dobrze nawilżona i odżywiona skóra, wygląda po prostu o wiele lepiej. W dłuższej perspektywie nie musimy maskować niedoskonałości, przebarwień, czy przejmować się widocznością wgłębień. I makijażu jest mniej i skóra wygląda o wiele młodziej i zdrowiej.

Tak jak wcześniej wspominałam kosmetyków tych używałam razem i już po kilku dniach miałam wrażenie, że skórę mi podmienili. Była tak inna, tak przyjemna w dotyku, tak gładka i równa. Miękka, ale też elastyczna i jędrna. Wydawała się być tak szczęśliwa i dopieszczona, że i mi się od razu humor poprawiał jak jej dotykałam. 🙂 W tym ciężkim okresie pogodowym, duet ten dał i odżywienie, i ochronę, i ukojenie. Nie miałam ani chwili przesuszonej czy podrażnionej cery. Nie występowały też żadne zaczerwieniania czy niedoskonałości. A cera wydaje się być o jakieś 10 lat młodsza.

Kosmetyki D’Alchemy

Oprócz kosmetyków, które sprawdzają się świetnie. Marka kusi również samą prezentacją produktów, ich szatą graficzną (niezwykle minimalistyczną i estetyczną) czy sposobem pakowania. Kosmetyki dotarły do mnie spakowane w porządne pudełko/szufladkę, owinięte czarną bibułką i przewiązane wstążeczką. Do tego bileciki, ulotki. Wszystko spójne, cieszące oko.

Czy jest więc to po prostu kolejna marka kosmetyków naturalnych? Na pewno nie i wiele rzeczy ją wyróżnia, ale mam jednak pewne zastrzeżenia. 🙂 Przede wszystkim opakowania słoiczkowe, które moim zdaniem mogłyby zostać zamienione na bardziej szczelne. Słoiki to najpopularniejsze opakowanie dla kremu, ale chyba też najmniej higieniczne. Myślę, że fajnym rozwiązaniem byłyby pompki albo opakowania typu airless. To po pierwsze, a po drugie – ceny, które są bardzo wysokie. I mimo miłości jaką aktualnie kosmetyki te darzę, chciałabym płacić za nie mniej. Poza tym więcej zażaleń nie mam.

Dziękuję za uwagę! 🙂

Kosmetyki D’Alchemy

Olej konopny w kremie do cery suchej Efektima

Pamiętacie jak jakiś czas temu opisywałam Wam nowość marki Efektima – Olejek konopny? Dzisiaj przychodzę do Was z kolejnym produktem z tej rozrastającej się linii, choć w przeciwieństwie do swojego poprzednika nie jest on tak uniwersalny, a przeznaczony jest do pielęgnacji cery.

Krem do twarzy z olejem konopnym posiadam w wersji dla cery suchej. Wybrałam ją dlatego, że nie ma w tej serii kremu do cery normalnej i ta opcja wydawała mi się jakaś taka najbliższa.

Dla tych, którzy o oleju konopnym nie wiedzą nic, dodam tylko w jednym zdaniu (bo nie chcę się powtarzać i nudzić innych :), że jest to suchy olej, który działa regenerująco, antyoksydacyjnie i przeciwzapalnie; sprawdza się w pielęgnacji całego ciała oraz włosów. I wbrew pozorom – jest w 100% legalny. 🙂 Jest to główny składnik aktywny tego kosmetyku. A ma on za zadanie przywrócić cerze odpowiednie nawilżenie, zatrzymać w skórze wilgoć i chronić ją. Poprawiając przy tym elastyczność skóry. Dodatkowo krem jest „przystosowany” do wrażliwców, a wszelkie podrażnienia łagodzi. Można stosować go zarówno na dzień jak i na noc.

Efektima – krem z olejek konopnym do cery suchej

I tak też go używałam – rano i wieczorem. Choć przyznam, że w różnych ilościach. Wieczorami nakładałam znacznie grubsze warstwy. Nie dlatego, że cienka nie wystarczała. Raczej takie szybkie w zastosowaniu i długo działające „SPA” chciałam skórze zapewnić. Wersja do cery suchej z założenia powinna być bardziej treściwa i tłusta. I choć nie mam porównania do pozostałych dwóch kremów, to jak dla mnie (mimo tego, że nie mam wysuszonej cery) nie jest ona za ciężka czy męcząca. Wiadomo, że nie jest to żel, a ta konsystencja jest gęsta, zbita i rzeczywiście bogata, ale fajnie się wchłania, na skórze tez niewiele pozostawia, więc pod makijaż jak najbardziej się nadaje. Nie wpływa źle na jego trwałość, nie waży korektorów czy podkładów, ogólnie wygląda to dobrze. Choć warto zaznaczyć, że nie jestem typem, który na co dzień kładzie sobie makijaż niczym z tutoriali. Mimo zupełnie zwariowanej pogody, gdzie różnice temperatur i warunków atmosferycznych są z dnia na dzień są ogromne, moja cera naprawdę na się dobrze. Nie mam żadnych podrażnień, miejscowych podrażnień czy zaczerwienień, a ogólnie cerę wrażliwą mam, więc takie rzeczy się u mnie działy niejednokrotnie. Grubsza warstwa na noc też się dobrze sprawdza. Rano skóra nie jest tłusta czy lepka, a świeża, nawilżona i zdrowa.

Krem nawołuje do swojego poprzednika nie tylko zawartym w nich olejem konopnym, ale też zapachem. Opowiadałam Wam już o nim, bardzo w moim klimacie, przypominający One Million. Jest dość wyraźny i intensywny – dla niektórych na pewno będzie to ogromna zaleta, dla innych wada. Wiadomo, że zapach się ten za nami przez cały dzień nie niesie, ale przynajmniej na początku może być wyczuwalny.

Efektima – krem z olejek konopnym do cery suchej

Opakowanie to szklany słoiczek z plastikową nakrętką, o pojemności 50 ml – taki klasyk.

Krem ogólnie zaliczyłabym do wydajnych kosmetyków, którym można się cieszyć (jak patrzę na moje zużycie) pewnie nawet do 3 miesięcy.

Kosztuje ok. 20 zł

Think Pink by ShinyBox

Jako, że październik zawsze różowy, to i w ShinyBox nie zabrakło wstążki. Zapraszam na prezentację Think Pink by ShinyBox 2018.

Tym razem pudełko chodź mogło mieć wiele wersji zostało jasno opisane i nie budzi ani wątpliwości, ani niepotrzebnych podejrzeń.

Markami tej edycji są: Kontigo (Rosie lub Youniverse lub Moov), Il Salone Milano, Bee Natural, Olimp Labs, Biotaniqe, Delia Cosmetics, Dr Barbara i Cewe Fotojoker.

I z tej podstawowej wersji pudełka są 2 rzeczy, które mnie szczerze ucieszyły. Pierwsza Voucher na odbitki w Cewe Fotojoker. Druga natomiast już kosmetyczna – Balsam do ust. Granat. Bee Natural. W 100% naturalny. Z woskiem pszczelim. Regeneruje, natłuszcza i wygładza. I z marką nie miałam do czynienia i balsam do ust bardzo spoko. 🙂 Dostępny jest tylko w Rossmann, w cenie ok. 11 zł.

Rzecz, która może mi się jeszcze przydać, bo jesienią i zimą tego nigdy za wiele, to Krem do rąk i paznokci wygładzający z d-panthenolem Delia Cosmetics. Ale przyznam szczerze, że nie pokładam w nim jakichś większych nadzieji, jeśli o moje popękane dłonie chodzi. Serio są ostatnio w dramatycznym stanie i nie mogę sobie poradzić. CO zagoję, to pękają od nowa, w innych miejscach. Tylko maści witaminowe, jakoś działają, ale też na krótko. Powracając do tematu, krem zawiera masło shea i alantoinę. Kosztuje ok. 4 zł.

Gdybym nie dostała tego Naturalnego kremu odżywczego BIOTANIQE w poprzednim pudełku, to pewnie byłabym tym produktem zachwycona. No ale dostałam, tyle, że wcześniej był on w wersji travel size. Krem sam w sobie super i polecam bardzo.:) Cena ok. 11 zł.

Rzecz, która w moim przypadku nigdy się nie sprawdza, to suplementy wspomagające odchudzanie. Tym razem w pudełku Olimp Labs i Suplement diety Apecontrol. Kosztuje ok. 32 zł.

ShinyBox – Think Pink

Od Il Salone Milano dostałam Odżywkę bez spłukiwania do włosów farbowanych ETERNAL SPRAY LEAVE-IN, którą znam, mam i jakiegoŚ efektu wow u mnie nie wywołuje. Możliwe, że na włosach farbowanych, do których jest dedykowany wypada lepiej. Kosztuje ok. 35 zł.

Kolejną rzeczą, którą mam, a kolejny jej egzemplarz wpadł mi w ręce wraz z październikowym ShinyBox jest pomadka Kontigo – MoovLiquid LipsMatter Show Off. Możecie o nich poczytać tutaj – Płynne pomadki Moov Liquid LipsMatter.

No i Dr. Barbara – kolejny voucher, ale tym razem na kurs.

Tak jak widzicie, w moim przypadku podstawowa wersja pudełka szału u mnie nie robi. Ale za to dodatki ambasadorskie, są po prostu świetne! I muszę je Wam pokazać już teraz, choć pewnie jeszcze gdzieś tam o nich będę mówiła. 🙂

HORFES Mydło bursztynowe

HORFES i Mydło bursztynowe. Wytwarzane jest ręcznie tylko i wyłącznie ze składników pochodzenia naturalnego. Zawiera 10% ekstraktu bursztynowego. I przyznam, że jestem go bardzo ciekawa. Pierwszy raz spotykam się z wykorzystaniem bursztynu w kosmetykach. Brzmi trochę luksusowo. 🙂 Ale do twarzy na razie chyba się nie odważę. W ofercie marki póki co znajdują się tylko produkty do pielęgnacji ciała oraz świece. Wypróbuję mydełko i zobaczymy. Jeśli będzie to coś fajnego i wartego uwagi, na pewno dam Wam znać.

Serum rozświetlające LIQ CC Serum Light 15% Vitamin C BOOST

Serum rozświetlające LIQ CC Serum Light 15% Vitamin C BOOST, to produkt, który prędzej czy później wstąpiłby w szeregi moich kosmetycznych zbiorów. Sera tej marki co chwilę gdzieś się pojawiają, a opinie zachęcają, także cieszę się, że będzie mi dane wypróbowanie go w najbliższym czasie. Aktualnie używam serum Lumene VALO, również na bazie witaminy C, także zaplanuję sobie jakieś zgrabne przejście, albo chwilowy odstęp. Jestem jednak prawie, że pewna, że dam Wam o nim jeszcze znać. 🙂 A może chciałybyście właśnie takie porównanie Lumene VALO vs. LIQ CC BOOST? 🙂

Krem do twarzy 360°AOX NATURATIV

I na koniec Krem do twarzy 360°AOX NATURATIV. Uniwersalny – na dzień i na noc, dla każdej cery o wielokierunkowym działaniu. Zawiera caaałe mnóstwo fajnych składników, w tym również kwas hialuronowy (którego dodatek w kosmetykach jak wiecie uwielbiam). No mam nadzieję, że zrobi na mnie wrażenie, tak samo duże jak jego cena – 192 zł. Myślę, że mogę spodziewać się po nim wiele, więc tą sztukę też pewnie opiszę Wam szerzej.

I właśnie tymi trzema perełkami zamykam prezentację pudełka. Co do wersji podstawowej, to przypuszczam, że podobałaby mi się o wiele bardziej gdybym tych produktów po prostu nie znała. A tutaj praktycznie połowa produktów, to duble, które raczej przekażę dalej. Ale może to i dla Was lepiej – rozdania się szykują. 😀

Pudełek ShinyBox szukajcie oczywiście na shinybox.pl. Pamiętajcie też o exytaboxach – to też są wypaśne zestawy. 🙂

RECENZJA BeTheSkyGirl EASY GOING Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Jako, że temat świeży i w blogosferze jeszcze „raczkujący” (a Wy też zgłosiłyście chęć), postanowiłam przetrzeć szlaki i opowiedzieć Wam o nowości z mojej łazienkowej półki. Jest nią produkt marki Be The Sky Girl, o której mogłaś nawet nie słyszeć. Jest dość młoda, także jeszcze nie do wszystkich miała okazję dotrzeć. Ja trafiłam na nią na wrześniowych targach Beauty Days i kupiłam sobie właśnie wtedy tą Emulsję do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1, o której za chwilę Wam opowiem.

Najpierw jednak kilka słów o marce, bo przecież się jeszcze nie znacie. 🙂 Be The Sky Girl, to polska marka. Jej założycielkami są przyjaciółki – Ela i Ola. Tworzą one kosmetyki pielęgnacyjne, które łączą w sobie naturę z nowoczesnością. A ich receptury oparte są całkowicie na składnikach naturalnych, bez PEG, SLES, SLS czy parabenów. Aktualnie w ofercie marki znajdują się produkty do pielęgnacji twarzy oraz musy do ciała.

BeTheSkyGirl – Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Mnie BeTheSkyGirl zachęciła wyglądem, innym, trochę komiksowym i z poczuciem humoru. To na pewno wyróżnia markę spośród tłumu. Na pierwszy rzut oka może sprawiać również wrażenie kosmetyków dla nastolatek, ale pewnie właśnie dlatego przyciąga. Przecież większość z nas chciałaby jednak tych lat mieć trochę mniej. 😀 Dodam jeszcze, że nigdy wcześniej o Be The Sky Girl nie słyszałam, ale mimo to zaufałam i kupiłam.

Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1 Be The Sky Girl to plastikowa buteleczka, z pompką, o pojemności 100 ml. Jest poręczna, wygodnie się z niej korzysta, ale też kompaktowa, więc sprawdza się w podróży. Konsystencję posiada kremową, nie za rzadką, nie za gęstą. Jest to kosmetyk typu 2 w 1, więc i twarz nim oczyścić się da i zmyć makijaż. Choć ja głównie używam jej do mycia twarzy, bo jak wicie na co dzień w kwestii demakijażu oczu pozostaję wierna rękawicom Glov.

BeTheSkyGirl – Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Emulsja w połączeniu z wodą staje się po prostu bardziej rozwodniona i zawartość jednej pompki starcza wtedy na rozprowadzenie i wmasowanie na powierzchni całej twarzy. Przyjemnie sobie na niej osiada, nie zsuwając się i nie uciekając. Bez problemu zmywa makijaż, oczyszcza skórę i pozostawia ją naprawdę przyjemną w dotyku. Wypielęgnowaną i wygładzoną. Nie podrażnia skóry, ani jej nie wysusza. Po umyciu i osuszeniu twarzy nie pojawia się też efekt ściągnięcia czy uczucie swędzenia. Jest fajnie, serio. Choć przyczepić się do czegoś muszę i tym razem będzie to zapach. Jak dla mnie byt taki mydlany jest. Przypomina mi po prostu jakąś kostkę Fa czy coś takiego. Mógłby być jakiś bardziej wyszukany. No i jeszcze ta pojemność. Bo o ile ogólnie opakowanie super, to na dłuższą metę 100 ml to jednak trochę mało, szczególnie gdy używa się kosmetyku 2 razy dziennie, a kosztuje on ok. 50 zł. I choć nie wiem jakby był bardzo wydajny, to po prostu się pewnych rzeczy nie przeskoczy. Więc moim zdaniem przy tej cenie pojemność powinna być nieco większa.

I w zasadzie to chyba wszystko, co mogę Wam o tej emulsji powiedzieć.

Kosmetyk fajny i godny polecenia, także jeśli będziecie miały okazję, próbujcie! 🙂

Odprężająca kolagenowa maseczka pod oczy PUREDERM

Ogólnie boję się trochę kosmetyków do pielęgnacji okolic oczu. Tak często je podrażniają, że zanim wypróbuje czegoś nowego, to czaję się koło tego z tydzień. Tak było i tym razem, ale moja nieufność była zupełnie nieuzasadniona i niepotrzebna.

Kolagenowe płatki pod oczy, a w zasadzie nawet Kolagenowa maseczka pod oczy PUREDERM to ostatnio mój ulubieniec.

Płatki wykonane są z cienkiej, dobrze przylegającej do skóry płachty. Są optymalnie nasączone, dzięki czemu nic nam nie cieknie, nie leci do oczu, nie przesuwa się i nie spada.

Purederm Maseczka kolagenowa pod oczy

Maseczkę trzyma się na skórze od 15 do 20 minut i powiem Wam, że czas ten należy do bardzo przyjemnych i odprężających. Wilgotne płatki chłodzą okolice oczu, nie tylko relaksując skórę, ale także spełniając rolę swojego rodzaju opatrunku. Są bardzo przyjemne i delikatne. Lekko naciągają skórę podczas ich noszenia. Świetnie sprawdzają się wieczorową porą. 🙂

Maseczka fajnie nawilża, wypełnia i ujędrnia. Skóra pod oczami jest jakby jaśniejsza, trochę młodsza i zdrowsza. A przede wszystkim taka odprężona i zrelaksowana. Bardzo przyjemna. I wszystkie te efekty są widoczne nie tylko tuż po zdjęciu maski, ale także po całej nocy – rano.

Składnikami aktywnymi jest oczywiście kolagen, a także witamina E raz ekstrakt z zielonej herbaty. Działają one nawilżająco, ujędrniająco i przeciwstarzeniowo. Nie zawierają perfum, są zupełnie bezzapachowe.

Opakowanie zawiera 30 płatków, więc trochę czasu sobie nimi umilimy. 🙂

Beauty&Shape czyli extrabox ShinyBox

Dzisiaj znowu box! I to nie byle jaki, bo extrabox Shinybox – Beauty&Shape. I dokładnie tak jak nazwa wskazuje pudełko wypełnione jest produktami dla urody i dobrego samopoczucia.

Ogólnie w każdym pudełku znajduje się 11 produktów, w tym dwa z półki suplementów, dwa z półki relaksu, a reszta to kosmetyki pielęgnacyjne i kolorowe.

Przyznam szczerze, że do tematu suplementacji podchodzę dość nieufnie, więc nie jest to moja ulubiona część pudełka, dlatego opiszę ją od razu! 😀 Myślę, że wiele z Was może zainteresować 3Flow Solutions, czyli suplement diety, który może wspomóc odchudzanie i trzymanie linii, a kosztuje ok. 130 zł, więc całkiem sporo. Dziennie powinno się zjeść 2 kapsułki, a standardowe opakowanie zawiera ich 60, jest więc to kuracja miesięczna. W składzie aminokwasy (L-karnityna, L-tyrozyna), witaminy z grupy B (B1, B2, B6, B12), wyciągi roślinne (ekstrakt z owoców Acai, ekstrakt ze skórki owoców Garcinia Cambogia, ekstrakt z owoców czarnego pieprzu – 95% piperyny), kofeina, chrom. Więc chyba rzeczywiście może zadziałać. 🙂

Drugim produktem jest Pure Green Coffe – Detox Green Coffee – kawa odchudzająca. W pudełku występuje jako upominek i opakowaniu jest jej chyba na jedno parzenie. Jest to mieszanka, a nie typowa kawa. Występują w niej zielona i czarna kawa Arabika oraz naturalne składniki ziołowe.

To propozycja moja jest taka, żeby w drugiej kolejności omówić produkty dla duszy, a kosmetyki zostawimy sobie na koniec. 🙂

Świece Bispol zna pewnie większość z Was. 🙂 Są i stosunkowo tanie i bardzo przyjemne. Naprawdę jako jedne z nielicznych pachną podczas palenia! A zapachy mają fajne. „Kawa”, która znalazła się w pudełku to takie cukierki Kopiko – słodka czarna. Dla mnie ekstra. Jedyne co bym w tych świecach zmieniła to opakowanie – zostawiłabym je w najprostszej formie, jakiegoś przezroczystego słoika. 🙂 Cena: ok. 7 zł.

Druga świeca to tealight od Natura Rzeczy, tester. Jest to (bardzo modna ostatnio 😛 ) świeca sojowa, ręcznie robiona. Pachnie ślicznie. Cały zestaw 6 szt. kosztuje 10 zł.

Beauty&Shape ShinyBox

To przechodzimy do kosmetyków! Jako, że zawsze zaczynam od tych najulubieńszych, to dzisiaj… też od nich zacznę! 😀 Tylko tym razem odeślę Was do tekstów, które już na temat tych kosmetyków powstały, bo je bardzo dobrze znam:
Catrice Maskara Efekt Sztucznych Rzęs Glam&Doll ,
Powrót do natury Naturalne mydło z olejkiem lawendowym .

Kolejna rzecz, z której się bardzo ucieszyłam i na dodatek jest dla mnie nowością, jest Suchy Szampon Exclusive Polska. Tego nigdy za wiele, bo choć głowę to ja myję raczej codziennie, czasami na szybko się przydaje. Do tej pory moimi dwoma ulubionymi jest Got2Be i Paul Mitchell, ale kto wie, może i ten wskoczy na podium. Puszka 100 ml kosztuje ok. 21 zł.

Puder utrwalająco-matujący Velvet HD Earthnicity sobie z chęcią przetestuję. Jest to puder mineralny. Rozjaśnia, matowi, kontroluje sebum no i utrwala. Travel Size (0,5g) kosztuje 15 zł.

Zarówno z Vasco Nails jak i Pablo Color dostałam produkty do paznokci. Z Vasco bazę do manicure hybrydowego i z Pablo Color top matujący.

Beauty&Shape ShinyBox

I na koniec zostały olejki z Bio Agadir – chyba w sumie taka wisienka. Olej Arganowy Bio kwiat róży i
Olej Arganowy Bio owoc pomarańczy. Tłoczony na zimno, organiczny, bardzo wysokiej jakości. I o ile olej arganowy nie jest dla mnie niczym nowym, ani owianym tajemnicą, to zazwyczaj spotykałam go w wersji „saute”. A tu proszę – z dodatkiem olejków z róży i z pomarańczy. Extra! Pachną cudnie. Myślę, że spożytkuję je na włosy, które w końcu podczas olejowania będą ładnie pachniały. 🙂 Dodatkowym plusem jest zupełnie ludzka i przyzwoita cena – 12 zł / 10 ml. 🙂

W pudełku znalazłam również trochę kuponów rabatowych, które po części już wykorzystałam, ale w sumie nadal mogę się podzielić: 😉 😛
Bio Agadir – 10% rabatu, kod rabatowy:BOX, www.domiuroda.pl
Ekodemi.pl – 20% rabatu, kod rabatowy: EKODEMI20
Earthnicity.pl – 15% rabatu, koda rabtowy: BOX

I to już wszystko.
Myślę, że box ten jest idealną sprawą, dla osób, które lubią takie mixy w pudełkach otrzymywać. Trochę tego, trochę tamtego i w zasadzie człowiek ma wszystko, czego mu do szczęścia trzeba. 😀

Extrabox można zamówić na shinybox.pl w jednorazowym zakupie, tutaj subskrypcja nie obowiązuje. Cena: 59 zł.

 

Zobacz również:

Coś Pięknego by ShinyBox

Hippiness by Shinybox czyli sierpień 2018

Summer Vibes by ShinyBox – lipiec 2018