Ulubieńcy ostatnich miesięcy (pielęgnacja) – wrzesień 2019

Do przedstawienia Wam ulubieńców kilku ostatnich miesięcy zbieram się już chyba… z kilka miesięcy 😂. Dlatego serio są to rzeczy dokładnie sprawdzone, przetestowane, a w niektórych przypadkach – kupione ponownie. Tym razem głównie pielęgnacja, bo tak sobie pomyślałam, że dla kolorówki napiszę osobny post, trochę też mi się tego uzbierało, rozumiecie. 😉

 

Ulubieńcy do pielęgnacji ciała

Na pierwszy ogień idzie mydło – Mydło Chlebowe AQUAFARINA FERMENTI konkretniej. Ukochałam je sobie z kilku powodów. Ma fantastyczną i niespotykaną bazę z kwasu chlebowego, genialny zapach chlebowych wypieków, delikatny skład i uniwersalną formułę. Może używać go cała rodzina, do wszystkich części ciała, jak i włosów. Oczyszcza, nawilża i łagodzi. Ja myłam nim również twarz. Mydło nie ściąga, nie wysusza. Przywraca skórze właściwe pH. Nadaje się do każdego rodzaju skóry. Ma konsystencję jak dla mnie typową dla żelu czy płynu pod prysznic. Całkiem dobrze się pieni. Na dole opakowania zbiera się osad, no ale tak to z naturalnymi kosmetykami bywa i raczej niczemu nie przeszkadza. 😉 Duża butla z pompką to też wariant opakowania, który darzę sympatią, także wiecie – polecam Wam.

Mydło chlebowe

Tołpa Urban Garden Balsam do ciała, to bardzo fajny balsam, który solidnie nawilża skórę. I nie pozwala aby nawilżenie ulotniło się przez kilka godzin. Skóra jest miękka i przyjemna przez wiele, wiele godzin. Podczas jego używania, ani razu nie odczułam dyskomfortu, suchej czy swędzącej skóry. Konsystencja jest treściwa i do tych lekkich nie należy, ale całkiem fajnie się wchłania, choć pozostawia na skórze delikatne natłuszczenie. Ma bardzo fajny, raczej delikatny zapach, który pozostaje na skórze przez jakiś czas. Tubka 200 ml kosztuje 22 zł, więc dobry deal to jest.

Tołpa Urban Garden Balsam do ciała

 

DEEPLY FIRMING Breast Relief Phenome, to żel ujędrniający do biustu. Niestety u mnie biustowych powierzchni do ujędrniania raczej brakuje, ale ze względu na jego konsystencję i zapach nie mogłam się oprzeć i kupiłam. Bardzo przyjemny w stosowaniu kosmetyk, który świetnie się wchłania, nie lepi się, nie pozostawia po sobie nic nieprzyjemnego. Ma genialny, charakterystyczny i bliżej nieokreślony zapach, który zmuszał mnie aplikowania żelu nie tylko w okolice biustu, ale także innych części ciała. Najlepiej to po prostu byłoby gdyby balsam do ciała o takim zapachu wypuścili, albo perfumy- jeszcze lepiej. 😀 Może przy okazji wyszłoby to korzystniej cenowo, bo niestety cena jest zabójcza. Ja akurat kupiłam serum z krótką datą ważności -70%, natomiast w stałej sprzedaży jest za 135 zł, co moim zdaniem jest przesadą. 😉

Phenome – Żel do biustu
Ulubieńcy do pielęgnacji twarzy

Tutaj przede wszystkim chciałabym pokazać Wam duet z serii VALO z Lumene. Esencja hialuronowa z witaminą C czyli VALO GLOW BOOST Lumene, to zdecydowanie ta formuła, którą lubię najbardziej. Lekka, delikatnie żelowa, szybciutko się wchłaniająca, pozostawiająca po sobie delikatne napięcie i znak, że trzeba tam jeszcze coś dobrego dla cery położyć. Jest z kwasem hialuronowym, który przyznam jest moim ulubionym składnikiem produktów takich jak sera, esencje czy nawet kremy. Jakoś inaczej się ich używa. Świetnie nawilża, wygładza i naprawia. Do tego cudnie pachnie i dzięki butelce z pipetką jest wygodne w użyciu. Do kompletu jest krem – Lumene VALO (Light) GLOW REVEAL, który również ma genialną konystencji i szybciutko się wchłania, nie pozostawiając po sobie żadnych dających dyskomfort oznak. Może służyć jako baza pod makeup, bo porządnie odżywia skórę i daje jej odpowiednie nawilżenie, ale też bez przesady – i w tym cały jego urok. Nie zalega, nie tłuści, nie ciąży. Makeup twarzy się trzyma, a nie spływa razem z kremem, który na dzień po prostu się nie nadaje. Tak jak esencja VALO GLOW BOOST, krem pachnie cudnie. Chce się po niego sięgać i chce się go na sobie nosić. Jedynym minusem tych dwóch produktów są ich ceny. Krem w okolicach 90 zł, a esencja – 130 zł. Jednak używając ich i znając filozofię marki oraz ich podejście do składników, wiem, że swojej ceny są warte. Na szczęście należą do produktów bardzo wydajnych. 🙂

Lumene VALO

Z witaminą C ostatnio też używałam Serum LIQ CC LIGHT 15% VITAMIN C BOOST. Lekkie, fajnie się wchłaniające serum. W konsystencji przypomina taki rozwodniony olej, natomiast nie jest to typowo oleista konsystencja. I wchłania się też szybciej i lepiej niż sera olejowe. Jest taki na pograniczu. Fajnie nawilża, odżywia i ogólnie tak polepsza stan skóry. Można stosować do zarówno na dzień, jak i na noc. I w zasadzie nie miałam do niego zastrzeżeń po porannej aplikacji, ale pewniej jednak czułam się nakładając je głównie na noc. 😀  Serum jest super wydaje i jedna buteleczka spokojnie wystarczy na ok.6 miesięcy. Kosztuje ok. 60 zł, więc ostatecznie się to całkiem fajnie kalkuluje. 🙂

Kwas hialuronowy BioOleo – bardzo spoko, wydajna formuła, 30 ml wystarcza na kilka miesięcy. Używałam do pod krem, albo serum olejowe. Kosztuje ok. 60 zł.

Serum LIQ CC i Kwas hialuronowy BioOleo

I jeszcze jedna rzecz z witaminą C! 😀 SYNCHROLINE Synchrovit C serum przeciwzmarszczkowe. Bardzo ciekawe, bo takie w stylu „świeżego” kosmetyku. Serum po trochu robi się samemu, gdyż sproszkowana witamina C dołączona jest do ampułki w saszetce. Pełnowartościowy kosmetyk więc mieszasz sobie sama. Na dodatek jego przydatność to jedynie 10 dni. Ma genialną konsystencję, którą skóra wręcz chłonie. Świetnie nawilża, wypełnia i wygładza, a do tego przepięknie pachnie. Miałam tylko jedno opakowanie, co oznacza, że używałam serum przez 10 dni, no tyle czasu nie wystarczyło mu za rozprawienie się z moimi zmarszczkami, także na tym polu skuteczności Wam nie potwierdzę, natomiast ogólnie kosmetyk jest baaardzo przyjemny. 🙂 Ampułka 5 ml kosztuje ok. 30 zł.

Synchroline Synchrovit

Jest jeszcze jeden krem, o którym muszę wspomnieć, bo jest genialny. Zanim po niego sięgnęłam jakoś na szał się nie nastawiałam, a z drugiej strony zaczęłam go używać następnego dnia od jego otrzymania (trafił do mnie w paczce Meet Beauty, Agencja Blog Media – dzięki bardzo! <3), bo nie wytrzymałam z ciekawości. Z marką spotkałam się po raz pierwszy, więc naturalnie chciałam ją po prostu bliżej poznać. I powiem Wam, że po trwającej około 2 miesięcy przygodzie z tym kremem, wiem, że to nie był nasz pierwszy raz. MesoBoost V-shape Face Cream sprawia, że twarz jest tak niesamowicie gładka i miękka. Do tego taka wypełniona, naciągnięta. Bez żadnych niedoskonałości, tryskająca zdrowiem i witalnością. Po pierwszej aplikacji totalnie zgłupiałam, miałam wrażenie że dotykam kogoś innego. Co ten krem robi z twarzą to po prostu bajka jest i musicie go wypróbować na własnej skórze. Do tanich nie należy. 100 zł za 30 ml, to jednak kupa kasy, ale naprawdę warto. 🤩

MesoBoost V-shape Face Cream
Ulubieńcy do oczyszczania twarzy

PURE BY CLOCHEE Oczyszczający płyn micelarny – myślę, że jak w takiej cenie to bardzo dobry produkt, choć wolę Relaksującą Wodę Micelarną Clochee, z tym, że ta jest dwa razy droższa. 😅 Dobrze zmywa makijaż. Ma delikatny zapach i wbudowaną w butelkę pompkę. Nie podrażnia i nie denerwuje. 200 ml kosztuje ok. 30 zł, dostępne w Hebe, także też na plus.

SYLVECO Tymiankowy żel do mycia twarzy jest świetny. Fajnie oczyszcza, przy czym jest bardzo delikatny. Nie podrażnia, nie ściąga. Ma delikatny, tymiankowy zapach i pompkę w butelce. Konsystencja dla żelu typowa. Nie pieni się, co dla mnie w produktach myjących do twarzy jest najważniejsze. Wydajny i do tego całkiem tani – ok. 20 zł. Dostępny wszędzie (kocham za to Sylveco 😀 ).

BIOLAVEN Płyn micelarny to mój hit i nie pierwsze opakowanie. Świetnie radzi sobie z makijażem, nie podrażnia okolic oczu i nie ściąga twarzy. Ma cudny zapach i fajną cenę – ok. 20 zł.

Sylveco – tymiankowy żel, Biolaven – płyn micelarny, Pure by Clochee – Płyn micelarny

Promocja na makijaż w Rossmann

Właśnie ruszyła Makijażowa promocja w Rossmann. Tym razem zasady są inne. Czy lepsze?

Co się zmieniło?
1. Aby skorzystać z promocji nie trzeba posiadać karty klubowicza.
2. Nie ma stałego rabatu.
3. Indywidualne rabaty na marki i konkretne produkty. Od -35, do -70%.
4. Pojawią się również promocje 1+1 gratis.
5. Nie ma ograniczeń ilościowych. Kupujesz ile chcesz.

Promocja w Rossmann trwa od 16 do 30 września.

 

Co polecam?
Trochę jestem nie na bieżąco z pokazywaniem Wam moich ulubieńców, ale mam nadzieję, że poniższe też okażą się pomocne. Koniecznie zapoznajcie się również z nowościami tych marek. 😊

OH! My Lips Matt Lip Kit Eveline Cosmetics – czy warto?

Idealny podkład za 30 zł – Eveline Cosmetics Liquid Control

Wakacyjny makijaż. Mini-recenzje kolorówki.

 

Strobing – modelowanie przez rozświetlanie | Strobing Make Up Kit Wibo

Neutral Eyeshadow Palette Wibo – czy warto?

Usta à la Kylie Jenner – Wibo Million Dollar Lips

Bardzo przyzwoita kredka do brwi za 15 zł

Stylizacja i pielęgnacja brwi. Eyebrow Stylist Wibo

Sposób na przedłużenie świeżości manicure

 

Serum olejowe Dzika Figa O!Figa

Jakiś czas temu za sprawą Warsztatów Fotografii Produktowej, które organizowałam dla blogerek i influencerek w marszalstudio, trafiło w moje ręce Serum Dzika Figa marki O!Figa. Choć do tej pory nie miałam przyjemności z kosmetykami tej marki, to kojarzyłam ją z zeszłorocznej listopadowej edycji Ekocudów w Warszawie. I szata graficzna zwróciła moją uwagę i urocze stoisko. Nic wtedy nie kupiłam, bo moje zapasy były spore, ale jak się okazało – była inna okazja, aby z kosmetykami O!Figa się spotkać.

 

Serum olejowe Dzika Figa

to z pewnością flagowy produkt marki. I oprócz tego, że jest swoistą jej wizytówką, to serio jak wejdziecie w neta, to same ochy i achy o nim przeczytacie. Przyznam zupełnie szczerze, że sama do tego akurat serum podchodziłam ostrożnie. Bo przecież to serum olejowe. A ja jednak lubuję się w tych na bazie kwasu hialuronowego, takich bardziej lekkich, żelowych, szybciutko się wchłaniających. Mimo to zaczęłam używać i to też niełatwą dla tego typu produktu porą, bo przy końcówce wiosny i z początkiem lata, ale byłam go już tak ciekawa,  że czekać dłużej nie mogłam i nie chciałam. Serum polecane jest do nocnej pielęgnacji i w taki sposób właśnie je stosowałam.

Serum olejowe Dzika Figa jest jak nazwa wskazuje jest typowo olejowe. Nie jest to ani olej lekki, ani suchy. Konsystencja jest konkretna, kosmetyk jednak nie wchłania się od razu i nie w pełni. Natomiast nie jest też tak, że wstając rano, nasza twarz świeci się olejem jeszcze po wieczornej kuracji. 😉 Myślę, że dobrze sobie pod te serum olejowe robić podkład z kwasu hialuronowego, żeby ładniej i szybciej się wchłaniało. Zanim mi się skończył używałam kwas hialuronowy od BioOleo, a później dokupiłam sobie Piękną Trójcę O!Figa, żeby mieć komplecik. 🙂 Natomiast, jest to moja interpretacja, oryginalny „sposób użycia” mówi o stosowaniu na zwilżoną skórę.

SKŁAD i działanie

Jest to kompozycja kilku składników. Znajdziemy w nim oczywiście olej z opuncji figowej (najdroższy olej rośliny na świecie! ), a także olej z nasion cedru syberyjskiego (wow!), olej z lnianki siewnej ( 😀 ), nadkrytycznego ekstraktu z dzikiej róży, oraz olejowej formy witaminy C. A więc posiada właściwości antyoksydacyjne, wygładzające, nawilżające i regenerujące. Jest kosmetykiem antystarzeniowym, a także idealnym do cer problematycznych. Silnie zatowarowanym w witaminy F, E, P, A i B, a także C. Ujednolica koloryt, rozjaśnia. Dzięki niezwykle wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych, jest ogromnie pomocny przy walce z chorobami skórnymi takimi jak egzema czy łuszczyca. Serum nie zawiera żadnych perfum i zapachów, także i wrażliwa cera nie odczuje dyskomfortu.

INCI: Opuntia Ficus-Indica (Prickly Pear) Seed Oil, Pinus Sibirica Seed Oil, Rosa Canina Fruit Oil, Camelina Sativa Fruit Oil, Tocopherol, Tetrahexyldecyl Ascorbate, Rosa Canina Fruit Extract, Helianthus Annus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract.

Mieszanka ta działała naprawdę fajnie i bardzo przykro było mi, gdy ta mała szklana buteleczka z pipetką, z niesamowicie radosną i przyciągającą uwagę etykietą, roztrzaskała się o podłogę w mojej łazience. No niestety. Na szczęście po takim czasie używania (ok. 3 miesięcy) wiem z czym miałam przyjemność. 😊

EFEKTY

Skóra oprócz tego, że nawilżona i wygładzona, to też ogólnie o wiele zdrowsza. I jakoś tak mniej niedoskonałości i mam wrażenie, że oznaki zmęczenia jakoś mniej widoczne były. O rzeczach takich jak przesuszenie czy odwodnienie w ogóle mowy nie było, nawet w najbardziej skwierczące słońcem dni. Ja to ogólnie taka dość wrażliwa jestem i często mam tą twarz podrażnioną, czasami swędzącą, czasami zaczerwienioną, ale podczas stosowania serum tego typu sytuacje występowały sporadycznie, pewnie właśnie wtedy, gdy go chwilowo odstawiałam, bo upały tego lata bywały dość mocno odczuwalne i przyznaję, że czasami musiałam sobie odpocząć od nakładania warstw. 😉 Ja akurat z żadnymi większymi problemami skórnymi na co dzień nie walczę, także nie opowiem Wam, jak serum działa w bardziej skomplikowanych przypadkach. Natomiast patrząc na właściwości składników, ma ono naprawdę szerokie spektrum działania. A i po cichu powiem Wam, że czytałam w necie opinie innych dziewczyn, które mają różne problemy z cerą i z Dzikiej Figi były zadowolone. 😊

Wydajność i cena

Tanie nie jest. Kosztuje 89 zł za 20 ml. Jednak jest cholernie wydaje 🤭 i jedna taka buteleczka wystarcza na kilka długich miesięcy. Stosując go przez 3 miesiące zużyłam może 1/5 opakowania? Także ostatecznie koszt ten jest zupełnie akceptowalny i zrozumiały. 😊

Recenzja: Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics

Zapewne tak jak wiele z Was, ja też wciąż szukam swojego ideału wśród dezodorantów naturalnych. Wiele takich przez moje ręce przechodziło i przyznam Wam szczerze, że dla opisywania większości z nich, szkoda mi było czasu. Nie dawały w zasadzie nic, i nawet jakiejś takiej zwyczajnej sympatii nie wzbudzały. Dlatego też nie znajdziecie u mnie zbyt wiele recenzji naturalnych antyperspirantów. Natomiast kilka takich, które po prostu polubiłam jest i dawałam Wam o nich znać (na końcu artykułu je znajdziecie). I dzisiaj do tej grupy lubianych dojdzie kolejny, bo choć idealny nie jest, to przyjemnie się z nim żyje.

Dezodorant o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to produkt małej manufaktury kosmetycznej, tworzącej cudne receptury naturalnych i certyfikowanych składników z polskich łąk, ogrodów i lasów. Myślę, że kosmetyki te wyróżniają się na tle konkurencji kreatywnością w doborze składników oraz taką … hm, prawdziwością. Nie zawierają żadnych wspomagaczy, parabenów, silikonów, aluminium, ani nie są testowane na zwierzętach. I pewnie dlatego tak bardzo lubię ten dezodorant.

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics – bo od początku właśnie o nim mówimy, to kombinacja składników antyperspiracyjnych, antybakteryjnych, antyseptycznych i pielęgnacyjnych. Marka zamknęła w nim i ałun (ałun – naturalny antyperspirant) i zioła (szałwię, i lipę), a także aloes i d-panthenol. Mieszanka ta zapewniać ma zarówno ochronę przed nadmierną potliwością (bez zatykania gruczołów potowych), niwelowanie nieprzyjemnego zapachu, jak i łagodzenie podrażnień. Czy właśnie w taki sposób działa? Dowiecie się za chwilę. 🙂

Płyn, przyznam – dość wodnisty, zamknięty jest w szklanej butelce z kulką, jest więc to dezodorant typu roll-on. Kuleczka działa bezawaryjnie, a na szkło, wiadomo, trzeba uważać. Aczkolwiek butelka ma dość solidne i grube ścianki, więc nic tam nie powinno się dziać. Dezodorant zamykamy plastikowym kapturkiem – nakrętką. Totalna prostota, dla wielu pewnie nic szczególnego, ale mnie jednak coś w tym opakowaniu urzekło – ręcznie opisana data ważności na etykiecie. Dla mnie świadczy nie tylko o niewielkim nakładzie kosmetyku, ale przede wszystkim o staranności z jaką jest przygotowywany.

Rzeczą, którą w tym dezodorancie lubię bardzo  jest zapach. Bergamotka – świeża, cytrusowa, orzeźwiająca – w sumie taki totalny klasyk, ale dla mnie jest tak w niej coś jeszcze, coś czego nie potrafię opisać, ale przepadam za tym strasznie. No i wiecie, dzięki takiemu, a nie innemu zapachowi, dezodorant jest zupełnie uniwersalny, przydatny dla obu płci. Swoją drogą, Earl Greya to ja w okresie jesienno-zimowym piję litrami. 😉

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Jeśli chodzi o działanie dezodorantu, to nie będę Was oszukiwała i pisała, że świetnie sprawdza się w upały. Bo dla mnie jest jednak za słaby. I o ile z niego korzystam na co dzień, to jednak wychodząc z domu zawsze przejadę tradycyjnym, drogeryjnym antyperspirantem. Ale przy dniach „chłodniejszych” – do 20 stopni, sprawdzał się bardzo dobrze. Często stosuję go od razu po kąpieli, jako produkt kojący i łagodzący. I powiem Wam, że od kiedy go używam, skóra pod pachami znacznie rzadziej jest podrażniona, nie swędzi mnie i nie piecze. Nie tworzą mi się tam tez żadne brzydkie rzeczy. Więc pod względem pielęgnacyjnym i łagodzącym jest po prostu świetny. Uważam, że ma trochę zbyt wodnistą konsystencję, bo często zdarza się, że po prostu krople po ciele mi ciekną. I wiadomo – może być to trochę irytujące, to jednak bardziej szłabym w stronę tego, że się marnuje. 🙁 Choć przyznać muszę, że jego wydajność jest naprawdę fajna. Używam na co dzień od jakichś 3 miesięcy i jeszcze z 1/5 opakowania jest. I przy cenie 45 zł za 50 ml wygląda to w sumie dość przyzwoicie. 🙂

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Ałun – naturalny antyperspirant

 

Wakacyjny makijaż. Mini-recenzje kolorówki.

Dzisiaj makijaż! I to nie byle jaki, a jak na mnie to nawet szalony, bo kolorowy. Nadal utrzymany w sumie bezpiecznych tonach, no ale mimo wszystko nie jest to beż czy brąz, które u mnie są standardem. Ostatecznie powstał chyba taki świeży i całkiem soczysty look, do którego wykonania użyłam kosmetyków różnych marek. Dlatego też postanowiłam przy okazji makijażu Wam je pokazać i krótko zrecenzować. Niektóre z nich to moje stare hity, z którymi się rzadko rozstaję, inne – zupełne nowości.

 

INSPIRACJA

Do zabawy kolorem pomarańczowym, miedzią i złotem zachęciła mnie Paletka cieni Sparkle Eveline Cosmetics, którą kocham za opakowanie, za kolory cieni i za to, że fajnie się z nimi pracuje. Nie osypują się, ładnie się rozprowadzają i blendują. Pięknie wyglądają na powiecie i trzymają się jej naprawdę długo, również w warunkach letnich czy imprezowych. Jedynym minusem jest takie spłaszczanie i wygładzenie się powłoki cieni foliowych po kilkukrotnym przejechaniu czy to palcem czy pędzelkiem (wiecie co chodzie, nie? 😊). Poza tym są extra, jestem nimi oczarowana po prostu. Kolory są świetnie skomponowane, idealnie się uzupełniają i można dzięki nim stworzyć coś ciekawego. Matowe cienie, to klasyczne, dobrze napigmentowane odcienie. Foliowe – chyba całkiem przyzwoite, mają dobrą przyczepność, osiadają na powiecie i co najważniejsze – iskrzą intensywnie.

 

TWARZ

Podkład Naked Skin Match Blur&Moisture Revers Cosmetics – całkiem przyjemny, bo niezbyt ciężki. Nie robi efektu maski, jak z resztą widać na załączonym obrazku. Coś tam kryje, do tego wyrównuje. No i nie przesusza, nie podrażnia. W upały z kolei też leży, nie spływa. Nie zapycha, nie blokuje. Rzeczywiście ładnie się wtapia i dopasowuje. Ma wygodne opakowanie z pompką i jest bardzo przyjemny cenowo.

Bronzer Sampure Minerals – mój hit. Wcześniej tak bardzo lubiłam tylko bronzer z Vita Liberata. Ma przepiękny, głęboki odcień, który na skórze wygląda mega naturalnie i przyjemnie. Można nim wykonturować twarz czy po prostu delikatnie podkreślić kości policzkowe. Bardzo przyjemnie się rozprowadza. Współpracuje z innymi kosmetykami, które już na twarzy są. I trzyma się jej naprawdę długo.

Podkład rozświetlający Sampure Minerals – lekki, dający mega naturalny efekt. Wyrównuje i wygładza. Bardzo ładnie wtapia się w skórę. Może dlatego, że nie matuje przesadnie, a daje delikatny efekt. Nie ciąży, nie waży się.

Róż rozświetlający Lily Glow Annabelle Minerals też należy do ulubieńców. Tak pięknego, delikatnego i naturalnie prezentującego się na skórze koloru dawno nie widziałam. I te przepięknie iskrzące się drobinki! Efekt niesamowity! Uwielbiam go i w pojedynkę, gdy przed wyjściem zdobię tylko swoje policzki i tuszuję rzęsy, jak i w większym gronie, jak makijaż, który Wam dzisiaj pokazuję. CUDO.

Puder matujący – Matt my day PEACH Loose Powder Eveline Cosmetics jest naprawdę dobrym sypkim pudrem matującym i utrwalającym. Ma zabarw w neutralnym odcieniu, więc nie wpływa to na efekt końcowy. Ładnie się osadza i pachnie brzoskwinią!

 

OCZY

Korektor pod oczy Magical Perfection Conclealer Eveline Cosmetics – powiem szczerze, że ten numerek 01, który w gamie jest najjaśniejszy, dla mnie wcale taki jasny nie jest. Początkowo bałam się, że zrobię sobie nim efekt pandy. Ale ostatecznie jakoś się tam wtapia i nie wygląda źle. Niestety, praktycznie od razu po nałożeniu i wklepaniu, zbiera się w załamaniach. Więc bez natychmiastowego utrwalenia ani rusz.

Eyeshadow Primer Golden Rose – to tak już przy okazji oczu. Bardzo w porządku jest ta baza, używam jej już dość długo. Dobrze się rozprowadza, szybko się wtapia w skórę i cienie się jej trzymają. Nic się nigdzie nie zbiera i nie osypuje.

Brow Gel Makeup Revolution – taki zwykły bezbarwny żel do stylizacji brwi. Bez szału, ale tez jakichś zażutów wobec niego nie mam.

Kredka do brwi Veluxe Brow Liner MAC to zdecydowanie moja ulubiona, o czym chyba już kilka razy pisałam. Dobrze się nią rysuje, ma świetny odcień i trzyma się tyle, ile trzeba. Bardzo podobne kredki, dobrej jakości, znalazłam w Pierre Rene.

Tusz do rzęs Royal Volume Eveline Cosmetics – kolejny świetny tusz tej marki! Wydłuża, pogrubia, podkręca. Sprawia, że rzęsy stają się widoczne i a oczy wyraźne. Mega!

 

USTA

Pomadka matowa Nordic Suduction Lumene – genialna matowa pomadka, o bardzo kremowej i przyjemnej dla ust formule. Nie tylko lekko się ją rozprowadza, ale też precyzyjnie wyznacza kontury. Jak wiele koleżanek po fachu, nie jest tępa i dobrze sunie. Nie przesusza ust, nie tworzy na ich powierzchni skorupy. Nasycony kolor i wyjątkowa formuła skutkują soczystym i świeżym lookiem.

Płynna pomadka matowa Oh My Lips Eveline Cosmetics – nigdy się na niej nie zawiodłam.

 

Shinybox MAJ 2019

Aktualnie opóźniona jestem po prostu ze wszystkim, więc nie powinien Was dziwić fakt, że zawartość majowego shinyboxa przedstawiam Wam już w lipcu. Nie ukrywam, że trochę czekałam na wysyłkę pudełek czerwcowych, bo chciałam jakoś zgrabnie połączyć prezentację tych dwóch edycji w jedną całość, ale niestety pudełka czerwcowe, mimo tego, że mamy już lipiec, jeszcze wysłane nie zostały.

Taak. I jest to rzecz, która zupełnie szczerze mnie martwi. I nie chodzi o to, że nie mam kolejnej paczki kosmetyków, tylko bardzo się boję, że w Shinybox złe rzeczy się dzieją. Kryzys mają na pewno, ale jak duży i jak szybko uda się go opanować niewiadomo. Strasznie szkoda mi marki, bo przez tyle lat robili tak świetną robotę… A tych kilka ostatnich miesięcy niestety niszczy renomę i na dodatek okazało się tak trudnym okresem, którego obawiam się, szerokie grono Klientek im nie wybaczy. 🙁 Mimo wszystko strasznie mocno trzymam kciuki za ShinyBox i liczę na to, że się szybciutko pozbierają.

W swoim majowym pudełku znalazłam całe mnóstwo świetnych produktów, chociaż jako ambasadorska dostałam jego najbogatszą wersję.

Shinybox maj 2019

HYPOAllergenic Triple Eyeshadow – Hypoalergiczny trójkolorowy cień do powiek – mini paletka trzech cieni. Ja ogólnie średnio takich używam, jakoś tak wolę albo duże palety albo pojedyncze cienie. Na dodatek spadły mi na podłogę i się pokruszyły, także nawet nie wypróbowałam. Kosztują ok. 14 zł.

VIANEK Łagodzący tonik-mgiełka do twarzy, to tak idealnie wpisujący się w panujące w czerwcu upały! Psikałam nim jak szalona, żeby się troszkę ochłodzić. Mega pachnie, nie klei się, super przyjemny, no i naturalny. Jako takie odświeżenie sprawdza się świetnie, co do standardowej, codziennej pielęgnacji, to niestety wypowiedzieć się nie mogę. Kosztuje ok. 21 zł.

SILCARE Quin Face So Sweet&Natural Lip Scrub – nowość w portfolio marki. Cukrowy peeling do ust. 98% naturalnych składników. Na razie wyląduje w zapasach, bo trochę tych peelingów otwartych mam. Kosztuje ok. 25 zł.

BIELENDA Balsam do ust Ponętna Śliwka – z lekkim kolorem, z lekkim połyskiem, więc nadaje taki fajny soczysty wygląd ust. Bardzo fajny, owocowy i wakacyjny zapach. Zawiera w swoim olejek babasu oraz masło kakaowe. Nawilża, odżywia i ujędrnia.
Kosztuje ok. 9 zł.

Shinybox maj 2019 – VIANEK, NATURATIV, CZTERY SZPAKI

NATURATIV Olejek rozświetlający. Dzięki ShinyBox poznałam Naturativ i ich świetne kosmetyki. Tym razem kosmetyczka została wzbogacona o olejek rozświetlający do ciała i twarzy. W środku znajdują się tłoczone na zimo oleje oraz naturalne drobinki rozświetlające, dające efekt WAKACYJNEGO GLOW! Skóra nie tylko jest nawilżona, ale też przepięknie się mieni. W pudełku była miniatura. Standardowe opakowanie 100 ml, kosztuje ok. 90 zł.

MYDLARNIA CZTERY SZPAKI Szampon w kostce – produkt, który został okrzyknięty hitem pudełka, ale niestety nie trafił do wszystkich Shinygirls, bo jest produktem wymiennym. 🙁 A szkoda i to ogromna. Świetny jest! naturalny, mega delikatny, bardzo wydajny i fajnie, świeżo pachnący. Po połaczeniu z wodą i włosami tworzy intensywną pisanę. Dobrze oczyszcza, a włosy są lekkie, miękkie i nawilżone. Świetnie sprawdza się u mojej córeczki. Kosztuje ok. 32 zł.

MARA NATURALS Żel do mycia ciała i włosów. Żel zawsze spoko. Szkoda tylko, że taki mały, bo to travel size. Przyjemny jest całkiem. 200 ml kosztuje ok. 60 zł.

Shinybox maj 2019 – NATURATIV, MARA

I to wszystkie kosmetyki, jakie można było znaleźć w standardowych pudełkach. Ja jako ambasadorka otrzymałam jeszcze do testów Olejek Orientany oraz Maskę Magic Bubble Mask Aloe Via, których jestem bardzo ciekawa. I jak tylko się przyjmą, sprawdzą i będę z nich zadowolona – dam Wam znać. 🙂

Shinybox maj 2019 – ORIENTANA, ALOE VIA

 

Absolutny MUST HAVE! JOICO Defy Damage – recenzja

Od jakiegoś czasu używam sobie do pielęgnacji włosów kosmetyków marki Joico. Oprócz kilku chwilowych i przelotnych znajomości zawieranych z tymi produktami w salonach fryzjerskich, nie miałam dłuższej styczności. Do momentu gdy pojawiła się na rynku linia Defy Damage.

JOICO Defy Damage występuje w dwóch wariantach – takim salonowym, składającym się z dwóch kroków i zupełnie domowym, tradycyjnym. Tutaj tych kroków jest więcej, bo 4 – szampon, odżywka, maska i kuracja ochronna. I właśnie ten zestaw sobie używam już od ponad miesiąca. Co chciałabym Wam na jego temat powiedzieć? Najpierw sobie myślę, że wystarczyłoby kilka prostych zdań, później zmieniam zdanie – to trzeba jednak szerzej opisać. 😉

Zacznę od przedstawienia Wam tej serii, bo na rynku jest dość świeża, swoją premierę miała w marcu tego roku, także jeszcze pewnie nie wszystkie z Was o niej słyszały. Kosmetyki Joico to przede wszystkim produkty profesjonalne, dlatego ich formuły są innowacyjne i niezwykle dopracowane. Tym, co wyróżnia Defy Damage jest nowoczesna, oparta na liposomach technologia (New Smart Release Technology) stopniowego uwalniania i dostarczania skrupulatnie dobranych składników aktywnych do wnętrza włosa. Produkty te transportują keratynę, argininę czy olejek z dzikiej róży, powodując odbudowę i ochronę czy to przed wysokimi temperaturami podczas stylizacji, czy przed promieniami UV albo smogiem.  Linia dedykowana jest do każdego rodzaju włosów, bo wachlarz jej działania jest bardzo szeroki. Kosmetyki te nawilżają i pozwalają te nawilżenie utrzymać na dłużej, wygładzają. Sprawiają, że włosy stają się miękkie, lśniące i sypkie. Prawie, że eliminują problem łamliwości włosów, ich wypadania czy rozdwajania. A do tego podtrzymują nasycenie koloru.

Joico Defy Damage

Szampon JOICO Defy Damage zaskoczył mnie już podczas pierwszego mycia głowy. Wiecie czym? Tym, że jest tak niesamowicie wydajny! Gdy nałożyłam sobie na głowę taką porcję szamponu jak zawsze, spłukiwania końca nie było widać. Serio! Szampon już podczas mycia rozplątuje włosy, nadaje im gładkości i miękkości. Pachnie bardzo przyjemnie. Dość delikatnie, ale jak to na profesjonalne kosmetyki przystało zapach ten jest intensywny i na włosach się utrzymuje bardzo długo. Jak już wspomniałam świetnie się pieni, przy czym warto zaznaczyć, że w składzie nie ma SLS czy SLES. Bardzo fajnie oczyszcza i skutecznie rozprawia się z suchymi szamponami czy produktami do stylizacji. Nie plącze włosów i w połączeniu z odżywką, której również używałam na co dzień ułatwiają rozczesywanie, a nawet powiedziałabym, że zupełnie likwidują problem jakiekolwiek plątania się włosów, zahaczania czy ciągnięcia – takie rzeczy po prostu przestają istnieć. O ile nie zauważyłam, żeby jakoś niezwykle przedłużał świeżość włosów (standardowo myję codziennie, czasami przedłużam do dwóch dni), to nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia skóry głowy. A miejscowe zaczerwienienia czy swędzenie głowy, a nawet czasami łupież nie jest mi obcy podczas testowania nowości. Ale żeby była jasność – w żaden sposób też moich włosów nie obciążał. Nie czułam, żeby jakoś szybciej się przetłuszczały, albo ciążyłī u nasady. Nawilżenie i o wiele lepszą kondycję włosów widać naprawdę po pierwszym użyciu. A moje włosy do łatwych nie należą. Są delikatnie kręcone, zawsze suche przy końcach, a przetłuszczające się u nasady. Łamliwe i kruszące się – takie znalałam je do tej pory. Także myślę, że skoro u mnie ten szampon sprawdził się tak dobrze, to i przy wszystkich innych rodzajach włosów można się równie świetnych efektów spodziewać, z resztą tak też mówi producent.

Joico Defy Damage

Szampon jednak napewno nie miałby tak wielkiej mocy, gdyby nie Odżywka JOICO Defy Damage, która jest jego idealnym uzupełnieniem. Ta ma raczej standardową dla tego typu produktów konsystencję – kremową, dobrze trzymającą się włosów. Pachnie tak samo jako szampon, z resztą, jak i dwa kolejne kosmetyki, o których zaraz opowiem. Przyjemnie się ją po włosach rozprowadza i super szybko z nich usuwa. Pozostawia po sobie taką fajną powłokę ochronną. Jak już wspomniałam jest nieoceniona w kwestii rozplątywania włosów, bardzo ułatwia ich rozczesanie. Wygładza, ale w żaden sposób nie obciąża. Daje efekt lekkich, miękkich i sypkich włosów, ładnie przy tym uniesionych i odbitych u nasady. Przed ponad miesiąc stosowania nie zdażyło mi się, aby odżywka dała efekt tłustych czy ciężkich włosów. Świetnie sprawdza się w roli ochroniarza przed wysokimi temperaturami. W połączeniu z prostownicą, która czasami powodowała u mnie takie dziwne puszenie się włosów, czyni cuda – czyli piękne, lśniące i lejące się włosy. A i efekt tego prostowania jest o wiele trwalszy i znacznie mniej podatny na wilgoć. To co mnie cieszy, to pojemność tej odżywki – 250 ml starczy na długo, szczególnie, że co kilka dni stosuje się ją wymiennie z maską.

Maska JOICO Defy Damage to już mniejsza tubka – 150 ml, bo i znacznie rzadziej się jej używa (raz na tydzień). Konsystencja gęsta i zbita, choć nadal przyjemna w użyciu i dobrze po włosach się prowadząca. Nie jest maską, którą trzeba nosić na włosach pół dnia, aby zobaczyć jakiekolwiek efekty, wystarczy od 2 do 5 minut i już (uwielbiam takie ekspresowe działanie!). Na dodatek efekty też nie byle jakie. Nawilżone i gładkie, a także mocne, zyskujące na objętości i gęstości włosy. Wyglądające tak pięknie i tak zdrowo, że ma się wrażenie jakby się właśnie wyszło od fryzjera, który nad tym efektem pracował przez co najmniej półtorej godziny. A oprócz tego co gołym okiem widać, dodatkowe korzyści związane ze wzmocnieniem cebulki i odbudową łuski, a także stale uwalniana moc składników aktywnych (nie tylko podczas aplikacji!), której nie spotkacie nigdzie indziej. Jest to fajne uzupełnienie codziennej pielęgnacji i taki porządny zastrzyk energii dla włosów.

Joico Defy Damage

Ostatnim elementem zestawu JOICO Defy Damage jest kuracja odbudowująca w kremie – Krem ochronny JOICO Defy Damage Protective Shield, który stosuje się na co dzień bez spłukiwania na wilgotne włosy. Ten produkt polecany jest w szczególności do włosów farbowanych oraz takich, które mają dużo do czynienia ze stylizacją na gorąco. Chociaż ja włosów staram się bez potrzeby nie męczyć, a farbowane też nie są, to krem stosuję właśnie w formie ochrony, na co dzień bardziej tej mechanicznej – suszenie i pocieranie włosów ręcznikiem dobre dla nich nie jest, jak i przed aktualnie królującym pełnym słońcem oraz promieniami UV. Do tej pory przyznam, że w okresie letnim czasami nie mogłam sobie poradzić z przesuszonymi, łamiącymi się końcówkami, a przy rozczesywaniu związanych w ciagu dnia włosów wręcz płakałam. Teraz ten problem nie istnieje. Włosy są miękkie, elastyczne, giętkie przez cały dzień, również gdy spędzam go na dworzu, na pełnym słońcu, w upale. Stale nawilżone, lśniące i zdrowe. Podobno krem ten świetnie sprawdza się również jako ochrona koloru, który podczas stylizacji na gorąco niestety szybciej traci nasycenie i swój soczysty wygląd. Choć na własnej skórze tego nie sprawdziłam i mam nadzieję, że jeszcze długo nie będę miała okazji, to jestem zupełnie przekonana, że tak właśnie jest i że to działa. Produkt ten ma kremową, ale super lekką konsystencję. Szybciutko wchłania się we włosy nie pozostawiając po sobie śladu. Żadnego uczucia lepkości, sklejenia czy innego dyskomfortu. Nie obciąża włosów, nie przyspiesza ich przetłuszczania. Jest bardzo wydajny (jedna porcja w zupełności wystarcza na moje, sięgające łopatek włosy), a butelka o pojemności 100 ml uzupełniona jest o pompkę z dozownikiem.

Jak powszechnie wiadomo kosmetyki profesjonalne do najtańszych nie należą i często nie rozumiałam tej różnicy, bo wiele kosmetyków tych rzekomo profesjonalnych nie robiło u mnie nic ponad to, co robią te nieprofesjonalne. W tym przypadku cena dla mnie jest jak najbardziej uzasadniona. Wiem za co płacę zarówno jeśli chodzi o efekty, jak i wydajność i serio chcę wydawać pieniądze na właśnie takie produkty. Podam Wam ceny, jakie są obecnie w miastowlosow.pl:
🛒 Szampon JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Odżywka JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Maska JOICO Defy Damage – 159 zł
🛒Krem odbudowujący JOICO Defy Damage – 159 zł

Joico Defy Damage

W ramach podsumowania powiem tak – jest to absolutnie najlepsza linia kosmetyków do pielęgnacji włosów jaką kiedykolwiek miałam. Moje włosy zmieniły się tak bardzo… A ja przez pierwszych kilka dni używania tych produktów czułam się jakbym codziennie rano wychodziła od fryzjera, który właśnie wykonywał mi jakieś skomplikowane zabiegi pielęgnacyjne. Są silne, zdrowe, lśniące. Nie wypadają, nie łamią się i nie kruszą, a końcówki jak po podcięciu. Włosy nie elektryzują i nie puszą. Są sypkie, sprężyste i pięknie pachnące. Nawet zupełnie nieułożone, prezentują się świetnie. Wiem, że pokochały linię JOICO Defy Damage i ten romans będzie trwał długo.

Dzięki JOICO, że wprowadziliście na rynek tak świetną serię, którą każda z nas może mieć we własnej łazience! ❤️

Spring Kiss by Shinybox – kwiecień 2019

Spring Kiss by Shinybox… jedziemy! 😊

Na początek rzecz, która na pewno rzuci się Wam w oczy czyli dodatek ambasadorski – książka Prosty Układ K.A.FIGARO. Ja na ogół powieści raczej nie czytam, natomiast skoro już jest to pewnie sobie zerknę. Podobno lekka i przyjemna, więc na jakiś wyjazd może się przydać, ewentualnie w późniejszym czasie zmieni swój adres zamieszkania. 😛

I teraz zawartość standardowego pudełka.

1. Himalaya Herbals Delikatny tonik do cery wrażliwej. Lubię tą markę i co jakiś czas coś tam w moje ręce wpada, pomijając pasty do zębów, które w moim domu są praktycznie nieprzerwanie od kilku lat. Toniku jako takiego już dawno nie używałam, bo zazwyczaj jednak sięgam po hydrolaty, ale ten z chęcią wykorzystam. Kosztuje ok. 20 zł / 150 ml.

2. Carlo Bossi Perfumy Spring Kiss. Taki kwiatowo-owocowy klasyk. Trochę słodki, trochę świeży. Zupełnie nie moja bajka, także raczej przekażę dalej. Ogromna szkoda że buteleczka nie została wyposażona w atomizer. Trochę nie wyobrażam sobie jak obdarowana przeze mnie osoba będzie się nimi oblewała. Ok. 15 zł/10 ml.

3. Molly Lac – lakier hybrydowy, który przyznam szczerze w opakowaniu prezentuje się pięknie. Super te buteleczki! W moim pudełku ładny, trochę taki liliowy odcień. Ok. 15 zł/5ml.

Shinybox – Spring Kiss

4. Płynny Rozświetlacz Revers. Nie narzekam na brak rozświetlaczy. Powiedziałabym nawet, że aktualnie mam ich chyba z milion i te od Revers też wśród nich są. 😉 Najwyżej przekażę dalej. Kosztuje ok. 15 zł.

5. Dermaglin Maseczka do twarzy z zieloną glinką kambryjską. Powtórka ze styczniowego boxa. Cena – ok. 7 zł

6. One Ingredient Krem ze śluzem ślimaka Snail Your Skin – Z tą saszetką też miałam już styczność.

7. Bispol Lady Charlene podgrzewacze zapachowe. Cena ok. 2 zł.

8. Ozdoby do paznokci – to tych kilka rozsypanych na zdjęciu sztuk krzyżyków (?). Upominek.

 

Chyba nie chcę oceniać tego pudełka, opinię zostawiam Wam. Widziałam natomiast już zajawki z edycji majowej i zapowiada się ciekawie. Mam nadzieję, że w całej okazałości będzie to naprawdę dobry box. 😊

Zamawiać możecie na shinybox.pl. ❤️

 

Zobacz również:

Beauty Queen by Shinybox – marzec 2019

Loveliness by Shinybox – luty 2019

Time to Shine by Shinybox – styczeń 2019

 

Efektima: peeling cukrowy, peeling solny, myjący mus do ciała

Bez zbędnych wstępów, bo majówka mi ucieka 😅 – dzisiaj mam dla Was nowości Efektima: peeling solny, peeling cukrowy i mus do mycia ciała.

Peeling sól i olej konopny Efektima. To jest historia, którą znam – prezentowałam Wam już masło do ciała, krem do twarzy i olejek konopny, także peeling jest kontynuacją serii. I poznacie to po zapachu. 😊 Ja osobiście go uwielbiam. Jeśli chodzi o konsystencję to jest ona zbita i dość puszysta, więc bardzo przyjemna dla ciała. Drobinki ścierające czyli sól niestety jak dla mnie jest zbyt drobna jak na ciało. Ja to jednak lubię trochę ten peeling na ciele czuć. I jeśli są wśród Was zwolenniczki takich grubszych drobinek ścierających, jak ja, to odpowiednia będzie dla Was wersja peelingu z cukrem.

Peeling cukier i olej z czarnuszki Efektima. Tutaj ogólna konsystencja również jest zbita i bogata, a drobinek cukru jest naprawdę dużo i przede wszystkim są większe i bardziej nieregularne, przez co też bardziej wyczuwalne. Jeśli lubicie zapach czarnuszki (ja uwielbiam ją i jeść i wąchać), to będziecie zadowolone, bo jest wyczuwalny. Oczywiście marka ozdobiła go kilkoma nutkami, ale niewątpliwie czarnuszka tam jest, a cała kompozycja zapachowa jest naprawdę ładna.

Oba peelingi zawierają dużo składników nawilżających i natłuszczających skórę, więc pod wyjściu z wanny czy spod prysznica nawet nie trzeba się balsamować. I to zupełnie serio. Zauważycie ten efekt już podczas aplikacji. Ten peeling po prostu otula ciało takim grubym i na dodatek pięknie pachnącym płaszczem nawilżającym.

O ile ogólnie peelingi są całkiem przyjemne, to niestety opakowania wiele uroku im odejmują. Powiem szczerze, że saszetki nie są moją ulubioną formą opakowania. Akceptuję je w przypadku maseczek, płatków pod oczy czy plastrów na nos, ale w innych przypadkach raczej mi nie leżą. A gdy w grę wchodzi dodatkowo kosmetyk, którego używa się pod prysznicem, to niestety bardziej niewygodnego i niepraktycznego opakowania chyba nie ma. Mokre ręce, wszystko się ślizga, nie można otworzyć, a później ciężko jest wydobyć z saszetki całą jej zawartość. Także to zdecydowanie na minus.

Efektima: Peeling sól i olej konopny | Peelieng cukier i olej z czarnuszki | Myjący mus z ekstraktem z malin i olejem ryżowym

Ale idźmy dalej! Bo teraz – Myjący mus do mycia ciała z ekstraktem z malin i olejem ryżowym Efektima. Robi super pierwsze wrażenie. Cudnie i zupełnie słodko pachnie, a na dodatek ma fajną konsystencję, taką puszystą i milutką. Umyć się nim umyjecie i skórę od razu trochę dopieścicie, ale niestety moim zdaniem niewydajny jest. Formuła nie pieni się, ani też w jakiś bardziej widoczny sposób nie zwiększa swojej objętości czy wydajności po połączeniu z wodą, więc mi ten słoiczek 200 ml wystarczył tylko na 3 razy, a serio – chciałabym go dłużej gościć pod swoim prysznicem. Więc w tym przypadku czuję lekki niedosyt i uważam, że to po prostu dwa razy większe opakowanie powinno być.

Ulubieńcy ostatnich miesięcy czyli kwiecień 2019

Przegląd ulubieńców ostatnich miesięcy (bo tak jak myślałam, regularna w cyklu wpisów pod tytułem „ulubieńcy” nie jestem;) czas start!

1. Clochee – Relaksujący płyn micelarny 250 ml.
Ponieważ rękawice Glov, które stosowałam do demakijażu nieprzerwanie od jakichś dwóch lat, nie służyły moim dłoniom tej zimy (całą zimę, w zasadzie teraz jeszcze też walczę z przesuszoną, pękającą aż do krwi skórą), musiałam zainwestować w coś dla nich przyjemniejszego. Inwestycja bardzo udana przyznać muszę. Ładnie usuwa makijaż, nie podrażnia ani skóry wokół oczu, ani samych oczu. Nic mnie nie piecze, nie swędzi, nie jest czerwone. Płyn jest bezzapachowy, nie pieni się. No i ta butelka z pompką! 😍 Kosztuje ok. 60 zł

2. Bioup – Olejek myjący do twarzy hydrofilowy 150 ml.
To chyba najlepszy olejek do mycia twarzy jaki miałam. W połączeniu z woda zmienia swoją konsystencję i staje się delikatną, lekką emulsją, która skutecznie oczyszcza skórę, usuwa makijaż i inne zanieczyszczenia. Łatwo się go z twarzy zmywa i choć pozostawia skórę nawilżoną i taką zdrową, to nie tłuści i w żaden sposób nie ciąży. Świetnie współpracuje z innymi produktami czy to w etapowym oczyszczaniu czy późniejszej pielęgnacji czy makijażu. Jest bezzapachowy, a jego butelka wyposażona jest w pompkę. Kosztuje ok. 60 zł

Clochee relaksujący płyn micelarny | Bioup Olejek myjący do twarzy

3. NATURATIV – Krem do twarzy AOX 360.
Ojej, uwielbiam go. Jest mega treściwy, ale przy tym nie jest ciężki, więc z powodzeniem można stosować go na dzień i na noc. Bardzo ładnie wchłania się w skórę i nie pozostawia na niej tłustego filmu. „wykończenie” określiłabym raczej jako matowe. Zawiera olej: wiesiołkowy, winigronowy i z lnianki siewnej, a także kwas hialuronowy i wiele BIO ekstraktów. Pachnie troszkę tą cytryną, której ekstrakt jest w recepturze. I posiada bardzo wygodne i praktyczne opakowanie typu airless, z pompką. Trafił do mnie dzięki shinybox ❤️ Kosztuje ok. 150 zł

Naturativ – Krem AOX 360

4. BORNTREE – Sunblocker SPF50+ 50ml.
Jest to mój pierwszy krem z jednocześnie tak wysokim filtrem i tak lekką i szybciutko wchłaniającą się konsystencją. Nie ma nic wspólnego z formułą przypominającą pastę, ciężko się rozprowadzajacą, wolno wchłaniającą i bielącą twarz. Ten działa jak lekki, szybki kremik do twarzy na dzień. Można na niego spokojnie kłaść makijaż. Nie rozpuszcza go, nie zbiera w załamaniach, nie waży i nie wpływa na trwałość. Kosztuje ok. 80 zł

Sunblocker Borntree

5. L’biotica eclat – Odmładzająco-liftingujący krem pod oczy i na powieki.
Zawiera śluz ślimaka, drzewo jedwabne, kofeinę i kwas hialuronowy. I jak dla mnie jest totalnym hitem! Świetnie sprawdza się i na noc w grubszej warstwie i na dzień, pod makijaż. Nawilża, zmniejsza obrzęki, opuchliznę. Niweluje oznaki zmęczenia czy niewyspania. I pomaga pozbyć się chwilowych cieni. W żaden sposób nie podrażnia, nie uczula. Jest bezzapachowy.Konsystencję ma lekką i szybko się wchłaniającą. Kosztuje ok. 30 zł.

L’biotica – Krem pod oczy ze śluzem ślimaka

6. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Szafran – wygładzający mus do ciała.
Zacznę od tego, że w żadnym wypadku nie nazwałabym go musem i daleko mu do jakiejkolwiek lekkości. Jak dla mnie to typowe, ciężkie i tłuste masło, które stosowane na noc potrafi zdziałać cuda. Jest to taka bomba odżywcza dla skóry, że chyba wszystkiemu da radę. Zawiera między innymi masło shea, masło kakaowe, glicerynę, olej szafranowy, olej brzoskwiniowy, olej z nasion malin, olej rokitnikowy i wiele innych naturalnych wspaniałości! Ja stosuję go na noc, głównie na mega zniszczone miejsca takie jak stopy czy dłonie. Na dzień bym się nie odważyła, bo formuła tego kosmetyku jest naprawdę „gruba”. Pachnie ładnie, trochę cytrusowo, trochę ziołowo. Kosztuje 42 zł.

7. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Balsam w sztyfcie – Śliwka.
Powiem tak – nawet gdyby sam balsam był do niczego i tak uwielbiałabym go stosować. Ten zapach jest tak cudny, że po prostu uzależnia. Sztyft fajnie sprawdza się do miejsc przesuszonych, bo aplikacja super wygodna. Łokcie, pięty, kolana czy cokolwiek innego, punktowego będą z tego balsamu zadowolone, bo to również bomba odżywcza jest! Masło shea, maso kakaowe, masło illipe, wosk pszczeli, olej z pestek śliwy, olej kokosowy, olej z rącznika i inne dobre dla skóry składniki. Kosztuje 56 zł.

Ministerstwo Dobrego Mydła – Sztyft śliwka i Wygładzający mus szafran

8. Ingrid – Podkład Ideal Match
Nie mogłabym o nim nie wspomnieć. Pierwsze wrażenie robi średnie, to znaczy na mnie średnie zrobił, bo nie lubię ciężkich podkładów, które dają efekt maski. Ja to jednak wolę jak jest lekko i jeśli się da – naturalnie. Jednak pierwsze wrażenie to zmyła, bo podkład fantastycznie wtapia się w skórę chwilkę po wklepaniu. Krycie jakieś tam daje, więc całkiem naturalnie to wszystko wygląda, a nie ciąży, nie denerwuje. Na dodatek całkiem trwały, nie zbiera w załamaniach i nie wysusza skóry. Ładnie wyrównuje koloryt i zasłania niedoskonałości. Kosztuje ok. 25 zł.

Ingrid – Podkład Ideal Match

9. Bi-es – Woda perfumowana No 44.
Kolejny cudowny zapach w kolekcji! Łączy w sobie i owoce i kwiaty: arbuz, bergamotka, jaśmin, róża, piżmo, drzewo sandałowe, paczula. Oprócz genialnego zapachu, super trwałość i dobrej jakości flakonik o pojemności 100 ml. Aż ciężko mi uwierzyć, że kosztują one ok. 37 zł!

RECENZJA Tusz Do Rzęs Bourjois Volume Reveal Black

Jakiś czas temu oglądałam ulubieńców roku 2018 u RedLipstickMonster. Kosmetykiem od którego rozpoczęła roczną wyliczankę był Tusz do rzęs. A że ja na mascary zawsze łasa jestem, to z zaciekawieniem przesłuchałam. Wydał mi się dość interesujący, więc pierwsza lepsza okazja i hyc, jest mój! 😀

Czarny tusz do rzęs Bourjois Volume Reveal Mascara  jest dość nietypowy i mam na myśli głównie opakowanie. Bo oprócz tego, że buteleczka ma trójkątną podstawę, to jeszcze na jednym z boków zostało wbudowane lusterko. I to nie byle jakie, bo powiększające i to tak całkiem porządnie. Przyznaję, że w kwestii tego lusterka zaskoczyłam samą siebie. Wydało mi się ono tak zbędnym i bezsensownym gadżetem, że nawet ochy i achy RedLipstickMonster mnie nie przekonały do jego funkcjonalności. No bo na co? Przecież nie będę się domalowywać na chodniku w centrum miasta. W domu to zrobię, a tam lustro przecież mam. Więc tak szczerze nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić sytuacje, w których bym z tej dodatkowej opcji mascary skorzystała. Ostatecznie mówię – miała rację! W sensie RLM, to ona miała rację tak je zachwalając. Lusterko jest genialne i nie trzeba być na mieście, żeby z niego korzystać. Jakaś ta buteleczka jest taka poręczna, wyprofilowana, idealnie leży w ręku. A samo lusterko odbija dokładnie to co powinno – oooczy. Na dodatek w sporym powiększeniu, więc te rzęsy serio dobrze widać, można się spokojnie przy nim pięknić.

Co do samej maskary – posiada dość szeroką i bardzo gęstą jeżeli o włosie chodzi, szczoteczkę. Są tego plusy i minusy. Bo o ile super rozczesują rzęsy i nie sklejają ich, to dla osób z krótkimi włoskami może być nieco problematyczna (myślę, że można się nią trochę upaćkać tu i ówdzie).

Tusz ten jest taką formą ulepszenia własnych rzęs, ale nie obiecuje i też nie daje jakiegoś widocznego uniesienia, podkręcenia, wydłużenia czy nawet pogrubienia. Ładnie pokrywa rzęsy, rozczesuje je i zaznacza, ale nie jest to jakiś spektakularny efekt. Myślę, że znacznie bardziej będą zadowolone z niego właścicielki długich, gęstych rzęs. Osobiście używam go na co dzień, aczkolwiek jeśli coś w moim szalonym życiu się dzieje, raczej sięgam po coś cięższego.

Daję dodatkowe plusy za trwałość i jakość. Nie kruszy się, nie rozpuszcza. Trzyma się rzęs cały dzień. Demakijaż też nie stanowi problemu. Nie podrażnia oczu, nie powoduje ich zaczerwienienia.

Tusz Do Rzęs Bourjois Volume Reveal kosztuje (aktualnie w promocji) 18 zł w kosmetykizameryki.pl.

Relaksujący Balsam do ciała Naturativ – czy warto go mieć?

Dzisiaj kosmetyk, z którym przez jakieś dwa miesiące się nie rozstawałam, a moje ciało tworzyło z nim jedność. Choć wpadł w moje ręce zupełnie przypadkowo i nieplanowanie, to nawet w zapasach swojego nie odstał. 😉

Mowa oczywiście o produkcie ze zdjęcia – Relaksującym Balsamie do Ciała Naturativ. I już na wstępie przyznam się, że dopóki nie dostałam miniatury balsamu w ShinyBox, to o marce nie wiedziałam nic. Była to zupełna nowość, która przede wszystkim oczarowała mnie swoim zapachem. Później zaczęłam używać Kremu do twarzy 360°AOX, a na koniec wpadł w moje ręce ten balsam. I o ile zapach, z którym miałam do czynienia zaczynając swoja przygodę z Naturativ (karmelowo – waniliowo – cytrynowy), był taki słodziutki i milutki, to w Relaksującym Balsamie do Ciała spotkała mnie zupełnie inna historia. Bardziej świeża i taka energetyczna, ale równie ciekawa i nieoczywista. Trawa cytrynowa i kokos, to świetne połączenie!

NATURATIV Balsam do ciała


Balsam zawiera w sobie całe mnóstwo dobrych dla skóry i naturalnych składników aktywnych. Składają się na nie tłoczone na zimno oleje, roślinne ekstrakty i masła.

Masło Shea – intensywnie nawilża i ujędrnia. Jest naturalnym filtrem UV.
Masło kakaowe – nawilża i chroni przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi.
Kwas hialuronowy – nawilża i transportuje inne składniki aktywne w głąb skóry,
Ekstrakt z zielonej herbaty – działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie.
Ekstrakt z hibiskusa – ujędrnia.
Naturalna witamina E – pełni funkcję antyoksydanta.
Betaina roślinna – nawilża.
Olejek z trawy cytrynowej – pięknie pachnie i dodaje energii. Skórę wygładza i odświeża.

Aż sama się dziwię, że przy takich składnikach aktywnych można uzyskać tak lekką i przyjemną konsystencję. Serio. Wchłania się bardzo szybko i praktycznie śladu po sobie nie zostawia. Nie zastyga na skórze, nie tłuści. Jest więc idealny do stosowania również na dzień. Szczególnie, że nie zostawia po sobie żadnej warstwy, która mogłaby wiązać się z jakimś dyskomfortem.

Skóra rzeczywiście jest milutka, mięciutka i nawilżona. Nie występują żadne przesuszenia czy podrażnienia. Wręcz przeciwnie, jak sama nazwa balsamu wskazuje – skóra zrelaksowana jest, a do tego wszystkiego pięknie pachnie.

Oprócz ciała, smarowałam nim dłonie, które bardzo źle znoszą wszelkie chłody czy wiatry. Traktowałam go wtedy jako taką naturalną bombę odżywczą.

NATURATIV Balsam do ciała

Na uwagę zasługuje również opakowanie (typu airless), bo naprawdę jest bardzo porządne. Tuba z mlecznego, grubego plastiku zakończona jest świetnie spisującą się na co dzień pompką. I właśnie takie praktyczne i utrzymujące kosmetyk w świeżości rozwiązania lubię najbardziej. Jej pojemność to 200 ml. Więc wiecie – na miesiąc, półtora takiego codziennego stosowania.

Balsam kosztuje ok. 60 zł i myślę, że warty jest swojej ceny.

Beauty Queen by Shinybox – marzec 2019

Beauty Queen by Shinybox – tak właśnie nazywa się marcowe pudełko Shinybox, które pojawiło się w specjalnie zaprojektowanej szacie graficznej. Nie wiem czy zwróciłyście uwagę ale od kilku miesięcy pudełka Shiny miały stały wygląd. Tym razem inaczej i przyznam, że bardzo ładnie. Spodobał mi się ten pattern. Z pewnością jednak o wiele bardziej interesuje Was zawartość pudełka niż samo opakowanie, dlatego przechodzę do rzeczy.

Markami marcowej edycji są Pease, Gentle Day, Bell, Olimp Labs, Biotanique i Selfie Project.

Lecimy zgodnie z kolejnością na karcie produktów.

PAESE. Pielęgnacyjny krem koloryzujący DD Cream z linii Color & Care. Jest to próbka i niestety w bardzo ciemnym odcieniu. Dostałam 05 (skala od 1 do 6), także nawet latem go nie wykorzystam. Ja akurat krem ten znam i jego szybką recenzję zrobiłam na swoim Insta Stories (DENKO ’19), także zapraszam tam. Cena pełnowymiarowego produktu ok. 40 zł.

Gentle Day. Wkładki ekologiczne z paskiem anionowym Eco Fai-IR Anion. Ten produkt też znam. Bardzo lubię produkty Gentle Day i polecam. Cena ok. 9 zł. I mam dla Was kod rabatowy – 20 % na zakupy w gentleday.pl – „GENTLEDAY”, ważny do 10.05.2019.

Beauty Queen by Shinybox

Bell HYPOallergenic. Intense Colour Moisturizing. Hm. To już było, tylko, że w innym kolorze. Gruba kredka nie wymagająca temperowania. Dająca jednocześnie kolor, jak i podstawową pielęgnację. Cena ok. 17 zł.

Biotanique. Ujędrniająca maska na tkaninie z linii Korean Beauty, albo wymienne Nawilżająca maska na tkaninie z linii Korean Beauty. W porządku. Maska w płachcie zawsze się przyda. Serum z tej samej linii pierwsze wrażenie zrobiło na mnie bardzo dobre, więc maska pewnie też okaże się być fajna. Kosztuje ok. 8 zł.

Beauty Queen by Shinybox

Selfie Project. Plastry oczyszczające na nos #noblackheads (wymiennie: krem CC, który otrzymałam w jednej z wcześniejszych edycji oraz chusteczki do zmywania makijażu). Oczyszczają i działają antybakteryjnie. Polecane do cery wymagającej. Spoko, to akurat zawsze się przyda. Opakowanie zawiera 4 szt. i kosztuje ok. 10 zł.

Olimp Labs. Innovum Beauty Shot. Suplement płynny zawierający hydrolizat kolagenu, kwas hialuronowy, biotynę, cynk, witaminę A, witaminę B6 i B12, kwas pantotenowy, ryboflawinę i niacynę. Smak pomarańczowy i strasznie słodki. Ogólnie raczej nie moje klimaty. 7 zł / 25 ml

O’Herbal. Fluid do włosów farbowanych z olejkiem z macierzanki tymianku, którego na karcie produktów nie ma. Ten produkt także znam. Trafił do mnie dzięki InspiredBy Naturalnie Piękna. To takie serum, w konsystencji przypominające olejek, ale nietłuste i super szybko się wchłaniające. Zmniejsza łamliwość włosów, nadaje im blask i miękkość, dodatkowo chroniąc kolor. Ja głównie stosowałam na końcówki i sprawdzał się całkiem fajnie. Ma delikatny, przyjemny zapach.

Beauty Queen by Shinybox

I na koniec komentarz do zawartości, bo jak widzicie podczas prezentacji poszczególnych produktów starałam się być oszczędna w słowa. Podczas gdy zazwyczaj, jadę z przemyśleniami na bieżąco. Widziałam opinie o tym pudełku w sieci – że takie kompletne dno, że taka masakra to jest i że nigdy więcej. I w porządku. Też nie uważam, żeby powtarzanie produktów z poprzednich edycji było ok. Albo że próbki to fajna sprawa, czy ciemne odcienie testerów, po długiej, kończącej się właśnie zimie. To wszystko jest raczej słabe. Nie jestem też fanką suplementów diety. I rozumiem też, że produkty higieniczne nie wzbudzają wśród klientek Shinybox sympatii, bo z założenia box jest kosmetyczny. A i słowa krytyki a propos wartości całego zestawu czytałam. I wiadomo, że człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja. Jak dla mnie box mógłby być lepszy i rzeczywiście szału w tym miesiącu nie było. Skłamałabym jednak pisząc, że jakoś wyjątkowo mi nie podpasował. Wykorzystam zarówno maseczkę w płachcie, jak i plastry na nos. Fluid O’Herbal to całkiem fajny kosmetyk, więc sobie do niego wrócę. O Gentle Day już pisałam – lubię ich produkty. A Innovum, bez większego entuzjazmu, ale wypiłam. 😛 Próbkę Paese i pomadkę Bell pewnie komuś oddam, albo wrzucę do jakiegoś konkursu. Tyle. Nie pierwszy raz jest tak, że tylko część produktów mi się podoba. 😉 Rzeczywiście nie jest to najdroższy zestaw świata, no ale co zrobić. Raz testuję dzięki ShinyBox produkty drogie, a innym tanie i zupełnie drogeryjne. Życie. 😉

P.S. Po swoje pudełka wchodźcie na shinybox.pl. 🙂

Zobacz poprzednie edycje ShinyBox:

Loveliness by Shinybox – luty 2019

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Shiny Christmas by ShinyBox

 

Lifting podbródka z Maseczką Purederm Miracle Shape-Up

Powiem Wam, że ja to jednak lubię sesje Vogue. Zawsze gdy sięgnę po jakiś numer znajdę zdjęcie, którym mogę zobrazować to, co chcę powiedzieć, albo o czym chcę pisać. W tym przypadku  „idę na relaks i mam wszystko gdzieś” wydało mi się idealne. Ale do rzeczy. Bo przecież nie o zdjęciach z sesji Vogue’a. 😉

Dzisiaj rzecz nietypowa, a jednocześnie wydaje mi się, że dla wielu kobiet okaże się produktem wręcz pierwszej potrzeby. Chodzi o Maseczkę modelującą na podbródek Purederm Miracle Shape-Up, która została opracowana w taki sposób aby ujędrniać. łagodzić rysy, poprawiać owal twarzy, a także odżywić i przywrócić zdrowy, młodzieńczy wygląd. 😀

Choć na opakowaniu jest i zdjęcie maski i sposób jej noszenia, to przyznam, że po wyjęciu jej z opakowania się zdziwiłam. Jakoś nastawiona byłam na żel albo płachtę nasączoną serum. A tutaj gruba tkanina z jednej strony, z drugiej żelowa, zbita i stała powłoka. Mało rozciągliwa, ale elastyczna i idealnie dopasowująca się na twarzy i podbródka. Ma świetną przyczepność, wręcz przykleja się do twarzy. Jest dość mała (na mnie była dobra, a ja do dużych głów nie należę), więc naciąga i ściąga całą tą skórę na drugim podbródku. Ale jest też tego wada – bardzo ciągnie za uszy, które mnie już po kilku minutach zaczęły boleć. Możliwe też, że ja po prostu bardziej delikatna jestem. 😉

Maseczka modelująca na podbródek Purederm Miracle Shape-Up

Sama maseczka dzięki tej żelowej powłoce jest bardzo odprężająca – chłodzi i koi. I w zasadzie są to główne odczucia, które towarzyszyły mi podczas jej noszenia (ok.20-30 minut). Po jej zdjęciu nie występowały żadne podrażnienia czy zaczerwieniania. Ja ten czas uznałabym za relaksujące napięcie. Bo z pewnością skóra ściągnięta była, ale z drugiej strony ten żel swoje zdziałał. I może o to w tej maseczce chodzi, o te sprzeczności, które ostatecznie współpracują na efekt

Powłoka żelu pachnie bardzo delikatnie, przyjemnie. Nie odkleja się od tkaniny, nie przywiera do skóry. Nie brudzi i nie klei. Ogólnie w użyciu maseczka jest super wygodna.

Po jednym zabiegu ciężko jest mi określić skuteczność maseczki, szczególnie, że skóra w tym miejscu mi jeszcze nie wisi ;), ale jest to na pewno ciekawa alternatywa walki z problemem. I myślę, że warto ją wypróbować. Na pewno ujędrni i trochę ponaciąga. A i nie zaszkodzi. 🙂

Loveliness by Shinybox – luty 2019

Loveliness by Shinybox to lutowa edycja tego pudełka kosmetycznego. Co znalazłam w nim tym razem?

Wiele nowości! Między innymi Serum liftingujące z najnowszej linii Botanique – Korean Beauty. Odżywkę do włosów w piance L’biotica, duuużo saszetek 7th heaven, kolorówkę Revers i Bell, oraz maseczkę Multibiomask. W każdym pudełku znalazł się też zestaw higieniczny Masmi. Moja wersja pudełka jak zazwyczaj, tak i tym razem jest nieco powiększona, dostałam jeden produkt wymienny więcej. Oprócz marek, które już wymieniłam, do pudełek trafiały (wymiennie) również Biały Jeleń, Affect, Natur Planet. Krem do stóp Man Foot trafiał tylko do tych Shinies, które wyrażały na to chęć (odpowiedzi w ankiecie). Ok, to przechodzę do prezentacji zawartości Loveliness.

ShinyBox Luty 2019

Na początek Serum liftingujące Botanique – Korean Beauty, które bardzo mnie zaciekawiło. Widziałam już kilka publikacji w sieci na temat tej linii i miałam zamiar coś z niej przetestować. A tu niespodzianka w Shinybox! 🙂 Serum oczywiście ma za zadanie nawilżyć, odmłodzić, wyrównać koloryt i poprawić strukturę skóry. Opakowanie z pompeczką mega poręczne i praktyczne. Zapach serum obłędny – słodki, bardzo kobiecy – mogłabym takie perfumy mieć. Konsystencja dla mnie idealna – super lekka, trochę żelowa, błyskawicznie się wchłaniająca. Nie pozostawia żadnej lepkiej czy tłustej warstwy, w zasadzie na powierzchni skóry oprócz zapachu nie pozostawia nic. Przyznam, że pierwsze wrażenie robi świetne. 🙂 Kosztuje ok. 32 zł.

Kolejną rzeczą, którą też wypróbuję z ogromna chęcią jest Odżywka do włosów w piance z L’biotica. Bardzo jestem ciekawa jak się sprawdzi i czy w takiej formie będzie wydajna. Została stworzona po to by intensywnie nawilżać, pomagać w rozczesywaniu i przywracać włosom blask i zdrowy wygląd. Puszka ma standardowe rozmiary, pojemność to 150 ml. Cena: 10 zł.

Zawartość pudełka Loveliness by ShinyBox

Od 7th Heaven Miesięczny program pielęgnacyjny skóry twarzy – 8 saszetek za ok. 50 zł. Wszystkie są takie same i jest to dokładnie Oczyszczajaca maska błotna, która jednocześnie oczyszcza i koi. Myślę, że taki miesięczny progam to miła odmiana przy pojedynczych saszetkach, których później się i tak nie dokupuje, aby robić systematyczne zabiegi.

Skoro już jesteśmy przy maseczkach, to wspomnę od razu o saszetce MultiBioMask, która jakiegoś ogromnego wrażenia na mnie nie zrobiła, bo już kilka produktów tej marki w pudełkach było, więc same rozumiecie. 🙂 Saszetka to dwie maski – oczyszczająca i odżywcza. Komplet kosztuje ok. 5 zł.

Miesieczny zapas maseczek 7th Heaven. W sumie w pudełku jest ich 8, nie wiem gdzie uciekły mi 2, ale na zdjęciu ewidentnie ich zabrakło! 😉

To tyle z pielęgnacji. Czas na kolorówkę! 🙂 Z Bell Hypoallergenic Bronze Powder czyli bronzer. U mnie 01. Jest w dwóch odcieniach, więc można przykonturować na sucho. Oba są matowe, bez większej ilości drobinek mieniących się, więc dobre na co dzień. I uwaga! Zawiera pigmenty otoczkowane estrami oleju jojoba – chociaż nie wiem do końca o co chodzi, to brzmi dobrze! 😉 Formuła została oczywiście przebadana dermatologicznie i nie zawiera perfum. Cena ok. 17 zł

A od Revers – Puder Rozświetlający Strobe & Glow Hightlighter. Marki w zasadzie nie znam, bo chyba tylko jakąś kredkę od nich mam, której i tak nie używam, bo kresek nie robię, także ten. 😉 Rozświetlacz przetestuję, zobaczymy jak się sprawdzi, szczególnie, że kosztuje ok. 10 zł! U mnie odcień 04 – Harmony. Przyznam, że bardzo ładny, delikatnie różowy.

I tak dotarłyśmy do końca. Choć w sieci widziałam różne opinie, to ja jestem z tego pudełka szczerze zadowolona. Nie wszystkie produkty trafiają w punkt, ale zdecydowana większość robi na mnie miłe wrażenie. Jeśli Wam również pudełko się podoba, szorujcie na shinybox.pl po swoje. 🙂

Zobacz również:

Time to Shine by Shinybox – styczeń 2019

Shiny Christmas by ShinyBox

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

 

Masło do ciała BURITI Herbal Care Farmona i właściwości oleju buriti

Jeżeli lubicie kosmetyki Farmona, moc naturalnych składników, masła do ciała i cudne zapachy, to dzisiejszy wpis jest dla Was! 🙂

Jakiś czas temu zostałam zatowarowana w masła do ciała z linii Herbal Care marki Farmona. O ile zapachy takie jak Lawenda i Dzika Róża nie są czym niezwykle oryginalnym (chociaż oczywiście uwielbiam je szczerze), to chwilę poźniej wpadłam na tajemnicze Buriti i to właśnie ono skradło moje serce, wtedy głównie ze względu na przepiękny, orientalny zapach.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Nie wiem jak Wam, ale mi Buriti nawet nie kojarzyło się z niczym konkretnym, ale teraz już wiem, że olej buriti pozyskuje się z palmy winnej, która na dziko rośnie sobie w Brazylii. Jest nie tylko dość mało popularny, ale też niezwykle cenny dla skóry. Posiada ogromne ilości antoksydantów, w tym beta-karotenu czy witaminy C. A także prowitaminy A i witaminy E.

Jak olej buriti działa na skórę?
Wpiera odbudowę komórek i regeneruje skórę, więc tym samym opóźnia jej starzenie się. Wspomaga produkcję elastyny i kolagenu. Dogłębnie nawilża i spłyca zmarszczki. Wyrównuje koloryt i przeciwdziała niedoskonałościom. Koi skórę, a nawet rekcje alergiczne łagodzi. Reguluje też wydzielanie sebum i jest naturalnym filtrem przeciwsłonecznym.

Jest więc idealnym składnikiem kosmetyków do pielęgnacji twarzy, jak i ciała. Choć jak już wspomniałam wcześniej popularny nie jest i ja sama zetknęłam się z nim pierwszy raz właśnie dzięki linii Herbal Care Farmona.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Oprócz wyżej wymienionych właściwości Masła do ciała Buriti Herbal Care Farmona, bo olej ten oczywiście jest w składzie kosmetyku. Mogę powiedzieć, że jak na masło jest dość lekkie. Nie jest to tłusta konsystencja stworzona na bazie masła shea czy kakaowego. Jest treściwa, ale nie ciąży, nie drażni. Wchłania w skórę, pozostawiając po sobie delikatny film natłuszczenia i nawilżenia oraz ten boski zapach! Skóra jest nawilżona, miękka i przyjemna w dotyku. Masło nie powoduje podrażnień czy swędzenia. Przy cienkich warstwach wchłania się naprawdę szybko, więc nie pozostawia też plam na ubraniach. Dlatego w takich mniejszych ilościach można też spokojnie stosować je w ciagu dnia. Sprawdzi się raczej każdą porą roku, choć w tych cieplejszych zdecydowanie bardziej nocą. 🙂 Tak do nawilżania ciała ogółem, w codziennej pielęgnacji jest bardzo spoko.

Opakowanie to niski słoik o pojemności 200 ml, który kosztuje ok. 14 zł. I myślę, że to całkiem uczciwa stawka.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Nowość! Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek Efektima

Jakiś czas temu Efektima wypuściła nową linię kosmetyków z olejem konopnym. Jako pierwszy premierę miał Olejek konopny, później był Krem do twarzy z olejem konopnym, a teraz z taśmy zeszło Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek Efektima.

Zarówno o całej serii, jak i właściwościach oleju konopnego już Wam opowiadałam przy dwóch poprzednich recenzjach, więc tym razem nie będę przynudzała i przejdę od razu do konkretów. 🙂

 

Opakowanie. Niski, plastikowy słoiczek z aluminiową nakrętką. Raczej dla masła – standardowo. Etykieta lekka, nawołująca do całej linii. Pojemność 200 ml

Konsystencja. Jak na masło całkiem lekka. Mimo tego, że zbita, to jednak nie tak tłusta i ciężka.

Zapach. Taki sam jak przy Olejku konopnym i Kremie do twarzy z olejem konopnym. Na mój nos – inspirowany męskimi perfumami wzorowanymi na babskich, czyli One Million Dolar Pacco Rabanne. 😉 Bardzo ładny, przyjemny i utrzymujący się na skórze jakiś czas.

Składniki aktywne. Oczywiście – olej konopny, oliwa z oliwek, a także olej kokosowy.

Cena. Około 20 zł, więc i dramatu nie ma i szału też. 🙂

Konopne masło do ciała i oliwa z oliwek Efektima

Ogólnie jest bardzo przyjemne w użyciu. Dzięki tej lekkiej konsystencji można stosować je i na dzień i na noc. Łatwo się rozprowadza po skórze, fajnie i sprawnie w nią wnika. Nie należy do ciężko rozsmarowujących się maseł, które najpierw muszą na kaloryferze swoje odleżeć, żeby dało się z opakowania na ciało je przełożyć. 😉 Oprócz świetnego zapachu i takiego dającego się poczuć pod palcami nawilżenia, nie pozostawia na skórze zbyt wiele, więc ubrań nie brudzi. Można więc spokojnie stosować je przed wyjściem z domu. W aktualnie trwającym okresie zimowym sprawdził się bardzo przyzwoicie. Ani żadne przesuszenia nie miały miejsca, ani podrażnienia. I myślę, że może sprawdzić się również wiosną czy nawet latem, kiedy skóra potrzebuje nawilżenia bardzo, ale panująca ciepłota nas do tego zniechęca. Te masło powinno wtedy dać radę.

Konopne masło do ciała i oliwa z oliwek Efektima

Ulubieńcy: styczeń 2019

Dzisiaj ulubieńcy! 🙂 Pierwszy raz piszę taki post i zastanawiam się jak długo wytrwam w cykliczności ich pojawiania się, albo jaka w ogóle będzie ich częstotliwość. Choć tytuł wskazuje na podsumowania miesięczne, to nie jestem przekonana, że tak będzie. Posty te raczej będę uzależniała od tego czy w danym okresie rzeczywiście ci ulubieńcy się u mnie pojawili czy też nie. Ok, to zaczynamy.

Matowe pomadki płynne OH!MyLips Eveline Cosmetics już na mojej stronie gościły, ale nie ta czerwień. Gdy ją zobaczyłam po prostu przedpadłam! Czerwoną pomadkę traktuję jako coś pewnego, może to, co teraz napiszę nieskromne będzie, ale po prostu dobrze w niej wyglądam. Oczywiście zdarzają się odcienie, które niekoniecznie są dla mnie, ale wszystkie żywe czy ciepłe, tak jak i ta są moimi. A tą kocham i za kolor i jakość.

Kolejnym odkryciem okazało się serum do brwi L’Biotica – Activ Brow, którego używam już od prawie dwóch miesięcy. Raczej nigdy nie narzekałam na brwi, bo zawsze były dość pełne, kształtne i niewiele musiałam robić, żeby dobrze wyglądały. I nadal tak jest, z tym, że od jakiegoś czasu zaczęły gdzieś tam przy demakijażu wypadać i troszkę się przerzedziły. A, że wyraźne brwi uważam za istotny „element” mojej twarzy :D, to i serum się u mnie pojawiło. Efekty takie, jakich się spodziewałam – wzmocnienie i zagęszczenie. Przestałam tracić brwi naprawdę bardzo szybko. Producent obiecuje pierwsze efekty po miesiącu stosowania, ale mi się wydaje, że już wcześniej produkt zaczął działać, także duuuża okejka. 🙂

Eveline Cosmetics OhMyLips | L’biotica Brow Active

Bi-es For Woman. Marka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie swoją nową kolekcją zapachów – Numbers Collection. Podoba mi się w niej naprawdę wszystko. I zamysł, i flakony, zapachy, a także ich niesamowita trwałość i ta super niska cena. Tak dobre wrażenie ciężko jest przebić, więc jak dotarły do mnie te perfumy, ja już nie byłam zaskoczona tylko wręcz zszokowana! Bo zapach uwiódł mnie totalnie! Mega mocny i silny, ale nadal kobiecy. Słodycz jest w nim dość dobrze ukryta, ale oczywiście wyczuwalna. Myślę, że to bardzo zmysłowy, ale też niejednoznaczny zapach. Przepiękny, po prostu. Niestety ten do sprzedaży nie wszedł, a ja otrzymałam go od marki jako prezent świąteczny. Nie mniej – polecam Wam serdecznie pozostałe produkty tej marki. 🙂

Bi-es Woda perfumowana

Jakiś czas temu skorzystałam z kodu rabatowego, który znalazłam w shinybox i nakupowałam kosmetyków zupełnie dotąd mi nieznanej marki – INSIGHT. Wzięłam szampon, odżywkę, żele pod prysznic, a także coś do mycia dla mojej małej. I wow! Wszystkie sprawdziły się fantastycznie. Szampon i odżywkę opisałam w instagramowym denku na Insta Stories, tak samo żel do mycia z serii Sensitive. Kosmetyki naturalne, w dużych opakowaniach, z wygodną pompką, z pięknymi zapachami i super efektami. Już planuję kolejne zakupy. 🙂

INSIGHT

Cougar Brazillian Papaya Facial Oil – olejek do twarzy, który znalazłam w jednym z pudełek ShinyBox. Zawiera kwas hialuronowy i pewnie właśnie dlatego tak go lubię. Dodatek hialuronu zawsze nadaje taką charakterystyczną konsystencję, która fantastycznie sunie po twarzy i super szybko się wchłania. A do tego i działanie wzmocnione. Uwielbiam to. Zawsze używam go w połączeniu z innymi produktami, jako serum. Po toniku, ale przed kremem, w których towarzystwie dobrze sobie radzi. Nawilża, wygładza i odżywia. Mimo tego, że ulubieńcem jest, ma jedną sporą wadę – super niepraktyczne opakowanie.

Styczeń to niewątpliwie miesiąc pod znakiem zawartości kalendarza adwentowego. Ponieważ jeszcze w listopadzie zdecydowałam się na kupno Lookfantastic, to przez prawie cały grudzień mogłam się cieszyć kolejnymi nowościami, a część z nich od razu zacząć używać. I tym sposobem na koniec do zestawienia ulubieńców stycznia wpadają aż 4 produkty, które znalazłam właśnie w kalendarzu adwentowym Lookfantastic.

Pędzel dwustronny Lookfantastic

Dwustronny pędzel Lookfantastic – w jednej strony wachlarz. Z drugiej zbity stożek, którego używam do pudrowania okolic oka i to w zasadzie jest ten mój ulubieniec. Włosie miękkie, miłe i radzące sobie z kosmetykami, a jednocześnie trwała forma i idealny (do zadań specjalnych) – kształt. 🙂

Black Magic Mascara Drama & Curl Eyeko – bardzo fajny tusz z tradycyjną, wyprofilowaną szczoteczką. Niby za takimi nie przepadam, a tu taka niespodzianka. 😉 Rozczesuje rzęsy, rozdziela je podczas malowania, widocznie podkręca. Miniatura starcza nawet na miesiąc.

BBB London Ultra Slim Brow Definer czyli ultra cienka kredka do brwi. Tak zwany „automatic”. 😉 W stronę woskowej, ale z fajną pigmentacją i dobrą (nie za tłustą) konsystencją. Jest miękka, więc łatwo się nią kreśli nie podrażniając przy tym delikatnego łuku brwiowego. Kolor tez bardzo mi podpasował.

Grow Gorgeous Thickening Hair & Scalp Mask Intense – włosy milutkie, mięciutkie i pachnące. Wygładzone, ale nieoklapnięte. Nawilżenie bez obciążenia i straty świeżości. Bardzo podoba mi się ten zapach – jest dość intensywny, więc to nie dla wszystkich może być zaleta. Konsystencja dość standardowa, trzymająca się włosa, ale też dobrze się spłukująca.

Lookfantastic | BBB London | Eyeko

Jak sprawdził się krem pod oczy NAOBAY Renewal Antiox Eye Contour Cream?

Ponieważ aktualnie dobijam do jego końca, postanowiłam co nieco o nim napisać. Używałam tego kremu naprawdę długo a ani razu o nim nie wspominałam. Nie wiem jak to się stało, ale jak tak pomyślę, to wiele u mnie takich „cichych bohaterów”. Używam ich na co dzień, jestem z nich szczerze zadowolona, a jakoś mi się o nich zapomina. W każdym razie to jeden z takich właśnie kosmetyków – Krem pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream.

Dostałam go w którymś Shinyboxie i chyba była to nawet zeszłoroczna, styczniowa edycja. Nie otworzyłam go od razu i wpadł do zapasów. Jednak jak już się poznaliśmy, to zapanowała miłość.Mieliśmy małą przerwkę, bo testowałam na Waszą prośbę inny krem pod oczy (z linii Dragon Blood Evree), ale po jakichś 2 miesiącach wrócił do mnie. I jeśli zastanawiacie się teraz czy po takim czasie był on jeszcze przydatny, to tak. Ten krem po otwarciu jest świeży jeszcze przez najbliższych 12 miesięcy. I wydajny też jest bardzo. Jak wspomniałam u mnie już końcówka, ale na pewno używam go łącznie ponad 6 miesięcy, rano i wieczorem.

Opakowanie to plastikowa tubka, z drewnianym korkiem i przyznam, że kiedyś byłam w opakowaniach Naobay wręcz zakochana. Wydawały mi się idealną metaforą połączenia nowoczesnych rozwiązań z siłą natury. Bo kosmetyki te powstają na bazie naturalnych, a nawet ekologicznych składników – posiadają certyfikat EcoCert. Oczywiście zwierzęta z ich powodu też nie cierpią.

Składnikami aktywnymi Kremu pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream są:
– olej arganowy,
– masło Shea,
– sezam,
– dzika róża,
– ekstrakt z cynamonu,
– rumianek,
– wąkrota azjatycka.

Konsystencję ma lekką, trochę jakby wodnistą. Nie jest gęsty, nie lepi się. Lekko sunie po skórze. Nie trzeba go jakoś specjalnie wcierać czy rozprowadzać. Wystarczy nałożyć w odpowiednim miejscu i wklepać opuszkami palców. Wchłania się przyzwoicie i nie pozostawia po sobie śladów czy tłustych filmów. Świetnie sprawdza się i wieczorem i rano, pod makijaż. Nie zauważyłam żeby jakoś źle reagował na inne kosmetyki, czy to pielęgnacyjne czy kolorowe.

Wiem, że zdania na jego temat są podzielone. U mnie jednak nie występowało żadne podrażnienie, pieczenie czy inne nieprzyjemne skutki stosowania tego kremu. A okolice oczu mam wrażliwe i dużo kosmetyków z tego powodu się u mnie nie sprawdza. Ten natomiast nie tylko delikatnie się obchodzi ze skórą wokół oczu, a dodatkowo ją koi i łagodzi. Dobrze nawilża i minimalizuje powstawanie efektu podpuchniętego oka, klasycznych worków, czy wyraźnych cieni. Tak ogólnie dba o dobrą kondycję okolic oczu. Co do spłycania zmarszczek się wypowiedzieć nie mogę, bo jeszcze ich nie mam. 😛

Jak możecie wywnioskować, ja naprawdę jestem z tego kremu zadowolona. Ma on jednak pewną wadę, jest nią cena. 😉  Około 100 zł.

Warsztaty Beauty Healthy Lifestyle – 19.01.2019

Wiecie, że 19 stycznia uczestniczyłam w warsztatach Beauty Healthy Lifestyle, które organizowała Ewelina (Revelkove Love) i Diana (chanceleee) u Polskich Projektantów? Na pewno wiecie, bo taką relację zrobiłam Wam na instastory, jak nigdy! 😀 I tak na marginesie – życie blogerki łatwe nie jest. Przynajmniej dla mnie nie lada wyzwaniem jest uczestniczenie w jakimś wydarzeniu, bycie tam na 100%, ale też relacjonowanie go na bieżąco i informowanie Was o tym. Mówią, że kobiety niby taką podzielną uwagę mają… Ściemniają! 😛 Mimo to starałam się być „żywa” po obu stronach i mam nadzieję, że się udało. 🙂 Ale wracając do warsztatów – strasznie fajna to była sprawa dla mnie, ale chciałabym też aby i Wam zapadło w pamięci te wydarzenie. Dlatego co nieco dla Was z tego spotkania przemyciłam. 😀 Ale od początku.

Idea warsztatów opiera się na promowaniu tego co dobre, naturalne, stworzone w duchu „slow”. Nie było więc na mapie Warszawy lepszego miejsca do ich zorganizowania niż właśnie Strefa 3 i butik Polscy Projektanci. Tego dnia oprócz warsztatów, miał tam miejsce jeszcze jeden event. Ten był otwarty, przeznaczony dla wszystkich miłośników mody, polskiego rzemiosła i kosmetyków naturalnych – Poranek z Polskimi Projektantami. Byli projektanci, były stylistki, było komputerowe badanie skóry (by Diana Bojko – Naturale 🙂 ), fotografowie, pięknie prezentujące się jedzonko i to co w butiku jest najlepsze – te wszystkie cudowne ubrania i dodatki! Dość liczne towarzystwo po godzinie 13:30 zamieniło się w kameralne spotkanie koleżanek z blogosfery.

Piękne, zdrowe jedzonko na stylowym tle 😀

Warsztaty podzielone były na trzy moduły i w zasadzie każdy z nich miał nieco inny charakter. Zaczęłyśmy od zajęć praktycznych i kręcenia własnych kosmetyków na komponentach Natura Receptura. Miałyśmy też okazję poznać właścicielkę marki, która przyjechała do nas i dla nas aż z Elbląga i uczestniczyła w spotkaniu prawie do końca! 🙂 Ale wracając do DIY… Przyznam szczerze, że przepisy zaskoczyły mnie pozytywnie, a dziewczyny postarały się o coś niestandardowego (przez standard rozumiem np. domowy peeling czy maseczkę na bazie glinki 😛 ). Dlatego postanowiłam zrobić odpowiednią dokumentację i się z Wami tymi recepturami podzielić.

 

 

DIY kosmetyki naturalne – receptura na Saszetkę do kąpieli lub szafy

Kolejnym etapem spotkania była prezentacja marki Bioup i masażu twarzy, o którym mówiła nam właścicielka marki. Kosmetyki bardzo interesujące, z naturalnymi składami i przede wszystkim starannie wyselekcjowanymi składnikami aktywnymi, o których p. Karolina czerpiąc ze swojego bogatego doświadczenia mogłaby nam opowiadać godzinami. I z tego spotkania też coś Wam przemyciłam. Perełkę! Skwalan z Trzciny Cukrowej „dobrego pochodzenia”! A jeśli o sam masaż twarzy chodzi, to aż wstyd się przyznać, ale sama robię go naprawdę rzadko. Nie wiem dlaczego. W sumie dużo czasu to nie zajmuje. Chyba po prostu z niechciejstwa i zapominalstwa. Muszę go jakoś na stałe wpleść w codzienną pielęgnację, bo jak to powiedziała p. Karolina – jest to coś extra, co możemy dać skórze, nic za to nie płacąc, ale też nie mogąc tego zastąpić niczym innym. Dotyk to jednak jest moc. 🙂

Ostatnią częścią spotkania była dyskusja do której zaprosiła nas Diana Bojko, kosmetolog jakich w Warszawie niewielu. Bowiem Diana pracuje w swoim gabinecie – Naturale Kosmetologia tylko na naturalnych i sprawdzonych kosmetykach. Nie wciska Klientkom czegoś, czego sama by nie użyła i nie byłaby z efektów zadowolona. Co przyznam bardzo mi się podoba. Sama jeszcze u niej na zabiegach nie byłam, ale już się zapisałam, także pewnie dam znać, jakie są moje wrażenia i odczucia. Diana postanowiła poruszyć temat niby oczywisty, bo rozmawiałyśmy o tym przez co mogą powstawać zanieczyszczenia i problemy skórne, ale to co dla nas oczywistą oczywistością, dla innych wcale takie wiadome niestety nie jest. Dlatego ostatni prezent z warsztatów Beauty Healhty Lifestyle jaki dla Was przygotowałam, to ta krótka ściąga, największych i niewybaczalnych błędów obchodzenia się ze skórą:
1. Nigdy nie kładziemy się spać w makijażu!
2. Zmycie makijażu oczu czy ust nie jest jednoznaczne z oczyszczeniem twarzy.
3. Typowy tonik nie służy do mycia twarzy.
4. Twarz wycieramy innym ręcznikiem niż ciało czy (o zgrozo!) ręce, który dodatkowo powinien być na bieżąco wymieniany i prany. Można też używać jednorazowych ręczniczków bawełnianych.
5. Często też powinnyśmy zmieniać pościel, a także dbać o czystość jaśków, poduszeczek i innych przytulanek nocnych – wiecie ile one tego całego syfu gromadzą? A my noc w noc się do tego tulimy. Pamiętajcie o tym. 😉
6. I na koniec chyba rzecz najważniejsza – jesteś tym co jesz i wszystko to widać na Twojej skórze.
I więcej już nie straszę. 😀

Fot. Moment Decydujący MDWD

Pomiędzy modułami warsztatowymi miałyśmy jeszcze okazję poznać historię marki Biżuteria z talerzy. Poczuć na własnych rękach ciepło i moc składników aktywnych zamkniętych w Prowansalskich Świecach do masażu. Zapoznać się z ofertą marki Zielone Laboratorium, a także odebrać kod rabatowy do PIKA Biżuteria (do końca marka na hasło: MAGICDUST -25% 🙂.

Podczas imprezy towarzyszyły nam „dziewczyny z aparatami” – Monika Kutkowska, Wiola i Joasia, choć ja w tym wpisie posiłkowałam się tylko fotami Wioli – Moment Decydujący. A nagłaśnianiem całej afery jeszcze przed jej startem zajęła się Ambasada Kosmetyczna. Dzięki Wam ogromne. 🙂

Mam nadzieję, że dzięki tej relacji i „giftom” jakie dla Was przygotowałam, chociaż przez chwilę poczułyście się jak uczestniczki tego wydarzenia – z taką myślą pisałam ten tekst. Dzięki! <3

Fot. Moment Decydujący MDWD

I już naprawdę na koniec – wszystko co oprócz przygotowanych przez siebie kosmetyków przytargałam ze spotkania chciałam Wam pokazać. 🙂 Przyznam, że Prezenty od Strefa 3 zaskoczyły mnie najbardziej. 😀 

Time to Shine by Shinybox – styczeń 2019

Najnowszy Shinybox trafił i w moje ręce. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa kosmetyków, z którymi najpopularniejszy box kosmetyczny w Polsce wejdzie w Nowy Rok. Choć przy pudełku grudniowym zdania co do jego zawartości było mocno podzielone, to styczniowe pudełko wzbudza chyba o wiele mniej kontrowersji i w sieci funkcjonuje raczej jako to dobre. Ciekawe? To lecimy! 🙂

W styczniu króluje marka Bell, a towarzyszą jej Dermaglin, Schwarzkopf Gliss Kur, Carlo Bossi, Anwen, Biodermedic, Element i Vis Plantis. Moje pudełko z racji, że ambasadorskie, jednak od standardowego nieco się różni. Zabrakło Bell HYPOAllergenic Powder & Blush, ale za to produktów wymiennych dostałam więcej.

Co tym razem ucieszyło mnie najbardziej?
To oczywiste – Bell Hypoallergenic Brow Modeller Gel. Dlaczego? Bo uwielbiam wszytsko to, co dedykowane jest brwiom. 😀 Nie wiem dlaczego, ale straszną mam frajdę z testowania kolejnych kosmetyków czy to do pielęgnacji czy makijażu brwi. Żel ma optycznie wypełniać ubytki, a także pomagać w modelowaniu i stylizacji. Z tego co widzę na pierwszy rzut oka, to ma bardzo rzadką konsystencję, więc nie mam pojęcia jak się sprawdzi. Aplikator za to wydaje się być brwiom przyjazny – mała szczoteczka. 18 zł kosztuje taki żel.

Kolejnym produktem, który się nie zmarnuje jest Maska wzmacniająca do włosów z Basil Element Vis Plantis. Aktualnie mam deficyt odżywek i masek do włosów, więc same rozumiecie. Tej serii nie używałam, więc dodatkowe miłe zaskoczenie. Maska podobno zwiększa miękkość i elastyczność, przeciwdziała rozdwajaniu się końcówek. Producent zapewnia też o pozytywnym wpływie na zagęszczenie włosów i ich wzmocnienie. Słoiczek 200 ml kosztuje ok. 30 zł.

Szampon do włosów z węglem aktywnym _Element to kolejna rzecz do włosów i kolejny produkt, który z chęcią przetestuję. Z marką jeszcze przyjemności nie miałam, więc jest to dla mnie zupełna nowość. Szampon dzięki swojej formule prezentuje się ciekawie i zupełnie inaczej niż koledzy z półki. Jak dla mnie bardziej (przynajmniej z wyglądu) przypomina peeling i kto wie, może coś w tym jest.

W styczniowym pudełku znalazłam jeszcze jeden kosmetyk do włosów, również szampon. Gliss Kur Szampon do włosów Purify&Protect – nowość. Zawiera ekstrakt nasion moringi i serum keratynowe. Bez szału, bo wiadomo – bardziej łasa jestem na mniejsze, bardziej naturalne i ciekawsze marki, ale szampon się zużyje. Zwłaszcza, że szampon ten ma odciążać, więc na teraz dla mnie jak znalazł.

Time To Shine by Shinybox – zawartość pudełka

Kolejna myślę ciekawa rzecz to woda perfumowana Carlo Bossi. I oczywiście nie o markę tutaj chodzi, a ogólnie o ideę wrzucania do boxów zapachów. Każda z nas na co dzień się czymś tam pachnie, więc są to produkty w zasadzie pierwszej potrzeby :D, których mimo wszystko w pudełkach kosmetycznych jest za mało. Zapach ten przypomina mi Black Opium i zauważam, że panuje na niego szał totalny. I nie mówię już o samych fankach zapachu, ale o firmach, które mocno inspirują się znanymi pachnidłami i mocno go w swojej ofercie promują. Na mojej toaletce stoi aktualnie 5 flakonów perfum wzorowanych na Black Opium YSL. ;)W każdym razie perfumetka zawsze spoko, do torebki idealna. Ta kosztuje ok. 15 zł.

Biodermic i Maska w płachcie kawiorowa, to kolejna nowość. I jestem nią zaciekawiona. Jeszcze nie próbowałam, ale kawior w płachcie brzmi dobrze. Maska podobno rewitalizuje skórę, poprawia jej koloryt, i przyspiesza odnowę komórkową. Kosztuje ok. 18 zł.

Maseczki Dermaglin znam, więc tutaj elementu zaskoczenia nie było, ale dobra glinka nie jest zła. Przyda się. Cena ok. 7 zł.

I zostały na koniec dwie pomadki Bell – a w zasadzie Kremowa pomadka do ust Secretale Nude oraz HYPOallergenic Lip Laquer Liquid. Obawiam się, że oba trochę nie w moich tonach, ale wypróbuję, może się miło zaskoczę i czuć będę się w nich dobrze. Kosztują ok. 13 zł/szt.

Time To Shine by Shinybox

W każdym standardowym pudełku można było jeszcze znaleźć Bell Hypoallergenic Powder&Blush. Dla mnie niestety zabrakło, ale na jego miejsce dostałam wymienne produkty z tego pudełka, o których pisałam wcześniej, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. 😀 Opakowanie mieści w sobie puder matujący i róż. Na zdjęciu prezentuje się całkiem fajnie. Kosztuje ok. 19 zł.

I tak dotarłyśmy do końca. To jak? Udane pudełko czy nie? 🙂 Może nie ma szału jeśli chodzi o marki, bo większość to typowo drogeryjna oferta, ale i tak całkiem ciekawie się to prezentuje. 🙂 Ja większość z tych produktów wykorzystam, także „dla mnie się podoba”. 🙂

Pudełka Time to Shine są jeszcze dostępne, także szorujcie na stronę shinybox.pl! 🙂

 

Zobacz również:

Shiny Christmas by ShinyBox

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Think Pink by ShinyBox

 

 

Cienie do powiek Luxe AVON. Czy warto?

Jakiś czas temu w moje ręce wpadła paletka cieni Luxe od Avon. Kosmetyków tej marki nie używałam już naprawdę długo, więc z chęcią sobie te cienie przetestowałam. Szczególnie że linia Luxe cała ze złota, to i na zawartość taką liczyłam. 😀 O tym jak ostatecznie paletkę oceniam przeczytacie w dalszej części tekstu.

Zacznę od tego że linia Luxe Avon pozycjonowana jest bardziej na tą premium (oczywiście w stosunku do innych kosmetyków z katalogu), a regularna cena tych cieni to 60 zł. Moim zdaniem niemało i zdaję sobie sprawę, że w tej cenie możemy kupić wiele fajnych, często większych palet innych marek. Byłam więc bardzo ciekawa jak się sprawdzi.

Opakowanie całe w złotym chromie i na dodatek wypukłe, więc odbijające w sobie cały świat – dosłownie. 🙂 Bardzo ciężko było jej w ogóle zrobić nadające się do czegokolwiek zdjęcie. Ale wiadomo, że nie dla wygody przy robieniu zdjęć opakowanie zostało zaprojektowane w taki sposób, a dla cieszenia oka i podkreślenia wyjątkowości tego właśnie produktu. 😊 I rzeczywiście z zewnątrz prezentuje się bardzo ładnie, jednak sam materiał, z którego została paleta wykonana – plastik nie należy do tych najlepsiejszych i najcięższych.

Paleta cieni Luxe Avon

W środku paletki Glamorous Roses (jest to jeden z sześciu dostępnych wariantów kolorystycznych), znajduje się 5 cieni. I uważam, że są dobrze do siebie dobrane, a za ich pomocą można skomponować ładne, codzienne oko. Są na tyle uniwersalne i naturalne, że chyba każda z nas znalazłaby dla nich zastosowanie.

Cienie mają pudrowe formuły. Są delikatne i lekkie. Ładnie się rozprowadzają. I nie osypują się. Raczej słaba pigmentacja dla jednych może być wadą, dla drugich zaletą. Bo z jednej strony, jak ktoś „MUA” jest to nie wyżyje się i kolorów w pełni nie nasyci, ale dla osób, które kursu wizażu nie kończyły i na dodatek nie czują się w temacie zbyt pewnie, może być to zupełnie bezpieczna opcja, bo krzywdy sobie nimi zrobić nie można.
Nie są to jakoś nadzwyczaj pylące się cienie, raczej trzymają się i pędzla i powieki. Są w miarę trwałe, dobre na co dzień, do pracy czy szkoły. Cienie nie drażnią oka czy powieki i nie sprawiają problemu przy demakijażu.

Myślę, że z paletki będą zadowolone kobiety dojrzałe i też dziewczyny dopiero z makijażem przygodę zaczynające. Jeśli ktoś interesuje się wizażem lub ma wprawę w ozdabianiu oka, to ta paleta raczej dobrego wrażenia i szału nie zrobi. 🙂

Luxe Avon paletka cieni do powiek

Sposób na alergie kontaktowe. Pielęgnacja skóry serią Metalscreen NUEV

Ostatnio dostałam do testów produkty nowej na rynku marki do pielęgnacji skóry – Nuev. Seria metalscreen dedykowana jest skórze skłonnej do alegrii. Szczególnie chroni przed metalami, w tym najbardziej powszechnym dzisiaj niklem. Jako, że sama na alergie kontaktowe raczej nie cierpię, to zestaw przetestowałam razem z moją przyjaciółką, która bardzo musi uważać na to, z czym jej skóra ma kontakt i jakich kosmetyków używa. Wiele rzeczy powoduje u mniej zaczerwienienia, wysypki czy krosty, w tym również wspomniany nikiel. Seria więc wydawała się być dla niej idealna.

Zanim jednak przejdziemy do sedna – czyli podsumowania testów, warto jeszcze powiedzieć kilka zdań o samej marce. Pewnie wiele z Was właśnie dowiedziało się o jej istnieniu, więc nie mogę pozostawić Was w takiej niewiedzy. Marka weszła na rynek w 2018 roku, a w  zasadzie nawet w jedno drugiej połowie. Aktualnie ofertę tworzą dwie linie. Kosmetyki Nuev to produkty chroniące skórę przed tym, co w naszym środowisku dla niej nieprzyjemne. Chroni przed alergiami kontaktowymi, a seria screenmetal nakierowana jest jak sama nazwa wskazuje właśnie na metale, również wszechobecny nikiel. Za tą ochronę odpowiada opatentowany składnik – Chitathione. To właśnie on tworzy barierę ochronną, pozostawiając na skórze swoisty film, który nie przepuszcza zanieczyszczeń i szkodliwych jonów metali.

Krem ochronny i Balsam do ciała z serii metalscreen NUEV

I właśnie screenmetal sobie testowałyśmy. Znajdziemy w tej serii Odżywczy krem ochronny i Wygładzający balsam do ciała i dłoni. Krem występuje w 3 poziomach ochrony. Można stosować go na twarz, jak i punktowo na ciało. Oprócz bariery ochronnej, która te wszystkie 3 kremy od siebie różni, gołym okiem można zauważyć nieco inną ich konsystencję. Wraz z zwiększającym się poziomem ochrony, formuła kremu jest cięższa i bardziej tłusta. Choć 3 poziom ochrony nadal jest przyjemnym i dobrze wchłaniającym się produktem, to pozostawia po sobie cienką warstwę tłustego filmu. Idealnie sprawdza się w mroźne dni. I do pielęgnacji twarzy, i do podleczenia przesuszonych obszarów na ciele, takich jak na przykład łokcie. To czy nada się pod makijaż, chyba zależy od stanu cery i osobistych preferencji. Tutaj ta ochrona rzeczywiście jest wyczuwalna. Odżywczy krem ochronny, 2 poziom ochronny, to nieco lżejsza wersja. Szybko się wchłania, pozostawiając przyjemną w dotyku, miękką i zdrową skórę. Ta wersja pod makijaż sprawdzi się zapewne u większości z Was. Współpracuje z innymi kosmetykami kolorowymi, nie powodując żadnych szkód. Z innymi produktami pielęgnacyjnymi też mu po drodze. Myślę, że to taka optymalna, nadająca się na każdą porę opcja. Wersja ta super sprawdza się do pielęgnacji dłoni. Przesuszone dostają i nawilżenie, i odżywienie. Od razu czuć, że lepiej się im robi. A co fajne – tłustej powłoki po sobie nie pozostawia, więc życia nie utrudnia. 🙂 Ostatnia wersja kremu – 1 poziom ochrony, to najlżejsza, szybciutko wchłaniająca się konsystencja, która najlepiej chyba będzie sprawdzała się latem. Właśnie dlatego, że działa, ale śladu po sobie nie zostawia. Co najważniejsze – podczas stosowania kremów, u przyjaciółki nie wystąpiły żadne podrażnienia czy alergie, także ochrona, nawet ta najmniejsza (poziom 1) chyba rzeczywiście działa. 🙂

Seria metalscreen NUEV

Wygładzający balsam do ciała i dłoni, w „ciężkości” konsystencji bardziej chyba przypomina Krem 3 poziom ochrony, bo jednak jakąś powłokę na skórze się wyczuwa i wchłania się też dłużej. Mimo wszystko jest to jednak zupełnie inny produkt. Nawilża i wygładza. Skórę podrażnioną (na przykład depilacją) łagodzi i koi. Daje radę w zimę, ale myślę, że i na cieplejsze pory roku będzie dobry. Bo ostatecznie na skórze nie ciąży.

Zapach dla całej serii jest taki sam. Niestety chyba nie potrafię go opisać dokładnie. Moja przyjaciółka nazwała go „mydlanym”, ale ja chyba nie do końca się z tym zgadzam. Tak czy siak – miły, neutralny i delikatny. Myślę, że mało komu by się nie spodobał. 🙂 A jednocześnie nie przeszkadza i nie miesza się z perfumami czy innymi pachnidłami.

Kosmetyki Nuev mają bardzo proste i jednocześnie urocze opakowania – zwyczajne tubki, zapakowane w kartoniki, niby nic takiego, a jednak! Minimalistyczny design swoje robi. 🙂

I mam jeszcze dwie ważne rzeczy do dodania.
1.Kosmetyki Nuev są uniwersalne – odpowiednie dla każdego rodzaju skóry i w każdym wieku.
2. Ceny za taki „specjalistyczny” kosmetyk są przyzwoite myślę. Zaczynają się od 37 zł za balsam, a za krem od 40 (1 poziom ochrony) do 76 (poziom 3).

Shiny Christmas by ShinyBox

W czwartek dotarł do mnie najnowszy – grudniowy a zarazem świąteczny ShinyBox. I jak powszechnie wiadomo – ten najbardziej wyczekiwany zestaw roku. Czy rzeczywiście było na co czekać?

Przyznam szczerze, że jest to jedna z tych edycji, w których nie bardzo się orientuję. Bo jest chyba wiele produktów wymiennych i też różne wersje pudełka (standard, premium, VIP). Piszę „chyba wiele”, bo nie dotarła do mnie karta produktów, a nie chciałam trzymać prezentacji pudełka w zawieszeniu. Także wiem tyle, co podpatrzyłam sobie na Instagramie i Facebooku. 🙂 Tak jak w poprzednim miesiącu, tak i w tym, w ręce moje trafiły dodatki ambasadorskie, które również Wam zaprezentuję.

Tym razem zacznę od produktów, które nie przydadzą mi się w ogóle i w zasadzie za chwilę czeka je przeprowadzka do nowego domu i nowej właścicielki. Mowa o produktach do cery trądzikowej.

Mediq Skin PLUS Żel punktowy do cery trądzikowej 30 ml. Jest to wyrób medyczny, a nie typowy kosmetyk, więc możliwe, że jego skuteczność jest naprawdę imponująca. Na sobie tego nie sprawdzę, bo nigdy nie miałam tego typu problemów z cerą. Ale moja przyjaciółka z chęcią przetestuje, także wkrótce trafi na jej ręce. Cena ok. 50 zł.

W grudniowym pudełku ShinyBox znalazły się również dwa produkty Delia Cosmetics. Jeden to cień do powiek – mimo innego odcienia moim zdaniem dubel z edycji listopadowej. Cena ok. 9 zł.
Drugi to Mgiełka tonizująca do twarzy, szyi i dekoltu. I to w porządku. Ja już ją miałam i ten egzemplarz pewnie poślę dalej. Ogólnie ok jest. Cena ok. 9 zł.

Kolejne produkty, które znalazłam w swoim pudełku, wystąpiły w tej edycji VIP zamiennie i chyba właśnie te przypadły mi do gustu najbardziej. Mowa o olejkach eterycznych:
Vera Nord Olejek eteryczny pomarańcza. Cena ok. 12 zł.
Natura Receptura Naturalny Olejek lawenda. Cena ok. 4 zł.
Super, bardzo się przydadzą. I do nawilżacza powietrza i do łazienki i do kosmetyków diy. Na dodatek pomarańcza idealnie wpisuje się w świąteczny okres, a lawenda z kolei świetnie sprawdza się na co dzień.

La Vie Claire Mydło marsylskie oliwka – uwielbiam naturalne mydła. A mające w składzie oliwkę szczególnie, więc produkt dla mnie wręcz idealny. Do każdego rodzaju skóry, do dowolnego stosowania. Kosztuje ok. 13 zł.
I jeszcze jedno mydło, w bardziej świątecznej wersji – Allvernum Mydło Korzenne. Pachnie przepięknie, słodko, piernikowo. Już leży w mydelniczce. Cena: ok. 4 zł

Kolejne dwa produkty, które znalazłam w swoim boxie, w standardowej wersji występowały w nim wymiennie:
Dermaglin Maseczka do cery trądzikowej. Glinka zawsze spoko, ale jak mieszanka typowo pod trądzik, to też do przyjaciółki leci. Cena ok. 7 zł.
Blanx Pasta do zębów. I z tego szczerze się cieszę. Produkty do higieny jamy ustnej zawsze się zużyje, a i na jakąś perełkę można wpaść.Kosztuje ok. 16 zł.

I na koniec dodatki ambasadorskie:
1. Szampon do włosów koreańskiej marki Kerasys, której nazwa przyznam kojarzy mi się z serią profesjonalną ogólno dostępnej i bardzo popularnej marki – Wam też? 🙂 Bardzo ciekawa go jestem, więc niebawem rozpocznę testowanie. Ogromny plus za butelkę z pompką. Cena ok. 37 zł.
2. DR.GRANDEL Krem Hyaluron Refill Cream. O marce pierwszy raz słyszę, więc z chęcią sprawdzę i przetestuję. Krem dostałam w formie miniatury, ale może uda się coś na jego temat powiedzieć.

I to już wszystko. Sama nie wiem co o tym pudełku myśleć (szczególnie w tej wersji podstawowej), więc chyba nie będę go oceniała. Pudełko Shiny Christmas zostało wyprzedane, ale wiem, że aktualnie trwają wyprzedaże – po 8 kosmetyków za 19 zł, więc sprawdźcie to sobie koniecznie. 🙂

Testuję maseczki w płachcie z mojaazja.eu

Mimo tego, że sama po przeczytaniu „Sekrety Urody Koreanek” zmieniłam podejście do pielęgnacji i wiele z tej książki do niej wprowadziłam, to myślę, że nie trzeba być wielką fanką azjatyckiego sposobu dbania o cerę, żeby stosować maseczki w płachcie. Są one aktualnie bardzo popularne, wszędzie dostępne, nadal egzotyczne i przede wszystkim skuteczne. Wielość i różnorodność składników aktywnych jest wręcz ogromna i każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Czy to o działanie, czy nawet sam zapach chodzi.

Ja ostatnio wzięłam się za testowanie koreańskich maseczek, które dostępne są w mojaazja.eu – czyli internetowym sklepie przepełnionym kosmetykami azjatyckimi. Z tego co się orientuje są dystrybutorem wielu marek, więc naprawdę można znaleźć u nich perełki.

Maseczki w płachcie

Maseczka, która zaciekawiła mnie najbardziej to PEACH – z wodą z lodowca i brzoskwinią. I sama nie wiem dlaczego właśnie na nią zwróciłam uwagę w pierwszej kolejności. Czy aż tak spodobał mi się zupełnie prosty i oczywisty w przekazie projekt opakowania? Czy może ten lodowiec połączony z soczystym owocem? Nie wiem. Ale przypuszczałam, że może być w niej coś innego i nie myliłam się. Serum, w którym zanurzane są płachty zazwyczaj mają gęstą konsystencję, czasami ciągnącą się, innym razem bardziej żelową, ale jednak jakoś tak bardziej zbitą. Tutaj od razu można było wyczuć wodę w podstawie, więc i bardziej lekko było. Tak orzeźwiająco, a zarazem słodko. Zapach brzoskwini wyczuwalny, ale naturalny. Bez nachalnych perfum. Niestety przy takiej formie gorzej jest z przyczepnością, bo rzadka konsystencja nie pomaga. Ale cienki materiał płachty pewnie został w tym przypadku przemyślany i właśnie ma za zadanie jednak przy tej skórze zostać, a nie osuwać się i spadać wraz z ciążącą na niej wodą.

Ogólnie lubię kosmetyki antyoksydacyjne, więc drugą w kolejności, była płachta ANTIOXIDANT Green Tea Essence Mask. Pierwsze wrażenie super. Esencja bardziej zbita, trochę żelowa. Płachta grubsza niż w PEACH, przyjemna. Duet w tej postaci super trzymał się skóry. Maseczka pozostawała na miejscu, bez żadnych poprawek. A ja i pogadać lubię i czegoś się napić w trakcie, więc wiecie. 😉 Tak więc od strony technicznej nie mam jej co zarzucić, za stronę praktyczną mogę tylko pochwalić. Po zabiegu miałam wrażenie, że moja skóra jest z 10 lat młodsza. Nawilżona, odżywiona, zrelaksowana. Super gładka, przyjemna w dotyku i trochę jakby naciągnięta. Na dodatek miała taki piękny zapach! Zdecydowanie maseczka ta trafia do moich ulubieńców.

Antyoksydacyjna maska w płachcie

Prreti i Skin Smoothie Maseczka nawilżająca z czerwoną kalarepą zdecydowanie najbardziej podoba mi się wizualnie, choć i ta czerwona kalarepa kusi. Do niej dorzucona została jeszcze żurawina i czarna porzeczka. Razem mają sprawić, że skóra będzie nawilżona, jędrna i wygładzona. I takie efekty też daje. Jest miło, miękko i zdrowo. A wszystko to dzięki idealnie przylegającej do skóry płachty. Serum, w którym została zanurzona działa jak klej i naprawdę super radzi sobie z utrzymaniem materiału, a chwilowo miałam nawet wrażenie, że ten nieco skórę ściska. Lekko żelowa konsystencja esencji, sprawia, że cały zabieg jest nieco chłodzący. Maska ma świetny zapach, który wiadomo – zostaje na skórze przez jakiś czas.

W sumie żadna z nich mnie nie zawiodła, choć PEACH na pewno nieco zaskoczyła. Takiej formy jeszcze na mojej twarzy nie gościłam, ale warto było. 🙂

Wszystkie maski, o których piszę dostępne są w sklepie internetowym mojaazja.eu i drogeriach stacjonarnych takich jak Hebe czy Natura.

Koreańskie maseczki w płachcie