Ulubieńcy ostatnich miesięcy (pielęgnacja) – wrzesień 2019

Do przedstawienia Wam ulubieńców kilku ostatnich miesięcy zbieram się już chyba… z kilka miesięcy 😂. Dlatego serio są to rzeczy dokładnie sprawdzone, przetestowane, a w niektórych przypadkach – kupione ponownie. Tym razem głównie pielęgnacja, bo tak sobie pomyślałam, że dla kolorówki napiszę osobny post, trochę też mi się tego uzbierało, rozumiecie. 😉

 

Ulubieńcy do pielęgnacji ciała

Na pierwszy ogień idzie mydło – Mydło Chlebowe AQUAFARINA FERMENTI konkretniej. Ukochałam je sobie z kilku powodów. Ma fantastyczną i niespotykaną bazę z kwasu chlebowego, genialny zapach chlebowych wypieków, delikatny skład i uniwersalną formułę. Może używać go cała rodzina, do wszystkich części ciała, jak i włosów. Oczyszcza, nawilża i łagodzi. Ja myłam nim również twarz. Mydło nie ściąga, nie wysusza. Przywraca skórze właściwe pH. Nadaje się do każdego rodzaju skóry. Ma konsystencję jak dla mnie typową dla żelu czy płynu pod prysznic. Całkiem dobrze się pieni. Na dole opakowania zbiera się osad, no ale tak to z naturalnymi kosmetykami bywa i raczej niczemu nie przeszkadza. 😉 Duża butla z pompką to też wariant opakowania, który darzę sympatią, także wiecie – polecam Wam.

Mydło chlebowe

Tołpa Urban Garden Balsam do ciała, to bardzo fajny balsam, który solidnie nawilża skórę. I nie pozwala aby nawilżenie ulotniło się przez kilka godzin. Skóra jest miękka i przyjemna przez wiele, wiele godzin. Podczas jego używania, ani razu nie odczułam dyskomfortu, suchej czy swędzącej skóry. Konsystencja jest treściwa i do tych lekkich nie należy, ale całkiem fajnie się wchłania, choć pozostawia na skórze delikatne natłuszczenie. Ma bardzo fajny, raczej delikatny zapach, który pozostaje na skórze przez jakiś czas. Tubka 200 ml kosztuje 22 zł, więc dobry deal to jest.

Tołpa Urban Garden Balsam do ciała

 

DEEPLY FIRMING Breast Relief Phenome, to żel ujędrniający do biustu. Niestety u mnie biustowych powierzchni do ujędrniania raczej brakuje, ale ze względu na jego konsystencję i zapach nie mogłam się oprzeć i kupiłam. Bardzo przyjemny w stosowaniu kosmetyk, który świetnie się wchłania, nie lepi się, nie pozostawia po sobie nic nieprzyjemnego. Ma genialny, charakterystyczny i bliżej nieokreślony zapach, który zmuszał mnie aplikowania żelu nie tylko w okolice biustu, ale także innych części ciała. Najlepiej to po prostu byłoby gdyby balsam do ciała o takim zapachu wypuścili, albo perfumy- jeszcze lepiej. 😀 Może przy okazji wyszłoby to korzystniej cenowo, bo niestety cena jest zabójcza. Ja akurat kupiłam serum z krótką datą ważności -70%, natomiast w stałej sprzedaży jest za 135 zł, co moim zdaniem jest przesadą. 😉

Phenome – Żel do biustu
Ulubieńcy do pielęgnacji twarzy

Tutaj przede wszystkim chciałabym pokazać Wam duet z serii VALO z Lumene. Esencja hialuronowa z witaminą C czyli VALO GLOW BOOST Lumene, to zdecydowanie ta formuła, którą lubię najbardziej. Lekka, delikatnie żelowa, szybciutko się wchłaniająca, pozostawiająca po sobie delikatne napięcie i znak, że trzeba tam jeszcze coś dobrego dla cery położyć. Jest z kwasem hialuronowym, który przyznam jest moim ulubionym składnikiem produktów takich jak sera, esencje czy nawet kremy. Jakoś inaczej się ich używa. Świetnie nawilża, wygładza i naprawia. Do tego cudnie pachnie i dzięki butelce z pipetką jest wygodne w użyciu. Do kompletu jest krem – Lumene VALO (Light) GLOW REVEAL, który również ma genialną konystencji i szybciutko się wchłania, nie pozostawiając po sobie żadnych dających dyskomfort oznak. Może służyć jako baza pod makeup, bo porządnie odżywia skórę i daje jej odpowiednie nawilżenie, ale też bez przesady – i w tym cały jego urok. Nie zalega, nie tłuści, nie ciąży. Makeup twarzy się trzyma, a nie spływa razem z kremem, który na dzień po prostu się nie nadaje. Tak jak esencja VALO GLOW BOOST, krem pachnie cudnie. Chce się po niego sięgać i chce się go na sobie nosić. Jedynym minusem tych dwóch produktów są ich ceny. Krem w okolicach 90 zł, a esencja – 130 zł. Jednak używając ich i znając filozofię marki oraz ich podejście do składników, wiem, że swojej ceny są warte. Na szczęście należą do produktów bardzo wydajnych. 🙂

Lumene VALO

Z witaminą C ostatnio też używałam Serum LIQ CC LIGHT 15% VITAMIN C BOOST. Lekkie, fajnie się wchłaniające serum. W konsystencji przypomina taki rozwodniony olej, natomiast nie jest to typowo oleista konsystencja. I wchłania się też szybciej i lepiej niż sera olejowe. Jest taki na pograniczu. Fajnie nawilża, odżywia i ogólnie tak polepsza stan skóry. Można stosować do zarówno na dzień, jak i na noc. I w zasadzie nie miałam do niego zastrzeżeń po porannej aplikacji, ale pewniej jednak czułam się nakładając je głównie na noc. 😀  Serum jest super wydaje i jedna buteleczka spokojnie wystarczy na ok.6 miesięcy. Kosztuje ok. 60 zł, więc ostatecznie się to całkiem fajnie kalkuluje. 🙂

Kwas hialuronowy BioOleo – bardzo spoko, wydajna formuła, 30 ml wystarcza na kilka miesięcy. Używałam do pod krem, albo serum olejowe. Kosztuje ok. 60 zł.

Serum LIQ CC i Kwas hialuronowy BioOleo

I jeszcze jedna rzecz z witaminą C! 😀 SYNCHROLINE Synchrovit C serum przeciwzmarszczkowe. Bardzo ciekawe, bo takie w stylu „świeżego” kosmetyku. Serum po trochu robi się samemu, gdyż sproszkowana witamina C dołączona jest do ampułki w saszetce. Pełnowartościowy kosmetyk więc mieszasz sobie sama. Na dodatek jego przydatność to jedynie 10 dni. Ma genialną konsystencję, którą skóra wręcz chłonie. Świetnie nawilża, wypełnia i wygładza, a do tego przepięknie pachnie. Miałam tylko jedno opakowanie, co oznacza, że używałam serum przez 10 dni, no tyle czasu nie wystarczyło mu za rozprawienie się z moimi zmarszczkami, także na tym polu skuteczności Wam nie potwierdzę, natomiast ogólnie kosmetyk jest baaardzo przyjemny. 🙂 Ampułka 5 ml kosztuje ok. 30 zł.

Synchroline Synchrovit

Jest jeszcze jeden krem, o którym muszę wspomnieć, bo jest genialny. Zanim po niego sięgnęłam jakoś na szał się nie nastawiałam, a z drugiej strony zaczęłam go używać następnego dnia od jego otrzymania (trafił do mnie w paczce Meet Beauty, Agencja Blog Media – dzięki bardzo! <3), bo nie wytrzymałam z ciekawości. Z marką spotkałam się po raz pierwszy, więc naturalnie chciałam ją po prostu bliżej poznać. I powiem Wam, że po trwającej około 2 miesięcy przygodzie z tym kremem, wiem, że to nie był nasz pierwszy raz. MesoBoost V-shape Face Cream sprawia, że twarz jest tak niesamowicie gładka i miękka. Do tego taka wypełniona, naciągnięta. Bez żadnych niedoskonałości, tryskająca zdrowiem i witalnością. Po pierwszej aplikacji totalnie zgłupiałam, miałam wrażenie że dotykam kogoś innego. Co ten krem robi z twarzą to po prostu bajka jest i musicie go wypróbować na własnej skórze. Do tanich nie należy. 100 zł za 30 ml, to jednak kupa kasy, ale naprawdę warto. 🤩

MesoBoost V-shape Face Cream
Ulubieńcy do oczyszczania twarzy

PURE BY CLOCHEE Oczyszczający płyn micelarny – myślę, że jak w takiej cenie to bardzo dobry produkt, choć wolę Relaksującą Wodę Micelarną Clochee, z tym, że ta jest dwa razy droższa. 😅 Dobrze zmywa makijaż. Ma delikatny zapach i wbudowaną w butelkę pompkę. Nie podrażnia i nie denerwuje. 200 ml kosztuje ok. 30 zł, dostępne w Hebe, także też na plus.

SYLVECO Tymiankowy żel do mycia twarzy jest świetny. Fajnie oczyszcza, przy czym jest bardzo delikatny. Nie podrażnia, nie ściąga. Ma delikatny, tymiankowy zapach i pompkę w butelce. Konsystencja dla żelu typowa. Nie pieni się, co dla mnie w produktach myjących do twarzy jest najważniejsze. Wydajny i do tego całkiem tani – ok. 20 zł. Dostępny wszędzie (kocham za to Sylveco 😀 ).

BIOLAVEN Płyn micelarny to mój hit i nie pierwsze opakowanie. Świetnie radzi sobie z makijażem, nie podrażnia okolic oczu i nie ściąga twarzy. Ma cudny zapach i fajną cenę – ok. 20 zł.

Sylveco – tymiankowy żel, Biolaven – płyn micelarny, Pure by Clochee – Płyn micelarny

Serum olejowe Dzika Figa O!Figa

Jakiś czas temu za sprawą Warsztatów Fotografii Produktowej, które organizowałam dla blogerek i influencerek w marszalstudio, trafiło w moje ręce Serum Dzika Figa marki O!Figa. Choć do tej pory nie miałam przyjemności z kosmetykami tej marki, to kojarzyłam ją z zeszłorocznej listopadowej edycji Ekocudów w Warszawie. I szata graficzna zwróciła moją uwagę i urocze stoisko. Nic wtedy nie kupiłam, bo moje zapasy były spore, ale jak się okazało – była inna okazja, aby z kosmetykami O!Figa się spotkać.

 

Serum olejowe Dzika Figa

to z pewnością flagowy produkt marki. I oprócz tego, że jest swoistą jej wizytówką, to serio jak wejdziecie w neta, to same ochy i achy o nim przeczytacie. Przyznam zupełnie szczerze, że sama do tego akurat serum podchodziłam ostrożnie. Bo przecież to serum olejowe. A ja jednak lubuję się w tych na bazie kwasu hialuronowego, takich bardziej lekkich, żelowych, szybciutko się wchłaniających. Mimo to zaczęłam używać i to też niełatwą dla tego typu produktu porą, bo przy końcówce wiosny i z początkiem lata, ale byłam go już tak ciekawa,  że czekać dłużej nie mogłam i nie chciałam. Serum polecane jest do nocnej pielęgnacji i w taki sposób właśnie je stosowałam.

Serum olejowe Dzika Figa jest jak nazwa wskazuje jest typowo olejowe. Nie jest to ani olej lekki, ani suchy. Konsystencja jest konkretna, kosmetyk jednak nie wchłania się od razu i nie w pełni. Natomiast nie jest też tak, że wstając rano, nasza twarz świeci się olejem jeszcze po wieczornej kuracji. 😉 Myślę, że dobrze sobie pod te serum olejowe robić podkład z kwasu hialuronowego, żeby ładniej i szybciej się wchłaniało. Zanim mi się skończył używałam kwas hialuronowy od BioOleo, a później dokupiłam sobie Piękną Trójcę O!Figa, żeby mieć komplecik. 🙂 Natomiast, jest to moja interpretacja, oryginalny „sposób użycia” mówi o stosowaniu na zwilżoną skórę.

SKŁAD i działanie

Jest to kompozycja kilku składników. Znajdziemy w nim oczywiście olej z opuncji figowej (najdroższy olej rośliny na świecie! ), a także olej z nasion cedru syberyjskiego (wow!), olej z lnianki siewnej ( 😀 ), nadkrytycznego ekstraktu z dzikiej róży, oraz olejowej formy witaminy C. A więc posiada właściwości antyoksydacyjne, wygładzające, nawilżające i regenerujące. Jest kosmetykiem antystarzeniowym, a także idealnym do cer problematycznych. Silnie zatowarowanym w witaminy F, E, P, A i B, a także C. Ujednolica koloryt, rozjaśnia. Dzięki niezwykle wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych, jest ogromnie pomocny przy walce z chorobami skórnymi takimi jak egzema czy łuszczyca. Serum nie zawiera żadnych perfum i zapachów, także i wrażliwa cera nie odczuje dyskomfortu.

INCI: Opuntia Ficus-Indica (Prickly Pear) Seed Oil, Pinus Sibirica Seed Oil, Rosa Canina Fruit Oil, Camelina Sativa Fruit Oil, Tocopherol, Tetrahexyldecyl Ascorbate, Rosa Canina Fruit Extract, Helianthus Annus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract.

Mieszanka ta działała naprawdę fajnie i bardzo przykro było mi, gdy ta mała szklana buteleczka z pipetką, z niesamowicie radosną i przyciągającą uwagę etykietą, roztrzaskała się o podłogę w mojej łazience. No niestety. Na szczęście po takim czasie używania (ok. 3 miesięcy) wiem z czym miałam przyjemność. 😊

EFEKTY

Skóra oprócz tego, że nawilżona i wygładzona, to też ogólnie o wiele zdrowsza. I jakoś tak mniej niedoskonałości i mam wrażenie, że oznaki zmęczenia jakoś mniej widoczne były. O rzeczach takich jak przesuszenie czy odwodnienie w ogóle mowy nie było, nawet w najbardziej skwierczące słońcem dni. Ja to ogólnie taka dość wrażliwa jestem i często mam tą twarz podrażnioną, czasami swędzącą, czasami zaczerwienioną, ale podczas stosowania serum tego typu sytuacje występowały sporadycznie, pewnie właśnie wtedy, gdy go chwilowo odstawiałam, bo upały tego lata bywały dość mocno odczuwalne i przyznaję, że czasami musiałam sobie odpocząć od nakładania warstw. 😉 Ja akurat z żadnymi większymi problemami skórnymi na co dzień nie walczę, także nie opowiem Wam, jak serum działa w bardziej skomplikowanych przypadkach. Natomiast patrząc na właściwości składników, ma ono naprawdę szerokie spektrum działania. A i po cichu powiem Wam, że czytałam w necie opinie innych dziewczyn, które mają różne problemy z cerą i z Dzikiej Figi były zadowolone. 😊

Wydajność i cena

Tanie nie jest. Kosztuje 89 zł za 20 ml. Jednak jest cholernie wydaje 🤭 i jedna taka buteleczka wystarcza na kilka długich miesięcy. Stosując go przez 3 miesiące zużyłam może 1/5 opakowania? Także ostatecznie koszt ten jest zupełnie akceptowalny i zrozumiały. 😊

Recenzja: Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics

Zapewne tak jak wiele z Was, ja też wciąż szukam swojego ideału wśród dezodorantów naturalnych. Wiele takich przez moje ręce przechodziło i przyznam Wam szczerze, że dla opisywania większości z nich, szkoda mi było czasu. Nie dawały w zasadzie nic, i nawet jakiejś takiej zwyczajnej sympatii nie wzbudzały. Dlatego też nie znajdziecie u mnie zbyt wiele recenzji naturalnych antyperspirantów. Natomiast kilka takich, które po prostu polubiłam jest i dawałam Wam o nich znać (na końcu artykułu je znajdziecie). I dzisiaj do tej grupy lubianych dojdzie kolejny, bo choć idealny nie jest, to przyjemnie się z nim żyje.

Dezodorant o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to produkt małej manufaktury kosmetycznej, tworzącej cudne receptury naturalnych i certyfikowanych składników z polskich łąk, ogrodów i lasów. Myślę, że kosmetyki te wyróżniają się na tle konkurencji kreatywnością w doborze składników oraz taką … hm, prawdziwością. Nie zawierają żadnych wspomagaczy, parabenów, silikonów, aluminium, ani nie są testowane na zwierzętach. I pewnie dlatego tak bardzo lubię ten dezodorant.

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics – bo od początku właśnie o nim mówimy, to kombinacja składników antyperspiracyjnych, antybakteryjnych, antyseptycznych i pielęgnacyjnych. Marka zamknęła w nim i ałun (ałun – naturalny antyperspirant) i zioła (szałwię, i lipę), a także aloes i d-panthenol. Mieszanka ta zapewniać ma zarówno ochronę przed nadmierną potliwością (bez zatykania gruczołów potowych), niwelowanie nieprzyjemnego zapachu, jak i łagodzenie podrażnień. Czy właśnie w taki sposób działa? Dowiecie się za chwilę. 🙂

Płyn, przyznam – dość wodnisty, zamknięty jest w szklanej butelce z kulką, jest więc to dezodorant typu roll-on. Kuleczka działa bezawaryjnie, a na szkło, wiadomo, trzeba uważać. Aczkolwiek butelka ma dość solidne i grube ścianki, więc nic tam nie powinno się dziać. Dezodorant zamykamy plastikowym kapturkiem – nakrętką. Totalna prostota, dla wielu pewnie nic szczególnego, ale mnie jednak coś w tym opakowaniu urzekło – ręcznie opisana data ważności na etykiecie. Dla mnie świadczy nie tylko o niewielkim nakładzie kosmetyku, ale przede wszystkim o staranności z jaką jest przygotowywany.

Rzeczą, którą w tym dezodorancie lubię bardzo  jest zapach. Bergamotka – świeża, cytrusowa, orzeźwiająca – w sumie taki totalny klasyk, ale dla mnie jest tak w niej coś jeszcze, coś czego nie potrafię opisać, ale przepadam za tym strasznie. No i wiecie, dzięki takiemu, a nie innemu zapachowi, dezodorant jest zupełnie uniwersalny, przydatny dla obu płci. Swoją drogą, Earl Greya to ja w okresie jesienno-zimowym piję litrami. 😉

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Jeśli chodzi o działanie dezodorantu, to nie będę Was oszukiwała i pisała, że świetnie sprawdza się w upały. Bo dla mnie jest jednak za słaby. I o ile z niego korzystam na co dzień, to jednak wychodząc z domu zawsze przejadę tradycyjnym, drogeryjnym antyperspirantem. Ale przy dniach „chłodniejszych” – do 20 stopni, sprawdzał się bardzo dobrze. Często stosuję go od razu po kąpieli, jako produkt kojący i łagodzący. I powiem Wam, że od kiedy go używam, skóra pod pachami znacznie rzadziej jest podrażniona, nie swędzi mnie i nie piecze. Nie tworzą mi się tam tez żadne brzydkie rzeczy. Więc pod względem pielęgnacyjnym i łagodzącym jest po prostu świetny. Uważam, że ma trochę zbyt wodnistą konsystencję, bo często zdarza się, że po prostu krople po ciele mi ciekną. I wiadomo – może być to trochę irytujące, to jednak bardziej szłabym w stronę tego, że się marnuje. 🙁 Choć przyznać muszę, że jego wydajność jest naprawdę fajna. Używam na co dzień od jakichś 3 miesięcy i jeszcze z 1/5 opakowania jest. I przy cenie 45 zł za 50 ml wygląda to w sumie dość przyzwoicie. 🙂

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Ałun – naturalny antyperspirant