Recenzja: Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics

Zapewne tak jak wiele z Was, ja też wciąż szukam swojego ideału wśród dezodorantów naturalnych. Wiele takich przez moje ręce przechodziło i przyznam Wam szczerze, że dla opisywania większości z nich, szkoda mi było czasu. Nie dawały w zasadzie nic, i nawet jakiejś takiej zwyczajnej sympatii nie wzbudzały. Dlatego też nie znajdziecie u mnie zbyt wiele recenzji naturalnych antyperspirantów. Natomiast kilka takich, które po prostu polubiłam jest i dawałam Wam o nich znać (na końcu artykułu je znajdziecie). I dzisiaj do tej grupy lubianych dojdzie kolejny, bo choć idealny nie jest, to przyjemnie się z nim żyje.

Dezodorant o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to produkt małej manufaktury kosmetycznej, tworzącej cudne receptury naturalnych i certyfikowanych składników z polskich łąk, ogrodów i lasów. Myślę, że kosmetyki te wyróżniają się na tle konkurencji kreatywnością w doborze składników oraz taką … hm, prawdziwością. Nie zawierają żadnych wspomagaczy, parabenów, silikonów, aluminium, ani nie są testowane na zwierzętach. I pewnie dlatego tak bardzo lubię ten dezodorant.

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics – bo od początku właśnie o nim mówimy, to kombinacja składników antyperspiracyjnych, antybakteryjnych, antyseptycznych i pielęgnacyjnych. Marka zamknęła w nim i ałun (ałun – naturalny antyperspirant) i zioła (szałwię, i lipę), a także aloes i d-panthenol. Mieszanka ta zapewniać ma zarówno ochronę przed nadmierną potliwością (bez zatykania gruczołów potowych), niwelowanie nieprzyjemnego zapachu, jak i łagodzenie podrażnień. Czy właśnie w taki sposób działa? Dowiecie się za chwilę. 🙂

Płyn, przyznam – dość wodnisty, zamknięty jest w szklanej butelce z kulką, jest więc to dezodorant typu roll-on. Kuleczka działa bezawaryjnie, a na szkło, wiadomo, trzeba uważać. Aczkolwiek butelka ma dość solidne i grube ścianki, więc nic tam nie powinno się dziać. Dezodorant zamykamy plastikowym kapturkiem – nakrętką. Totalna prostota, dla wielu pewnie nic szczególnego, ale mnie jednak coś w tym opakowaniu urzekło – ręcznie opisana data ważności na etykiecie. Dla mnie świadczy nie tylko o niewielkim nakładzie kosmetyku, ale przede wszystkim o staranności z jaką jest przygotowywany.

Rzeczą, którą w tym dezodorancie lubię bardzo  jest zapach. Bergamotka – świeża, cytrusowa, orzeźwiająca – w sumie taki totalny klasyk, ale dla mnie jest tak w niej coś jeszcze, coś czego nie potrafię opisać, ale przepadam za tym strasznie. No i wiecie, dzięki takiemu, a nie innemu zapachowi, dezodorant jest zupełnie uniwersalny, przydatny dla obu płci. Swoją drogą, Earl Greya to ja w okresie jesienno-zimowym piję litrami. 😉

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Jeśli chodzi o działanie dezodorantu, to nie będę Was oszukiwała i pisała, że świetnie sprawdza się w upały. Bo dla mnie jest jednak za słaby. I o ile z niego korzystam na co dzień, to jednak wychodząc z domu zawsze przejadę tradycyjnym, drogeryjnym antyperspirantem. Ale przy dniach „chłodniejszych” – do 20 stopni, sprawdzał się bardzo dobrze. Często stosuję go od razu po kąpieli, jako produkt kojący i łagodzący. I powiem Wam, że od kiedy go używam, skóra pod pachami znacznie rzadziej jest podrażniona, nie swędzi mnie i nie piecze. Nie tworzą mi się tam tez żadne brzydkie rzeczy. Więc pod względem pielęgnacyjnym i łagodzącym jest po prostu świetny. Uważam, że ma trochę zbyt wodnistą konsystencję, bo często zdarza się, że po prostu krople po ciele mi ciekną. I wiadomo – może być to trochę irytujące, to jednak bardziej szłabym w stronę tego, że się marnuje. 🙁 Choć przyznać muszę, że jego wydajność jest naprawdę fajna. Używam na co dzień od jakichś 3 miesięcy i jeszcze z 1/5 opakowania jest. I przy cenie 45 zł za 50 ml wygląda to w sumie dość przyzwoicie. 🙂

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Ałun – naturalny antyperspirant

 

Wakacyjny makijaż. Mini-recenzje kolorówki.

Dzisiaj makijaż! I to nie byle jaki, a jak na mnie to nawet szalony, bo kolorowy. Nadal utrzymany w sumie bezpiecznych tonach, no ale mimo wszystko nie jest to beż czy brąz, które u mnie są standardem. Ostatecznie powstał chyba taki świeży i całkiem soczysty look, do którego wykonania użyłam kosmetyków różnych marek. Dlatego też postanowiłam przy okazji makijażu Wam je pokazać i krótko zrecenzować. Niektóre z nich to moje stare hity, z którymi się rzadko rozstaję, inne – zupełne nowości.

 

INSPIRACJA

Do zabawy kolorem pomarańczowym, miedzią i złotem zachęciła mnie Paletka cieni Sparkle Eveline Cosmetics, którą kocham za opakowanie, za kolory cieni i za to, że fajnie się z nimi pracuje. Nie osypują się, ładnie się rozprowadzają i blendują. Pięknie wyglądają na powiecie i trzymają się jej naprawdę długo, również w warunkach letnich czy imprezowych. Jedynym minusem jest takie spłaszczanie i wygładzenie się powłoki cieni foliowych po kilkukrotnym przejechaniu czy to palcem czy pędzelkiem (wiecie co chodzie, nie? 😊). Poza tym są extra, jestem nimi oczarowana po prostu. Kolory są świetnie skomponowane, idealnie się uzupełniają i można dzięki nim stworzyć coś ciekawego. Matowe cienie, to klasyczne, dobrze napigmentowane odcienie. Foliowe – chyba całkiem przyzwoite, mają dobrą przyczepność, osiadają na powiecie i co najważniejsze – iskrzą intensywnie.

 

TWARZ

Podkład Naked Skin Match Blur&Moisture Revers Cosmetics – całkiem przyjemny, bo niezbyt ciężki. Nie robi efektu maski, jak z resztą widać na załączonym obrazku. Coś tam kryje, do tego wyrównuje. No i nie przesusza, nie podrażnia. W upały z kolei też leży, nie spływa. Nie zapycha, nie blokuje. Rzeczywiście ładnie się wtapia i dopasowuje. Ma wygodne opakowanie z pompką i jest bardzo przyjemny cenowo.

Bronzer Sampure Minerals – mój hit. Wcześniej tak bardzo lubiłam tylko bronzer z Vita Liberata. Ma przepiękny, głęboki odcień, który na skórze wygląda mega naturalnie i przyjemnie. Można nim wykonturować twarz czy po prostu delikatnie podkreślić kości policzkowe. Bardzo przyjemnie się rozprowadza. Współpracuje z innymi kosmetykami, które już na twarzy są. I trzyma się jej naprawdę długo.

Podkład rozświetlający Sampure Minerals – lekki, dający mega naturalny efekt. Wyrównuje i wygładza. Bardzo ładnie wtapia się w skórę. Może dlatego, że nie matuje przesadnie, a daje delikatny efekt. Nie ciąży, nie waży się.

Róż rozświetlający Lily Glow Annabelle Minerals też należy do ulubieńców. Tak pięknego, delikatnego i naturalnie prezentującego się na skórze koloru dawno nie widziałam. I te przepięknie iskrzące się drobinki! Efekt niesamowity! Uwielbiam go i w pojedynkę, gdy przed wyjściem zdobię tylko swoje policzki i tuszuję rzęsy, jak i w większym gronie, jak makijaż, który Wam dzisiaj pokazuję. CUDO.

Puder matujący – Matt my day PEACH Loose Powder Eveline Cosmetics jest naprawdę dobrym sypkim pudrem matującym i utrwalającym. Ma zabarw w neutralnym odcieniu, więc nie wpływa to na efekt końcowy. Ładnie się osadza i pachnie brzoskwinią!

 

OCZY

Korektor pod oczy Magical Perfection Conclealer Eveline Cosmetics – powiem szczerze, że ten numerek 01, który w gamie jest najjaśniejszy, dla mnie wcale taki jasny nie jest. Początkowo bałam się, że zrobię sobie nim efekt pandy. Ale ostatecznie jakoś się tam wtapia i nie wygląda źle. Niestety, praktycznie od razu po nałożeniu i wklepaniu, zbiera się w załamaniach. Więc bez natychmiastowego utrwalenia ani rusz.

Eyeshadow Primer Golden Rose – to tak już przy okazji oczu. Bardzo w porządku jest ta baza, używam jej już dość długo. Dobrze się rozprowadza, szybko się wtapia w skórę i cienie się jej trzymają. Nic się nigdzie nie zbiera i nie osypuje.

Brow Gel Makeup Revolution – taki zwykły bezbarwny żel do stylizacji brwi. Bez szału, ale tez jakichś zażutów wobec niego nie mam.

Kredka do brwi Veluxe Brow Liner MAC to zdecydowanie moja ulubiona, o czym chyba już kilka razy pisałam. Dobrze się nią rysuje, ma świetny odcień i trzyma się tyle, ile trzeba. Bardzo podobne kredki, dobrej jakości, znalazłam w Pierre Rene.

Tusz do rzęs Royal Volume Eveline Cosmetics – kolejny świetny tusz tej marki! Wydłuża, pogrubia, podkręca. Sprawia, że rzęsy stają się widoczne i a oczy wyraźne. Mega!

 

USTA

Pomadka matowa Nordic Suduction Lumene – genialna matowa pomadka, o bardzo kremowej i przyjemnej dla ust formule. Nie tylko lekko się ją rozprowadza, ale też precyzyjnie wyznacza kontury. Jak wiele koleżanek po fachu, nie jest tępa i dobrze sunie. Nie przesusza ust, nie tworzy na ich powierzchni skorupy. Nasycony kolor i wyjątkowa formuła skutkują soczystym i świeżym lookiem.

Płynna pomadka matowa Oh My Lips Eveline Cosmetics – nigdy się na niej nie zawiodłam.

 

Shinybox MAJ 2019

Aktualnie opóźniona jestem po prostu ze wszystkim, więc nie powinien Was dziwić fakt, że zawartość majowego shinyboxa przedstawiam Wam już w lipcu. Nie ukrywam, że trochę czekałam na wysyłkę pudełek czerwcowych, bo chciałam jakoś zgrabnie połączyć prezentację tych dwóch edycji w jedną całość, ale niestety pudełka czerwcowe, mimo tego, że mamy już lipiec, jeszcze wysłane nie zostały.

Taak. I jest to rzecz, która zupełnie szczerze mnie martwi. I nie chodzi o to, że nie mam kolejnej paczki kosmetyków, tylko bardzo się boję, że w Shinybox złe rzeczy się dzieją. Kryzys mają na pewno, ale jak duży i jak szybko uda się go opanować niewiadomo. Strasznie szkoda mi marki, bo przez tyle lat robili tak świetną robotę… A tych kilka ostatnich miesięcy niestety niszczy renomę i na dodatek okazało się tak trudnym okresem, którego obawiam się, szerokie grono Klientek im nie wybaczy. 🙁 Mimo wszystko strasznie mocno trzymam kciuki za ShinyBox i liczę na to, że się szybciutko pozbierają.

W swoim majowym pudełku znalazłam całe mnóstwo świetnych produktów, chociaż jako ambasadorska dostałam jego najbogatszą wersję.

Shinybox maj 2019

HYPOAllergenic Triple Eyeshadow – Hypoalergiczny trójkolorowy cień do powiek – mini paletka trzech cieni. Ja ogólnie średnio takich używam, jakoś tak wolę albo duże palety albo pojedyncze cienie. Na dodatek spadły mi na podłogę i się pokruszyły, także nawet nie wypróbowałam. Kosztują ok. 14 zł.

VIANEK Łagodzący tonik-mgiełka do twarzy, to tak idealnie wpisujący się w panujące w czerwcu upały! Psikałam nim jak szalona, żeby się troszkę ochłodzić. Mega pachnie, nie klei się, super przyjemny, no i naturalny. Jako takie odświeżenie sprawdza się świetnie, co do standardowej, codziennej pielęgnacji, to niestety wypowiedzieć się nie mogę. Kosztuje ok. 21 zł.

SILCARE Quin Face So Sweet&Natural Lip Scrub – nowość w portfolio marki. Cukrowy peeling do ust. 98% naturalnych składników. Na razie wyląduje w zapasach, bo trochę tych peelingów otwartych mam. Kosztuje ok. 25 zł.

BIELENDA Balsam do ust Ponętna Śliwka – z lekkim kolorem, z lekkim połyskiem, więc nadaje taki fajny soczysty wygląd ust. Bardzo fajny, owocowy i wakacyjny zapach. Zawiera w swoim olejek babasu oraz masło kakaowe. Nawilża, odżywia i ujędrnia.
Kosztuje ok. 9 zł.

Shinybox maj 2019 – VIANEK, NATURATIV, CZTERY SZPAKI

NATURATIV Olejek rozświetlający. Dzięki ShinyBox poznałam Naturativ i ich świetne kosmetyki. Tym razem kosmetyczka została wzbogacona o olejek rozświetlający do ciała i twarzy. W środku znajdują się tłoczone na zimo oleje oraz naturalne drobinki rozświetlające, dające efekt WAKACYJNEGO GLOW! Skóra nie tylko jest nawilżona, ale też przepięknie się mieni. W pudełku była miniatura. Standardowe opakowanie 100 ml, kosztuje ok. 90 zł.

MYDLARNIA CZTERY SZPAKI Szampon w kostce – produkt, który został okrzyknięty hitem pudełka, ale niestety nie trafił do wszystkich Shinygirls, bo jest produktem wymiennym. 🙁 A szkoda i to ogromna. Świetny jest! naturalny, mega delikatny, bardzo wydajny i fajnie, świeżo pachnący. Po połaczeniu z wodą i włosami tworzy intensywną pisanę. Dobrze oczyszcza, a włosy są lekkie, miękkie i nawilżone. Świetnie sprawdza się u mojej córeczki. Kosztuje ok. 32 zł.

MARA NATURALS Żel do mycia ciała i włosów. Żel zawsze spoko. Szkoda tylko, że taki mały, bo to travel size. Przyjemny jest całkiem. 200 ml kosztuje ok. 60 zł.

Shinybox maj 2019 – NATURATIV, MARA

I to wszystkie kosmetyki, jakie można było znaleźć w standardowych pudełkach. Ja jako ambasadorka otrzymałam jeszcze do testów Olejek Orientany oraz Maskę Magic Bubble Mask Aloe Via, których jestem bardzo ciekawa. I jak tylko się przyjmą, sprawdzą i będę z nich zadowolona – dam Wam znać. 🙂

Shinybox maj 2019 – ORIENTANA, ALOE VIA

 

Absolutny MUST HAVE! JOICO Defy Damage – recenzja

Od jakiegoś czasu używam sobie do pielęgnacji włosów kosmetyków marki Joico. Oprócz kilku chwilowych i przelotnych znajomości zawieranych z tymi produktami w salonach fryzjerskich, nie miałam dłuższej styczności. Do momentu gdy pojawiła się na rynku linia Defy Damage.

JOICO Defy Damage występuje w dwóch wariantach – takim salonowym, składającym się z dwóch kroków i zupełnie domowym, tradycyjnym. Tutaj tych kroków jest więcej, bo 4 – szampon, odżywka, maska i kuracja ochronna. I właśnie ten zestaw sobie używam już od ponad miesiąca. Co chciałabym Wam na jego temat powiedzieć? Najpierw sobie myślę, że wystarczyłoby kilka prostych zdań, później zmieniam zdanie – to trzeba jednak szerzej opisać. 😉

Zacznę od przedstawienia Wam tej serii, bo na rynku jest dość świeża, swoją premierę miała w marcu tego roku, także jeszcze pewnie nie wszystkie z Was o niej słyszały. Kosmetyki Joico to przede wszystkim produkty profesjonalne, dlatego ich formuły są innowacyjne i niezwykle dopracowane. Tym, co wyróżnia Defy Damage jest nowoczesna, oparta na liposomach technologia (New Smart Release Technology) stopniowego uwalniania i dostarczania skrupulatnie dobranych składników aktywnych do wnętrza włosa. Produkty te transportują keratynę, argininę czy olejek z dzikiej róży, powodując odbudowę i ochronę czy to przed wysokimi temperaturami podczas stylizacji, czy przed promieniami UV albo smogiem.  Linia dedykowana jest do każdego rodzaju włosów, bo wachlarz jej działania jest bardzo szeroki. Kosmetyki te nawilżają i pozwalają te nawilżenie utrzymać na dłużej, wygładzają. Sprawiają, że włosy stają się miękkie, lśniące i sypkie. Prawie, że eliminują problem łamliwości włosów, ich wypadania czy rozdwajania. A do tego podtrzymują nasycenie koloru.

Joico Defy Damage

Szampon JOICO Defy Damage zaskoczył mnie już podczas pierwszego mycia głowy. Wiecie czym? Tym, że jest tak niesamowicie wydajny! Gdy nałożyłam sobie na głowę taką porcję szamponu jak zawsze, spłukiwania końca nie było widać. Serio! Szampon już podczas mycia rozplątuje włosy, nadaje im gładkości i miękkości. Pachnie bardzo przyjemnie. Dość delikatnie, ale jak to na profesjonalne kosmetyki przystało zapach ten jest intensywny i na włosach się utrzymuje bardzo długo. Jak już wspomniałam świetnie się pieni, przy czym warto zaznaczyć, że w składzie nie ma SLS czy SLES. Bardzo fajnie oczyszcza i skutecznie rozprawia się z suchymi szamponami czy produktami do stylizacji. Nie plącze włosów i w połączeniu z odżywką, której również używałam na co dzień ułatwiają rozczesywanie, a nawet powiedziałabym, że zupełnie likwidują problem jakiekolwiek plątania się włosów, zahaczania czy ciągnięcia – takie rzeczy po prostu przestają istnieć. O ile nie zauważyłam, żeby jakoś niezwykle przedłużał świeżość włosów (standardowo myję codziennie, czasami przedłużam do dwóch dni), to nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia skóry głowy. A miejscowe zaczerwienienia czy swędzenie głowy, a nawet czasami łupież nie jest mi obcy podczas testowania nowości. Ale żeby była jasność – w żaden sposób też moich włosów nie obciążał. Nie czułam, żeby jakoś szybciej się przetłuszczały, albo ciążyłī u nasady. Nawilżenie i o wiele lepszą kondycję włosów widać naprawdę po pierwszym użyciu. A moje włosy do łatwych nie należą. Są delikatnie kręcone, zawsze suche przy końcach, a przetłuszczające się u nasady. Łamliwe i kruszące się – takie znalałam je do tej pory. Także myślę, że skoro u mnie ten szampon sprawdził się tak dobrze, to i przy wszystkich innych rodzajach włosów można się równie świetnych efektów spodziewać, z resztą tak też mówi producent.

Joico Defy Damage

Szampon jednak napewno nie miałby tak wielkiej mocy, gdyby nie Odżywka JOICO Defy Damage, która jest jego idealnym uzupełnieniem. Ta ma raczej standardową dla tego typu produktów konsystencję – kremową, dobrze trzymającą się włosów. Pachnie tak samo jako szampon, z resztą, jak i dwa kolejne kosmetyki, o których zaraz opowiem. Przyjemnie się ją po włosach rozprowadza i super szybko z nich usuwa. Pozostawia po sobie taką fajną powłokę ochronną. Jak już wspomniałam jest nieoceniona w kwestii rozplątywania włosów, bardzo ułatwia ich rozczesanie. Wygładza, ale w żaden sposób nie obciąża. Daje efekt lekkich, miękkich i sypkich włosów, ładnie przy tym uniesionych i odbitych u nasady. Przed ponad miesiąc stosowania nie zdażyło mi się, aby odżywka dała efekt tłustych czy ciężkich włosów. Świetnie sprawdza się w roli ochroniarza przed wysokimi temperaturami. W połączeniu z prostownicą, która czasami powodowała u mnie takie dziwne puszenie się włosów, czyni cuda – czyli piękne, lśniące i lejące się włosy. A i efekt tego prostowania jest o wiele trwalszy i znacznie mniej podatny na wilgoć. To co mnie cieszy, to pojemność tej odżywki – 250 ml starczy na długo, szczególnie, że co kilka dni stosuje się ją wymiennie z maską.

Maska JOICO Defy Damage to już mniejsza tubka – 150 ml, bo i znacznie rzadziej się jej używa (raz na tydzień). Konsystencja gęsta i zbita, choć nadal przyjemna w użyciu i dobrze po włosach się prowadząca. Nie jest maską, którą trzeba nosić na włosach pół dnia, aby zobaczyć jakiekolwiek efekty, wystarczy od 2 do 5 minut i już (uwielbiam takie ekspresowe działanie!). Na dodatek efekty też nie byle jakie. Nawilżone i gładkie, a także mocne, zyskujące na objętości i gęstości włosy. Wyglądające tak pięknie i tak zdrowo, że ma się wrażenie jakby się właśnie wyszło od fryzjera, który nad tym efektem pracował przez co najmniej półtorej godziny. A oprócz tego co gołym okiem widać, dodatkowe korzyści związane ze wzmocnieniem cebulki i odbudową łuski, a także stale uwalniana moc składników aktywnych (nie tylko podczas aplikacji!), której nie spotkacie nigdzie indziej. Jest to fajne uzupełnienie codziennej pielęgnacji i taki porządny zastrzyk energii dla włosów.

Joico Defy Damage

Ostatnim elementem zestawu JOICO Defy Damage jest kuracja odbudowująca w kremie – Krem ochronny JOICO Defy Damage Protective Shield, który stosuje się na co dzień bez spłukiwania na wilgotne włosy. Ten produkt polecany jest w szczególności do włosów farbowanych oraz takich, które mają dużo do czynienia ze stylizacją na gorąco. Chociaż ja włosów staram się bez potrzeby nie męczyć, a farbowane też nie są, to krem stosuję właśnie w formie ochrony, na co dzień bardziej tej mechanicznej – suszenie i pocieranie włosów ręcznikiem dobre dla nich nie jest, jak i przed aktualnie królującym pełnym słońcem oraz promieniami UV. Do tej pory przyznam, że w okresie letnim czasami nie mogłam sobie poradzić z przesuszonymi, łamiącymi się końcówkami, a przy rozczesywaniu związanych w ciagu dnia włosów wręcz płakałam. Teraz ten problem nie istnieje. Włosy są miękkie, elastyczne, giętkie przez cały dzień, również gdy spędzam go na dworzu, na pełnym słońcu, w upale. Stale nawilżone, lśniące i zdrowe. Podobno krem ten świetnie sprawdza się również jako ochrona koloru, który podczas stylizacji na gorąco niestety szybciej traci nasycenie i swój soczysty wygląd. Choć na własnej skórze tego nie sprawdziłam i mam nadzieję, że jeszcze długo nie będę miała okazji, to jestem zupełnie przekonana, że tak właśnie jest i że to działa. Produkt ten ma kremową, ale super lekką konsystencję. Szybciutko wchłania się we włosy nie pozostawiając po sobie śladu. Żadnego uczucia lepkości, sklejenia czy innego dyskomfortu. Nie obciąża włosów, nie przyspiesza ich przetłuszczania. Jest bardzo wydajny (jedna porcja w zupełności wystarcza na moje, sięgające łopatek włosy), a butelka o pojemności 100 ml uzupełniona jest o pompkę z dozownikiem.

Jak powszechnie wiadomo kosmetyki profesjonalne do najtańszych nie należą i często nie rozumiałam tej różnicy, bo wiele kosmetyków tych rzekomo profesjonalnych nie robiło u mnie nic ponad to, co robią te nieprofesjonalne. W tym przypadku cena dla mnie jest jak najbardziej uzasadniona. Wiem za co płacę zarówno jeśli chodzi o efekty, jak i wydajność i serio chcę wydawać pieniądze na właśnie takie produkty. Podam Wam ceny, jakie są obecnie w miastowlosow.pl:
🛒 Szampon JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Odżywka JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Maska JOICO Defy Damage – 159 zł
🛒Krem odbudowujący JOICO Defy Damage – 159 zł

Joico Defy Damage

W ramach podsumowania powiem tak – jest to absolutnie najlepsza linia kosmetyków do pielęgnacji włosów jaką kiedykolwiek miałam. Moje włosy zmieniły się tak bardzo… A ja przez pierwszych kilka dni używania tych produktów czułam się jakbym codziennie rano wychodziła od fryzjera, który właśnie wykonywał mi jakieś skomplikowane zabiegi pielęgnacyjne. Są silne, zdrowe, lśniące. Nie wypadają, nie łamią się i nie kruszą, a końcówki jak po podcięciu. Włosy nie elektryzują i nie puszą. Są sypkie, sprężyste i pięknie pachnące. Nawet zupełnie nieułożone, prezentują się świetnie. Wiem, że pokochały linię JOICO Defy Damage i ten romans będzie trwał długo.

Dzięki JOICO, że wprowadziliście na rynek tak świetną serię, którą każda z nas może mieć we własnej łazience! ❤️

Ulubieńcy ostatnich miesięcy czyli kwiecień 2019

Przegląd ulubieńców ostatnich miesięcy (bo tak jak myślałam, regularna w cyklu wpisów pod tytułem „ulubieńcy” nie jestem;) czas start!

1. Clochee – Relaksujący płyn micelarny 250 ml.
Ponieważ rękawice Glov, które stosowałam do demakijażu nieprzerwanie od jakichś dwóch lat, nie służyły moim dłoniom tej zimy (całą zimę, w zasadzie teraz jeszcze też walczę z przesuszoną, pękającą aż do krwi skórą), musiałam zainwestować w coś dla nich przyjemniejszego. Inwestycja bardzo udana przyznać muszę. Ładnie usuwa makijaż, nie podrażnia ani skóry wokół oczu, ani samych oczu. Nic mnie nie piecze, nie swędzi, nie jest czerwone. Płyn jest bezzapachowy, nie pieni się. No i ta butelka z pompką! 😍 Kosztuje ok. 60 zł

2. Bioup – Olejek myjący do twarzy hydrofilowy 150 ml.
To chyba najlepszy olejek do mycia twarzy jaki miałam. W połączeniu z woda zmienia swoją konsystencję i staje się delikatną, lekką emulsją, która skutecznie oczyszcza skórę, usuwa makijaż i inne zanieczyszczenia. Łatwo się go z twarzy zmywa i choć pozostawia skórę nawilżoną i taką zdrową, to nie tłuści i w żaden sposób nie ciąży. Świetnie współpracuje z innymi produktami czy to w etapowym oczyszczaniu czy późniejszej pielęgnacji czy makijażu. Jest bezzapachowy, a jego butelka wyposażona jest w pompkę. Kosztuje ok. 60 zł

Clochee relaksujący płyn micelarny | Bioup Olejek myjący do twarzy

3. NATURATIV – Krem do twarzy AOX 360.
Ojej, uwielbiam go. Jest mega treściwy, ale przy tym nie jest ciężki, więc z powodzeniem można stosować go na dzień i na noc. Bardzo ładnie wchłania się w skórę i nie pozostawia na niej tłustego filmu. „wykończenie” określiłabym raczej jako matowe. Zawiera olej: wiesiołkowy, winigronowy i z lnianki siewnej, a także kwas hialuronowy i wiele BIO ekstraktów. Pachnie troszkę tą cytryną, której ekstrakt jest w recepturze. I posiada bardzo wygodne i praktyczne opakowanie typu airless, z pompką. Trafił do mnie dzięki shinybox ❤️ Kosztuje ok. 150 zł

Naturativ – Krem AOX 360

4. BORNTREE – Sunblocker SPF50+ 50ml.
Jest to mój pierwszy krem z jednocześnie tak wysokim filtrem i tak lekką i szybciutko wchłaniającą się konsystencją. Nie ma nic wspólnego z formułą przypominającą pastę, ciężko się rozprowadzajacą, wolno wchłaniającą i bielącą twarz. Ten działa jak lekki, szybki kremik do twarzy na dzień. Można na niego spokojnie kłaść makijaż. Nie rozpuszcza go, nie zbiera w załamaniach, nie waży i nie wpływa na trwałość. Kosztuje ok. 80 zł

Sunblocker Borntree

5. L’biotica eclat – Odmładzająco-liftingujący krem pod oczy i na powieki.
Zawiera śluz ślimaka, drzewo jedwabne, kofeinę i kwas hialuronowy. I jak dla mnie jest totalnym hitem! Świetnie sprawdza się i na noc w grubszej warstwie i na dzień, pod makijaż. Nawilża, zmniejsza obrzęki, opuchliznę. Niweluje oznaki zmęczenia czy niewyspania. I pomaga pozbyć się chwilowych cieni. W żaden sposób nie podrażnia, nie uczula. Jest bezzapachowy.Konsystencję ma lekką i szybko się wchłaniającą. Kosztuje ok. 30 zł.

L’biotica – Krem pod oczy ze śluzem ślimaka

6. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Szafran – wygładzający mus do ciała.
Zacznę od tego, że w żadnym wypadku nie nazwałabym go musem i daleko mu do jakiejkolwiek lekkości. Jak dla mnie to typowe, ciężkie i tłuste masło, które stosowane na noc potrafi zdziałać cuda. Jest to taka bomba odżywcza dla skóry, że chyba wszystkiemu da radę. Zawiera między innymi masło shea, masło kakaowe, glicerynę, olej szafranowy, olej brzoskwiniowy, olej z nasion malin, olej rokitnikowy i wiele innych naturalnych wspaniałości! Ja stosuję go na noc, głównie na mega zniszczone miejsca takie jak stopy czy dłonie. Na dzień bym się nie odważyła, bo formuła tego kosmetyku jest naprawdę „gruba”. Pachnie ładnie, trochę cytrusowo, trochę ziołowo. Kosztuje 42 zł.

7. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Balsam w sztyfcie – Śliwka.
Powiem tak – nawet gdyby sam balsam był do niczego i tak uwielbiałabym go stosować. Ten zapach jest tak cudny, że po prostu uzależnia. Sztyft fajnie sprawdza się do miejsc przesuszonych, bo aplikacja super wygodna. Łokcie, pięty, kolana czy cokolwiek innego, punktowego będą z tego balsamu zadowolone, bo to również bomba odżywcza jest! Masło shea, maso kakaowe, masło illipe, wosk pszczeli, olej z pestek śliwy, olej kokosowy, olej z rącznika i inne dobre dla skóry składniki. Kosztuje 56 zł.

Ministerstwo Dobrego Mydła – Sztyft śliwka i Wygładzający mus szafran

8. Ingrid – Podkład Ideal Match
Nie mogłabym o nim nie wspomnieć. Pierwsze wrażenie robi średnie, to znaczy na mnie średnie zrobił, bo nie lubię ciężkich podkładów, które dają efekt maski. Ja to jednak wolę jak jest lekko i jeśli się da – naturalnie. Jednak pierwsze wrażenie to zmyła, bo podkład fantastycznie wtapia się w skórę chwilkę po wklepaniu. Krycie jakieś tam daje, więc całkiem naturalnie to wszystko wygląda, a nie ciąży, nie denerwuje. Na dodatek całkiem trwały, nie zbiera w załamaniach i nie wysusza skóry. Ładnie wyrównuje koloryt i zasłania niedoskonałości. Kosztuje ok. 25 zł.

Ingrid – Podkład Ideal Match

9. Bi-es – Woda perfumowana No 44.
Kolejny cudowny zapach w kolekcji! Łączy w sobie i owoce i kwiaty: arbuz, bergamotka, jaśmin, róża, piżmo, drzewo sandałowe, paczula. Oprócz genialnego zapachu, super trwałość i dobrej jakości flakonik o pojemności 100 ml. Aż ciężko mi uwierzyć, że kosztują one ok. 37 zł!

Warsztaty Fotograficzne dla blogerek i influencerek w MARSZALSTUDIO – sprawozdanie 🤪

Minął już ponad tydzień, a ja cały czas jeszcze nie do końca się ogarnęłam po tym wydarzeniu. Niby to tylko 8h, a ile przygotowań i poświęcenia do ich zorganizowania trzeba, to pytań nie mam. I żeby była jasność – o pracę całego zespołu (jaki do tego projektu zaprosiłam) chodzi. 🙂 I wiecie, skoro już tyle się przygotowywaliśmy, to później emocje też jeszcze długo po wydarzeniu trzymają, dlatego ja wciąż nieogarnięta, a ten tekst dopiero się pisze. 😉

Warsztaty Fotograficzne dla blogerek i influencerek (beauty, fashion, lifestyle) odbyły się 13 kwietnia, w studiu fotografii produktowej – marszalstudio w Warszawie. Rozpoczęły się tuż po godzinie 10 i trwały aż do godziny 18:30. Ku mojej ogromnej radości, na Warsztaty wstawiły się wszystkie zapisane wcześniej dziewczyny.

Fot. Marcin Stańczak

Jeżeli chodzi o samą ideę warsztatów, to pomysł ten zrodził się w mojej głowie dzięki nowej, bardziej przystępnej lokalizacji marszalstudio. Jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc fotografii produktowej ma wiele do zaoferowania zarówno osobom, które fotografią zajmują się na co dzień, jak i amatorom. Studio od 7 lat buduje swoją silną pozycję na rynku, współpracując z Klientami z całej Polski, jak i Europy. Może pochwalić się długoletnią współpracą z markami takimi jak La Mania, Dajar, Mennica Polska, Paulina Schaedel, czy bardziej z kosmetycznego świata – Make Me Bio, Laboratorium Joanna, Fitomed i wiele innych. Dlatego uznałam, że czas to wykorzystać i przekazać nieco wiedzy i wskazówek osobom, które de facto również na co dzień zajmują się fotografią produktową, tylko, że w nieco inny sposób.

Zobacz portfolio marszalstudio
Poznaj też  zespół marszalstudio

 

Pierwsze Warsztaty Fotograficzne dla blogerek i influencerek w marszalstudio

To trzy bloki tematyczne – oświetlenie, autoportret oraz kompozycja, które jednocześnie łączyły ze sobą teorię, jak i zajęcia praktyczne. I z pewnością nie były to takie „tradycyjne” warsztaty fotograficzne. Bo nie było jednej pokazowej fotografii i opowiadania krok po kroku jak została ona wykonana czy biegania po mieście z aparatem w poszukiwaniu ciekawych kadrów. Chciałam aby uczestniczki warsztatów (przez półtora miesiąca przygotować zwykłam je nazywać Warsztaciankami) przede wszystkim dostały garść informacji, które będą mogły wykorzystać sobie w domu, bez dodatkowego sprzętu czy umiejętności retuszerskich. Wskazówki, które będą przydatne przy zdjęciach kompozycyjnych czy selfie – bo właśnie takich zdjęć robią na co dzień najwięcej. I żeby miały okazję od razu tą wiedzę wykorzystać i poćwiczyć na zajęciach praktycznych, z naszą (warsztatową) ekipą. Oczywiście miałam świadomość, że dziewczyny są na różnych poziomach – nazwijmy to – wtajemniczenia, więc pierwsze warsztaty zostały przygotowane tak, aby nikt nie czuł się ani znudzony, ani też zaskoczony. Zależało mi jednak na tym, i mam nadzieję, że się udało, żeby dzień ten był pełen wiedzy i inspiracji.

Fot. Marcin Stańczak

Światło i narzędzia

Pierwszy swoje wystąpienie miał Marcin Stańczak (www.marcinstanczak.pl), który przygotował świetny wykład dotyczący światła – tego darmowego i zupełnie najlepszego oraz narzędzi. Marcin opowiadał o różnych sposobach wykorzystywania promieni słonecznych i łapania krótkich, ale niezwykłych momentów. Wyjaśnił jak odbijać światło, czym to robić i omówił tego efekty, wskazując przy okazji dziewczynom różne rozwiązania. Pojęcia takie jak blendy, różnego rodzaju lampy czy softboxy przestały być tajemnicą. A modelowanie owalu twarzy za ich pomocą jakby się nieco w głowie rozjaśniło.

Fot. @ania_smir
Fot. Marcin Stańczak
Fot. @ania_smir

Makijaż do selfie idealny

Następnie na środek wyszła Mariola (@_wake_up__make_up) wizażystka, która nie jedną sesję zdjęciową odbyła, a dla dziewczyn przygotowała cały szereg wskazówek, które przy okazji omawiania, prezentowała na modelce Weronice. Mariola doskonale wie, jak makijaż przedstawia się w obiektywie i na co podczas jego wykonywania należy zwrócić szczególną uwagę. Takich praktycznych tricków jest całe mnóstwo (uwierzcie, gadała na okrągło przez jakąś godzinę!), nawet jeśli ma być to look typu „nomakeup”, bo w zasadzie taki delikatny i świeży makijaż właśnie podczas swojej prezentacji przygotowała. Mariola przeszła przez porady dotyczące cery, poszczególnych partii twarzy, a także konturowania, utrwalania czy ostatecznego „muśnięcia słońcem”.

 

Fot. Marcin Stańczak
Fot. Marcin Stańczak

Makijaż mineralny w obiektywie

Ponieważ wiele z uczestniczek warsztatów, to ogromne fanki kosmetyków naturalnych, do grona prelegentów dołączyła marka Annabelle Minerals, wysyłając do nas swoją wizażystkę Anię. Ania, podobnie jak Mariola, przygotowała wykład połączony z pokazem na temat tego, jak kosmetyki mineralne bronią się przed obiektywem. Opowiadając przy okazji wiele ciekawostek dotyczących produktów Annabelle Minerals, na przykład różne sposoby ich aplikacji.

 

Fot. @ania_smir
Fot. Marcin Stańczak

Po sporej dawce wiedzy teoretycznej na temat tego, co w robieniu selfie jest niezbędne, a co całkiem przydatne, przyszedł czas na ćwiczenia. Dziewczyny mogły robić sobie selfie przy użyciu blendy (do wyboru były złote, srebrne oraz białe), ucząc się nakierowywać światło i tym samym modelować owal twarzy, czy budować klimat zdjęcia. Czy też użyć do zrobienia autoportretu lampy pierścieniowej.

Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir

 

Zdjęcia kompozycyjne

Na koniec zostały nam kompozycje i to był mój blok tematyczny. Jak już na samym początku swoich zajęć dziewczynom podkreśliłam, wszelkie zdjęcia kompozycyjne czy aranżowane mają wiele wspólnego z pojęciem estetyki, a każda z nas reprezentuje nieco odmienne jej poczucie i z tym nie zamierzałam i w zasadzie nigdy nie będę dyskutować. Natomiast jest jakiś zbiór ogólnie funkcjonujących w fotografii, jak i wypracowanych doświadczeniem zasad, które po prostu sprawią, że zdjęcia będą lepsze i właśnie na ich przekazaniu się skupiłam.

Fot. Marcin Stańczak

Zajęcia praktyczne z kompozycji rozpoczęłam od prezentacji i omówienia zdjęć pokazowych, jakie wcześniej przygotowałam z produktami Partnerów warsztatów w roli głównej. Zdjęcia te były wykonane dokładnie w takich samych warunkach, w których później miały okazję pracować dziewczyny. Dzięki tym kompozycjom uczestniczki warsztatów poznały technikę fotografowania z wykorzystaniem światła ostrego. Długo zastanawiam się czy taki rodzaj oświetlenia na pierwszym spotkaniu nie był zbyt dużą „ekstrawagancją” i czy został zrozumiany. Jest to jednak oświetlenie dające niesamowite efekty wizualne, szczególnie właśnie przy fotografiach produktowych, dlatego chyba nie mogłabym inaczej. I już kilka dni po warsztatach Agata prowadząca bloga Freewolność, uświadomiła mi, że to chyba jednak dobra decyzja była, bo pokazała na IS zdjęcie, które wykonała w tej technice w warunkach domowych. Coś zupełnie wspaniałego dla mnie, jako „nauczyciela”.😍

Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl

Po tym wstępie uczestniczki warsztatów zaczęły tworzyć swoje kompozycje. Wiem, jak ważne są na zdjęciach rekwizyty, dlatego zgromadziłam dla dziewczyn sporą ilość przeróżnych teł, pojemników, koszyków, naczyń, świec, biżuterii, elementów florystycznych i wiele innych gadżetów, które dopełniały kadry. Produktami bazowymi fotografii, jak już wspomniałam były kosmetyki przekazane przez Partnerów czyli marki: Tołpa, Annabelle Minerals, Nuev, Vita Liberata, L’biotica, O!figa, Jardin i Sampure Minerals. Przy okazji Partnerów – w nieco innym wymiarze wzięło również udział Wydawnictwo Helion! I myślę, że jest to odpowiedni moment na podziękowania. Drodzy Partnerzy – bez Was warsztaty nie były tak kolorowe i różnorodne, dlatego serdeczne dzięki! ❤️

Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir

Tamta sobota była dla mnie dniem chyba przełomowym. I właśnie teraz, gdy napisałam to zdanie, zaczęłam się zastanawiać czy rzeczywiście to ta sobota była przełomowa czy może jednak dzień, w którym podjęłam decyzję o realizacji tego projektu. Hm. 😉 W każdym razie Warsztaty Fotograficzne jakie zorganizowałam dla blogerek i influencerek są dla mnie czymś więcej niż tym, co z nazwy możemy wyczytać. Wiem, że idzie nowe. 😊

Uwaga! Obszerną relację z warsztatów, którą stworzyły same uczestniczki znajdziecie w wyróżnionych („WARSZTATY”) na moim Instagramie – @bafavenue.pl.

Dziękuję też ogromnie uczestniczkom warsztatów (od lewej): Weronice (MaliNaila), Agacie (Freewolność), Uli (Kosmetyczny Świat Uli), Ewelinie (Revelkove Love), Oli (@ja_ola), Gosi (Blond Hair Affair), Anecie (CosmetiCosmos), Sabinie (Okiem Marzycielki), Sylwi (Czokomorena), Patrycji (Maleńka Bloguje), Dianie (Naturale), Marcie (Marta Sielska), Magdzie (Racja Pielęgnacja) i Joli (@joliee_ee), której na focie niestety nie ma.

Fot. @ania_smir

 

Relaksujący Balsam do ciała Naturativ – czy warto go mieć?

Dzisiaj kosmetyk, z którym przez jakieś dwa miesiące się nie rozstawałam, a moje ciało tworzyło z nim jedność. Choć wpadł w moje ręce zupełnie przypadkowo i nieplanowanie, to nawet w zapasach swojego nie odstał. 😉

Mowa oczywiście o produkcie ze zdjęcia – Relaksującym Balsamie do Ciała Naturativ. I już na wstępie przyznam się, że dopóki nie dostałam miniatury balsamu w ShinyBox, to o marce nie wiedziałam nic. Była to zupełna nowość, która przede wszystkim oczarowała mnie swoim zapachem. Później zaczęłam używać Kremu do twarzy 360°AOX, a na koniec wpadł w moje ręce ten balsam. I o ile zapach, z którym miałam do czynienia zaczynając swoja przygodę z Naturativ (karmelowo – waniliowo – cytrynowy), był taki słodziutki i milutki, to w Relaksującym Balsamie do Ciała spotkała mnie zupełnie inna historia. Bardziej świeża i taka energetyczna, ale równie ciekawa i nieoczywista. Trawa cytrynowa i kokos, to świetne połączenie!

NATURATIV Balsam do ciała


Balsam zawiera w sobie całe mnóstwo dobrych dla skóry i naturalnych składników aktywnych. Składają się na nie tłoczone na zimno oleje, roślinne ekstrakty i masła.

Masło Shea – intensywnie nawilża i ujędrnia. Jest naturalnym filtrem UV.
Masło kakaowe – nawilża i chroni przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi.
Kwas hialuronowy – nawilża i transportuje inne składniki aktywne w głąb skóry,
Ekstrakt z zielonej herbaty – działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie.
Ekstrakt z hibiskusa – ujędrnia.
Naturalna witamina E – pełni funkcję antyoksydanta.
Betaina roślinna – nawilża.
Olejek z trawy cytrynowej – pięknie pachnie i dodaje energii. Skórę wygładza i odświeża.

Aż sama się dziwię, że przy takich składnikach aktywnych można uzyskać tak lekką i przyjemną konsystencję. Serio. Wchłania się bardzo szybko i praktycznie śladu po sobie nie zostawia. Nie zastyga na skórze, nie tłuści. Jest więc idealny do stosowania również na dzień. Szczególnie, że nie zostawia po sobie żadnej warstwy, która mogłaby wiązać się z jakimś dyskomfortem.

Skóra rzeczywiście jest milutka, mięciutka i nawilżona. Nie występują żadne przesuszenia czy podrażnienia. Wręcz przeciwnie, jak sama nazwa balsamu wskazuje – skóra zrelaksowana jest, a do tego wszystkiego pięknie pachnie.

Oprócz ciała, smarowałam nim dłonie, które bardzo źle znoszą wszelkie chłody czy wiatry. Traktowałam go wtedy jako taką naturalną bombę odżywczą.

NATURATIV Balsam do ciała

Na uwagę zasługuje również opakowanie (typu airless), bo naprawdę jest bardzo porządne. Tuba z mlecznego, grubego plastiku zakończona jest świetnie spisującą się na co dzień pompką. I właśnie takie praktyczne i utrzymujące kosmetyk w świeżości rozwiązania lubię najbardziej. Jej pojemność to 200 ml. Więc wiecie – na miesiąc, półtora takiego codziennego stosowania.

Balsam kosztuje ok. 60 zł i myślę, że warty jest swojej ceny.

Beauty Queen by Shinybox – marzec 2019

Beauty Queen by Shinybox – tak właśnie nazywa się marcowe pudełko Shinybox, które pojawiło się w specjalnie zaprojektowanej szacie graficznej. Nie wiem czy zwróciłyście uwagę ale od kilku miesięcy pudełka Shiny miały stały wygląd. Tym razem inaczej i przyznam, że bardzo ładnie. Spodobał mi się ten pattern. Z pewnością jednak o wiele bardziej interesuje Was zawartość pudełka niż samo opakowanie, dlatego przechodzę do rzeczy.

Markami marcowej edycji są Pease, Gentle Day, Bell, Olimp Labs, Biotanique i Selfie Project.

Lecimy zgodnie z kolejnością na karcie produktów.

PAESE. Pielęgnacyjny krem koloryzujący DD Cream z linii Color & Care. Jest to próbka i niestety w bardzo ciemnym odcieniu. Dostałam 05 (skala od 1 do 6), także nawet latem go nie wykorzystam. Ja akurat krem ten znam i jego szybką recenzję zrobiłam na swoim Insta Stories (DENKO ’19), także zapraszam tam. Cena pełnowymiarowego produktu ok. 40 zł.

Gentle Day. Wkładki ekologiczne z paskiem anionowym Eco Fai-IR Anion. Ten produkt też znam. Bardzo lubię produkty Gentle Day i polecam. Cena ok. 9 zł. I mam dla Was kod rabatowy – 20 % na zakupy w gentleday.pl – „GENTLEDAY”, ważny do 10.05.2019.

Beauty Queen by Shinybox

Bell HYPOallergenic. Intense Colour Moisturizing. Hm. To już było, tylko, że w innym kolorze. Gruba kredka nie wymagająca temperowania. Dająca jednocześnie kolor, jak i podstawową pielęgnację. Cena ok. 17 zł.

Biotanique. Ujędrniająca maska na tkaninie z linii Korean Beauty, albo wymienne Nawilżająca maska na tkaninie z linii Korean Beauty. W porządku. Maska w płachcie zawsze się przyda. Serum z tej samej linii pierwsze wrażenie zrobiło na mnie bardzo dobre, więc maska pewnie też okaże się być fajna. Kosztuje ok. 8 zł.

Beauty Queen by Shinybox

Selfie Project. Plastry oczyszczające na nos #noblackheads (wymiennie: krem CC, który otrzymałam w jednej z wcześniejszych edycji oraz chusteczki do zmywania makijażu). Oczyszczają i działają antybakteryjnie. Polecane do cery wymagającej. Spoko, to akurat zawsze się przyda. Opakowanie zawiera 4 szt. i kosztuje ok. 10 zł.

Olimp Labs. Innovum Beauty Shot. Suplement płynny zawierający hydrolizat kolagenu, kwas hialuronowy, biotynę, cynk, witaminę A, witaminę B6 i B12, kwas pantotenowy, ryboflawinę i niacynę. Smak pomarańczowy i strasznie słodki. Ogólnie raczej nie moje klimaty. 7 zł / 25 ml

O’Herbal. Fluid do włosów farbowanych z olejkiem z macierzanki tymianku, którego na karcie produktów nie ma. Ten produkt także znam. Trafił do mnie dzięki InspiredBy Naturalnie Piękna. To takie serum, w konsystencji przypominające olejek, ale nietłuste i super szybko się wchłaniające. Zmniejsza łamliwość włosów, nadaje im blask i miękkość, dodatkowo chroniąc kolor. Ja głównie stosowałam na końcówki i sprawdzał się całkiem fajnie. Ma delikatny, przyjemny zapach.

Beauty Queen by Shinybox

I na koniec komentarz do zawartości, bo jak widzicie podczas prezentacji poszczególnych produktów starałam się być oszczędna w słowa. Podczas gdy zazwyczaj, jadę z przemyśleniami na bieżąco. Widziałam opinie o tym pudełku w sieci – że takie kompletne dno, że taka masakra to jest i że nigdy więcej. I w porządku. Też nie uważam, żeby powtarzanie produktów z poprzednich edycji było ok. Albo że próbki to fajna sprawa, czy ciemne odcienie testerów, po długiej, kończącej się właśnie zimie. To wszystko jest raczej słabe. Nie jestem też fanką suplementów diety. I rozumiem też, że produkty higieniczne nie wzbudzają wśród klientek Shinybox sympatii, bo z założenia box jest kosmetyczny. A i słowa krytyki a propos wartości całego zestawu czytałam. I wiadomo, że człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja. Jak dla mnie box mógłby być lepszy i rzeczywiście szału w tym miesiącu nie było. Skłamałabym jednak pisząc, że jakoś wyjątkowo mi nie podpasował. Wykorzystam zarówno maseczkę w płachcie, jak i plastry na nos. Fluid O’Herbal to całkiem fajny kosmetyk, więc sobie do niego wrócę. O Gentle Day już pisałam – lubię ich produkty. A Innovum, bez większego entuzjazmu, ale wypiłam. 😛 Próbkę Paese i pomadkę Bell pewnie komuś oddam, albo wrzucę do jakiegoś konkursu. Tyle. Nie pierwszy raz jest tak, że tylko część produktów mi się podoba. 😉 Rzeczywiście nie jest to najdroższy zestaw świata, no ale co zrobić. Raz testuję dzięki ShinyBox produkty drogie, a innym tanie i zupełnie drogeryjne. Życie. 😉

P.S. Po swoje pudełka wchodźcie na shinybox.pl. 🙂

Zobacz poprzednie edycje ShinyBox:

Loveliness by Shinybox – luty 2019

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Shiny Christmas by ShinyBox

 

Warsztaty fotograficzne dla blogerek i influencerek

Warsztaty fotograficzne dla blogerek i influencerek

 

Pierwsze takie WARSZTATY FOTOGRAFICZNE dla blogerek i influencerek beauty / fashion / lifestyle. Na dodatek organizowane w najlepszym studiu fotografii produktowej w Polsce – MarszalSTUDIO!

Wykłady i zajęcia praktyczne.
UWAGA! Nie musisz mieć ze sobą aparatu, telefon wystarczy. 🙂

3 bloki tematyczne:
OŚWIETLENIE
KOMPOZYCJA
AUTOPORTRET

Agenda spotkania wkrótce! 🙂

10:00-18:00 | 13 kwietnia | Warszawa

Ilość miejsc ograniczona! Kto pierwszy ten lepszy! 🙂

Warsztaty Fotograficzne dla Blogerek i Influencerek

Nowość! Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek Efektima

Jakiś czas temu Efektima wypuściła nową linię kosmetyków z olejem konopnym. Jako pierwszy premierę miał Olejek konopny, później był Krem do twarzy z olejem konopnym, a teraz z taśmy zeszło Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek Efektima.

Zarówno o całej serii, jak i właściwościach oleju konopnego już Wam opowiadałam przy dwóch poprzednich recenzjach, więc tym razem nie będę przynudzała i przejdę od razu do konkretów. 🙂

 

Opakowanie. Niski, plastikowy słoiczek z aluminiową nakrętką. Raczej dla masła – standardowo. Etykieta lekka, nawołująca do całej linii. Pojemność 200 ml

Konsystencja. Jak na masło całkiem lekka. Mimo tego, że zbita, to jednak nie tak tłusta i ciężka.

Zapach. Taki sam jak przy Olejku konopnym i Kremie do twarzy z olejem konopnym. Na mój nos – inspirowany męskimi perfumami wzorowanymi na babskich, czyli One Million Dolar Pacco Rabanne. 😉 Bardzo ładny, przyjemny i utrzymujący się na skórze jakiś czas.

Składniki aktywne. Oczywiście – olej konopny, oliwa z oliwek, a także olej kokosowy.

Cena. Około 20 zł, więc i dramatu nie ma i szału też. 🙂

Konopne masło do ciała i oliwa z oliwek Efektima

Ogólnie jest bardzo przyjemne w użyciu. Dzięki tej lekkiej konsystencji można stosować je i na dzień i na noc. Łatwo się rozprowadza po skórze, fajnie i sprawnie w nią wnika. Nie należy do ciężko rozsmarowujących się maseł, które najpierw muszą na kaloryferze swoje odleżeć, żeby dało się z opakowania na ciało je przełożyć. 😉 Oprócz świetnego zapachu i takiego dającego się poczuć pod palcami nawilżenia, nie pozostawia na skórze zbyt wiele, więc ubrań nie brudzi. Można więc spokojnie stosować je przed wyjściem z domu. W aktualnie trwającym okresie zimowym sprawdził się bardzo przyzwoicie. Ani żadne przesuszenia nie miały miejsca, ani podrażnienia. I myślę, że może sprawdzić się również wiosną czy nawet latem, kiedy skóra potrzebuje nawilżenia bardzo, ale panująca ciepłota nas do tego zniechęca. Te masło powinno wtedy dać radę.

Konopne masło do ciała i oliwa z oliwek Efektima

Ulubieńcy: styczeń 2019

Dzisiaj ulubieńcy! 🙂 Pierwszy raz piszę taki post i zastanawiam się jak długo wytrwam w cykliczności ich pojawiania się, albo jaka w ogóle będzie ich częstotliwość. Choć tytuł wskazuje na podsumowania miesięczne, to nie jestem przekonana, że tak będzie. Posty te raczej będę uzależniała od tego czy w danym okresie rzeczywiście ci ulubieńcy się u mnie pojawili czy też nie. Ok, to zaczynamy.

Matowe pomadki płynne OH!MyLips Eveline Cosmetics już na mojej stronie gościły, ale nie ta czerwień. Gdy ją zobaczyłam po prostu przedpadłam! Czerwoną pomadkę traktuję jako coś pewnego, może to, co teraz napiszę nieskromne będzie, ale po prostu dobrze w niej wyglądam. Oczywiście zdarzają się odcienie, które niekoniecznie są dla mnie, ale wszystkie żywe czy ciepłe, tak jak i ta są moimi. A tą kocham i za kolor i jakość.

Kolejnym odkryciem okazało się serum do brwi L’Biotica – Activ Brow, którego używam już od prawie dwóch miesięcy. Raczej nigdy nie narzekałam na brwi, bo zawsze były dość pełne, kształtne i niewiele musiałam robić, żeby dobrze wyglądały. I nadal tak jest, z tym, że od jakiegoś czasu zaczęły gdzieś tam przy demakijażu wypadać i troszkę się przerzedziły. A, że wyraźne brwi uważam za istotny „element” mojej twarzy :D, to i serum się u mnie pojawiło. Efekty takie, jakich się spodziewałam – wzmocnienie i zagęszczenie. Przestałam tracić brwi naprawdę bardzo szybko. Producent obiecuje pierwsze efekty po miesiącu stosowania, ale mi się wydaje, że już wcześniej produkt zaczął działać, także duuuża okejka. 🙂

Eveline Cosmetics OhMyLips | L’biotica Brow Active

Bi-es For Woman. Marka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie swoją nową kolekcją zapachów – Numbers Collection. Podoba mi się w niej naprawdę wszystko. I zamysł, i flakony, zapachy, a także ich niesamowita trwałość i ta super niska cena. Tak dobre wrażenie ciężko jest przebić, więc jak dotarły do mnie te perfumy, ja już nie byłam zaskoczona tylko wręcz zszokowana! Bo zapach uwiódł mnie totalnie! Mega mocny i silny, ale nadal kobiecy. Słodycz jest w nim dość dobrze ukryta, ale oczywiście wyczuwalna. Myślę, że to bardzo zmysłowy, ale też niejednoznaczny zapach. Przepiękny, po prostu. Niestety ten do sprzedaży nie wszedł, a ja otrzymałam go od marki jako prezent świąteczny. Nie mniej – polecam Wam serdecznie pozostałe produkty tej marki. 🙂

Bi-es Woda perfumowana

Jakiś czas temu skorzystałam z kodu rabatowego, który znalazłam w shinybox i nakupowałam kosmetyków zupełnie dotąd mi nieznanej marki – INSIGHT. Wzięłam szampon, odżywkę, żele pod prysznic, a także coś do mycia dla mojej małej. I wow! Wszystkie sprawdziły się fantastycznie. Szampon i odżywkę opisałam w instagramowym denku na Insta Stories, tak samo żel do mycia z serii Sensitive. Kosmetyki naturalne, w dużych opakowaniach, z wygodną pompką, z pięknymi zapachami i super efektami. Już planuję kolejne zakupy. 🙂

INSIGHT

Cougar Brazillian Papaya Facial Oil – olejek do twarzy, który znalazłam w jednym z pudełek ShinyBox. Zawiera kwas hialuronowy i pewnie właśnie dlatego tak go lubię. Dodatek hialuronu zawsze nadaje taką charakterystyczną konsystencję, która fantastycznie sunie po twarzy i super szybko się wchłania. A do tego i działanie wzmocnione. Uwielbiam to. Zawsze używam go w połączeniu z innymi produktami, jako serum. Po toniku, ale przed kremem, w których towarzystwie dobrze sobie radzi. Nawilża, wygładza i odżywia. Mimo tego, że ulubieńcem jest, ma jedną sporą wadę – super niepraktyczne opakowanie.

Styczeń to niewątpliwie miesiąc pod znakiem zawartości kalendarza adwentowego. Ponieważ jeszcze w listopadzie zdecydowałam się na kupno Lookfantastic, to przez prawie cały grudzień mogłam się cieszyć kolejnymi nowościami, a część z nich od razu zacząć używać. I tym sposobem na koniec do zestawienia ulubieńców stycznia wpadają aż 4 produkty, które znalazłam właśnie w kalendarzu adwentowym Lookfantastic.

Pędzel dwustronny Lookfantastic

Dwustronny pędzel Lookfantastic – w jednej strony wachlarz. Z drugiej zbity stożek, którego używam do pudrowania okolic oka i to w zasadzie jest ten mój ulubieniec. Włosie miękkie, miłe i radzące sobie z kosmetykami, a jednocześnie trwała forma i idealny (do zadań specjalnych) – kształt. 🙂

Black Magic Mascara Drama & Curl Eyeko – bardzo fajny tusz z tradycyjną, wyprofilowaną szczoteczką. Niby za takimi nie przepadam, a tu taka niespodzianka. 😉 Rozczesuje rzęsy, rozdziela je podczas malowania, widocznie podkręca. Miniatura starcza nawet na miesiąc.

BBB London Ultra Slim Brow Definer czyli ultra cienka kredka do brwi. Tak zwany „automatic”. 😉 W stronę woskowej, ale z fajną pigmentacją i dobrą (nie za tłustą) konsystencją. Jest miękka, więc łatwo się nią kreśli nie podrażniając przy tym delikatnego łuku brwiowego. Kolor tez bardzo mi podpasował.

Grow Gorgeous Thickening Hair & Scalp Mask Intense – włosy milutkie, mięciutkie i pachnące. Wygładzone, ale nieoklapnięte. Nawilżenie bez obciążenia i straty świeżości. Bardzo podoba mi się ten zapach – jest dość intensywny, więc to nie dla wszystkich może być zaleta. Konsystencja dość standardowa, trzymająca się włosa, ale też dobrze się spłukująca.

Lookfantastic | BBB London | Eyeko

Jak sprawdził się krem pod oczy NAOBAY Renewal Antiox Eye Contour Cream?

Ponieważ aktualnie dobijam do jego końca, postanowiłam co nieco o nim napisać. Używałam tego kremu naprawdę długo a ani razu o nim nie wspominałam. Nie wiem jak to się stało, ale jak tak pomyślę, to wiele u mnie takich „cichych bohaterów”. Używam ich na co dzień, jestem z nich szczerze zadowolona, a jakoś mi się o nich zapomina. W każdym razie to jeden z takich właśnie kosmetyków – Krem pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream.

Dostałam go w którymś Shinyboxie i chyba była to nawet zeszłoroczna, styczniowa edycja. Nie otworzyłam go od razu i wpadł do zapasów. Jednak jak już się poznaliśmy, to zapanowała miłość.Mieliśmy małą przerwkę, bo testowałam na Waszą prośbę inny krem pod oczy (z linii Dragon Blood Evree), ale po jakichś 2 miesiącach wrócił do mnie. I jeśli zastanawiacie się teraz czy po takim czasie był on jeszcze przydatny, to tak. Ten krem po otwarciu jest świeży jeszcze przez najbliższych 12 miesięcy. I wydajny też jest bardzo. Jak wspomniałam u mnie już końcówka, ale na pewno używam go łącznie ponad 6 miesięcy, rano i wieczorem.

Opakowanie to plastikowa tubka, z drewnianym korkiem i przyznam, że kiedyś byłam w opakowaniach Naobay wręcz zakochana. Wydawały mi się idealną metaforą połączenia nowoczesnych rozwiązań z siłą natury. Bo kosmetyki te powstają na bazie naturalnych, a nawet ekologicznych składników – posiadają certyfikat EcoCert. Oczywiście zwierzęta z ich powodu też nie cierpią.

Składnikami aktywnymi Kremu pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream są:
– olej arganowy,
– masło Shea,
– sezam,
– dzika róża,
– ekstrakt z cynamonu,
– rumianek,
– wąkrota azjatycka.

Konsystencję ma lekką, trochę jakby wodnistą. Nie jest gęsty, nie lepi się. Lekko sunie po skórze. Nie trzeba go jakoś specjalnie wcierać czy rozprowadzać. Wystarczy nałożyć w odpowiednim miejscu i wklepać opuszkami palców. Wchłania się przyzwoicie i nie pozostawia po sobie śladów czy tłustych filmów. Świetnie sprawdza się i wieczorem i rano, pod makijaż. Nie zauważyłam żeby jakoś źle reagował na inne kosmetyki, czy to pielęgnacyjne czy kolorowe.

Wiem, że zdania na jego temat są podzielone. U mnie jednak nie występowało żadne podrażnienie, pieczenie czy inne nieprzyjemne skutki stosowania tego kremu. A okolice oczu mam wrażliwe i dużo kosmetyków z tego powodu się u mnie nie sprawdza. Ten natomiast nie tylko delikatnie się obchodzi ze skórą wokół oczu, a dodatkowo ją koi i łagodzi. Dobrze nawilża i minimalizuje powstawanie efektu podpuchniętego oka, klasycznych worków, czy wyraźnych cieni. Tak ogólnie dba o dobrą kondycję okolic oczu. Co do spłycania zmarszczek się wypowiedzieć nie mogę, bo jeszcze ich nie mam. 😛

Jak możecie wywnioskować, ja naprawdę jestem z tego kremu zadowolona. Ma on jednak pewną wadę, jest nią cena. 😉  Około 100 zł.

Warsztaty Beauty Healthy Lifestyle – 19.01.2019

Wiecie, że 19 stycznia uczestniczyłam w warsztatach Beauty Healthy Lifestyle, które organizowała Ewelina (Revelkove Love) i Diana (chanceleee) u Polskich Projektantów? Na pewno wiecie, bo taką relację zrobiłam Wam na instastory, jak nigdy! 😀 I tak na marginesie – życie blogerki łatwe nie jest. Przynajmniej dla mnie nie lada wyzwaniem jest uczestniczenie w jakimś wydarzeniu, bycie tam na 100%, ale też relacjonowanie go na bieżąco i informowanie Was o tym. Mówią, że kobiety niby taką podzielną uwagę mają… Ściemniają! 😛 Mimo to starałam się być „żywa” po obu stronach i mam nadzieję, że się udało. 🙂 Ale wracając do warsztatów – strasznie fajna to była sprawa dla mnie, ale chciałabym też aby i Wam zapadło w pamięci te wydarzenie. Dlatego co nieco dla Was z tego spotkania przemyciłam. 😀 Ale od początku.

Idea warsztatów opiera się na promowaniu tego co dobre, naturalne, stworzone w duchu „slow”. Nie było więc na mapie Warszawy lepszego miejsca do ich zorganizowania niż właśnie Strefa 3 i butik Polscy Projektanci. Tego dnia oprócz warsztatów, miał tam miejsce jeszcze jeden event. Ten był otwarty, przeznaczony dla wszystkich miłośników mody, polskiego rzemiosła i kosmetyków naturalnych – Poranek z Polskimi Projektantami. Byli projektanci, były stylistki, było komputerowe badanie skóry (by Diana Bojko – Naturale 🙂 ), fotografowie, pięknie prezentujące się jedzonko i to co w butiku jest najlepsze – te wszystkie cudowne ubrania i dodatki! Dość liczne towarzystwo po godzinie 13:30 zamieniło się w kameralne spotkanie koleżanek z blogosfery.

Piękne, zdrowe jedzonko na stylowym tle 😀

Warsztaty podzielone były na trzy moduły i w zasadzie każdy z nich miał nieco inny charakter. Zaczęłyśmy od zajęć praktycznych i kręcenia własnych kosmetyków na komponentach Natura Receptura. Miałyśmy też okazję poznać właścicielkę marki, która przyjechała do nas i dla nas aż z Elbląga i uczestniczyła w spotkaniu prawie do końca! 🙂 Ale wracając do DIY… Przyznam szczerze, że przepisy zaskoczyły mnie pozytywnie, a dziewczyny postarały się o coś niestandardowego (przez standard rozumiem np. domowy peeling czy maseczkę na bazie glinki 😛 ). Dlatego postanowiłam zrobić odpowiednią dokumentację i się z Wami tymi recepturami podzielić.

 

 

DIY kosmetyki naturalne – receptura na Saszetkę do kąpieli lub szafy

Kolejnym etapem spotkania była prezentacja marki Bioup i masażu twarzy, o którym mówiła nam właścicielka marki. Kosmetyki bardzo interesujące, z naturalnymi składami i przede wszystkim starannie wyselekcjowanymi składnikami aktywnymi, o których p. Karolina czerpiąc ze swojego bogatego doświadczenia mogłaby nam opowiadać godzinami. I z tego spotkania też coś Wam przemyciłam. Perełkę! Skwalan z Trzciny Cukrowej „dobrego pochodzenia”! A jeśli o sam masaż twarzy chodzi, to aż wstyd się przyznać, ale sama robię go naprawdę rzadko. Nie wiem dlaczego. W sumie dużo czasu to nie zajmuje. Chyba po prostu z niechciejstwa i zapominalstwa. Muszę go jakoś na stałe wpleść w codzienną pielęgnację, bo jak to powiedziała p. Karolina – jest to coś extra, co możemy dać skórze, nic za to nie płacąc, ale też nie mogąc tego zastąpić niczym innym. Dotyk to jednak jest moc. 🙂

Ostatnią częścią spotkania była dyskusja do której zaprosiła nas Diana Bojko, kosmetolog jakich w Warszawie niewielu. Bowiem Diana pracuje w swoim gabinecie – Naturale Kosmetologia tylko na naturalnych i sprawdzonych kosmetykach. Nie wciska Klientkom czegoś, czego sama by nie użyła i nie byłaby z efektów zadowolona. Co przyznam bardzo mi się podoba. Sama jeszcze u niej na zabiegach nie byłam, ale już się zapisałam, także pewnie dam znać, jakie są moje wrażenia i odczucia. Diana postanowiła poruszyć temat niby oczywisty, bo rozmawiałyśmy o tym przez co mogą powstawać zanieczyszczenia i problemy skórne, ale to co dla nas oczywistą oczywistością, dla innych wcale takie wiadome niestety nie jest. Dlatego ostatni prezent z warsztatów Beauty Healhty Lifestyle jaki dla Was przygotowałam, to ta krótka ściąga, największych i niewybaczalnych błędów obchodzenia się ze skórą:
1. Nigdy nie kładziemy się spać w makijażu!
2. Zmycie makijażu oczu czy ust nie jest jednoznaczne z oczyszczeniem twarzy.
3. Typowy tonik nie służy do mycia twarzy.
4. Twarz wycieramy innym ręcznikiem niż ciało czy (o zgrozo!) ręce, który dodatkowo powinien być na bieżąco wymieniany i prany. Można też używać jednorazowych ręczniczków bawełnianych.
5. Często też powinnyśmy zmieniać pościel, a także dbać o czystość jaśków, poduszeczek i innych przytulanek nocnych – wiecie ile one tego całego syfu gromadzą? A my noc w noc się do tego tulimy. Pamiętajcie o tym. 😉
6. I na koniec chyba rzecz najważniejsza – jesteś tym co jesz i wszystko to widać na Twojej skórze.
I więcej już nie straszę. 😀

Fot. Moment Decydujący MDWD

Pomiędzy modułami warsztatowymi miałyśmy jeszcze okazję poznać historię marki Biżuteria z talerzy. Poczuć na własnych rękach ciepło i moc składników aktywnych zamkniętych w Prowansalskich Świecach do masażu. Zapoznać się z ofertą marki Zielone Laboratorium, a także odebrać kod rabatowy do PIKA Biżuteria (do końca marka na hasło: MAGICDUST -25% 🙂.

Podczas imprezy towarzyszyły nam „dziewczyny z aparatami” – Monika Kutkowska, Wiola i Joasia, choć ja w tym wpisie posiłkowałam się tylko fotami Wioli – Moment Decydujący. A nagłaśnianiem całej afery jeszcze przed jej startem zajęła się Ambasada Kosmetyczna. Dzięki Wam ogromne. 🙂

Mam nadzieję, że dzięki tej relacji i „giftom” jakie dla Was przygotowałam, chociaż przez chwilę poczułyście się jak uczestniczki tego wydarzenia – z taką myślą pisałam ten tekst. Dzięki! <3

Fot. Moment Decydujący MDWD

I już naprawdę na koniec – wszystko co oprócz przygotowanych przez siebie kosmetyków przytargałam ze spotkania chciałam Wam pokazać. 🙂 Przyznam, że Prezenty od Strefa 3 zaskoczyły mnie najbardziej. 😀 

Time to Shine by Shinybox – styczeń 2019

Najnowszy Shinybox trafił i w moje ręce. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa kosmetyków, z którymi najpopularniejszy box kosmetyczny w Polsce wejdzie w Nowy Rok. Choć przy pudełku grudniowym zdania co do jego zawartości było mocno podzielone, to styczniowe pudełko wzbudza chyba o wiele mniej kontrowersji i w sieci funkcjonuje raczej jako to dobre. Ciekawe? To lecimy! 🙂

W styczniu króluje marka Bell, a towarzyszą jej Dermaglin, Schwarzkopf Gliss Kur, Carlo Bossi, Anwen, Biodermedic, Element i Vis Plantis. Moje pudełko z racji, że ambasadorskie, jednak od standardowego nieco się różni. Zabrakło Bell HYPOAllergenic Powder & Blush, ale za to produktów wymiennych dostałam więcej.

Co tym razem ucieszyło mnie najbardziej?
To oczywiste – Bell Hypoallergenic Brow Modeller Gel. Dlaczego? Bo uwielbiam wszytsko to, co dedykowane jest brwiom. 😀 Nie wiem dlaczego, ale straszną mam frajdę z testowania kolejnych kosmetyków czy to do pielęgnacji czy makijażu brwi. Żel ma optycznie wypełniać ubytki, a także pomagać w modelowaniu i stylizacji. Z tego co widzę na pierwszy rzut oka, to ma bardzo rzadką konsystencję, więc nie mam pojęcia jak się sprawdzi. Aplikator za to wydaje się być brwiom przyjazny – mała szczoteczka. 18 zł kosztuje taki żel.

Kolejnym produktem, który się nie zmarnuje jest Maska wzmacniająca do włosów z Basil Element Vis Plantis. Aktualnie mam deficyt odżywek i masek do włosów, więc same rozumiecie. Tej serii nie używałam, więc dodatkowe miłe zaskoczenie. Maska podobno zwiększa miękkość i elastyczność, przeciwdziała rozdwajaniu się końcówek. Producent zapewnia też o pozytywnym wpływie na zagęszczenie włosów i ich wzmocnienie. Słoiczek 200 ml kosztuje ok. 30 zł.

Szampon do włosów z węglem aktywnym _Element to kolejna rzecz do włosów i kolejny produkt, który z chęcią przetestuję. Z marką jeszcze przyjemności nie miałam, więc jest to dla mnie zupełna nowość. Szampon dzięki swojej formule prezentuje się ciekawie i zupełnie inaczej niż koledzy z półki. Jak dla mnie bardziej (przynajmniej z wyglądu) przypomina peeling i kto wie, może coś w tym jest.

W styczniowym pudełku znalazłam jeszcze jeden kosmetyk do włosów, również szampon. Gliss Kur Szampon do włosów Purify&Protect – nowość. Zawiera ekstrakt nasion moringi i serum keratynowe. Bez szału, bo wiadomo – bardziej łasa jestem na mniejsze, bardziej naturalne i ciekawsze marki, ale szampon się zużyje. Zwłaszcza, że szampon ten ma odciążać, więc na teraz dla mnie jak znalazł.

Time To Shine by Shinybox – zawartość pudełka

Kolejna myślę ciekawa rzecz to woda perfumowana Carlo Bossi. I oczywiście nie o markę tutaj chodzi, a ogólnie o ideę wrzucania do boxów zapachów. Każda z nas na co dzień się czymś tam pachnie, więc są to produkty w zasadzie pierwszej potrzeby :D, których mimo wszystko w pudełkach kosmetycznych jest za mało. Zapach ten przypomina mi Black Opium i zauważam, że panuje na niego szał totalny. I nie mówię już o samych fankach zapachu, ale o firmach, które mocno inspirują się znanymi pachnidłami i mocno go w swojej ofercie promują. Na mojej toaletce stoi aktualnie 5 flakonów perfum wzorowanych na Black Opium YSL. ;)W każdym razie perfumetka zawsze spoko, do torebki idealna. Ta kosztuje ok. 15 zł.

Biodermic i Maska w płachcie kawiorowa, to kolejna nowość. I jestem nią zaciekawiona. Jeszcze nie próbowałam, ale kawior w płachcie brzmi dobrze. Maska podobno rewitalizuje skórę, poprawia jej koloryt, i przyspiesza odnowę komórkową. Kosztuje ok. 18 zł.

Maseczki Dermaglin znam, więc tutaj elementu zaskoczenia nie było, ale dobra glinka nie jest zła. Przyda się. Cena ok. 7 zł.

I zostały na koniec dwie pomadki Bell – a w zasadzie Kremowa pomadka do ust Secretale Nude oraz HYPOallergenic Lip Laquer Liquid. Obawiam się, że oba trochę nie w moich tonach, ale wypróbuję, może się miło zaskoczę i czuć będę się w nich dobrze. Kosztują ok. 13 zł/szt.

Time To Shine by Shinybox

W każdym standardowym pudełku można było jeszcze znaleźć Bell Hypoallergenic Powder&Blush. Dla mnie niestety zabrakło, ale na jego miejsce dostałam wymienne produkty z tego pudełka, o których pisałam wcześniej, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. 😀 Opakowanie mieści w sobie puder matujący i róż. Na zdjęciu prezentuje się całkiem fajnie. Kosztuje ok. 19 zł.

I tak dotarłyśmy do końca. To jak? Udane pudełko czy nie? 🙂 Może nie ma szału jeśli chodzi o marki, bo większość to typowo drogeryjna oferta, ale i tak całkiem ciekawie się to prezentuje. 🙂 Ja większość z tych produktów wykorzystam, także „dla mnie się podoba”. 🙂

Pudełka Time to Shine są jeszcze dostępne, także szorujcie na stronę shinybox.pl! 🙂

 

Zobacz również:

Shiny Christmas by ShinyBox

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Think Pink by ShinyBox

 

 

Testuję maseczki w płachcie z mojaazja.eu

Mimo tego, że sama po przeczytaniu „Sekrety Urody Koreanek” zmieniłam podejście do pielęgnacji i wiele z tej książki do niej wprowadziłam, to myślę, że nie trzeba być wielką fanką azjatyckiego sposobu dbania o cerę, żeby stosować maseczki w płachcie. Są one aktualnie bardzo popularne, wszędzie dostępne, nadal egzotyczne i przede wszystkim skuteczne. Wielość i różnorodność składników aktywnych jest wręcz ogromna i każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Czy to o działanie, czy nawet sam zapach chodzi.

Ja ostatnio wzięłam się za testowanie koreańskich maseczek, które dostępne są w mojaazja.eu – czyli internetowym sklepie przepełnionym kosmetykami azjatyckimi. Z tego co się orientuje są dystrybutorem wielu marek, więc naprawdę można znaleźć u nich perełki.

Maseczki w płachcie

Maseczka, która zaciekawiła mnie najbardziej to PEACH – z wodą z lodowca i brzoskwinią. I sama nie wiem dlaczego właśnie na nią zwróciłam uwagę w pierwszej kolejności. Czy aż tak spodobał mi się zupełnie prosty i oczywisty w przekazie projekt opakowania? Czy może ten lodowiec połączony z soczystym owocem? Nie wiem. Ale przypuszczałam, że może być w niej coś innego i nie myliłam się. Serum, w którym zanurzane są płachty zazwyczaj mają gęstą konsystencję, czasami ciągnącą się, innym razem bardziej żelową, ale jednak jakoś tak bardziej zbitą. Tutaj od razu można było wyczuć wodę w podstawie, więc i bardziej lekko było. Tak orzeźwiająco, a zarazem słodko. Zapach brzoskwini wyczuwalny, ale naturalny. Bez nachalnych perfum. Niestety przy takiej formie gorzej jest z przyczepnością, bo rzadka konsystencja nie pomaga. Ale cienki materiał płachty pewnie został w tym przypadku przemyślany i właśnie ma za zadanie jednak przy tej skórze zostać, a nie osuwać się i spadać wraz z ciążącą na niej wodą.

Ogólnie lubię kosmetyki antyoksydacyjne, więc drugą w kolejności, była płachta ANTIOXIDANT Green Tea Essence Mask. Pierwsze wrażenie super. Esencja bardziej zbita, trochę żelowa. Płachta grubsza niż w PEACH, przyjemna. Duet w tej postaci super trzymał się skóry. Maseczka pozostawała na miejscu, bez żadnych poprawek. A ja i pogadać lubię i czegoś się napić w trakcie, więc wiecie. 😉 Tak więc od strony technicznej nie mam jej co zarzucić, za stronę praktyczną mogę tylko pochwalić. Po zabiegu miałam wrażenie, że moja skóra jest z 10 lat młodsza. Nawilżona, odżywiona, zrelaksowana. Super gładka, przyjemna w dotyku i trochę jakby naciągnięta. Na dodatek miała taki piękny zapach! Zdecydowanie maseczka ta trafia do moich ulubieńców.

Antyoksydacyjna maska w płachcie

Prreti i Skin Smoothie Maseczka nawilżająca z czerwoną kalarepą zdecydowanie najbardziej podoba mi się wizualnie, choć i ta czerwona kalarepa kusi. Do niej dorzucona została jeszcze żurawina i czarna porzeczka. Razem mają sprawić, że skóra będzie nawilżona, jędrna i wygładzona. I takie efekty też daje. Jest miło, miękko i zdrowo. A wszystko to dzięki idealnie przylegającej do skóry płachty. Serum, w którym została zanurzona działa jak klej i naprawdę super radzi sobie z utrzymaniem materiału, a chwilowo miałam nawet wrażenie, że ten nieco skórę ściska. Lekko żelowa konsystencja esencji, sprawia, że cały zabieg jest nieco chłodzący. Maska ma świetny zapach, który wiadomo – zostaje na skórze przez jakiś czas.

W sumie żadna z nich mnie nie zawiodła, choć PEACH na pewno nieco zaskoczyła. Takiej formy jeszcze na mojej twarzy nie gościłam, ale warto było. 🙂

Wszystkie maski, o których piszę dostępne są w sklepie internetowym mojaazja.eu i drogeriach stacjonarnych takich jak Hebe czy Natura.

Koreańskie maseczki w płachcie

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Powiem tak. Jak zobaczyłam listopadową edycję ShinyBox na Instagramie, to mnie trochę „zgięło”. Tyle zobaczyłam produktów. Tyle rzeczy, których jeszcze nie znam. Tyle kosmetyków, które chętnie bym przetestowała… Z solidnym opóźnieniem (i z Shinybox wyszło później i Poczta się nie spieszyła z doręczeniem),  dostałam i ja swoje pudełko The Power Of Beauty wraz z dodatkami ambasadorskimi, które również Wam zaprezentuje.

Każde pudełko w wersji standardowej zawierało 7 produktów i 5 upominków. Markami listopada są: Delia Cosmtics, Selfie Project, BioOleo, Naturativ, Masami, Oh!Beauty Warsaw, Singularis, Moya Matcha, LiqPharm, Obssesive, Kontigo, Trico Botanica, Hegron, Uroda Polska, Hemp Care, One & Only Cosmetics. A zebrało się ich tyle, bo dużo w tym miesiącu marek wymiennych było.

Tym razem zaprezentuję pudełku w kolejności jaka jest w karcie produktów. A tak, żeby porządek tu był. 😉

Zawartość Shinybox Listopad 2018 – The Power Of Beauty

Delia Cosmetics. Produkty wymienne. Korektor pod oczy żółty – rozświetlający lub Korektor do twarzy zielony – korygujący zaczerwienienia. U mnie to drugie. I fajnie. Mam dosyć wrażliwą skórę, naczynkową, więc przyda się i z chęcią sobie przetestuję. Korektor niweluje kolor czerwony i różowy. Można stosować go punktowo, jak i na całą twarz. Podoba mnie się to!Zwłaszcza, że to dobry okres pogodowy na takie produkty. Kosztuje ok. 13 zł

Delia Cosmetics – Cień do powiek. Mój niestety rozsypał się w transporcie. Ale chociaż swatcha Wam pokażę. Kolorek numer 09. Cena ok. 9 zł.

Swatch Delia Cosmetics Eyeshadow 09

Selfie Project – Płyn micelarny. Markę ogólnie kojarzę, ale jakoś do tej pory nic nie używałam. Chyba dlatego, że z nastolatkami mi się kojarzy, a ja już dawno ną nie jestem. 😉 ;( Usuwa makijaż, oczyszcza, matuje i łagodzi – takie obietnice ze strony producenta. Sprawdzimy. cena ok. 15 zł

BioOleo Kwas Hialuronowy. Kwasowi zawsze mówię tak. Uwielbiam stosować go i w pojedynkę i z innymi kosmetykami. Niezwykłe właściwości kwasu hialuronowego, jak i jego forma sprawiają, że chcę mieć go wszędzie. Na jego podstawie można stworzyć własne, świetne receptury, ale też dodawać go praktycznie do wszystkiego można. I choć ostatnio był kwas, to taki zapas przyjmuję z ogromną przyjemnością. 🙂 Cena ok. 60 zł / 30 ml.

Delia Cosmetics Zielony Korektor do twarzy i Bi0Oleo Kwas Hailuronowy

Naturativ Otulające masło do ciała to miniatura, ale bardzo przyjemna. Powiem Wam, że jego zapach mnie powalił. Jest tak nieoczywisty, złożony i cudny, że przepadłam. Bardzo fajnie się wchłania, a skóra jest milutka i mięciutka. 250 ml kosztuje ok. 75 zł.

Naturativ – masło do ciała.

Selfie Project Krem CC. Dedykowany do cery młodej z niedoskonałościami, ale i tak go sprawdzę. 😀 Rozwiązania takie jak BB, CC czy nawet DD po prostu lubię, bo na co dzień są dla mnie idealne. Lekkie, szybkie, naturalne. Krem ten maskuje niewielkie nierówności i niedoskonałości. Wygładza i co mnie ciekawi najbardziej (:D) – „zapewnia efekt Glamour”. Kosztuje ok. 17 zł.

Kolejna pozycja to skomplikowana sprawa, bo aż 11 wymienny produktów. W swoim pudełku znalazłam trzy z nich:
Hegron Gel Spray Extra Volume z ekstraktem z bambusa, który podobno nie obciąża i odbija już od nasady. Pomaga w stylizacji i super utrwala. Produkt profesjonalny (fajnie!). Kosztuje ok. 13 zł.
Trico Botanica Szampon do włosów Oczyszczanie i Relaks. Idealny dla delikatnej skóry głowy. Nigdy nie używałam kosmetyków tej marki, także z chęcią przetestuję. Szampon kosztuje ok. 40 zł.
One & Only Cosmetics Black Mask Detox Ritual – głeboko oczyszczająca maska typu peel-of, to właśnie to czego w moich zapasach brakuje. Z chęcią sobie przetestuję i cieszę się, że ją otrzymałam. Kosztuje ok. 5 zł.

Trico Botanica i

I teraz produkty oznaczone na karcie jako UPOMINKI:
Masamipróbki higienicznych produktów wykonanych z organicznej bawełny. Coś tam już od nich używałam, ale z chęcią poznam pozostałe produkty,
Oh!Beauty Warsaw – dostałam pudełko już po wydarzeniu,
Singularis Calcium Citro Max. Całe opakowanie – super. Przyda się. 🙂 Cena: ok. 3 zł
Moya Matcha – herbata w saszetce. Fajnie. Matcha to super zdrowa i jednocześnie super specyficzna herbata, ale warto ja poznać. 🙂 Cena ok. 3 zł
LiqPharm Serum wygładzające na noc – peeling, próbka.

Zawartość Shinybox Listopad 2018 – The Power Of Beauty

I na koniec moje ambasadorskie dodatki. 🙂 Równie fajne co i całe pudełko. Uwaga!

Dushka Żel pod prysznic bananowo-truskawkowe smoothie. Markę tę widziałam na Instagramie. Taki fajny, kolorowy i wesoły wizerunek ma. Bardo jestem ciekawa tego żelu, tylko szkoda mi go otwierać i niszczyć te wszystkie detale na opakowaniu (metki, karteczki, tasiemki) i te piękne truskawkowo-bananowe piętra. Takie to wszystko cudne! Ostatecznie pewnie się przełamię. 😉 Kosztuje ok. 17 zł.

Synchroline – Serum Synchrovit C. Dobry czas na witaminę C. Z marką też styczności za bardzo nie miałam (oprócz próbek), więc zobaczymy czy się polubimy. Cena: ok. 30 zł.

Śnieżny Lotos – Ziołowe wkładki higieniczne. Przyznam, że bardzo mnie zaciekawiły, bo to takie jednocześnie wkładki higieniczne i profilaktyczno-lecznicze. Fajna sprawa. Tylko cena póki co wydaje mi się zabójcza – ok. 15 zł za 2 sztuki. Możliwe, że po przetestowaniu uznam, że są jej warte, jednak na ten moment wydaje mi się być bardzo wysoka.

Singularis – witamina D. O ile suplementy diety nie są moimi ulubionymi produktami w pudełkach (zazwyczaj są to produkty wspierające odchudzanie), to witaminy mnie cieszą, bo po ciąży i karmieniu piersią mam ich spore niedobory. 😛 Na dodatek trafiła mi się witamina D – bajka po prostu. I co warto zauważyć – bardzo ładne jest to opakowanie, takie reprezentatywne. Myślę więc że witaminki z tej serii mogłyby być fajnym dodatkiem do prezentu dla Mamy, Babci czy innej osoby, o której zdrowie dbacie. 🙂

Shinybox dodatki ambasadorskie
Shinybox dodatki ambasadorskie

I tym trochę świątecznym komentarzem dotarłyśmy do końca. Duuuużo tego było co? O.O Ja jestem pod ogromnym wrażeniem i samej ilości produktów, jak i ich samych. Cała paka nowości kosmetycznych, które jak naprawdę mało kiedy tak idealnie wpisują się w mój gust i zapotrzebowanie. Myślę, że i Wam się podoba zawartość tego boxa, dlatego zostawiam Wam link do sklepu shinybox, gdzie zestawy są jeszcze dostępne.

Zobacz również:

Think Pink by ShinyBox

Beauty&Shape czyli extrabox ShinyBox

Coś Pięknego by ShinyBox

 

Perfumy Bi-es Numbers Collection – HIT za 35 zł!

Zapachy, zapachy! Uwielbiam je, ale mało o nich piszę. Trochę z obawy czy na pewno mnie zrozumiecie. I rzecz jasna – nie o Was tutaj chodzi. To we mnie problem. Zastanawiam się czy oby na pewno jestem w stanie ubrać w słowa to, co czuję i rzeczywiście chcę o danych perfumach powiedzieć. Jednak dzisiaj przychodzę do Was z takim hitem, że nie widzę tutaj możliwości pomyłki czy to w moim opisie, czy w Waszej interpretacji. 🙂

Bi-es Numbers Collection to seria 4 wód perfumowanych. Występuje ona zarówno w wersji damskiej, jak i męskiej. Ja oczywiście będę mówiła o tej pierwszej. Zapachy zainspirowane zostały numerologią. Każdy z nich oznacza coś więcej, ma się wpisywać w temperament i charakter noszącej go osoby. I rzeczywiście wszystkie 4 sztuki są zupełnie różne.

Zacznę może od tego, że Numbers Collection są dla mnie dużym zaskoczeniem. W pierwszej chwili (gdy je rozpakowałam) urzekł mnie śliczny, zupełnie prosty, ale jednak inny flakon. Później okazało się, że zupełnie polubiłam większość z tych zapachów. I w zasadzie jedyną niewiadomą, która mogła zadecydować o tym czy perfumy te pokocham czy też nieco znielubię, była trwałość.

Wody Perfumowane Bi-Es

Jak już wspomniałam w skład kolekcji wchodzą cztery zapachy.

No.2 – Nuty głowy to pieprz jamajski, wanilia, paczula, nuty serca: hibiskus, frezja, aksamitka i nuty podstawy: drzewo sandałowe, cedr, gruszka. Zapach ten dedykowany jest osobom skromnym i wrażliwym, ceniącym sobie relacje międzyludzkie. I chodź wydaje mi się, że posiadam te cechy charakteru, to zdecydowanie zapach ten mi nie odpowiada. Jest zbyt kwiatowy, taki trochę słodki, ale nie do końca, może trochę taki kremowy? Bardziej kojarzy mi się z dojrzałą kobietą, niż dziewczyną w moim wieku. Nie jest też brzydki i rozumiem, że się może podobać, ale to zupełnie nie moje klimaty.

No.3 – Nuty głowy to: owoc granatu, nektarynka, gruszka, nuty serca: czarna orchidea, lotos, fiołek i nuty podstawy: wanilia, piżmo, mahoń. Dla osób towarzyskich, optymistycznych i kreatywnych. I rzeczywiście ten zapach jest taki dość mocny i bardzo konkretny, ale nie ciąży. Powiedziałabym raczej że taki dodający powera, a przy tym nie ma nic wspólnego z freshem czy cytrusem. Jest bardzo kobiecy i zmysłowy. Bardzo, bardzo go lubię.

bi-es-wody-perfumowane-numbers-collection-kompozycja
Perfumy Bi-Es Numbers Collection

No.9 – Nuty głowy: mandarynka, różowy pieprz, pieprz jamajski, nutami serca są: jabłko, kwiat pomarańczy, frezja , a nuty podstawy: wanilia, kawa, paczula. Podobno odzwierciedlenie kobiet uczuciowych i pełnych pasji. I myślę, że może tak być. Ten zapach jest chyba bardziej słodki niż pozostałe, ale jest to wyważona słodycz, bardzo przyjemna i trochę nieoczywista. Dużo tu owoców, ale też takiego konkretu jak paczula. Kojarzy mi się z Black Opium, a jak wiecie jestem jego ogromną fanką.

No.33 – Nuty głowy : czarna porzeczka, róża, frezja, nuty serca: wanilia, drzewo sandałowe, paczula i nuty podstawy to nuty pudrowe, białe piżmo. Powinny nosić go kobiety opanowane, wyrozumiałe i empatyczne. I rzeczywiście zapach ten dla mnie jest taki trochę bardziej szlachetny (?) niż pozostałe. Może mieć to związek z różą, którą wyczuwam tutaj najmocniej. Z resztą, bardzo lubię ją czuć. I to właśnie ona chyba nadaje całej kompozycji takiej elegancji. Zapach podbija piżmo, więc ostatecznie jest on intensywny. A ogólnie przepiękny.

bi-es-wody-perfumowane-numbers-collection
Wody Perfumowane Bi-es Numbers Collection

I tyle o zapachach, ale mam dla Was jeszcze kilka bardzo istotnych informacji o Bi-es Numbers Collection. Jedziemy.

Flakoniki – nic się z nimi złego nie dzieje, naklejka się nie rysuje i nie odkleja. Korek – kulka nie traci swojej mocy i zaciętości i kurczowo trzyma się butelki. Także nie spada, nie gubi się. Atomizer ładnie rozpyla, nie zacina się. Ponadto flakony mają kompaktowe rozmiary, więc zmieszczą się prawie w każdej torebce, są więc w pełni mobilne. 🙂

Trwałość – czuć je przez cały dzień – serio, a jak psikniesz więcej, to i na drugi dzień będzie je czuć. Zapach ulatnia się na prawdę powoli, więc perfumy te są tez wydajne.

Cena – ok. 35 zł za 50 ml. Tak, dokładnie! Tylko 35 zł. Co uważam, jest niesamowitym stosunkiem ceny do jakości. Myślę, ze te 35 zł może być nawet mylące, ale nie bójcie się. 🙂 Kupujcie i namawiajcie innych, bo po co przepłacać. I pamiętajcie też, że takie perfumki to świetny prezent w kontekście zbliżających się Świąt. Te przeze mnie omawiane to wody perfumowane, ale widziałam, że na stronie Bi-es są również perfumy o poj. 15 ml w cenie 17 zł.

Co mogę powiedzieć o D’Alchemy? | Nawilżający tonik do twarzy i Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej

Zupełnie szczerze – sama jestem zaskoczona jaką opinię wyrobiłam sobie o kosmetykach marki D’Alchemy, więc jedyne co mi zostaje, to podzielenie się nią z Wami. 🙂 Nie są to produkty tanie, ale przyznam, że cudów też się po nich nie spodziewałam. Jednocześnie wiadomo, że im wyższa cena, tym większe są nasze oczekiwania względem danego produktu, a to akurat uważam za jak najbardziej słuszne. A jak ta zasada, ma się w przypadku marki D’Alchemy? Zaraz się przekonacie.

Może na wstępnie opowiem Wam trochę o samej marce, która jest stosunkowo nową. Kosmetyki D’Alchemy nastawione są głównie na pielęgnację cery i skóry dojrzałej, choć to, że masz 25 lat nie wyklucza Cię z grona jej odbiorców. Sama od lat używam kosmetyków anty-aging, bo jednak wolę zapobiegać niż później leczyć. Może i z tego powodu efekty widoczne gołym okiem nie są aż tak spektakularne jak u 50+. Jednak wiem i czuję, że robię nimi mojej skórze dobrze. Ale wracając do D’Alchemy – portfolio produktów aktualnie nie jest jakoś szczególnie szerokie, jednak na tyle bogate, aby zaspokoić potrzeby osób posiadających cerę bardzo wrażliwą, suchą, dojrzałą, tłustą czy problemy takie jak przebarwienia, plamki, głębokie linie i zmarszczki. Oprócz produktów do pielęgnacji twarzy znajdziemy też balsamy do ciała oraz krem do rąk. Tyle jeśli o ofertę chodzi.

Kolejną myślę dość istotną sprawą, bo wyróżniającą markę jest fakt, że mają fantastyczne, bogate składy. W recepturach występują składniki naturalne, uprawiane w sposób ekologiczny lub dziko rosnące na ekologicznych terenach (ta dzikość podoba mi się najbardziej!), a hydrolaty roślinne występują w nich w zamian za zwykłą wodę! Podczas obróbki i przetwarzania składników kładziony jest szczególny nacisk na zachowanie wszystkich najcenniejszych właściwości (pewnie dlatego też marka nie ma obaw przed poddawaniem swoich produktów badaniom biowitalności :), więc formuły są opracowywane nie tylko na podstawie właściwości, ale też możliwości technologicznych. Dodatkowo D’Alchemy bardzo dużo czerpie z aromaterapii, co niewątpliwie da się wyczuć przy spotkaniu z ich kosmetykami. Wiele jest w nich olejków eterycznych, które mają działać leczniczo, a przy okazji tworzą piękne bukiety zapachowe. Ale to nie koniec! Czy wiecie, ze nawet kolor szkła w opakowaniach został przemyślany i ostatecznie ma ogromny wpływ na zawartość? Chroni ją między innymi przed utratą świeżości.
Jestem pod wrażeniem.
I choć wszystko o czym wspomniałam może wydawać się mało namacalne, to uwierzcie mi, w tych kosmetykach to po prostu czuć.

Kosmetyki D’Alchemy

Przechodząc do meritum i opisu kosmetyków, które mam i używam już od jakiegoś czasu, na moje ręce trafiły dwie sztuki:
Nawilżający tonik do twarzy – Hydrating Dew Toner
Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej – Loss Of Elasticity Skin Renewer.
Które używałam w duecie.

Nawilżający tonik do twarzy Hydrating Dew Toner D’Alchemy, to wbrew pozorom bardzo skomplikowany produkt, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oprócz hydrolatu z róży damasceńskiej, na której bazie ogólnie powstał, zawiera ekstrakt z róży francuskiej, wyciąg z alg, lakton kwasu glukonowego oraz olejki eteryczne z róży damasceńskiej i grapefruitowy. Jednak w konsystencji czy wchłanianiu się tego nie odczuwa. Nie jest ciężki. Atomizer tworzy z niego lekką mgiełkę, która potrzebuje chwili aby wchłonąć w skórę.Przywraca jej odpowiednie pH i nawilża. Po jego użyciu nie występuje uczucie ściągnięcia czy podrażnienia. Nie lepi też i nie tłuści. Jest zupełnie neutralny, dzięki czemu, możemy działać w temacie pielęgnacji dalej. Za sprawą olejków eterycznych, o których wspomniałam wcześniej fajnie pachnie – z jednej strony otula, z drugiej daje takiego energetycznego kopa, dlatego jako poranna mgiełka na pobudkę sprawdza się rewelacyjnie.

Kosmetyki D’Alchemy

Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej Loss Of Elasticity Skin Renewer D’Alchemy, to bogata formuła. Jej stosowanie zapewnić ma większą elastyczność i jędrność skóry. Spłycenie zmarszczek i usunięcie nierówności. Nawodnienie i zabezpieczenie przed utratą wody. Krem zawiera w sobie hydrolaty, wyciągi, ekstrakty, masła, oleje i olejki eteryczne. Jest tego cała masa! Kompozycję zapachową tworzy róża, drzewo sandałowe, rozmaryn, mandarynka, lawenda i goździk. I pachnie to naprawdę fajnie. Trochę świeżo, trochę korzennie, inaczej. Konsystencja tego kremu jest taka konkretna, gęsta, stała. Natomiast sprawnie się rozprowadza i dobrze wchłania. Pozostawiając po sobie ślad w postaci przyjemnej w dotyku skóry i pięknego zapachu. Krem nie tłuści, nadaje się więc i pod makijaż. Nie wpływa źle na jego jakość czy trwałość. Wręcz przeciwnie, dobrze nawilżona i odżywiona skóra, wygląda po prostu o wiele lepiej. W dłuższej perspektywie nie musimy maskować niedoskonałości, przebarwień, czy przejmować się widocznością wgłębień. I makijażu jest mniej i skóra wygląda o wiele młodziej i zdrowiej.

Tak jak wcześniej wspominałam kosmetyków tych używałam razem i już po kilku dniach miałam wrażenie, że skórę mi podmienili. Była tak inna, tak przyjemna w dotyku, tak gładka i równa. Miękka, ale też elastyczna i jędrna. Wydawała się być tak szczęśliwa i dopieszczona, że i mi się od razu humor poprawiał jak jej dotykałam. 🙂 W tym ciężkim okresie pogodowym, duet ten dał i odżywienie, i ochronę, i ukojenie. Nie miałam ani chwili przesuszonej czy podrażnionej cery. Nie występowały też żadne zaczerwieniania czy niedoskonałości. A cera wydaje się być o jakieś 10 lat młodsza.

Kosmetyki D’Alchemy

Oprócz kosmetyków, które sprawdzają się świetnie. Marka kusi również samą prezentacją produktów, ich szatą graficzną (niezwykle minimalistyczną i estetyczną) czy sposobem pakowania. Kosmetyki dotarły do mnie spakowane w porządne pudełko/szufladkę, owinięte czarną bibułką i przewiązane wstążeczką. Do tego bileciki, ulotki. Wszystko spójne, cieszące oko.

Czy jest więc to po prostu kolejna marka kosmetyków naturalnych? Na pewno nie i wiele rzeczy ją wyróżnia, ale mam jednak pewne zastrzeżenia. 🙂 Przede wszystkim opakowania słoiczkowe, które moim zdaniem mogłyby zostać zamienione na bardziej szczelne. Słoiki to najpopularniejsze opakowanie dla kremu, ale chyba też najmniej higieniczne. Myślę, że fajnym rozwiązaniem byłyby pompki albo opakowania typu airless. To po pierwsze, a po drugie – ceny, które są bardzo wysokie. I mimo miłości jaką aktualnie kosmetyki te darzę, chciałabym płacić za nie mniej. Poza tym więcej zażaleń nie mam.

Dziękuję za uwagę! 🙂

Kosmetyki D’Alchemy

Czy poleciłabym Ci Far Away Rebel od Avon?

Jakiś czas temu w moje ręce wpadł nowy zapach Avon – Far Away Rebel. W sumie sama nie wiem czy czegoś się po nim spodziewałam. Tym razem chyba po prostu sprawdziłam, zanim cokolwiek pomyślałam. Czy zaskoczył?

Klasyczną wersję Far Away kojarzę z czasów dla mnie prehistorycznych, czyli prawie że dzieciństwa, bo w sumie wtedy pierwszy raz miałam styczność z marką Avon. Moja mama dużo tych kosmetyków zamawiała, a i ja lubiłam wybierać sobie prezenty (od mamy rzecz jasna 😀 ) z katalogu. Jak konkretnie pachniała ta woda nie pamiętam, ale na pewno na tamte czasy nie była moją ulubioną. 😉 Natomiast tak jak wspomniałam – trochę lat minęło i dzisiaj pewnie nawet bym ją lubiła. Jednak pod tym względem, z wiekiem upodobania zmieniają mi się diametralnie. Ale nie o tym. 🙂

Far Away Rebel moim zdaniem w niczym (przynajmniej z wyglądu) nie przypomina swojej klasycznej wersji. Mimo tego, że flakon nawiązuje do „tradycji”, to jednak jego kształt i kolor są zupełnie inne. I myślę, że ogólnie prezentują się całkiem fajnie. Lubię kolor fioletowy (choć na sobie nigdy go nie noszę O.O).

Zapach jest orientalno-owocowo-słodyczowy i chyba też ostatni człon z klasyfikacji podoba mi się w nim najbardziej. 😀 Takie moje uzależnienie. 😉 A konkretniej:

  • nuty głowy: likier porzeczkowy, czerwone owoce, śliwka,
  • nuty serca: kwiat pomarańczy, konwalia, jaśmin Sambac,
  • nuty bazy: paczuli, słony karmel z czekoladą, bursztyn.
Avon – Far Away Rebel

Moim zdaniem ogólnie idą w stronę Black Opium YSL, które po prostu kocham, więc ten zapach też przypadł mi do gustu. Jest i słodki, przez co uroczy i jednocześnie bardzo kobiecy, zmysłowy. Myślę, że to bardzo uniwersalna opcja – sprawdzą się i latem i zimą; w ciągu dnia i na wieczór. Zapach jest wielowarstwowy, przez co wydaje mi się trudno go nie poczuć i nie zauważyć. Dość intensywny, ale drażniący ani trochę.

Z ważnych rzeczy muszę Wam jeszcze powiedzieć o dwóch sprawach, a nawet trzech. 🙂
Po pierwsze – flakon wykonany jest bardzo porządnie. Nakrętka jest dopasowana, wykonana z dobrej jakości plastiku, nie spada, nie zsuwa się.
Po drugie – trwałość. Na prawdę jest fajna. Cały dzień spokojnie, a nawet i na następny dzień poczujesz je na ubraniach i to przy dwóch „psiknięciach” na szyję oraz po jednym na nadgarstki. Więc wydajne bardzo. 🙂 A przy tym i cena jest całkiem miła (to po trzecie) – rekomendowana to 76 zł, natomiast wiadomo, jak to w Avon, w promo da się kupić o wiele taniej (widziałam, że aktualnie na stronie są za 50 zł).

Podsumowując, odpowiem na pytanie, które zadałam w tytule wpisu – Jasne, że tak! Świetne są i zasługują, abyś sprawdziła je na sobie. 🙂

Avon – Far Away Rebel

Iście jesienne nowości Eveline Cosmetics

Ostatni tydzień był myślę dla wielu z nas przykrym zderzeniem z rzeczywistością i normalnym stanem rzeczy, jakie przypadają na październik. Czyli chłodem, deszczem i coraz dłuższym wieczorem. W końcu więc nadszedł czas prezentacji jesiennych kolekcji, które do tej pory mimo wszystko w dużej mierze zostawały w cieniu kosmetyków wakacyjnych. Pół roku lata jednak robi swoje.

Przechodząc do rzeczy i nowości do makijażu i manicure Eveline Cosmetics, to powiem Wam, że w moim odczuciu są to takie 3 podstawowe kosmetyki do makijażu jesiennego, (ale niekoniecznie takie, których ja w nim używam :P), bo jest tutaj i coś dla wzmocnienia spojrzenia, i pomadki kremowe i nowa gama kolorów lakierów hybrydowych.

Precise Brush Liner Eveline Cosmetics – czyli eyeliner z miękkim, ale nadal super precyzyjnym pędzelkiem, to chyba fajna nowość. Dzięki temu, że elastyczny można nim malować różne linie i kreski. Nadal jest to eyeliner w pisaku, więc wygodny i prosty w obsłudze, nawet dla początkujących. Podobno wytrzyma nawet 24h, ktoś sprawdzi? 😛
Cena: ok. 19 zł.

Eveline Cosmetics: lakiery hybrydowe, kremowe pomadki Color Edition, Eveline Cosmetics: lakiery hybrydowe, kremowe pomadki Color Edition i eyeliner Precise Brush Liner.

Kremowa Pomadka Color Edition Eveline Cosmetics to moim zdaniem taki must have na jesień. Bo o ile sama uwielbiam pomadki matowe, które przede wszystkim są super trwałe, to jednak jesienią, usta potrzebują też jakiegoś rodzaju okrycia i ochrony, a to z kolei zapewniają raczej klasyczne, kremowe pomadki. I tak też jest w tym przypadku, bo formuła zawiera masło aloesowe i witaminę E, które usta pielęgnują. Formuła jest bardzo lekka, a pomadka prawie, że nie wyczuwalna (na ustach 😉 😛 ). Co się z tym również wiąże – ma ona słabszy kolor. Nie jest on w pełni nasycony, to taka półtransparentna opcja. Cała gama to aktualnie 6 odcieni, w klimatach nude i ciepłej czerwieni. Takie idealne na jesień klasyki.
Cena ok. 15 zł

Lakiery hybrydowe Eveline Cosmetics pewnie już znacie, więc teraz zostaje Wam tylko przywitać się z czterema nowymi kolorami, które właśnie dołączyły do rodziny. Kolory zupełnie inne i wszystkie bardzo w klimacie. Numerki: 310 Pink Powder, 311 Mystic Mauve, 312 Sweet Plum i 313 Red Passion.
Cena: ok. 22 zł

Eveline Cosmetics – lakiery hybrydowe

Pomadki i hybrydy pewnie będą mi często tej jesieni towarzyszyły, bo kolory są świetne. Trochę gorzej będzie z eyelinerem, bo kresek nie robiłam sobie ze sto lat. 😛

RECENZJA BeTheSkyGirl EASY GOING Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Jako, że temat świeży i w blogosferze jeszcze „raczkujący” (a Wy też zgłosiłyście chęć), postanowiłam przetrzeć szlaki i opowiedzieć Wam o nowości z mojej łazienkowej półki. Jest nią produkt marki Be The Sky Girl, o której mogłaś nawet nie słyszeć. Jest dość młoda, także jeszcze nie do wszystkich miała okazję dotrzeć. Ja trafiłam na nią na wrześniowych targach Beauty Days i kupiłam sobie właśnie wtedy tą Emulsję do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1, o której za chwilę Wam opowiem.

Najpierw jednak kilka słów o marce, bo przecież się jeszcze nie znacie. 🙂 Be The Sky Girl, to polska marka. Jej założycielkami są przyjaciółki – Ela i Ola. Tworzą one kosmetyki pielęgnacyjne, które łączą w sobie naturę z nowoczesnością. A ich receptury oparte są całkowicie na składnikach naturalnych, bez PEG, SLES, SLS czy parabenów. Aktualnie w ofercie marki znajdują się produkty do pielęgnacji twarzy oraz musy do ciała.

BeTheSkyGirl – Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Mnie BeTheSkyGirl zachęciła wyglądem, innym, trochę komiksowym i z poczuciem humoru. To na pewno wyróżnia markę spośród tłumu. Na pierwszy rzut oka może sprawiać również wrażenie kosmetyków dla nastolatek, ale pewnie właśnie dlatego przyciąga. Przecież większość z nas chciałaby jednak tych lat mieć trochę mniej. 😀 Dodam jeszcze, że nigdy wcześniej o Be The Sky Girl nie słyszałam, ale mimo to zaufałam i kupiłam.

Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1 Be The Sky Girl to plastikowa buteleczka, z pompką, o pojemności 100 ml. Jest poręczna, wygodnie się z niej korzysta, ale też kompaktowa, więc sprawdza się w podróży. Konsystencję posiada kremową, nie za rzadką, nie za gęstą. Jest to kosmetyk typu 2 w 1, więc i twarz nim oczyścić się da i zmyć makijaż. Choć ja głównie używam jej do mycia twarzy, bo jak wicie na co dzień w kwestii demakijażu oczu pozostaję wierna rękawicom Glov.

BeTheSkyGirl – Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Emulsja w połączeniu z wodą staje się po prostu bardziej rozwodniona i zawartość jednej pompki starcza wtedy na rozprowadzenie i wmasowanie na powierzchni całej twarzy. Przyjemnie sobie na niej osiada, nie zsuwając się i nie uciekając. Bez problemu zmywa makijaż, oczyszcza skórę i pozostawia ją naprawdę przyjemną w dotyku. Wypielęgnowaną i wygładzoną. Nie podrażnia skóry, ani jej nie wysusza. Po umyciu i osuszeniu twarzy nie pojawia się też efekt ściągnięcia czy uczucie swędzenia. Jest fajnie, serio. Choć przyczepić się do czegoś muszę i tym razem będzie to zapach. Jak dla mnie byt taki mydlany jest. Przypomina mi po prostu jakąś kostkę Fa czy coś takiego. Mógłby być jakiś bardziej wyszukany. No i jeszcze ta pojemność. Bo o ile ogólnie opakowanie super, to na dłuższą metę 100 ml to jednak trochę mało, szczególnie gdy używa się kosmetyku 2 razy dziennie, a kosztuje on ok. 50 zł. I choć nie wiem jakby był bardzo wydajny, to po prostu się pewnych rzeczy nie przeskoczy. Więc moim zdaniem przy tej cenie pojemność powinna być nieco większa.

I w zasadzie to chyba wszystko, co mogę Wam o tej emulsji powiedzieć.

Kosmetyk fajny i godny polecenia, także jeśli będziecie miały okazję, próbujcie! 🙂

Beauty&Shape czyli extrabox ShinyBox

Dzisiaj znowu box! I to nie byle jaki, bo extrabox Shinybox – Beauty&Shape. I dokładnie tak jak nazwa wskazuje pudełko wypełnione jest produktami dla urody i dobrego samopoczucia.

Ogólnie w każdym pudełku znajduje się 11 produktów, w tym dwa z półki suplementów, dwa z półki relaksu, a reszta to kosmetyki pielęgnacyjne i kolorowe.

Przyznam szczerze, że do tematu suplementacji podchodzę dość nieufnie, więc nie jest to moja ulubiona część pudełka, dlatego opiszę ją od razu! 😀 Myślę, że wiele z Was może zainteresować 3Flow Solutions, czyli suplement diety, który może wspomóc odchudzanie i trzymanie linii, a kosztuje ok. 130 zł, więc całkiem sporo. Dziennie powinno się zjeść 2 kapsułki, a standardowe opakowanie zawiera ich 60, jest więc to kuracja miesięczna. W składzie aminokwasy (L-karnityna, L-tyrozyna), witaminy z grupy B (B1, B2, B6, B12), wyciągi roślinne (ekstrakt z owoców Acai, ekstrakt ze skórki owoców Garcinia Cambogia, ekstrakt z owoców czarnego pieprzu – 95% piperyny), kofeina, chrom. Więc chyba rzeczywiście może zadziałać. 🙂

Drugim produktem jest Pure Green Coffe – Detox Green Coffee – kawa odchudzająca. W pudełku występuje jako upominek i opakowaniu jest jej chyba na jedno parzenie. Jest to mieszanka, a nie typowa kawa. Występują w niej zielona i czarna kawa Arabika oraz naturalne składniki ziołowe.

To propozycja moja jest taka, żeby w drugiej kolejności omówić produkty dla duszy, a kosmetyki zostawimy sobie na koniec. 🙂

Świece Bispol zna pewnie większość z Was. 🙂 Są i stosunkowo tanie i bardzo przyjemne. Naprawdę jako jedne z nielicznych pachną podczas palenia! A zapachy mają fajne. „Kawa”, która znalazła się w pudełku to takie cukierki Kopiko – słodka czarna. Dla mnie ekstra. Jedyne co bym w tych świecach zmieniła to opakowanie – zostawiłabym je w najprostszej formie, jakiegoś przezroczystego słoika. 🙂 Cena: ok. 7 zł.

Druga świeca to tealight od Natura Rzeczy, tester. Jest to (bardzo modna ostatnio 😛 ) świeca sojowa, ręcznie robiona. Pachnie ślicznie. Cały zestaw 6 szt. kosztuje 10 zł.

Beauty&Shape ShinyBox

To przechodzimy do kosmetyków! Jako, że zawsze zaczynam od tych najulubieńszych, to dzisiaj… też od nich zacznę! 😀 Tylko tym razem odeślę Was do tekstów, które już na temat tych kosmetyków powstały, bo je bardzo dobrze znam:
Catrice Maskara Efekt Sztucznych Rzęs Glam&Doll ,
Powrót do natury Naturalne mydło z olejkiem lawendowym .

Kolejna rzecz, z której się bardzo ucieszyłam i na dodatek jest dla mnie nowością, jest Suchy Szampon Exclusive Polska. Tego nigdy za wiele, bo choć głowę to ja myję raczej codziennie, czasami na szybko się przydaje. Do tej pory moimi dwoma ulubionymi jest Got2Be i Paul Mitchell, ale kto wie, może i ten wskoczy na podium. Puszka 100 ml kosztuje ok. 21 zł.

Puder utrwalająco-matujący Velvet HD Earthnicity sobie z chęcią przetestuję. Jest to puder mineralny. Rozjaśnia, matowi, kontroluje sebum no i utrwala. Travel Size (0,5g) kosztuje 15 zł.

Zarówno z Vasco Nails jak i Pablo Color dostałam produkty do paznokci. Z Vasco bazę do manicure hybrydowego i z Pablo Color top matujący.

Beauty&Shape ShinyBox

I na koniec zostały olejki z Bio Agadir – chyba w sumie taka wisienka. Olej Arganowy Bio kwiat róży i
Olej Arganowy Bio owoc pomarańczy. Tłoczony na zimno, organiczny, bardzo wysokiej jakości. I o ile olej arganowy nie jest dla mnie niczym nowym, ani owianym tajemnicą, to zazwyczaj spotykałam go w wersji „saute”. A tu proszę – z dodatkiem olejków z róży i z pomarańczy. Extra! Pachną cudnie. Myślę, że spożytkuję je na włosy, które w końcu podczas olejowania będą ładnie pachniały. 🙂 Dodatkowym plusem jest zupełnie ludzka i przyzwoita cena – 12 zł / 10 ml. 🙂

W pudełku znalazłam również trochę kuponów rabatowych, które po części już wykorzystałam, ale w sumie nadal mogę się podzielić: 😉 😛
Bio Agadir – 10% rabatu, kod rabatowy:BOX, www.domiuroda.pl
Ekodemi.pl – 20% rabatu, kod rabatowy: EKODEMI20
Earthnicity.pl – 15% rabatu, koda rabtowy: BOX

I to już wszystko.
Myślę, że box ten jest idealną sprawą, dla osób, które lubią takie mixy w pudełkach otrzymywać. Trochę tego, trochę tamtego i w zasadzie człowiek ma wszystko, czego mu do szczęścia trzeba. 😀

Extrabox można zamówić na shinybox.pl w jednorazowym zakupie, tutaj subskrypcja nie obowiązuje. Cena: 59 zł.

 

Zobacz również:

Coś Pięknego by ShinyBox

Hippiness by Shinybox czyli sierpień 2018

Summer Vibes by ShinyBox – lipiec 2018

 

 

Jak sprawdza się Wielofunkcyjny olejek Stay Calm Annabelle Minerals do demakijażu?

Z zamiarem napisania Wam kilku zdań o Wielofunkcyjnym olejku Stay Calm Annabelle Minerals noszę się już od jakiegoś czasu. Strasznie mi go ostatnio brakuje, więc jest mnie miej dosłownie wszędzie. Będzie więc szybo, rzetelnie i konkretnie (w sumie to zawsze się tak staram :P).

Jak sugeruje tytuł wpisu, chciałam opowiedzieć Wam o tym jak olejek sprawdza się w demakijażu. Bo przypuszczam, że wiele z Was właśnie w takim celu chciałaby go zakupić. Jako serum go nie używałam w ogóle, głównie ze względu stale trwającego lata i wysokich temperatur. W tym okresie moja skóra nawet wieczorem średnio chłonie oleje, więc nie chciałam jej męczyć i wprowadzać sobie oraz Was w błąd kilkoma zdaniami za dużo.

Stay Calm to jeden z trzech wielofunkcyjnych olejków Annabelle Minerals. Choć ja osobiście używam go tylko do demakijażu, marka wskazuje na co najmniej 8 jego zastosowań. Jako serum, jako dodatek do kremów czy balsamów, jako odżywkę do paznokci czy włosów, a w zasadzie końcówek czy nawet jako olejek do masażu.

Wielofunkcyjny Olejek STAY CALM Annabelle Minerals to mieszanka oleju kokosowego, rycynowego, konopnego; oleju z pestek winogron, oleju awokado, olejku z kwiatów pelargonii pachnącej oraz zapachu cytrusowego.

Opakowanie zostało utrzymane w minimalistycznym, prostym designie. Szklaną butelkę o pojemności 50 ml uzupełnia podajnik z pompką. I choć prezentuje się bardzo ładnie, to idealna nie jest – dosyć mała i pod mokrymi palcami się ślizga, więc czasami ciężko trafić i nacisnąć w odpowiednim momencie.

Konsystencję tego olejku określiłabym jako umiarkowaną. Nie jest jakiś bardzo ciężki i wyjątkowo tłusty, ale lekki i suchy też nie jest. Takie pomiędzy, więc do demakijażu jak znalazł. Pachnie fajnie, energetycznie, cytrusowo.

W demakijażu używałam go na 3 sposoby:
– jako płyn dwufazowy (w połączeniu z wodą) do zmywania oczu,
– jako pierwszy etap dwustopniowego oczyszczania (najpierw olejem, później żelem),
– do mycia twarzy w pojedynkę.

Jako płyn dwufazowy sprawdza się bardzo dobrze. Po chwilowym namoczeniu powiek i rzęs mieszanką, wszystko ładnie schodzi. Olejek nie podrażnia oczu, a delikatną okolicę wokół nich pewnie nawet solidnie pielęgnuje. 😉

Pierwszy etap dwustopniowego oczyszczania to najczęściej praktykowana przeze mnie metoda. Z żelem, który stosuję po oleju współpracuje bardzo dobrze. Nie ma żadnych problemów ze ściągnięciem olejku czy z domyciem twarzy. Nie pozostawia wtedy tłustej warstwy, a skóra mimo to jakby trochę bardziej nawilżona i wypielęgnowana.

Ostatni sposób zmywania makijażu to olejek w pojedynkę. Robię to bardzo rzadko, ale kilka razy zdarzyło się. Zazwyczaj wtedy, kiedy super się spieszyłam i postanawiałam załatwiać dwie sprawy za jednym zamachem – poranne oczyszczanie i odżywianie. Po umyciu twarzy olejkiem, wycierałam ją tylko ręczniczkiem i leciałam dalej. I w tym przypadku o ile odświeżenie i zastrzyk energii jest, to ja na wieczór bym tak nie mogła. Rytuał musi być. Na dzień pewnie też nie dla wszystkich byłaby to metoda odpowiednia, bo jednak jakiś tam mały tłusty film pozostaje. Niemniej jak już pisałam, można upiec dwie pieczenie na jednym ruszcie.

I jeszcze dwie ważne informacje dla Was mam. 🙂 Numer jeden –  olejek zapach i to całkiem intensywny posiada, ale nie drażni on skóry czy oczu. Jest dla nich bardzo delikatny. Dwa – mimo dość kompaktowego opakowania, kosmetyk wystarcza na jakieś 2-3 miesiące codziennego stosowania.

Ogólnie olejek do demakijażu przyjazny, także polecam sobie wypróbować. Nie wiem jak zachowują się pozostałe dwa, ale przypuszczam, że podobnie.

Jak oceniam serię Dragon Blood EVREE?

Jakiś czas temu chwaliłam się Wam ogromną ilością nowości, które wpadły do mnie na przestrzeni kilku dni. Był wśród nich zestaw Dragon Blood EVREE, którego byłyście bardzo ciekawe. Dlatego w pierwszej kolejności wzięłam się za jego testowanie, a dzisiaj przychodzę do Was z recenzją.

Jesień to bardzo dobry czas na silną regenerację, jaką oferuje nam seria Dragon Blood. Zmęczona intensywnym słońcem, wysokimi temperaturami i wiecznie trwającym latem, a jednocześnie wkraczająca w porę wilgoci, deszczu i chłodu skóra potrzebuje wsparcia. A Dragon Blood je daje. Pewnie zastanawiacie się co kryje się pod tą intrygującą nazwą? Marka do stworzenia linii wykorzystała żywicę draceny smoczej. Ta ma silne właściwości regenerujące, wzmacniające i ochronne i stała się „twarzą” całej serii. 🙂

W serii znajdują się trzy produkty:
Silnie regenerujący krem do twarzy na dzień i na noc,
Aktywnie wzmacniający eliksir młodości do twarzy,
Silnie Regenerujący krem pod oczy.
Jak możemy przeczytać na etykietach, kosmetyki skierowane są do osób prowadzących aktywny tryb życia. Czyli w zasadzie do większości z nas, bo przecież dzisiaj inaczej się nie da. 😉
Wszystkie można stosować i na dzień i na noc, więc jest to fajna opcja dla minimalistek kosmetycznych.
Choć zestaw jest dość skromny (są to tylko 3 produkty), to myślę, że dobrze skomponowany i zapewnia optymalną pielęgnację.

Moim ulubieńcem jest oczywiście Aktywnie Wzmacniający eliksir młodości do twarzy. Dlaczego? Pewnie dlatego, że lubię wszelkiego rodzaju sera, eliksiry, esencje. Na dodatek jest to „eliksir młodości”. 🙂 Ale tak na poważnie – ma bardzo fajną konsystencję taką na wpół kremową, a na wpół żelową. Szybko wchłania się w skórę, bardzo fajnie ją przy tym wygładzając i umilając. Wtapia się w zupełności (na skórze pozostaje tylko zapach), więc jest świetną bazą do przyjęcia kolejnej dawki składników aktywnych zawartych w kremie. W pojedynkę też daje sobie radę (ale tylko w dzień i to ciepły – w inne nie używałam 😉 i sprawdza się również pod makijaż. Składnikami aktywnymi są: ekstrakt żywicy draceny smoczej, olej buriti, botaniczny film wygładzający.

Evree Dragon Blood

A teraz produkt, który zaskoczył mnie najbardziej czyli Silnie Regenerujący krem pod oczy. Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się jego opakowanie. I pojemność 15 ml uważam za fajną (nie jest za duża i jest szansa za terminowe jego zużycie; strasznie nie lubię, gdy kosmetyki marnują się tylko ze względu na kiepsko dopasowaną do realiów gramaturę) i samą jego formę. Ta mała tubka z podajnikiem i fajnie leży w dłoni i wygodna w użyciu jest. Krem na delikatną konsystencję, więc spokojnie można go używać i rano pod makijaż i wieczorem. Ładnie się wchłania, nie zostawia żadnego filmu. Intensywnie wygładza i wypełnia. Skóra wokół oczu jest nawilżona, napięta i przyjemna w dotyku. Choć nie zauważyłam, żeby jakoś wyraźnie niwelował cienie, to na pewno radzi sobie z mniejszą opuchlizną. Co dla mnie najważniejsze – krem nie podrażnia oczu, a często mi się to zdarza. Składnikami aktywnymi są ekstrakt żywicy draceny smoczej, masło moringa, ekstrakt z dzikiego wina.

I na koniec produkt, który mnie nie zaskoczył, ani nie zachwycił, ale to pewnie dlatego, że kremy Evree znam nie od dzisiaj i wiem czego mogę się po nich spodziewać. Silnie regenerujący krem do twarzy na dzień i na noc to bardzo poprawny kosmetyk. I nie chciałabym zostać źle odebrana – też go lubię. 🙂 Ma przyjemną konsystencję. Może trochę taką „hialuronową”? Wiecie o co chodzi? Fajnie się rozprowadza, szybko wchłania i pozostawia skórę w dobrej kondycji. Nie jest ani za tłusty, ani za mało treściwy. Można spokojnie nakładać go i pod makijaż i przed snem (ja zawsze kładę grubszą warstwę niż rano). Fajnie nawilża, regeneruje i odżywia. Skóra jest miła w dotyku, miękka, ale i jędrna. Nie męczą ją żadne przesuszenia czy wypryski. Wygląda ładnie, zdrowo. Krem posiada dość intensywny zapach, który początkowo nie do końca mi odpowiadał przyznam szczerze, ale z czasem jakoś się tak z nim zaprzyjaźniłam. Pojemność słoiczka to standardowe 50 ml, które starczy na jakieś 2-3 miesiące. Składnikami aktywnymi są ekstrakt żywicy z draceny smoczej, olej buriti, ekstrakt z miłorzębu japońskiego.

Trio te dostępne jest tylko w drogeriach Hebe, a wiadomo, że nie każdy pod domem akurat tą drogerię ma, więc z tą dostępnością szału nie ma. Myślę jednak, że warto na nie zapolować, albo nawet poprosić kogoś, kto ma bliżej i sobie je przetestować.

 

Zobacz również:

Soda oczyszczona w kosmetykach Evree Soda Clean

Pierwszy krem CC w portfolio Evree – Pure Neroli

Nowość: Evree Magic Rose Upiększająca maska do twarzy

 

 

Paul Mitchell seria odbudowująca STRENGTH

Jak już się chwaliłam jakiś czas temu, zostałam ambasadorką Paul Mitchell Polska, w związku z tym dzisiaj wpis typowo włosowy, bo chciałam zaprezentować Wam kosmetyki, których ostatnio miałam przyjemność używać.

Doskonale wiecie (bo żaliłam się przy każdej możliwej okazji), że z pół roku temu straciłam ooogromną ilość włosów i w ostatnim czasie bardzo skupiłam się na ich „hodowli”. Dlatego też wszystko co odbudowujące, wzmacniające, stymulujące i regenerujące, było i w zasadzie nadal jest bardzo porządane. I chyba nie jestem w tym osamotniona, bo z tego co podglądałam, inne Ambasadorki, też skupiły się na regeneracji.

Z oferty Paul Mitchell wybrałam dwa kosmetyki z serii Strength:
1. Super Strong Daily Shampoo – Odbudowujący szampon do codziennej pielęgnacji
2. Super Strong Liquid Treatment – Silny środek odbudowujący bez spłukiwania

Paul Mitchell STRENGTH

Szampon Super Strong Daily Shampoo skierowany jest do posiadaczek włosów słabych, rzadkich i łamliwych. Czy to spowodowanych „złym traktowaniem” (farbowaniem, prostowaniem, suszeniem) czy innymi „głębszymi” czynnikami, takimi jak na przykład stres. Szampon ma za zadanie wzmocnić włosy i odbudować je. Tajemnica tego kosmetyku tkwi w zastrzeżonym przez markę kompleksie Super Strong, który zawiera hydrolizowane proteiny roślinne. Mieszanka ta odbudowuje wewnętrzną strukturę włosów, dodaje im elastyczności i blasku. Tyle wynika z opisu produktu, a jak sprawdził się w rzeczywistości?

W walce o lepsze włosy szampon zawsze wydawał mi się najmniej istotny. Najważniejsze było dla mnie, żeby sprawy nie pogarszał. Ale teraz powiem Wam, że warto walczyć o to, aby brał czynny udział nie tylko w oczyszczaniu i „nieprzeszkadzaniu”, ale też w naprawianiu. Odpowiednie nawilżenie włosów czy ułatwianie rozczesywania przez sam szampon teraz ma dla mnie ogromne znaczenie. I ten właśnie tak działa. Oprócz tego, że porządnie oczyszcza, to też nadaje im miękkości i poślizgu. Nie podrażnia skóry głowy, ale tak jak w przypadku włosów, dobrze ją oczyszcza, zostawiając optymalnie nawilżoną. Nie ma też problemów z usunięciem kosmetyków do stylizacji.

Włosy nie łamią się przy wycieraniu i co najważniejsze – nie są splątane czy tępe. Szybko się rozczesują bez większych strat. Po wysuszeniu z kolei są lśniące i sypkie. Odbite od nasady, z ładnym skrętem (w moim przypadku to też fajna sprawa). Na pewno są bardziej elastyczne i miękkie. Nie kruszą się w trakcie podpinania, nie sterczą, nie elektryzują się.

Gdybyście były ciekawe konsystencji czy zapachu, to ta pierwsza wydaje mi się być standardowa dla tego typu produktów – nie za gęsta, nie za rzadka. A sama formuła dość wydajna – niewiele trzeba kosmetyku do pokrycia pianą całej głowy i włosów. Zapach przyjemny, nienachalny.
Szampon to okrągła, dobrze leżąca w dłoni tuba z dozownikiem, o pojemności 300 ml.

Paul Mitchell STRENGTH

Drugi produkt to spray, także butelka wyposażona jest w atomizer. Rozpyla fajnie, tworząc mgiełkę. Nie „sika” gdzie popadnie, także wszystko jest pod kontrolą i ostatecznie na włosy trafia. Silny środek odbudowujący bez spłukiwania Super Strong Liquid Treatment, nie posiada żadnego konkretnego zapachu i jeśli właśnie to w profesjonalnych kosmetykach lubicie najbardziej – intensywne perfumy, to ten kosmetyk może Was rozczarować. 😛 Nie na perfumach skupiła się marka, a na składzie i działaniu.

Preparat ten przeznaczony jest do codziennej regeneracji przemęczonych włosów. Odżywia i odbudowuje, tym samym zapobiegając uszkodzeniom. Zwiększa wytrzymałość i wzmacnia. Dzięki niskiemu pH, które wynosi 4,5, powoduje domykanie łuski i zamknięcie w niej pigmentów. Włosy są mocne i lśniące. Spray działa po całej długości włosa, także końcówki również naprawia. Zawiera kompleks Super Strong, ekstrakty morskie, silikony, proteiny roślinne i filtry UV.

Generalnie uważam, że odżywki bez spłukiwania, to świetny wynalazek. Są wygodne w użyciu (no bo co to jest rozpylenie na wilgotnych włosach?) i ekspresowe. Nie trzeba nic na głowę zakładać, czasu odmierzać. Po prostu psikasz i już. Silny środek odbudowujący bez spłukiwania Super Strong Liquid Treatment można stosować codziennie. Warunkiem jest aplikacja na czyste, wilgotne włosy (wtedy kosmetyk lepiej się wchłania i ma szansę działać). Osiada na włosach nie sklejając ich, nie wpływając na ich świeżość i nie obciążając. A co do efektów, to myślę, że przy bardzo zniszczonych włosach można je zauważyć już po pierwszym użyciu. U mnie po ponad miesięcznym stosowaniu różnica jest naprawdę spora. Włosy są zdrowe i lśniące. Nie łamią się i nie kruszą, a wcześniej miały do tego tendencję. Co najważniejsze i jednocześnie sprawiające mi największą trudność, to utrzymanie końcówek w dobrym stanie. Teraz ani się nie łamią, ani nie rozdwajają. Jak zawsze trochę bardziej suche przy końcach są, ale nawilżenie jest na tyle optymalne, że nie niszczą się i nie „skrzypią” pod palcami. A tego typu rzeczy działy się u mnie już kilka dni po podcięciu włosów, także poprawa jest duża. Preparat nie wpływa na skręt, nie niszczy go, nie prostuje.

Spray jest bardzo wydajny i myślę, że moja butelka starczy na jakieś pół roku stosowania. Zaznaczę, że mam włosy długie i myję głowę codziennie, także i po niego sięgam dzień w dzień. 🙂

Szczerze jestem z tego duetu zadowolona i mam nadzieję, że kilka powyższych zdań odpowiedziało na Wasze pytania lub wątpliwości. Jeśli nie, napiszcie do mnie, to chętnie powiem jeszcze więcej. 🙂

Zobacz również:

Mój drugi numer jeden – Suchy szampon Express Dry Wash Paul Mitchell 🙂

Szampon i odżywka Extra Body Paul Mitchell – jak radzą sobie z włosami wymagającymi?

Pierwsza edycja Beauty By Bloggers Paul Mitchell