Dawniej Naturalnie Piękna teraz Nature Me Inspired By

Nareszcie! Mam i ja! Najnowsze pudełko NatureMe – do tej pory Naturalnie Piękna. I od razu zdradzę Wam, że nie tylko nazwa pudełka się zmieniła, ale jego zawartość również w tym miesiącu jakby nieco inna.

W środku 12 produktów – mix dla urody, zdrowia i duszy. I o ile przy poprzedniej edycji pudełko wydawało mi się być ostatecznie zbyt mało kosmetyczne, o tyle teraz jest ich wszystkich znacznie więcej i chyba po prostu bardziej trafiają w mój gust. Także proporcje „fifty-fifty” tym razem są dla mnie ok. A na dodatek same nowości, więc cieszę się podwójnie. 😁

Co znalazłam w środku? Kosmetyki marek takich jak: Oway, Skin Team, Powrót do Natury, kremowo.pl, Avebio i Seysso. Dodatkowo sok i sos Natjun, wodę alkaliczną Redox, świecę Runo i caaaałą masę kodów rabatowych.

Produktem, który ciekawi mnie najbardziej i jednocześnie ma chyba najbardziej tajemniczą nazwę ever to Hmilk no stress – mleczko odbudowujące wiązania dwusiarczkowe Oway i jest to odżywka do włosów. Zawiera biodynamiczny hibiskus, organiczny olej perilla, proteiny bawełny i olej daktylowy. I nie ukrywam, że baardzo ciekawi mnie działanie kosmetyku z takimi składnikami aktywnymi, bo często takiej mieszanki się nie spotyka. Nakłada się ją na umyte, wilgotne włosy i pozostawia na 2-5 minut. Odżywia, regeneruje i odbudowuje zniszczone łuski włosów. Tubka 75 ml kosztuje 39 zł. Jeśli będzie to fajny, godny polecenia produkt, pewnie napiszę o nim więcej. 🙂

Naturalnego mydła w kostce nigdy nie odmówię i zawsze ucieszę się na jego widok. Powrót Do Natury do pudełka wrzucił Mydełko produkowane według tradycyjnej, naturalnej receptury oparte na składnikach roślinnych. Jak duża część takich mydełek, tak i to świetnie sprawdza się do pielęgnacji skóry problematycznej. U mnie z Olejkiem z trawy cytrynowej i olejkiem lawendowym. Kostka 100g kosztuje ok. 10 zł

Nature Me Inspired By

Tak samo jak mydła, nie odmówię też ciekawej pasty do zębów. Wiadomo, że jest to rzecz, która zawsze się przyda i na pewno nie zmarnuje. Wybielająca pasta do zębów z aktywnym węglem Seysso to u mnie nowość, jednak czarne pasty już używałam i w sumie bardzo je sobie chwalę (natureON i whiteON znajdziecie tutaj). Myślę, że i z tej będę zadowolona. Oprócz węgla aktywnego zawiera ksylitol, olej kokosowy i remineralizujący nanoXIM. 75 ml kosztuje ok. 40 zł.

Ponieważ już kilka miesięcy w pudełku nie było żadnego peelingu kawowego, to jest i on! 😀 Tym razem z Skin.Team. Składnikami aktywnymi, które ścierają martwy naskórek jest kawa Robusta, cukier trzcinowy oraz różowa sól himalajska. A tymi, które skórę pielęgnują – olej arganowy, olej ze słodkich migdałów, olej z pestek winogron, olej z rącznika, olej z orzechów makadamia, masło shea i witamina E. Można stosować go zarówno na ciało, jak i twarz. Ogólnie w sprzedaży są 4 zapachy, w pudełku – Pomarańczowe Latte. Travel Size (doypack 50g) kosztuje ok. 17,90 zł.

Od AveBio tym razem mix produktów – w moim pudełku Olej Avocado. Zapas olejów naturalnych mam spory, w tym i avocado, także wolałabym trafić na coś innego, np. tonik do twarzy Aloe Vera. Się zużyje, albo poda dalej. Butelka, a w zasadzie nawet nakrętka wyposażona jest w dozownik, co jest praktyczną sprawę. Niestety nie posiada ona dodatkowego zabezpieczenia, więc 1/4 oleju podczas transportu zalała inne kosmetyki. Na tym jednak oleje się nie kończą, bo w pudełku znalazł się też Organiczny olej perilla z pachnotki Kremowo.pl i ten przyznam szczerze zaciekawił mnie o wiele bardziej, bo jeszcze nigdy takiego nie używałam. Nawilża, natłuszcza i odżywia. Działa antyoksydacyjnie i przeciwbakteryjnie. Pobudza skórę do działania. Wspierając syntezę kolagenu i elastyczny niweluje oznaki starzenia i zmniejsza zmarszczki. 50 ml kosztuje ok. 13 zł.

Kosmetyczną część pudełka zamykają próbki Bioselect i Purobio.

Nature Me Inspired By

Bardzo fajną, stylową (i minimalistyczną) i na pewno odprężającą rzeczą jest Świeca Sojowa Homemade Cake RUNO. Pachnie słodziutko i milutko. Świeca jest ekologiczna, wykonana w 100% ze składników roślinnych. Wosk charakteryzuje się tym, że łatwo go usunąć ciepłą wodą, a świeca nie dymi.

Do mojej lodówki trafiły produkty Natjun, których wcześniej nigdzie nie widziałam, a po sklepach z takim asortymentem jednak trochę chodzę, także albo ślepa jestem, albo jeszcze nie wszędzie są. Zarówno sok, jak i sos dobre, także polecam spróbować. 🙂
Sok śliwkowo – jabłkowy Natjun 400ml – ok. 12 zł.
Sos Jabłkowo-Musztardowy 225g – ok. 13 zł.

I jeszcze Jonizowana woda alkaiczna w saszetce REDOX była w tej edycji Naturalnie Piękna – Nature Me. Dzięki opakowaniu idealna na podróż – zmieści się wszędzie, nawet tam, gdzie wydaje Ci się, że nie ma już miejsca. 🙂 240 ml kosztuje ok. 4 zł.

Nature Me Inspired By

I wisienką na torcie niech będą kody rabatowe, z których możecie skorzystać i Wy. 🙂
SEYSSO.PL – „SEY8DPDMD” -20%
RUNOHOME.PL – „RUNOSHOP1” -15%
EKODEMI.PL – „EKODEMI20” -20%
KREMOWO.PL – „NATURALNIE PIĘKNA” -10%
PUROBIO.COM.PL – „KOSMETYCZKA1” – kosmetyczka za 1zł.

Niestety mam też smutną wiadomość… W związku z tym, że Inspired By wciąż prowadzi jakieś prace modyfikacyjne, pudełko Naturalnie Piękna czyli obecnie Nature Me nie będzie póki co w regularnej sprzedaży. A jak już będzie, to zapewne jako „extrabox” w ShinyBox, także czatujcie! 🙂

Idealny podkład za 30 zł – Eveline Cosmetics Liquid Control

Ostatnio miałam taki dzień, który z góry zaliczyłam do tych gorszych. Zaczęło się to tak, że robiąc sobie rano makijaż zorientowałam się, że właśnie kończy się podkład. Mój aktualnie najulubieńszy podkład – Liquid Control HD Eveline Comstics. I choć nabycie kolejnego nie jest żadnym problemem, to jakoś mi się tak smutno zrobiło. I wiadomo, nastawiło mnie na całą resztę dnia. 😉

Generalnie kiepska jestem w trzymaniu Was w napięciu i budowaniu tajemniczej aury. 😛 Jak wyżej wyczytałyście, mój aktualny numer 1. Pokochałam ten podkład dosłownie za wszystko! I choć wiadomo, że do kosmetyczki non stop wpada mi coś fajnego, to ten podkład serio na ich tle się wyróżnia.

Podkład dzięki swojej lekkiej i nietłustej konsystencji sprawdza się w wielu sytuacjach. A poziom krycia zależy od nas samych. Można nakładać go warstwowo, w mniejszych lub większych porcjach. I za każdym razem ładnie się rozprowadza nie tworząc smug, zacieków czy plam. Nie pozostaje na wierzchu, ale wtapia się w skórę i tworzy bardzo naturalny efekt. Nie tworzy maski, nie zbiera się w zagięciach.

Eveline Cosmetics – Liquid Control

Dobrze dobrany kolor poprawia i wyrównuje koloryt oraz przykrywa niedoskonałości. Cienka warstwa idealnie sprawdza się na upały, godnie zastępując kremy typu BB i CC. Dla posiadaczek piegów mam taką wiadomość, że oszczędna porcja podkładu ich nie zakryje, więc o świeży i naturalny look nie ma się co martwić.

Podkład jest tak lekki i przyjemny, że nawet go nie czuć. Nie ciąży, nie zapycha, nie przetłuszcza. Ale z drugiej strony też nie wysusza i nie podrażnia.

Dobrze współpracuje z innymi kosmetykami i trzyma się twarzy niezależnie od tego, jakiej bazy użyjemy (czy będzie to typowa baza czy też krem). Nakładane na niego bronzery, rozświetlacze czy róże ładnie się rozkładają i tworzą dobrze prezentujące się tafle.

Mimo tego, że podkład jest rzadki, jego aplikacja jest zupełnie bezproblemowa, bo odbywa się przy użyciu pipety, w którą wyposażone jest opakowanie.

I na koniec zbiór najważniejszych informacji czyli tak zwane „DANE TECHNICZNE”:
– lekka, lejąca się konsystencja,
– możliwość stopniowania krycia,
– zastępstwo dla kremów BB,
– szklana butelka o pojemności 32 ml,
– butelka wyposażona jest w pipetkę, która ułatwia aplikację,
– 6 odcieni,
– dostępny online i w drogeriach stacjonarnych, również sieciach takich jak Rossmann,
– cena od ok. 30 zł.

Polecam bardzo! 🙂

Olejek konopny Efektima – czy warto?

Nie pierwszy raz spotykam się z olejem konopnym i jego udziałem w kosmetykach pielęgnacyjnych. Z resztą na bieżąco dzieliłam się z Wami moimi nowościami i odkryciami. I choć kolejne produkty z olejem z konopii wchodzące na rynek nie są dla mnie zaskoczeniem, to Olejek konopny marki Efektima po prostu mnie zaciekawił. Przyzwyczaiłam się, że nawet do pozornie prostego produktu, zawsze dodają coś od siebie, a to czyni go innym i trochę wyjątkowym. Efektima nie zawiodła mnie i tym razem. 🙂

O szerokim i dobroczynnym spektrum działania oleju konopnego pewnie słyszało również wiele z Was. Dzięki zawartym w nim nienasyconym kwasom tłuszczowym, aminokwasom, proteinom, fosfolipidom czy witaminom, działa regenerująco, odżywczo, antyoksydacyjnie, przeciwzapalnie i antybakteryjnie. Działa kojąco zarówno na skórę, jak i włosy. Chroni je przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi i stara się zatrzymać czas :D. Jest intensywny, ale potrafi być bardzo delikatny, dlatego poleca się go do skóry wrażliwej, skłonnej do podrażnień. Zaopiekuje się również wszystkimi rodzajami włosów, wzmacniając je, ułatwiając rozczesywanie, dodając blasku i pracując nad regulacją wydzielania sebum.
Oprócz oleju konopnego w składzie Olejku konopnego Efektima znajdziemy również olej z pestek winogron i witaminę E.

Olejek konopny Efektima

Opakowanie to wygodna i poręczna plastikowa butelka o pojemności 150 ml. Wyposażona jest w atomizer, co sprzyja bezproblemowej aplikacji. Działa sprawnie (tworząc mgiełkę), więc w zależności od upodobań można spryskiwać nim ciało i włosy, jak i uzbierać odpowiednią porcję w dłoniach i dopiero nimi rozprowadzić olejek po skórze.

Jedną z ważnych i wyróżniających cech oleju konopnego, jest określenie „suchy olej” – czyli taki, który szybko się wchłania i praktycznie nie pozostawia po sobie śladu na skórze. I tak jest w tym przypadku. Olejek nie tylko dobrze się rozprowadza, ale też ekspresowo wchłania i oprócz zapachu (intensywnego, przyjemnego i mi osobiście kojarzącego się z męskimi One Million Paco Rabanne) i ogólnie lepszej kondycji, nie pozostawia na skórze nic więcej. Jego konsystencja (jak się zapewne domyślacie) jest bardzo lekka i przyjemna, nawet w lato. A przy okazji tej pory roku, dodam tylko, że stosowałam olejek w najgorsze upały, na całe ciało i zdał egzamin o wiele lepiej niż nie jeden balsam czy inne mazidło do ciała. Nawilżał i odżywiał je, ale w żaden sposób nie obciążał, nie zapychał i nie tłuścił – rewelacja!

Olejek konopny Efektima

No to parametry techniczne już znacie, czas na działanie i efekty. 🙂 Lato, wysokie temperatury, ostre słońce i wysuszająca klimatyzacja to jednak ciężkie warunki dla całego organizmu. I choć gorące dni nie przeszkadzają mi w ogóle, to jednak skóra i włosy potrzebują w tym okresie trochę więcej. I ten olejek zdecydowanie im to daje. Skóra nawilżona, odżywiona, pachnąca. Zdrowo i zachęcająco wyglądająca. Olej zostawia na niej taki trochę efekt glow, więc wiecie jak to wyglada na opalonym ciele? Najlepiej. Naprawdę fajnie sprawdza się do codziennej pielęgnacji, bo nie jest ciężki, męczący. To taka, lepsza, lżejsza wersja oleju, która fantastycznie sprawdza się również na włosach. I wydaje mi się, że szczególnie kręconych, bo bardzo fajnie podbija skręt i dodaje mu blasku – włosy wyglądają po prostu pięknie. Oczywiście trzeba uważać, żeby nie przesadzić i nie uzyskać ostatecznie „mokrej włoszki”, jednak z umiarem potrafi zrobić wiele dobrego. I na końcówki działa też – nawilża i poprawia kondycję.

Kosmetyk ten oficjalnie mianuję swoim ulubieńcem i szczerze polecam przetestować, może i Was też oczaruje.:)

Olejek konopny Efektima dostępny jest tylko w Rossmann, w cenie ok. 25 zł.

6 kosmetyków idealnych na lato i wakacje

Zastanawiacie się jakie kosmetyki mogą się Wam przydać w wakacyjnej kosmetyczce? Idę z pomocą! 😀 I przedstawiam Wam moją tegoroczną listę. 🙂

Termissa – Woda termalna z Podhala. No chyba nie muszę tego wyboru tłumaczyć. Bardzo przyjemna mgiełka do ciała. Odświeża, chłodzi i ogólnie przynosi ulgę w upalne dni. Ja swoją znalazłam w jednym z pudełek ShinyBox, ale standardowo kosztuje ona ok. 20 zł

Woda termalna z Podhala – Termissa

Płyn micelarny w chusteczce do oczyszczania twarzy i oczu tołpa: dermo face, physio i Normalizujący płyn micelarny w chusteczce do oczyszczania twarzy tołpa: dermo face, sebio. Chusteczki pakowane są pojedynczo, więc idealnie nadają się i do demakijażu i do odświeżenia po prostu. Ich forma jest też fajną opcją do samolotowej kosmetyczki. Makijaż zmywają, ogólnie oczyszczają i nawilżają. Nie podrażniają. Kosztują ok. 3 zł.

Chusteczki z płynem micelarnym tołpa

Dwufunkcyjny krem ochronny do twarzy SPF 15 i 50 Sun Balance Farmona. Fajna jest to opcja. Zamiast dwóch kosmetyków, na wakacje ciągniemy tylko jeden i na dodatek taki, któ®y zapewni nam ochronę i w pełnym słońcu i w trochę bardziej pochmurne dni. Oba sprawnie się rozprowadzają i stosunkowo szybko wchłaniają. Konsystencja wiadomo – jest tłusta, ale jednak mniej ciężka, nie przypominająca pasty. Kremy nie bielą. Nadają się pod makijaż. Cena: ok. 20 zł.

Dwufunkcyjny krem Sun Balance – Farmona

Odżywczy cukrowy peeling do ciała Banan & Agrest Farmona. Wiadomo, że peeling ogólnie się przydaje, a taki na lato jest idealny. Zapach ma bardzo słodki i wakacyjny. W konsystencji z kolei przypomina zimną galaretkę. A drobinkami ścierającymi jest przyjemny dla skóry cukier. Do tego opakowanie bardzo praktyczne i niespotykane – wieczko unosi się do góry. Kosztuje ok. 16 zł.

Cukrowy peeling Tutti Frutti – Farmona

Puder prasowany SPF30 Powder Paese. Zupełnie multifunkcyjny. Utrwali, zmatowi i delikatnie rozświetli jednocześnie. Zakryje co nieco i też wyrówna. Oprócz delikatnych iskrzących się drobinek, zawiera filtry, chroni przed wolnym rodnikami, a nawet uspokaja cerę i koi ją. Poza tym ma przepiękne, bardzo porządne opakowanie wyposażone w lusterko. W środku znajdziemy również milusią gąbeczkę. Dostępny jest w 4 odcieniach za 40 zł – i szczerze Wam powiem, warto zainwestować.

Puder prasowany SPF 30 – Paese

Błyszczyk Extreme Gloss Mesauda Milano – choć błyszczyków na co dzień nie używam, bo się kleją (oczywista oczywistość), to powiem Wam, że ten 311 polubiłam, nawet bardzo. W lato i tak często spinam włosy, bo gorąco, więc ostatecznie ten „klej” na ustach nawet mi tak nie wadzi. 😀 Za to efekt niesamowity. Mega soczyste, nasycone i pełne usta. Do nich ubieram tylko krem z filtrem, tusz do rzęs i wychodzę. 🙂 Swój znalazłam w pudełku ShinyBox.

Błyszczyk Extreme Gloss – Mesauda Milano

Viankowe cudo – Łagodząca emulsja do mycia twarzy z żywokostem

Dzisiaj będzie o Łagodzącej emulsji myjącej do twarzy z ekstraktem z żywokostu Vianek, bo już dawno nie spotkałam się z tak delikatnym, a zarazem tak skutecznym kosmetykiem do demakijażu.

Emulsja przeznaczona jest do cery wrażliwej, dlatego wszystko co znalazło się w jej recepturze to składniki łagodzące, kojące i niezwykle delikatne. Oprócz alantoiny, gliceryny, panthenolu czy oleju kokosowego, zawiera również ekstrakt z korzenia żywokostu (o właściwościach żywokostu). Mają one za zadanie skórę oczyścić, nawilżyć, odżywić i przede wszystkim ochronić przed podrażnieniami i napięciem. Emulsja nie narusza bariery lipidowej. Wpływa na uczucie wygładzenia, miękkości i komfortu.

Śnieżnobiała emulsja, dzięki zawartym w niej olejom, właśnie taka nieco olejowa w konsystencji jest. I pewnie dlatego jest tak skuteczna w oczyszczaniu skóry z makijażu i innych zanieczyszczeń, które gromadzą się na twarzy w ciągu dnia. Brak konkretnego, dobrze wyczuwalnego zapachu, jest oczywiście zrozumiały – emulsja ma być jak najbardziej neutralna i delikatna. Jednak nie ukrywam, że jestem ogromną fanką Viankowych zapachów i tutaj z chęcią bym też coś dodała, gdyby była taka opcja. Opakowanie dla produktów myjących tej marki standardowe i bardzo praktyczne, nie zamieniłabym na nic innego. Pojemność to 150 ml.

Emulsja, jak już z resztą zdążyłam wyżej wspomnieć, dobrze radzi sobie z demakijażem i oczyszczeniem. To, że nie podrażnia skóry, nie powoduje żadnych zaczerwienień czy dyskomfortu jest raczej oczywiste. To, że zostawia ją odżywioną, mięciutką i milutką w dotyku, to myślę cenna uwaga. W żaden sposób nie ściąga skóry i jej nie napina. Ta wydaje się być bardziej elastyczna, pełna i zdrowa. W zasadzie po jej użyciu, skóra prezentuje się niemalże tak, jakby już dawno był wklepany tonik i nałożony krem. Naprawdę fajne uczucie, takiej zadowolonej i dopieszczonej skóry, a przecież to dopiero początek rytuału. 😉

Jak wszystkie kosmetyki Vianek, tak i ten nie był testowany na zwierzętach, a jego skład jest naturalny i nie zawiera sztucznych kompozycji zapachowych.

Jego przydatność to ok. 3 miesiące od pierwszego użycia, a spokojnie wystarcza do codziennego stosowania na jakieś 2. Kosztuje ok. 20 zł.

 

Zobacz również:

Szybka recenzja VIANEK Rewitalizujący żel myjący do twarzy

Vianek seria przeciwstarzeniowa – Eliksir do twarzy z witaminą C vs. Serum do twarzy z koenzymem Q10

Lekki i wzmacniający szampon Vianek – seria fioletowa

Dobry naturalny szampon do włosów ciemnych i farbowanych

 

 

 

 

Policzkowy ulubieniec – Blush Full HD Eveline Cosmetics

Dzisiaj będzie konkretnie i krótko. Chciałam pokazać Wam mojego aktualnego ulubieńca do makijażu. Bo w sumie i dawno takiego nie opisywałam i na wakacyjną porę może się Wam przydać.

Jest to taki „3xSUPER” – super szybki, super dziewczęcy i super wyglądający kosmetyk. 😀 Jego forma, formuła i efekt jaki daje, idealnie pasuje do lekkiego makijażu dziennego. W jaskrawych kolorach pewnie głównie do letniego. Jednak nie sądzę abym sama rozstała się z nim na pozostałe pory roku. Choć nie od razu pałałam do niego taką miłością i przyznam szczerze, że jak go wzięłam do ręki, to nawet się trochę przestraszyłam. Ale wszelkie obawy szybko zniknęły. Wystarczyło, że go użyłam.

Kremowy róż do policzków w sztyfcie Blush Full HD Eveline Cosmetics – tak, to właśnie o tym niepozornym maluchu mowa. Jest pierwszym kremowym różem, który wiernie towarzyszy mi od jakichś dwóch miesięcy. Świetnie sprawdza się i do maźnięcia policzków przed wyjściem i do pełnego, starannego makijażu.

Jego kremowa konsystencja, choć trochę tłusta, naprawdę fajnie współpracuje. Lekko się go rozprowadza, ten szybciutko wtapia się w skórę. Nie pozostawia plam. Daje naturalny, świeży i dziewczęcy efekt. Sprawdza się i bezpośrednio na krem, jak i na podkład.

Sztyft to bardzo wygodna forma. Do tej pory miałam kremowe róże, ale w pudełeczkach/słoiczkach i jakoś tak nie sprawdzały się u mnie. Chyba to, że muszę umazać całego palca (palcem najlepiej – wiadomo 😉 ), gąbeczkę czy inny pędzelek mnie trochę zniechęcało. Sztyft zdecydowanie robi robotę. I całkiem pożądny jest, skuwka nie spada, więc można wrzucić do torebki.

Kosztuje jakoś ponad 20 zł i moim zdaniem warty tej ceny. 🙂

 

Zobacz również:

OH! My Lips Matt Lip Kit Eveline Cosmetics – czy warto?

 

Czy REGENERACJA włosów z marką You-niverse się udała?

Ostatnio w moje ręce wpadły kosmetyki You-niverse. To nowa marka do pielęgnacji włosów Kontigo. Jej asortyment to szampony, odżywki do włosów, maski i olejki. I w zasadzie cały jej przekrój mam i używam od jakiegoś czasu. A chciałam Wam o nich odpowiedzieć nie tylko dlatego, że są nowościami, ale zaskoczyły mnie swoim działaniem.

Z założenia kosmetyki You-niverse z linii REGENERACJA,  mają ogólnie poprawić kondycję włosów, zadbać o ich elastyczność i wygładzenie. Co jest możliwe dzięki składnikom aktywnym takim jak proteiny jedwabiu, gliceryna, papaja czy awokado.

A w rzeczywistości… Jeżeli chodzi o konsystencje czy opakowania, to są dla takich produktów raczej typowe, choć wydaje mi się, że sama szata graficzna jest „sympatyczna” dla oka. Zapach linii REGENERACJA (szampon, odżywka, maska), to raczej taki przeciętniak i do intensywnych nie należy. Trochę inaczej wygląda to w przypadku Olejku do włosów Nawilżenie i Wygładzenie KOKOS You-niverse – ten choć ma bardzo podobny zapach, to jednak wydaje się być mocniejszy i na włosach na dłuższy czas zostaje. Jednak – jak wiadomo, nie o perfumy tutaj chodzi, a o działanie.

Kontigo You-niverse KOKOS Olejek do włosów nawilżenie i wygładzenie.

Kosmetyki Kontigo You-niverse z serii RENERACJA i Olejek nawilżenie i wygładzenia kokos, używałam razem, w tym samym czasie, raczej nie łącząc ich z innymi, dodatkowymi produktami. Włosy myję codziennie, tutaj szamponu używałam co drugi, czasami nawet co 3 dzień. Za każdym razem w towarzystwie odżywki i olejku. Maskę używałam 2-3 razy w tygodniu. I przyznaje, że ich działanie zaskoczyło mnie bardzo. Ogólna kondycja włosów myślę, że rzeczywiście jest lepsza niż wcześniej. Te i są wygładzone i bardziej lśniące. Łatwość z jaką rozczesuję włosy, myślę odgrywa ogromną rolę na etapie regeneracji i walki o każdy jeden włos. A w przypadku tych kosmetyków szczotka sama sunie. Ale to nie wszystko! Bo jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie fakt, jak lekkie są to dla moich włosów i skóry głowy produkty. Okazało się, że wydłużają ich świeżość nawet o 100%! I to w te wszystkie upały!  Włosy nie łamią się, nie puszą i nie elektryzują. Wyglądają zdrowo.  I choć w przypadku samych końcówek jakichś spektakularnych efektów nie zaobserwowałam, to i tak jestem miło zaskoczona tym zestawem. 🙂

Kontigo You-niverse REGENERACJA

Ceny jak to w Kontigo – całkiem przyzwoite, i przyjemne dla portfela (szczególnie podczas promo :D).

 

Zobacz również:

Lakiery hybrydowe Moov Kontigo

Demakijaż z olejkiem BIOLOVE Kontigo

Liquid LipsMatter MOOV Kontigo – linia bezbłędnych matowych pomadek płynnych

Jak sprawdza się ulubieniec Red Lipstick Monster? Rozświetlacz MOIA Crystal

 

„Rytuał Gejszy” Victoria Tsai – recenzja książki

„Rytuał Gejszy” taki właśnie tytuł nosi najnowsza książka o azjatyckiej pielęgnacji. Jej autorką jest Victoria Tsai – Japonka, która wychowywała się w Stanach Zjednoczonych. Dbanie o cerę nie było jej mocną stroną, dopóki nie zaczęła wyjeżdżać regularnie do Japonii i zagłębiać się w tamtejsze sposoby radzenia sobie ze skórą twarzy i ciała. Co ma nam w tym temacie do powiedzenia?

Rytuał pielęgnacyjny Japonek wszystko co najlepsze czerpie z tradycji gejsz. Te w odczuciu autorki są kwintesencją naturalnego i zyskanego minimalistycznymi sposobami piękna. Bo to właśnie zasada „less is more” jest podstawą japońskiego rytuału pielęgnacyjnego. U jego podstaw stoi kilka kosmetyków zupełnie naturalnych i choć u nas niekoniecznie znanych, to w Japonii do dzisiejszego dnia bardzo popularnych.

Rytuał Gejszy Victoria Tsai

Cały rytuał dzieli się na 4 etapy (więc jest on nieco mniej rozbudowany niż u Koreanek):
Etap 1. Oczyszczanie – najlepiej olejem,
Etap 2. Złuszczanie – najlepiej drobno zmieloną mąką ryżową,
Etap 3. Tonizowanie – na przykład hydrolatami,
Etap 4. Odżywianie.
Wszystkie kroki opisane są w kilku zdaniach. Jednak dosyć ogólnych. Nie znajdziemy w tej książce szerszych objaśnień czy dociekań. Taki zbiór prostych zasad i porad w codziennej pielęgnacji.

Rytuał Gejszy Victoria Tsai

Autorka zachęcając do tworzenia własnego rytuału, stara się wprowadzić czytelniczkę w tradycyjny, japoński klimat. Odwołując się co jakiś czas do wspomnień, doświadczeń czy anegdot. Oraz co chyba najważniejsze, opisując kluczowe w japońskiej pielęgnacji składniki aktywne. Są wśród nich produkty w Europie raczej mało znane, więc myślę, że to naprawdę ciekawy fragment. Coś nowego, zaskakującego, wartego wypróbowania. Autorka poleca między innymi liście miszpelnika, liście bananowca manilskiego, lukrecję, urzet barwierski, sproszkowane perły czy jedwab (tak dokładnie, taki materiał 😛 ).

Rytuał Gejszy Victoria Tsai

W książce znajdziemy również kilka wskazówek nie zaliczanych stricte do rytuału, ale do pielęgnacji jak najbardziej. Na przykład jak wykonywać masaż twarzy, co jeść, żeby dobrze wyglądać oraz jak dbać i pielęgnować ciało.

Nie mogłabym nie wspomnieć o tym, że jest przepięknie wydana. Posiada wiele ilustracji, zdobień; gruby papier z delikatną fakturą. Wszystko to sprawia, że czytanie tej książki to czysta przyjemność. A i do zdjęć na pewno ją wykorzystam. 🙂 Ma wszytą zakładkę i twarda okładkę.

Kosztuje 34,90 zł.

Rytuał Gejszy Victoria Tsai

 

Zobacz również:

Książki dla urody – którą kupić?

Jak się sprawdzają wielorazowe płatki kosmetyczne Loffme?

W czerwcowym Shinybox znalazłam płatki kosmetyczne wielokrotnego użytku Loffme. Przyznam otwarcie, że bardzo zaciekawił mnie ten produkt. Jako, że na co dzień od ponad roku do demakijażu oczu używam rękawic glov, to z chęcią sprawdzam tego typu produkty, oraz mam jakieś tam porównanie.

Przyznam, że o Loffme nie słyszałam, a z tego co się zorientowałam, oferta marki przestawia się naprawdę fajnie. Znajdziemy wśród nich rzeczy takie jak ręczniki, ściereczki do demakijażu, a nawet produkty higieniczne dla kobiet. Wszystko wykonane jest z nietypowego, barierowego, antybakteryjnego materiału. Ten nie tylko powstrzymuje rozwój bakterii i grzybów, ale też nie przenosi zapachów, nie pochłania kurzu czy roztoczy. Jest szybkoschnący, ale też dobrze pochłania wilgoć. Producent zapewnia o jego wysokiej jakości i trwałości. Materiał posiada certyfikaty potwierdzające jego właściwości.  Cała oferta marki jest więc skierowana w zasadzie do wszystkich, również, a może i przede wszystkim do osób mających problemy skórne, alergie czy po prostu wrażliwych. Produkty polecane są również dla maluszków. Póki co przejdźmy do produktu, który mam i już zdążyłam sprawdzić.

Loffme – Wielorazowe płatki kosmetyczne

Wielorazowe płatki kosmetyczne wykonane są cienkiego, przyjemnego w dotyku materiału, który przy kontakcie z wodą wyglądem przypomina nieco taką „zmoczoną, łamiącą się kartę” – wiecie co mam na myśli? 😀 Płatki są delikatne, a krawędzi nie są wykończone, więc nie ma tutaj żadnego szwu, który mógłby podrażnić delikatną skórę wokół oczu. Makijaż usuwają w połączeniu z samą wodą. I myślę, że robią to naprawdę sprawnie, nawet przy dużej ilości tuszu do rzęs. Świetnie poradziły sobie również z pomadą utrwaloną tuszem na brwiach. Do usunięcia zabrudzeń, czyli wyprania ich, użyłam naturalnego mydła (z resztą tak też poleca producent, aby nie zapchać włókien) i wszystko ładnie zeszło. Schną rzeczywiście szybciutko, zeszło się około godziny. Zapachu, zgodnie z zapowiedziami, nie przyjmują.

Ogólnie produkt bardzo w porządku, ale zawsze znajdzie się jakieś „ale”. 😉 Mokry materiał trochę wyślizguje się, albo nawet przesuwa spod palców, więc pewnie wygodniejszą wersją jest ręcznik do demakijażu, gdzie możemy sobie po prostu złapać materiał w garść. I druga kwestia, to brak haczyków, zawieszek czy pętelek, na których mogłybyśmy zawiesić płatki do wyschnięcia. Ich niewielkie rozmiary średnio pozwalają na rozwieszenie ich gdziekolwiek, więc rozumiecie – przydałyby się. Poza tym zastrzeżeń nie mam i powiem Wam więcej – na pewno wypróbuję inne produkty tej marki. Bardzo mnie zaciekawiły. 🙂

Opakowanie to kartonik zamykany kopertowo. W środku znajduja się 4 sztuki. Taki zestaw kosztuje 19 zł.

Krem z komórkami macierzystymi – Apple Queen Bartos Cosmetics

Dzisiaj produkt, który oczarował mnie zarówno swoim wyglądem, jak i zaciekawił recepturą. Nowość na polskim rynku i to w wersji ekskluzywnej. Sama natura, nie testowana na zwierzętach i odpowiednia dla wegan. Co to takiego?

Bartos Cosmetics to startująca polska marka, która tworzy swoje produkty w oparciu o 3 filary – zdrowie, naturę i urodę. Marka aktualnie w portfolio ma 3 kosmetyki: krem odmładzający, krem wzmacniający i regenerujący płyn micelarny. Ich ceny są dość wysokie, bo kolejno jest to 149 zł, 139 zł i 89 zł, więc podstawowe pytanie brzmi czy warto marce zaufać i w nie zainwestować?

Swój egzemplarz Odmładzającego kremu Apple Queen Bartos Cosmetics otrzymałam na Meet Beauty Conference. Przyznać muszę, że urzekł mnie swoim wyglądem.

Słoiczek jest nie tylko pięknie zaprojektowany graficznie, ale też bardzo porządny i co najważniejsze mega praktyczny. Opakowanie typu airless sprawia, że krem nie traci na jakości i jest pełnowartościowym kosmetykiem, do ostatniej aplikacji. Dodatkowo dozuje odpowiednie porcje kremu i po prostu jest wygodny w użyciu.

Bartos Cosmetics – Apple Queen

Krem oprócz tego, że urokliwy na zewnątrz, jak informuje producent, jest też piękny w środku. Jego receptura zawiera komórki macierzyste z jabłoni domowej, ekstrakt z czerwonej koniczyny, kwas hialuronowy, sok z liści aloesu, olej arganowy, olej awokado, olej manoi, masło waniliowe, witaminę B5, B3 i E. Cała ta mieszanka dba o odnowę komórek skóry oraz jej odżywienie i nawilżenie. Działają one przeciwstarzeniowo i wpływają na elastyczność i jędrność skóry. Dodatkowo składniki te koją i łagodzą.

Krem ma bogaty skład i równie treściwą konsystencję. Nie jest ona najlżejsza, ale jakaś wyjątkowo tłusta i ciężka też nie. Posiada delikatny, kremowy odcień. Pozbawiony jest perfum, a jego zapach (delikatny, ale wyczuwalny) zupełnie naturalny.

Jak już wspomniałam jest kremem dość treściwym, więc zdecydowanie lepiej, przynajmniej u mnie, sprawdza się na noc. Niezależnie od warstwy jaką aplikuję, krem pozostawia na mojej skórze trochę tłustego filmu, więc pod makijaż się nie nadaje. Jak się domyślacie – nocą mi to w ogóle nie przeszkadza. I często pozwalam sobie nawet na położenie grubszej warstwy, jako taką maseczkę odżywczą. Krem zawsze kładę na oczyszczoną skórę, posmarowaną wcześniej płynnym serum (najczęściej na bazie kwasu hialuronowego – super się wchłania i fajnie transportuje składniki aktywne kolejnych kosmetyków w głąb skóry).

Bartos Cosmetics - Apple Queen
Bartos Cosmetics – Apple Queen

Faktem jest, że odkąd go używam moja skóra nie ma problemów czy to z warunkami atmosferycznymi, czy z klimatyzacją. Nie nękają mnie żadne przesuszenia, podrażnienia czy zaczerwienienia. Twarz jest nawilżona i odżywiona, napięta i jędrna. Wygląda dobrze – zdrowo i świeżo, przez cały dzień. Wydaje się też, że kosmetyk wzmocnił naczynka i wygładził co nieco.

Ogólnie jestem z niego zadowolona i myślę, że to fajny produkt dla wymagających. Spełni oczekiwania zarówno jeśli chodzi o skład, jak i efekty.

Dostępny jest m.in. w sklepie internetowym marki.

Ulubione kosmetyki do brwi Eyebrow Expert Delia Cosmetics

Ogólnie kosmetyki do brwi uwielbiam. Lubię dosłownie wszystko – kredki, cienie, pomady, tusze, żele i co tam jeszcze wymyślą. Jednego dnia maluję je mocniej, drugiego wyznaję zasadę „no makeup” i delikatnie je podkreślam. Wyobraźcie więc sobie moją minę, gdy trafiły do mnie wszystkie kosmetyki do brwi, jakie marka Delia Cosmetics posiada w swojej ofercie. Istny szał!

Nagle moja kosmetyczka stała się bogatsza o całą masę nowości, są nimi:
Korektor żelowy do brwi,
Maskara do brwi,
Paletka do brwi,
Pęseta do brwi,
Serum na wzrost rzęs i brwi,
Henna żelowa do brwi i rzęs,
Henna do brwi w kremie,
Henna tradycyjna,
Pomada do brwi.
I jak się zapewne domyślacie, jest kilka pozycji z tej długiej listy, które szczególnie przypadły mi do gustu.

Eyebrow expert Delia Cosmetics

Zacznę od produktu, który zaskoczył mnie najbardziej i jest to Pomada do brwi Delia Cosmetics. Jak to pomada, ma woskową konsystencję, a jej krycie uzależnione jest od tego z jaką intensywnością ją nakładamy. Dzięki temu możemy uzyskać efekt bardziej naturalny, jak i intensywny, mocny. I uwierzcie, że oba przy jej użyciu wyglądają super. Ja dodatkowo utrwalam ją maskarą, albo żelem i trzyma się bez problemu cały dzień. Również w upały. Jak już się ją na tych brwiach posadzi, to tak siedzi i siedzi, dopóki się jej nie pogoni demakijażem. Na dodatek bardzo przypadł mi do gustu odcień Dark Brow, który jest taką konkretną czekoladą i jakoś tak mi dobrze leży. Do aplikowania pomady na co dzień używam skośnego pędzelka Hakuro, ale ten, który był w zestawie (z jednej strony pędzelek skośny, z drugiej szczoteczka) też daje radę – jest sztywny, więc nie łamie się pod wpływem ciężkiego i kleistego kosmetyku, ale nie szoruje i nie podrażnia skóry.

Kolejna rzecz, którą możemy sobie wymalować całe brwi to Paletka do stylizacji brwi Delia Cosmetics. Paletka jest wykonana z całkiem przyzwoitego plastiku. W środku znajdują się dwa cienie – jasny i ciemny brąz oraz bezbarwny wosk. Do aplikacji – dwustronny pędzelek i uwaga (!) nawet lusterko się zmieściło. Cienie pudrowe, ale miękkie, przyjemne i z mniejszą przyczepnością, więc zdecydowanie ten wosk jest do aplikacji potrzebny, również dla uzyskania delikatnego efektu. Przyznać jednak trzeba, że w takim połączeniu paletka sprawdza się świetnie i bez zarzutów. Tutaj również można sobie stopniować efekt, dodając lub zmniejszając ilość cieni, które podtrzymuje fajnie rozprowadzający się wosk. Dzięki niemu możemy sobie łatwo zaznaczyć kontury czy w ogóle namalować kształt brwi. Też trwałe.

Kosmetyki do brwi Eyebrow expert Delia Cosmetics

Rzecz, bez której ogólnie nie wyobrażam sobie makijażu brwi jest tusz. Czasami używam go w pojedynkę, czasami dodaję do kredki, a jeszcze kiedy indziej utrwalam sobie cienie czy pomadę. Serio lubię mieć coś takiego w kosmetyczce. W przypadku Kremowej maskary do brwi Delia Cosmetics podoba mi się aplikator – mała szczoteczka, która pozwala na bardziej precyzyjną aplikację i trwałość. Kolor brązowy, którego używam na co dzień, jest w porządku. Jednak ja dodałabym do gamy ich trochę więcej. Maskara należy do tej grupy kosmetyków, które nie wysychają pod wpływem czasu. Stale jest tak samo mokra, nie zostawia więc grudek i nie skleja włosków. Pozostawia fajny, efekt podkręconych brwi, który można stopniować. Zawiera olej makadamia, sezamowy, kukurydziany, słonecznikowy i z oliwek, a także d-panthenol, więc nie tylko koloryzuje brwi, ale też je pielęgnuje.

Kremowa maskara do brwi Delia Cosmetics

Ostatnią rzeczą do podkręcania brwi, jaką chcę Wam dzisiaj zaprezentować jest Ekspresowa jednoskładnikowa henna do brwi. Dlaczego ulubieniec? Sprawa chyba jest prosta – i jednoskładnikowa i ekspresowa. Generalnie nic nie trzeba mieszać, nie trzeba się zastanawiać nad proporcjami, jak i mieszaniem kolorów – jest podany konkret i tego używasz, koniec kropka. A że ja i nigdy czasu nie mam i też trochę leniuszek (jak już mam te 5 minut), to bardzo polubiłam tą hennę. Efekt w zasadzie otrzymujemy nawet już po 5 minutach, a utrzymuje się on spokojnie ponad tydzień. Myślę więc, że fajna sprawa. Jedyna rzecz, jaką bym poprawiła to pędzelek, bo jednak mało precyzyjny jest ten aplikator.

Jednoskładnikowa ekspresowa henna do brwi

Serum na wzrost rzęs i brwi Delia Cosmetics zasługuje na uwagę głównie dlatego, że nie podrażniło moich oczu – a to się serio rzadko zdarza. Delikatna odżywka, która może jakichś spektakularnych efektów nie daje, ale włoski są i mocniejsze i w przypadku rzęs mam wrażenie, że nieco dłuższe. Bezbarwna i bezwonna. Zawiera innowacyjny kompleks wzmacniająco-odbudowujący Widelash i keratynę. Nakłada się ją aplikatorem zakończonym pędzelkiem, na linię powieki wzdłuż rzęs i na brwi. Można zarówno na noc, jak i na dzień pod makijaż.

Serum do rzęs i brwi Eyebrow Expert Delia Cosmetics

Pielęgnację zamkniemy wisienką – piękną, minimalistyczną Pęsetą Delia Cosmetics. Kompaktowa i precyzyjna jednocześnie. I te połączenie czerni ze złotym logo – ekstra! Ładna rzecz do kosmetyczki. 🙂

Choć zdecydowanie większą część produktów do brwi marki Delia Cosmetics już Wam przedstawiłam, to możliwe, że niedługo wrócę z czymś jeszcze. Póki co, zachęcam do zapoznania się z powyższymi, bo to dobre produkty, w naprawdę niskich cenach (najdroższa jest paletka – ok. 20 zł). Oferta marki jest naprawdę szeroka, więc myślę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. No chyba, że się kredki lubi, to wtedy się nie uda, poza tym – „hulaj duszo, piekła nie ma”. 🙂

INSTAGRAM: Wygraj mega zestaw kosmetyków i książek!

WYGRYWA @iza_jankowska! 🙂

REGULAMIN

§1.

Organizatorem konkursu jest BAFavenue.pl.

§ 2

W konkursie udział może wziąć każdy, nie więcej niż jeden raz.

§ 3

Nagrodą jest zestaw składający się z nowych kosmetyków widocznych na zdjęciu oraz 3 książek pochodzących z mojej biblioteczki.

Nagroda – całość

 

§ 4

Konkurs trwa od 10.06.2018 do 10.07.2018 r.

§ 5

Zadania konkursowe. Jak zawalczyć o zestaw kosmetyków? Wystarczy, że:
– będziesz obserwować @bafavenue.pl na Instagramie,
– udostępnisz na swoim instagramowym profilu baner konkursowy, oznaczysz @bafavenue.pl oraz dodasz hasztagi: #konkurs #kosmetyki #konkursbafavenue
– w komentarzu pod banerem konkursowym potwierdzisz akceptację niniejszego regulaminu oraz napiszesz w JEDNYM zdaniu dlaczego zestaw ma trafić właśnie do Ciebie,
– dasz serduszka postom, które podobają Ci się najbardziej,
– dodatkowo możesz wspomnieć o konkursie na instastory, ale nie jest to obowiązkowe. 🙂

§ 6

Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do 5 dni po zakończeniu konkursu na BAFavenue.pl, w zakładce „konkursy”. Organizator poinformuje o publikacji wyników na instastory na Instagramie.

§7

Zwycięzca powinien skontaktować się z Organizatorem w celu przekazania nagrody poprzez wiadomość mailową (redakcja@bafavenue.pl) do 10 dni, liczonych od ogłoszenia wyników.

§ 8

Wszelkie inne regulacje prawne niewyszczególnione w tym regulaminie podlegają pod prawo polskie Kodeksu Cywilnego.

§ 9

Wszelkie spory rozstrzyga właściwy sąd okręgowy.

Inspired By Naturalnie Piękna edycja 12

Razem z majem nadszedł czas na kolejną odsłonę pudełka Naturalnie Piękna. To już dwunasta edycja! Czy i czym mnie zaskoczyła?

Wszystko co znajduje się w tym pudełku to dla mnie zupełne nowości. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia ani z tymi produktami, ani nawet z markami. Pudełko wypełniają nie tylko kosmetyki, ale też akcesoria, a nawet suplementy. Łącznie w pudełku znajdziemy 7 pełnowymiarowych produktów.

Jak w każdym pudełku, tak i w tym mam swoich faworytów, dlatego prezentację pudełka zacznę właśnie od nich.  Tonik do twarzy przeciwzmarszczkowy Babo. Szklana butelka i minimalistyczna etykieta prezentują się pięknie. Atomizer z kolei zapewnia wygodą i równomierną aplikację. Delikatna mgiełka koi i relaksuje, a przy tym nawilża, poprawia kondycję skóry i oczywiście przywraca jej odpowiednie pH. Pachnie naturalnie. Nie podrażnia. Kosztuje ok. 65 zł.

Faworytem numer 2 jest Naturalne mydło do ciała Blank. Mydlarnia. Te też prezentuje się świetnie. Dla mnie takie ręcznie robione kostki zawsze pięknie wyglądają. Uwielbiam nieregularnie kształty i nierównomierne zdobienia. I takie woreczki materiałowe też uwielbiam. Jeśli produkt prezentuje się w taki sposób, to ja w jego jakość i skuteczność ufam od razu. 😛 W zależności od wariantu kostka 120 g kosztuje od 18 zł wzwyż.

Naturalnie Piękna edycja 12

Czas na trzeciego faworyta i Pędzel do brwi i eyelinera P44 HULU Brushes. Tego nigdy za wiele! Skośny, sztywny i precyzyjny. kosztuje ok. 12 zł.

Rzecz, która na podium się nie znalazła, a w pierwszej chwili nawet mocno zaskoczyła to Podpaski ekologiczne na dzień FAR-IN ANION Gentle Day. Mieszane uczucia wiadomo dlaczego, ale później sobie tak pomyślałam – kurcze, a w zasadzie dlaczego nie. Większość z nas ich używa, to w sumie fajnie poznać coś nowego. Więc mimo tego, że na miejscu czwartym, to daję dużą okejkę. 🙂 I co fajne – kosztują ok. 13 zł.

Rzecz, która w pudełku się znalazła, a w żaden sposób mi się nie przyda to Grinday Look Up – formuła Włosy, Skóra, Paznokcie. Wciąż karmię piersią, więc nawet jakbym chciała, to mi nie wolno. Dam pewnie na konkurs. 🙂 60 kapsułek kosztuje ok. 70 zł.

I na koniec produkty TNS – lakier hybrydowy i pilnik o gradacji 180/240. I nie wiem co o tym myśleć. Chyba nie jestem przekonana do wypełniania naturalnych pudełek hybrydami. Niby czemu nie, ale jakoś mi to się gryzie i nie pasuje. Lakierów w moim pudełku znalazły się 2 sztuki, także napewno się podzielę w rozdaniu. Pilnik również oddam, mam aktualnie spory zapas. Lakiery TNS kosztują ok. 7 zł / 8 ml, pilnik 1,20 zł.

Wszystko!

Powiem tak – mimo kilku naprawdę fajnych i ciekawych produktów, chyba jestem trochę zawiedziona. Połowa (albo nawet i więcej) pudełka z założenia kosmetycznego, to akcesoria i suplementy. A biorąc pod uwagę, że tym razem jest ich 7, to kosmetyków do pielęgnacji mamy tylko 2 sztuki. Wydaje mi się, że to jednak trochę mało. No ale tak to jest. Nie wszystkich da się zadowolić to po pierwsze. A po drugie, też rzecz wiadoma – raz pudełka są mniej, a za drugim razem bardziej wypasione. 🙂

Po Naturalnie Piękną kierujcie się na inspiredby.pl.

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Jakiś czas temu (w zasadzie całkiem niedawno) w Sylveco pojawiła się nowość – Naturalny Dezodorant. Trafił w moje ręce w dwóch wariantach – kwiatowym i ziołowym. I w ofercie na razie tylko te dwa są. Powiem szczerze, że strasznie mnie zaciekawiły i ucieszyły. Bo mimo tego, że naturalne dezodoranty często rady nie dają, to kosmetykom Sylveco zaufałam już kilka lat temu i po prostu wierzyłam, że i z takim tematem marka sobie poradziła.

Oba dezodoranty zostały oparte na naturalnych składnikach aktywnych. A ze składów wykluczony został alkohol i sól aluminium. Głównym składnikiem aktywnym w wersji ziołowej jest ekstrakt z kory dębu, kwiatowej – szałwia lekarska. Mają absorbować pot, hamować rozwój bakterii i niwelować nieprzyjemny zapach. Czy udało się wypełnić założenia?

Od razu moją uwagę przykuły opakowania, które wydały mi się strasznie urocze. Kulki (roll-on) są w kolorach etykiet, kwiatowy – cukierkowy różowy, ziołowy – żywy zielony. Sylveco zawsze dbało o estetykę produktów, również tych już otwartych i używanych, co naprawdę doceniam i lubię. Etykiety mimo tego, że często lądują pod wodą, z kosmetyków nie znikają, nie odklejają się, nie niszczą w żaden sposób. I takie same świetnie prezentujące się naklejki, mają i te dezodoranty.

Naturalny Dezodorant Sylveco w wersji kwiatowej i ziołowej

Wersja kwiatowa zaskoczyła mnie bardzo. Nie uwierzycie czym. Zapachem! Generalnie nie lubię zapachów określanych mianem „kwiatowych”, szczególnie w przypadku różnego rodzaju dezodorantów. Dla mnie po prostu są straszne. Ale ten dezodorant, to zupełnie inny kwiatowy. Pachnący trochę ziołami, trochę cytrusami, takimi świeżymi roślinami, a przede wszystkim naturą. Strasznie fajny, nienaciągany, bez sztucznego podkręcania (przynajmniej mój nos tego nie wyczuwa). No serio – ogromne wrażenie na mnie zrobił ten zapach kwiatowy. 🙂 Choć ziołowy też jest niczego sobie. Trochę bardziej neutralny, uniwersalny. I z pewnością więcej nut cytrusów w nim, więc i bardziej taki „fresh”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

Konsystencja myślę, jak na taki produkt, dosyć standardowa. Płynna emulsja, która wnika w skórę. Choć wiadomo – nie od razu, chwilkę trzeba poczekać. Ale warto, bo nic się nie roluje i nie zbiera w zagięciach czy fałdkach (jak tam wolicie :P). Podczas aplikacji nie swędzi, nie piecze, nie podrażnia. Można go stosować bezpośrednio po depilacji.

Testowanie tych dezodorantów przypadło na naprawdę wysokie temperatury, które przez wielu określane są afrykańskimi upałami, także przebiegały bez taryfy ulgowej. Zarówno na ciele moim, jak i mojego M. Ogólne wrażenie pozytywne. Niweluje potliwość i neutralizuje zapachy. Suchość zapewnia, ale nie oszukujmy się, jak większość antyperspirantów, tylko do jakiegoś momentu. Jeśli na zewnątrz, w słońcu jest z 40 stopni, to chyba tylko silne blokery dają radę. W warunkach nieco lżejszych sprawdza się bardzo dobrze i utrzymuje okolice pach w suchości i świeżości. Co myślę dosyć istotne – zapachy, i ten kwiatowy i ziołowy, dosyć szybko się ulatniają, więc nie tworzą się z ich udziałem nieprzyjemne mieszanki.

Cena Naturalnego Dezodorantu Sylveco w internecie to 27 zł / 50 ml.

 

Zobacz również:

Miętowa pomadka z peelingiem Sylveco

Ziołowa walka z rozstępami – SYLVECO Nawilżający balsam na rozstępny

 

Mój drugi numer jeden – Suchy szampon Express Dry Wash Paul Mitchell :)

Jak każda z nas, czasami używam suchego szamponu. Do tej pory mało który się u mnie sprawdzał i rzeczywiście trochę poprawiał wygląd włosów. Szamponem, który dał radę okazał się Got2b w wersji zielonej i do tej pory był to mój numer jeden. Ostatnio pojawił się jednak taki kosmetyk, że mój dotychczasowy hit choć do moich włosów świetny, trochę przy nim blednie.

Cudo to poznałam na warsztatach Beauty By Bloggers Paul Mitchell. Na zajęciach, które prowadził z nami Łukasz Urbański, dowiedziałyśmy się, że aby włos był podatny i dobrze się z nim pracowało, powinien być najpierw nieco „zmęczony” produktami stylizacyjnymi. Jako, że miałyśmy kosmetyki marki do dyspozycji, postanowiłam się nimi trochę pobawić. W pierwszej kolejności sięgnęłam po suchy szampon Express Dry Wash, bo jak ogólnie wiadomo, sprawiają one zazwyczaj, że włosy ją bardziej sztywne i zmatowione od nasady. A to wydawało mi się idealną bazą do dalszego działania. No to psikam, psikam, psika mi też koleżanka i psika mi całkiem sporo, a włosy lekkie, sypkie i gładkie!

Paul Mitchell Suchy Szampon Express Dry Wash

Nie nabrały sztucznej objętości, nie zrobiły się szorstkie. Całodniowe włosy (moje dosyć szybko tracą świeżość, myję je codziennie) zrobiły się takie, jakbym właśnie je umyła wodą z tradycyjnym szamponem. W przypadku włosów u nasady już się przetłuszczających również daje radę. Włosy są odbite od nasady, bardziej matowe i dobrze się układające. Na kilka godzin (a u większości z Was pewnie nawet i na cały dzień) spokojnie wystarczy.

Co ważne – do uzyskania takich efektów wcale nie trzeba aplikować na włosy całej puszki. Wystarczy kilka delikatnych pociągnięć u nasady. Ja na warsztatach po prostu sobie nie żałowałam. 😀

Co do kwestii technicznych – suchy szampon Paul Mitchell nie zostawia plam i nie bieli włosów, więc można go używać bez skrępowania, w każdych ilościach, do uzyskania odpowiedniego efektu. Standardowe opakowanie to  puszka 252 ml, ja na spotkaniu Beauty By Bloggers dostałam miniaturę – 50 ml. Obie puszki są równie poręczne, a atomizery bezawaryjne i dobrze rozpylające. Zapach ładny (taki typowo fryzjerski), utrzymujący się na włosach, a sam kosmetyk podczas aplikowania nie drażniący i nie duszący.

Pełnowymiarowy produkt kosztuje niecałą stówkę, więc całkiem sporo, ale i wielkość opakowania i efekty mogą to wynagrodzić. 🙂

 

Zobacz również:

Pierwsza edycja Beauty By Bloggers Paul Mitchell

Pierwsza edycja Beauty By Bloggers Paul Mitchell

Ostatnio trochę się rozszalałam i skaczę z meetingu na kolejne wydarzenie blogerskie. Tym razem była to pierwsza edycja Beauty by Blogger. Czyli spotkanie, które w 100% wypełniały warsztaty. Podzielone one były na 3 bloki – paznokcie z Chiodo Pro, makijaż z Pease Cosmetics i włosy z Paul Mitchell. I to właśnie Paul Mitchell był organizatorem całego spotkania.

Wszystkie dary losu spotkania Beauty By Bloggers

Gdy dowiedziałam się o Beauty By Bloggers i o formie tego spotkania, byłam strasznie go ciekawa. Na Meet Beauty przekonałam się, jak fajną sprawą takie warsztaty są, więc nie zastanawiałam się i od razu wysłałam swoje zgłoszenie. Pierwsza edycja odbyła się w Warszawie.

Dzień rozpoczęliśmy od zdobień paznokci z Chiodo Pro, które naprawdę nie należały do łatwych. Samo ombre okazało się być trudniejsze niż by się wydawało, a co dopiero malowanie kwiatków z brokatem! Generalnie łatwo nie było, ale napewno wiele się nauczyłam. Ostatecznie palma wyszła mi naprawdę niezła.

Warsztaty Chiodo Pro

Warsztaty z Paese Cosmetics podzielone były na teorię i praktykę. W pierwszej części dziewczyny pokazywały nam, jak w łatwy i szybki sposób, przy użyciu dosłownie jednego, dwóch kosmetyków poprawić swój look. Druga część to face charty – mój ostatecznie wyglądał tak i dumna jestem z niego bardzo. 😀

Warsztaty Paese Cosmetics

Wisienką na torcie były warsztaty marki Paul Mitchell, które prowadził Łukasz Urbański. Na pewno o nim słyszałyście. 🙂 Było dużo zabawy, uśmiechu i totalnie luźnej atmosfery. Łukasz czesał dziewczyny i pokazywał nam wraz ze swoim współpracownikiem szybkie triki na dobry włos. Osobiście byłam zachwycona klimatem jaki stworzyli i formą warsztatów – zupełnie otwartą i spontaniczną.

Mam nadzieję, że to dopiero początek Beauty By Bloggers i że za każdym razem będzie to coraz większa i równie inspirująca impreza, co teraz. 🙂

Kredka do brwi – pojedynek MAC vs. Pierre Rene

Gdy zobaczyłam tą kredkę w szafie Pierre Rene podczas Meet Beauty Conference od razu pomyślałam o mojej ulubionej, tej z MACa i o tym, aby je ze sobą zestawić i sprawdzić czym się różnią. Bo jednak w cenie różnica jest spora – ok. 60 zł.

MAC – Veluxe Brow Liner oraz Pierre Rene Brow Liner z wyglądu są niemalże identyczne. Obie drewniane, w kolorze znajdującego się w środku odcienia, wykończone matem. Obie posiadają czarne skuwki, w tym że w MACu są one metalowe, a w Pierre Rene plastikowe. Z jednej strony kredka, z drugiej szczoteczka do brwi. Co do jej jakości, to już dawno nie pamietam tej z MACa, bo odpadła prawie że na samym początku użytkowania. Z kolei ta z Pierre Rene póki co wygląda stabilnie i wyczesać się nią też da.

Kredkę z MACa pokochałam za kolor, łatwość prowadzenia i trwałość. I przez długi czas towarzyszyło mi poczucie, że nie można lepiej. Nie jest to typ woskowej kredki, jest sucha i stosunkowo twarda, ale dobrze nasycona, więc ostatecznie wystarczy kilka machnięć i brwi zrobione. Dzięki temu można też stopniować efekt, w zależności od tego czy chcemy mieć mocne czy bardziej naturalne wykończenie. O ile temperuje się ładnie, nie łamie się, a drewno nie zadziera, to tak jak już wspomniałam, po szczoteczce zostało mi tylko puste miejsce. Trwała jest bardzo i to nawet bez żadnego dodatkowego zabezpieczenia (tusz, żel czy cokolwiek innego). Trzyma się zarówno skóry, jak i włosków calutki dzień, bez poprawiania, bez domalowywania.

Brow Liner Pierre Rene i MAC – Veluxe Brow Liner

Brow Liner Pierre Rene w zasadzie od powyższych nie odbiega. Jest super trwała – spokojnie cały dzień czy wieczór wytrzyma. Jest to pewnie też związane z jej suchą formułą, która nie ma jak się ulotnić czy spłynąć. Może i nie jest to kredka, która po brwiach wręcz „sunie”, ale naprawdę prowadzi się przyzwoicie i dobrze się nią pracuje. Ma nasycony kolor, który osiada na brwiach i wtapia się w skórę. Do tego ładnie i porządnie wygląda. Ładnie się temperuje, nie łamie się. No i ta cena! 21 zł za takiej jakości kredkę do brwi, to myślę bardzo fajny deal. Minusem Brow Linera z Pierre Rene może być mała gama kolorystyczna, aktualnie dostępne są tylko trzy odcienie – Brunette, Ginger Brow i Blond. W MACu jest ich aż 8. Więc jeśli ktoś ma mocno sprecyzowany, charakterystyczny odcień, to niestety może wśród kredek Pierre Rene nie odnaleźć swojego odpowiednika. Poza tym, myślę, że nie ma się do czego przyczepić.

 

Zobacz również:

Dwa szybkie sposoby na stylizację brwi

Bardzo przyzwoita kredka do brwi za 15 zł

 

5 kroków do brwi idealnych i Zestaw do ich stylizacji od Golden Rose

 

Peeling enzymatyczny jak i na kogo działa? || Enzymatyczny koncentrat peelingujący Pollena Eva

Podczas Meet Beauty odwiedziłam stoisko Pollena Eva, które cieszyło się dużym zainteresowaniem. I to z nie byle jakiego powodu. Wykonywane było tam mikrokamerą badanie skóry. Kolejki więc długie, ale warto było.

Generalnie takie szybkie badanie, to fajna sprawa. Ostatnie robiłam na stoisku marki Vichy na targach Mother & Baby jakiś rok temu. Wtedy okazało się, że skóra twarzy jest naprawdę w bardzo dobrej kondycji. Tym razem było już trochę gorzej. I nie sądzę, żeby była to kwestia pielęgnacji, bo żadnych zmian w swoim „rytuale” nie poczyniłam, oprócz oczywiście nowych kosmetyków, które zastępują cały czas już te przetestowane. Albo ciężka ta zima dla mnie była, albo karmienie piersią nie tylko wpłynęło na moją wagę i włosy (a w zasadzie ich masowe wypadnie), a także i cerę. I ta druga opcja mimo wszystko wydaje mi się być bardziej prawdopodobna. Na szczęście dramatu nie ma. Trochę popracuję nad nawilżeniem, trochę nad złuszczeniem i powinno być już ok.

I ja właśnie do tego złuszczania zmierzam. Jako, że moja cera jest raczej wrażliwa, naczynkowa, to do usuwania martwego naskórka poleca się peelingi enzymatyczne czyli takie, które nie posiadają drobinek ścierających, a enzymy. Przez to są znacznie delikatniejsze, co nie oznacza, że mniej skuteczne. Są to zazwyczaj kremowe maseczki, które pozostawia się na skórze przez określony czas. Wtedy enzymy złuszczają martwy naskórek, oczyszczają pory i wspomagają odnowę komórek. Efekty powinnny być takie jak przy peelingu mechanicznym, albo nawet i lepsze.

Jak się zapewne domyślacie z Meet Beauty wróciłam do domu bogatsza między innymi właśnie o Enzymatyczny koncentrat peelingujący Pollena Eva z serii Dermo.

Tubka o pojemności 50 ml wypełniona jest konsystencją o delikatnym, przyjemnym zapachu. Formuła peelingu kremowa i puszysta. Lekko się rozprowadzająca, dość śliska, ale dobrze trzymająca się skóry. Można stosować ją na twarz, szyję i dekolt, jako szybką (od 5 do 10 minut) maseczkę, którą następnie zmywa się letnią wodą.

Po użyciu Enzymatycznego koncentratu peelingującego Pollena Eva, skóra jest złuszczona, oczyszczona i super gładka. Pory też jakby w lepszej kondycji. Bez podrażnień, zaczerwienień i innych tego typu historii (również na szyi i dekolcie!). Nawet żadnego pieczenia czy swędzenia nie odczułam. Wydaje się więc, że powinien być dobry również dla wrażliwców większych ode mnie. Myślę, że za przygotowanie skóry na pochłanianie składników aktywnych zawartych w kolejnych kosmetykach, zasługuje na piątkę. A i cena jest zachęcająca, bo waha się ok. 14 zł.

 

Zobacz również:

Peeling trychologiczny – co to?

RECENZJA tołpa: green oils. Orzeźwiający żel peelingujący do mycia twarzy

Coś przyjemnego – Peelingi do ust Hania Beauty

 

Naturalnie Piękna 11 by Inspired By

Wiecie, że to już 11 edycja Naturalnie Piękna?! A ja doskonale pamiętam tą pierwszą. Zawartość tamtego pudełka wydawała mi się wręcz idealna i jedyna w swoim rodzaju. To właśnie wtedy okrzyknęłam pudełko Inspired By Naturalnie Piękna swoim ulubionym. I choć chyba większe wrażenie na mnie rzeczywiście robiły te starsze edycje, to nadal ogólnie jest to mój ulubiony box kosmetyczny. Co znajdziemy w nim tym razem?

Teoretycznie w każdym pudełku powinno być 8 kosmetyków. Ja w moim znalazłam tylko 7, jednak uznałam, że nie będę czekała na brak, aby zaprezentować Wam całość.

Przyznaję, że największym zainteresowaniem z mojej strony cieszył się od pierwszego wejrzenia Naturalny stymulator wzrostu włosów Kamiwaza. Marki do tej pory nie znałam, a i problem wypadających włosów jest u mnie bardzo aktualny. Kosmetyk jest połączeniem tradycji i japońskiej biotechnologii. Podobno niezwykle skutecznym i przynoszącym niezwykłe efekty, więc z przyjemnością go przetestuję. Buteleczka 95 ml kosztuje ok. 45 zł.

Druga fajna rzecz, którą widziałam w innych pudełkach to Kueshi – truskawkowy Peeling do ciała. Pachnie tak, że chce się go jeść, a nie nacierać nim ciało. 😀 Duża butla (500 ml) przyda się na okres wiosenno-letni, gdy i samoopalaczy używam i na słońcu staram się wygrzewać. Peeling zawira naturalne ekstrakty odżywcze, dzięki którym skóra jest gładka, miękka i zdrowa. 61 zł kosztuje.

Hydrolat kwiatów róży demasceńskiej L’orient, to produkt, którego nie odmówię. Uwielbiam różę w kosmetykach, uwielbiam jej zapach, uwielbiam jej działanie. A w tak prostej postaci, sprawdza się najlepiej. Silnie nawilża, tonizuje, koi i poprawia koloryt. Butelka z atomizerem, więc można aplikować wodę bezpośrednio na skórę, bez żadnych tam wacików czy innych paluchów. 90 ml kosztuje 34 zł.

Naturalnie Piękna 11 by Inspired By

Serię Tria Cosmetics poznałam wraz z poprzednim pudełkiem Naturalnie Piękna. Wtedy był to krem do twrzay, teraz mam Krem do rąk z ekstraktem z dzikiej róży. Czujecie? Znowu moja ukochana róża! Ja to mam farta! 😀 Odżywia, uelastycznia i wzmacnia, zarówno skórę dłoni, jak i paznokcie. 75 ml kosztuje 23 zł, więc jak na krem do rąk nie jest to mało, ale prezentuje się obiecująco.

Aube i Dwufazowy płyn do demakijażu znałam z innego pudełka, którejś edycji Shinybox. Przyznam szczerze, że nie używam na co dzień tego typu produktów, bo jest ze mną rękawica Glov. Jednak wiadomo – czasami są awarie i lepiej jakiś zapas mieć. Ma fajną, poręczną butelkę o pojemności 100 ml, więc w podróż (niesamolotową) można z powodzeniem zabrać. 🙂 Cena: 30 zł.

Bronzer Miyo to makijażowy akcent tego pudełka. Bronzerów trochę w kolejce mam, bo cały czas meczę swój ulubiony (ale już kończący się) Vita Liberata, także jeszcze zastanowię się co z nim zrobić. W każdym razie w regularnej cenie kosztuje on 16 zł.

Na koniec to, czego ostatnio wszędzie sporo czyli Maska w płachcie Sesamis. O ile maseczki w płachcie znam i to dobrze, o tyle Sesamis nie. Także fajnie – będzie okazja żeby się poznać i może polubić? 🙂 Maseczka kosztuje ok. 10 zł I jak większość tego typu produktów ma za zadanie nawilżyć, zregenerować, odżywić i tym samym odmłodzić.

Przyznam, że z chęcią skosztowałabym tej brakującej Babeczki do kąpieli, mimo to całość oceniam dosyć wysoko. Kosmetyki i nowe (jak dla mnie), i modne i aktualne jeśli o warunki atmosferyczne chodzi, także czego chcieć więcej? 🙂

Pamiętajcie, że pudełka Naturalnie Piękna to standardowa oferta InspiredBy, na ShinyBox pojawiają się tylko co jakiś czas w ramach extraboxów. Więc to właśnie na inspiredby.pl składajcie zamówienia. 🙂

 

Zobacz również:

Inspired By Naturalnie Piękna edycja 10

Inspired By Naturalnie Piękna 9

Inspired By Naturalnie Piękna 8

 

Jaka jest seria Nature Story by Tołpa dla Lidla?

Jak dowiedziałam się, że powstała nowa linia kosmetyków marki Tołpa, która sprzedawana ma być wyłącznie w Lidlu, zaczęła zżerać mnie ciekawość. Czy kosmetyki te będą równie dobre i fajne, jak inne, których w Lidlu się nie sprzedaje?

Chwilę później w moje ręce trafiła cała linia Nature Story – bo tak się nazywa. I powiem Wam – pierwsze wrażenie naprawdę dobre. Praktyczne rozwiązania, słodkie opakowania i świetne zapachy. Linia dość kompleksowa, choć wiadomo, że każdy swoje 5 groszy by dorzucił, tak i ja zrobiłabym tam pewne podmianki czy rozszerzenia. Niemniej baza jest i to dobra.

Nature Story to póki co połączenie kosmetyków do oczyszczania i pielęgnacji. Łącznie 7 kosmetyków z dodatkami takimi jak kwas hialuronowy, komórki macierzyste, gliceryna, ekstrakt z nasion bawełny, wyciąg z owoców limonki, wyciąg z liści mięty, mleczko sojowe czy mleczko ryżowe.

Woda micelarna Delikatna Bawełna Nature Story to przyjazny dla skóry płyn. Choć skutecznie usuwa makijaż czy ogólne zanieczyszczenia z twarzy, to jest przy tym bardzo delikatny. Nie podrażnia skóry, nie powoduje, że ta zaczyna się czerwienić czy szczypać. Radzi sobie z tuszem do rzęs czy matowymi pomadkami. Ma wyraźny, ale przyjemny zapach. Składnikami aktywnymi są: ekstrakt z nasion bawełny, torf tołpa, hialuronian sodu, kompleks Lactil, komórki macierzyste z mikołajka nadmorskiego, gliceryna.

Nature Story by Tołpa – Delikatna Bawełna

Nawilżający żel do mycia twarzy Delikatna Bawełna Nature Story to kolejny kosmetyk, którego zadaniem jest oczyszczenie twarzy z wszelkich zanieczyszczeń. Ma fajną konsystencję – kremową, mleczną. Ta przyjemnie oblepia skórę i tworzy na niej taką śliską warstwę. Łatwo się spłukuje. W przypadku mniejszej ilości nawet nie tworzy zbytnio piany i bąbelków. Po osuszeniu, twarz jest czysta i niezwykle gładka oraz przyjemna w dotyku. Jestem tym efektem oczarowana. Zapach ten sam co przy wodzie micelarnej. Składnikami aktywnymi są: ekstrakt z nasion bawełny, torf tołpa, hialuronian sodu, pochodna mocznika, komórki macierzyste z mikołajka nadmorskiego, gliceryna.

Orzeźwiający żel z peelingiem bambusowym do mycia twarzy Miętowa Limonka Nature Story, to kolejny żel do mycia twarzy. Ten jednak wzbogacony jest o drobinki ścierające. Jest ich stosunkowo niewiele. Nie są też jakieś niezwykle intensywne, więc spokojnie żel ten nadaje się do codziennego użytku. Oczyszcza, usuwa martwy naskórek i przygotowuje skórę do pochłaniania składników aktywnych. Posiada konsystencję typową dla żelu. Pachnie cytrusowo, świeżo, jak na połączenie mięty z limonką przystało. Składniki aktywne to: ekstrakt z owoców limonki, sok z liści mięty, torf tołpa, kompleks morszczynu, łopianu, rukwi wodnej, bluszczu, cytryny, szałwii i mydlnicy, gliceryna, komórki macierzyste z budlei, drobinki peelingujące – pędy bambusa, ryż.

Nature Story by Tołpa – Miętowa Limonka

Jeśli chodzi o kremy, mam swoich ulubieńców. Na dzień Lekki krem z pudrem matującym Miętowa Limonka Nature Story. Uwielbiam go przede wszystkim za super lekką, trochę żelową, delikatnie chłodzącą i szybko się wchłaniającą konsystencję. Dobrze nawilża, nie natłuszczając przy tym. Nie pozostawia żadnej warstwy czy filmu. Lekko matowi, ale nie wysusza. Skóra przyjemna w dotyku, gładka i pachnąca świeżością. Składniki aktywne to: ekstrakt z owoców limonki, sok z liści mięty, torf tołpa, kompleks morszczynu, łopianu, rukwi wodnej, bluszczu, cytryny, szałwii i mydlnicy, komórki macierzyste z budlei, gliceryna.

Nature Story by Tołpa – Świeża Figa

Na noc – Krem-Maska do nocnej regeneracji Świeża Figa Nature Story. Bardzo przyjemny krem na noc. Posiada fajną, wchłaniającą się konsystencję, która jest bardziej treściwa, ale nieprzytłaczająca. Na skórze pozostawia cudny zapach. Rano skóra jest miękka, nawilżona i po prostu zadbana. Składniki aktywne to: ekstrakt z owoców figi, torf tołpa, masło babassu, pochodna mocznika, komórki macierzyste z budlei, gliceryna.

Pozostałe dwa kremy – Ekspresowy krem przeciw pierwszym zmarszczkom Super Soja Nature Story oraz Nawilżający krem z antyoksydantami Biały Ryż Nature Story, to uniwersalne kosmetyki, które można stosować rano i wieczorem, do każdego rodzaju cery. Oba silnie nawilżają i chronią cerę – jeden przed zmarszczkami, drugi przed zanieczyszczeniami. Oba też fantastycznie pachną. Skórę pozostawiają miękką, elastyczną i milutką.
Składnikami aktywnymi SUPER SOJA są: mleczko sojowe, torf tołpa, ekstrakt z senesu wąskolistnego, masło shea, gliceryna.
Składnikami aktywnymi BIAŁY RYŻ są: mleczko ryżowe, torf tołpa, ekstrakt z bobrka trójlistnego, masło shea, komórki macierzyste ze słodkiej pomarańczy, gliceryna.

Nature Story by Tołpa – Biały Ryż

Cała seria wolna jest od sztucznych barwników, parabenów, donorów formaldehydu, silikonów, oleju parafinowego.
Dostępna wyłącznie w sklepach Lidl, w cenach nie przekraczających 20 zł.

 

Zobacz również:

Seria tołpa:* estetic w codziennej pielęgnacji

tołpa:* dermo face, sebio. Maska czarny detox czyli głębokie oczyszczenie

RECENZJA tołpa: green oils. Orzeźwiający żel peelingujący do mycia twarzy

 

Keratynowa seria do pielęgnacji włosów Cameleo Delia Cosmetics, której warto zaufać

Czasami dobrze jest wrócić do sprawdzonych kosmetyków i odkryć je na nowo. Ja tak ostatnio zrobiłam, a ile przy tym zyskałam! Ewidentnie moje włosy tęskniły za keratynową serią Cameleo Delia Cosmetics.

Choć od ostatniego naszego spotkania minął już jakiś czas, moje włosy poznały je od razu. Mają ostatnio gorszy okres, trochę grymaszą i nie chcą się słuchać. A największy problem mają z pochłanianiem składników aktywnych i wzmacnianiem się. Ale nie podczas pielęgnacji z użyciem kosmetyków z serii keratynowej Cameleo. Już sam szampon – Keratynowy szampon bez soli Cameleo „robi robotę”. Pod wodą nadaje włosom poślizgu, wygładza je i rozplątuje, co serio nie jest u mnie ostatnio normą. Nie jest ciężki i ładnie oczyszcza. Nie obciąża włosów, nie przyklepuje ich od nasady. Po suszeniu suszarką włosy ładnie się układają. Nie są wymęczone, suche i nastroszone. Raczej lekkie, sypkie i układające się. Szampon, ani w pojedynkę, ani w połączeniu z pozostałymi kosmetykami z tej serii nie elektryzuje włosów, nie puszy ich, ani też nie przyczynia się do szybszej utraty świeżości.

Oprócz szamponu seria keratynowa Cameleo to szereg, uzupełniających się wspomagaczy. Różne formy i formuły sprawiają, że kosmetyki tej serii można stosować wybiórczo, według upodobań czy potrzeb, albo w ramach kompleksowej pielęgnacji – wszystkie jednocześnie.

Delia Cosmetics Cameleo Anti Damage – seria keratynowa

Ekspresowa odżywka keratynowa Cameleo to przyjemny kosmetyk, który rozprowadza się już po oczyszczonych włosach. Posiada typową konsystencję, dobrze się trzymającą. Wygładza, ułatwia rozczesywanie i daje ochronę termoaktywną. Nie obciąża. Fajna, bo szybka. Wystarczy wmasować i spłukać, bez czekania.

Maska keratynowa do włosów zniszczonych Cameleo, to już nieco cięższy kaliber. Intensywnie regeneruje i wygładza włosy, nadaje im blasku. Nie powoduje ich obciążenia, przetłuszczania raczej też nie przyspiesza. Fajna, jeśli ma się te 5 minut więcej dla siebie i swoich włosów.

Płynna keratyna do włosów Cameleo to bardzo przyjemna forma, bo nie trzeba jej spłukiwać i można stosować zarówno na mokre, jak i suche włosy. Ma rzadką, wodnistą konsystencję, którą rozprowadza się po włosach atomizerem. Przyjemny zapach to dodatkowa zaleta – wiadomo. Na pewno daje włosom trochę życia i energii. Sprawia, że są bardziej elastyczne i giętkie. Nawilżone i odżywione. Włosy nie kruszą się, nie łamią i przede wszystkim nie są matowe. Spray na pewno nadaje blasku, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

Jedwab do włosów Cameleo to z kolei trochę żelowa, a trochę oleista konsystencja, która ma zbawienny wpływ na zniszczone, matowe końcówki. Nadaje im połysku, fajnego skrętu. Chroni przed wysokimi temperaturami, nawilża. Zawiera olej arganowy. Przy tym produkcie trzeba się pilnować, żeby nie przesadzić i nie zrobić sobie „mokrej włoszki”. W dobrych proporcjach jedwab ten jest wręcz produktem świetnym, więc też nie należy się go bać. Buteleczka z dozownikiem ułatwia sprawną aplikację.

Wszystkie kosmetyki z keratynowej serii Cameleo nie zawierają soli, parabenów czy sztucznych barwników, a ich formuły opracowane zostały na bazie biomimetycznej keratyny Kerestore 2.0. Mają wygodne, ergonomiczne opakowania i bardzo przyjemne zapachy, które utrzymują się na włosach przez dłuższy czas.

Dostępne są w sklepie internetowym marki, drogeriach internetowych i stacjonarnych (np. Rossmann, Hebe, Natura, Super-Pharm), a ceny poszczególnych produktów nie przekraczają 15 zł.

 

Zobacz również:

Nowość! Dermo System Delia Cosmetics – mój program oczyszczania

Podkład na wiosnę idealny Luxury Look LUMI&Healthy Delia Cosmetics

Kompleksowy pedicure z Good Foot Podology Delia Cosmetics

 

 

Wody perfumowane Allvernum kolekcja Grasse – czy warto?

Jakiś czas temu weszłam w posiadanie calej linii perfum Allvernum. A że wiosna to idealny czas na zmiany i tym samym nowe zapachy, dzisiaj jej prezentacja.

Allvernum to polska marka kosmetyków do pielęgnacji ciała i duszy. W swojej ofercie mają produkty takie jak mydła, kremy, balsamy, mgiełki, a także świece i dyfuzory. Jest również linia wód perfumowanych. Aktualnie składa się ona z 4 zapachów: Coffee & Amber, Cherry Bloosom & Musk, Lily of the Valley & Jasmine, Iris & Patchouli. Wszystkie inspirowane światową stolicą perfum, francuskim miasteczkiem Grasse (tak też nazywa się ta kolekcja) i to właśnie stamtąd pochodzą wszystkie esencje zapachowe użyte przy tworzeniu tych czterech wód perfumowanych.

Wody perfumowane Allvernum

Myślę, każda z nich jest zupełnie inna i charakterystyczna. O ile pewnie ciężko, aby wszystkie tak różne zapachy spodobały się równie bardzo jednej osobie, o tyle jestem przekonana, że każdy znalazłby wśród nich coś dla siebie.

Iris & Patchouli jest mocnym, intensywnym zapachem. Myślę, że niektórzy mogą określać go nawet jako ciężki. Bardzo kobiecy, zmysłowy. Korzenno – kwiatowy z dodatkiem cytrusów. Nutę głowy stanowią: neroli, bergamotka, kokos. Nutę serca: irys, jaśmin, róża. Nutę bazy: paczula, czekolada, karmel. Przypomina mi Lancome La Vie Est Belle, może dlatego podoba mi się aż tak bardzo? Może nie jest to najlżejszy zapach, ale z pewnością bardzo ładny, dlatego jak najbardziej polecam na wiosenne i letnie wieczory.

Coffee & Amber to lżejsza, bardziej słodka kompozycja, choć równie konkretna. Połączenie kwiatów, owoców i kawy, tworzy mieszankę, która wydaje się być bardzo znana, a jednocześnie bardzo odległa. Inspiracje orientem dają jednak o sobie znać. Zapach jest dość mocny, jednak jego świeże i słodkie nuty dodają mu lekkości, co sprawdza się w ciagu dnia. W tym przypadku nuta głowy to: gruszka, różowy pieprz, neroli. Nuta serca: kawa, jaśmin. Nuta bazy: bursztyn, paczula, wanilia. Jest bardzo podobny do Black Opium.

Wody perfumowane Allvernum

Pozostałe dwa zapachy nie urzekły mnie aż tak bardzo. Są dla mnie i zbyt „świeże” i zbyt kwiatowe. Chyba wolę jednak, gdy to wszystko jest bardziej wywarzone, albo wręcz przeciwnie – zupełnie pomieszane.

Lily Of The Valley & Jasmine – połączenie jaśminu i konwalii daje bardzo kwiatowy i jednocześnie taki „fresh” efekt. Myślę, że wbrew moim upodobaniom, to właśnie ten zapach na wiosnę może sprawdzić się najlepiej. Nuta głowy: zielone trawy i zioła, lotosu i peonia. Nuta serca: konwalia, róża, jaśmin. Nuta bazy: piżmo i drzewo cedrowe.

Cherry Bloosom & Musk tu z kolei jest bardzo owocowo, słodko i trochę kwiatowo. Taka wydaje się popularna i jednocześnie neutralna woń. Raczej nic zaskakującego, ale też nic co by przeszkadzało. Nuta głowy: mandarynka, gruszka, truskawka. Nuta serca: kwiat wiśni, róża, jaśmin. Nuta bazy: piżmo.

Jak tak myślę sobie o tej kolekcji perfum, to mam w głowie różę wiatrów i cztery zupełnie inne kierunki. Każda woda perfumowana tworzy zupełnie inną historię, którą oczywiście warto poznać. Jednak wiadomo, że ostatecznie na prowadzenie wysunie się jakiś faworyt. Jak u mnie- Coffee & Amber oraz Iris & Patchouli.

To co wyróżnia wody perfumowane Allvernum, to proste ale i efektowne połączenia. Minimalistyczne i eleganckie flakony. Stosunkowo trwałe zapachy. Fajna pojemność – 50 ml. Bardzo przyjazna cena – ok. 30 zł.

 

Zobacz również:

O zapachu MUGLER Angel Muse EDP

Chwileczka zapomnienia z Adidas Originals Born Original

 

Podkład na wiosnę idealny Luxury Look LUMI&Healthy Delia Cosmetics

Na co dzień, a w zasadzie nawet i od święta raczej noszę lekki makijaż. Delikatnie podkreślone oko, zarysowane kości policzkowe i wyrównany koloryt cery. Lubię czuć, że jest lekko i że skóra oddycha. Dlatego często sięgam po kremy BB i CC oraz przyjemne, delikatne podkłady. I o ile koloryzującego kremu na wiosnę jeszcze nie znalazłam, to podkład trafił do mnie z okazji karnawału.

Podkład rozświetlający Lumi&Healthy z serii Luxury Look Delia Cosmetics, to nowość w portfolio marki. Dostępny jest w czterech odcieniach, z których 11 IVORY u mnie wygląda naprawdę dobrze. Bardzo delikatny i ładny odcień – sprawdzi się u bladziuchów. 🙂 Podkład zamknięty jest w szklanej butelce o pojemności 30 ml, zakończonej dozownikiem i plastikowym dozownikiem. Całość myślę prezentuje się bardzo ładnie i porządnie.

Płynny podkład rozświetlająco-nawilżający Luxury Look LUMI&Healthy Delia Cosmetics

Podkład oprócz koloru oraz pigmentów rozświetlających zawiera również witaminę PP i ekstrakt z baobabu. A co warto jeszcze wspomnieć, wolny jest od parabenów i oleju parafinowego. Dedykowany do cery suchej, normalnej i mieszanej.

Jak dla mnie podkład ten jest czymś nowym, fajnym, wartym polecenia i sprawdzenia. Jego kremowa, nawilżająca konsystencja, sprawia, że cera świetnie radzi sobie w tym trudnym okresie przejściowym (między zimą, a wiosną). Podkład nie wysusza, ani nie podrażnia. Dobrze się rozprowadza, nie pozostawiając żadnych smug czy plam. Przykrywa to co trzeba, wyrównuje koloryt i delikatnie rozświetla. Pomaga w utrzymaniu zdrowej, nawilżonej i świeżej cery przez cały dzień. Kosmetyk nie przyczynia się do zatykania porów, ale do wygładzania już tak. A jego drobinki rozświetlające działają subtelnie, bez efektu tłustej czy świecącej się skóry. Nosi się go naprawdę bardzo przyjemnie i lekko, przez cały dzień. Jest kosmetykiem, który dobrze przyjmuje kolejne warstwy i z nimi współpracuje. Na twarzy dodatkowo pozostawia ładny, kojarzący się z wiosną zapach.

Dostępny jest między innymi w sklepie internetowym marki, w cenie ok. 23 zł.

Pierwszy manicure hybrydowy z zestawem startowym NC Nails Company!

Długo opierałam się lakierom hybrydowym. Przez znaczny okres czasu było to związane z kiepską kondycją paznokci. Później jak ta już była lepsza, to strachem przed powrotem ich łamliwości i rozdwajania się. Nadszedł jednak czas, żeby się przełamać. Jako, że stosunkowo świeża ze mnie mama, czasami średnio mam czas na dbanie o siebie w ogóle (no niestety tak to wygląda :D), a co dopiero o paznokcie i nienaganny manicure. Pomyślałam więc, że hybrydy będą teraz dobrym rozwiązaniem. Fakt, że ich przygotowanie do najszybszych nie należy, ale trwałość i ładny wygląd to rekompensują. Jak więc postanowiłam, tak też zrobiłam, a moja „toaletka” wzbogacona została o Zestaw startowy Nails Company Gelique Starter Set by Natalia Szroeder.

Wydaje mi się, że zestaw jak na start jest dość rozbudowany.Z pewnością inwestując w niego, ma się frajdę znacznie dłużej niż na kilka pierwszych maźnięć. Sama na początek wykorzystałam zaledwie jego część. Co spowodowane jest oczywiście prostotą i minimalizmem tego manicure, ale ile jeszcze do odkrycia przede mną! 😀

Gelique Starter Set – Zestaw startowy hybrydowy Nails Company

Zestaw startowy Nails Company Gelique Starter Set by Natalia Szroeder składa się z:
– 4 losowo wybranych lakierów z kolekcji Natalii Szroeder. W moim trafiły się bardzo konkretne, mocno nasycone kolory: Hi Baby (żywy różowy), Dirty Dance (bardziej stonowany róż, ciemniejszy), Like the Wind (ciemny kobalt), Hungry Eye (ciemny zielony). Do pierwszego manicure hybrydowego użyłam Dirty Dance i Like the Wind.
– Repair Base – baza, wiadomo.
– Glass Top Coat – top na samą górę, zabezpiecza i daje efekt nabłyszczenia.
– Flash Shiny UV Protect – lakier nabłyszczający, podobno efekt gloss utrzymuje się do 4 tygodni i jest po prostu niesamowity – na pewno wypróbuję go następnym razem.
– 4 x pyłki – w moim zestawie biały, żółty, różowy i czerwony. I tego też spróbuję przy kolejnej okazji, póki co się bałam :D.
– 2 x perfumowana oliwka do skórek, zapachy: Mia i Rebellion – oba świetne.
– Krem do rąk, też perfumowany, nawołujący do Chanel Mademoiselle – love it! 😀
– Cleaner do przemywania i miejscowego oczyszczania płytki.
– High Shine Cleaner – ten służy do usuwania warstwy dyspersyjnej i ostatecznego nabłyszczania (zawiera oliwkę).
– Remover – preparat do usuwania lakieru hybrydowego z paznokci.
– Szablon do przedłużania paznokci – bardzo tajemnicza sprawa jak dla mnie 😀 Pewnie i tak nie użyję, ale jak coś – to jest.
– 5 patyczków do odpychania skórek, czy prostych zdobień.
– 3 pilniczki: 2 x 80/180 i 100/180 (chociaż widziałam na stronie NC, że standardowo są w zestawie tylko 2 szt.).
– Różowy ręcznik.
– Folie z wacikami do ściągania manicure hybrydowego 50 szt.
– Waciki 250 szt.
– I to co najważniejsze, czyli lampa. Mini lampa LED UV 6W, na USB. Kompaktowa, składana, biała.

To czego w zestawie mi zabrakło, to bloczek do matowienia płytki (choć teoretycznie powinien być, ja go nie znalazłam). Myślę, że dobrym dodatkiem byłby preparat zmiękczający skórki. I chyba bardziej przydatne na początku niż szablony do przedłużania, byłby dla mnie np. pędzelki do zdobień. Ale wiadomo, jest to uogólniony zestaw, który pomaga wystartować. Reszta to indywidualne potrzeby.

Gelique Starter Set – Zestaw startowy hybrydowy Nails Company; produkty, których użyłam

Jak już wspomniałam do pierwszego hybrydowego manicure użyłam bazy i topu, dwóch lakierów: Dirty Dance i Like the Wind, Cleanera, High Shine Cleanera oraz akcesoriów – pilniczków, ręcznika, patyczków, wacików oraz oliwki i kremu. W zasadzie to takie minimum, żeby ten manicure w ogóle powstał. Z pewnością z każdym kolejnym razem będę coraz śmielsza, a moje paznokcie coraz bardziej fantazyjne. 😀 Póki co, zrobiłam to tak:
1. Przypiłowałam i nadałam paznokciom kształt. Zmatowiłam płytkę (ma się to przysłużyć lepszej przyczepności bazy).
2. Namoczyłam skórki i odsunęłam je patyczkiem (jest to podobno bardzo istotne ponieważ lakier na skórkach oznacza, jego szybkie odchodzenie od paznokci).
3. Nałożyłam bazę, utrwaliłam lampą.
4. Póżniej trzy super cienkie warstwy lakieru, które za każdym razem też utwardzałam.
5. Kropeczki patyczkiem i znowu utwardzanie pod lampą.
6. Na górę Top Coat, który niestety trochę rozmazywał kropeczki (konieczne przy tego typu zabiegach – w sensie zdobień, jest upewnienie się, że jest utrwalone), ale w takich przypadkach stosuje się Cleaner, który usuwa niedoskonałości z wierzchniej warstwy i pozwala na jej powtórzenie.
7. Po utrwaleniu Top Coat trzeba było się pozbyć lepkiej warstwy dyspersyjnej i nadać paznokciom połysku, do tego posłużył mi High Shine Cleaner.
8. Paznokcie gotowe. Suche. Błyszczące.
9. Na koniec odrobina oliwki na skórki i krem na dłonie.

Pierwszy manicure hybrydowy – efekt końcowy

Teraz jestem w szoku, że wypisałam tylko 9 punktów. Wydawało mi się, że jest tego znacznie więcej, a proces robienia tych paznokci trwa i trwa – chyba taki los początkującego. 😉

Jeśli chodzi natomiast o ocenę produktów z zestawu to przyznać muszę, że wszystkie cleanery, oliwki i kremy świetnie pachną. Jeśli chodzi o „moc” lakierów, to jak już wiecie ekspertką nie jestem. Wydają się być w porządku. Nie sprawiały problemów przy aplikacji. Pędzelki stosunkowo małe, dość precyzyjne, ale też wystarczające. Dobre krycie uzyskałam przy 3 warstwie, ale były one serio super cienkie. Co do trwałości napewno zrobię jakiś „update”, jak już będę coś w tym temacie widziała. 🙂 Lampa – tutaj wadą z pewnością jest jej niewielka waga, a co za tym idzie częste upadki (wystarczy lekko pociągnąć za kabelek). Plusem z kolei są jej kompaktowe wymiary i składane nóżki.

Gelique Starter Set Nails Company – lampa

Myślę, że dużą zaletą tego zestawu są również pełnowymiarowe opakowania wacików, folii do ściągania lakieru, szablonów itd. – dzięki temu zestaw nie jest jednorazowego użytku, a jego wyposażenie starcza na długo. Nie sposób nie wspomnieć również o pięknym opakowaniu zestawu i sposobie prezentacji jego zawartości – wysoce dopracowane, estetyczne i baaardzo zachęcające. Idealne na prezent dla samej siebie czy kogoś innego. 🙂

Gelique Starter Set – Zestaw startowy hybrydowy Nails Company

Totalne złuszczenie stóp – Nivelazione EKSPRESOWA GŁADKOŚĆ Profesjonalny zabieg złuszczający do stóp

Generalnie uwielbiam zabiegi złuszczające stopy. Choć nie należą one do estetycznych, często ich ostateczne efekty po prostu powalają (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Bardzo się więc ucieszyłam gdy nowość Nivelazione trafiła w moje ręce i od razu zabrałam się za jej testowanie.

Do tej pory uważałam, że złuszczające skarpetki L’biotica nie mają sobie równych, ale chyba się myliłam. Oczywiście, jak wiele kosmetyków, tak i ten – Profesjonalny zabieg złuszczający do stóp z serii Nivelazione ma i wady i zalety. Ale to chyba właśnie te drugie wygrywają pojedynek. Zabieg jest 3 etapowy i pewnie dla osób „leniwych” nie jest to zaletą, jednak niewątpliwie działa.

 

KROK 1

Pierwszym etapem jest zabezpieczenie paznokci, do którego preparat znajdziemy w opakowaniu. I w zasadzie dobrze, że jest. W końcu płyn aktywny jest bardzo intensywny, także ochrona paznokciom na pewno się przyda. Preparat ten rozprowadza się niczym krem, z tym że ten dobrze trzyma się płytki.

 

KROK 2

Kolejnym jest założenie foliowych skarpet oraz wlanie do każdej z nich zawartości 2 saszetek z aktywnym płynem złuszczającym do stóp i odczekanie od godziny do półtorej (w zależności od kondycji stóp). Skarpetki jak to foliowe i uniwersalne – są bardzo szerokie, aktywny płyn z kolei super rzadki i w stosunkowo dużych ilościach, więc nawet gdy zabezpieczy się folię bawełnianymi skarpetkami ze ściągaczami ciężko jest się w tym poruszać. Należy więc sobie zarezerwować ten czas na relaks i leżenie – ale może to i lepiej? 😛

 

KROK 3

Trzecim i ostatnim etapem jest odżywcza kąpiel stóp. Saszetkę z płynem również znajdziemy w opakowaniu Profesjonalnego Zabiegu złuszczającego do stóp Ekspresowa Gładkość Nivelazione.

 

EFEKTY

Po kąpieli następuje już tylko złuszczanie. Te zaczyna być widoczne po 2-3 dniach. I jest totalne. Serio – zrywa całą wierzchnią warstwę, nawet twardą z okolic pięty, śródstopia, przy kostkach, po prostu wszystko. Stopy zrzucają skórę niczym wąż i zaczynają swoje życie od nowa. 😛 Choć wiadomo, że proces ten trwa kilka dni i niestety „nieporządek” jest wszędzie (jak to przy złuszczaniu), to powiem Wam, że warto. Stopy piękne, miękkie i takie młode! 😉 Z efektu końcowego jestem bardziej niż zadowolona, a koszt jaki trzeba ponieść to spacer do drogerii i ok. 12 zł z konta.