Na upały – odżywcza mgiełka zamiast balsamu

Gdy za oknem panuje tak gorąca, wakacyjna aura, średnio chce mi się wcierać balsamy, masła i inny olejki. A wiadomo, że zmęczona słońcem skóra potrzebuje nawilżenia, odżywienia i odświeżenia. Dlatego, gdy mamy upały takie jak teraz, sięgam po mgiełki i inne spraye, które o kondycję skóry i mój komfort zadbają. Jedną z nich jest Odżywcza mgiełka do ciała Papaja&Tamarillo Tutti Frutti Farmona.

Jak większość kosmetyków z serii Tutti Frutti, mgiełka pachnie obłędnie. Słodko, ale nie mdło, świeżo i egzotycznie. Skórę odżywia dzięki zawartym w niej ceramidom, proteinom mlecznym oraz całemu kompleksowi nawilżającemu (m.in. gliceryna, olej z nasion słonecznika, ekstrakt z liści rozmarynu).

Opakowanie to dobrze leżąca w dłoni butelka o pojemności 200 ml, która została wyposażona w dobrze sprawujący się atomizer. To właśnie dzięki niemu aplikacja mgiełki, jest tak przyjemna. Tworzy on wilgotną chmurkę, bez strumieni, bez cieknących bokiem kropel.

Mgiełka błyskawicznie wchłania się w skórę, nie zostawiając na niej żadnej lepkiej czy tłustej warstwy. Jedyne co po sobie pozostawia to fantastyczny, letni zapach i zadbaną skórę. Na dzień idealna. Na noc raczej sięgam już po coś cięższego. W związku z tym, że nie podrażnia, spokojnie można stosować ją również po depilacji. Nie zauważyłam, żeby mgiełka przyczyniała się do większej potliwości. Nie męczy też uczuciem lepkości. Jak dla mnie super komfortowa sprawa, pewnie dlatego tak często po nią sięgam. 🙂

Get The New Look by ShinyBox – maj 2018

Powiem tak, „prosto z mostu” – majowy ShinyBox Get The New Look zrobił robotę. I marki ciekawe, i produkty takie „inne”. Nawet coś z wyższej półki się znalazło! No i pudełka. Wróciły piękne pudełka, za którym wszystkie Shinies tak bardzo tęskniły. Edycję tą uważam więc za naprawdę atrakcyjną i udaną, ale w zasadzie podsumowania powinno się zostawiać na sam koniec. 😉 No to od początku…

Majowe pudełko wypełnione zostało kosmetykami do pielęgnacji ciała i twarzy, do demakijażu oraz makijażu. Największym zaskoczeniem jednak jest dla mnie flakon C-thru, bo do tej pory w pudełkach spotykałam się raczej z próbkami zapachów. Pozostałymi markami pudełka są: Mesauda Milano, Seacret, Golden Rose, Zielone Laboratorium i Nutka. Łącznie w pudełku znalazło się 5 produktów. Natomiast nie były to produkty stałe, aż w 3 przypadkach można było otrzymać wymienne. Za to wszystkie pełnowymiarowe!

Jak już wspomniałam największym zaskoczeniem jest dla mnie Perfumowany Dezodorant C-Thru, który na dodatek naprawdę fajnie pachnie. Lubię takie cięższe tony, także przypadł mi do gustu. Zapach – Cosmic Aura to oczywiście nowość. Opakowanie jednak dobrze pewnie Wam znane – szklany flakon o pojemności 75 ml. Kosztuje ok. 19 zł.

Kolejna bardzo fajna sprawa, to Chusteczki do demakijażu Seacret. O ile tego typu chusteczek używam raczej tylko w podróży, to jednak marka robi swoje. Na co dzień używam mięciutkiej rękawicy glov, więc chusteczki te nie są w porównaniu do niej najprzyjemniejszą rzeczą, jaką twarz myłam. Ale! Usuwają makijaż, łącznie z tuszem do rzęs czy matową pomadką. Ładnie pachną. Nie podrażniają, a nawet powiedziałabym, że zostawiają skórę nawilżoną i lekko natłuszczoną. Opakowanie, choć z pozoru takie „byle jakie”, jest bardzo fajnie zrobione. Etykietka do otwierania usztywniona, dobrze podklejona z każdej strony, więc chusteczki w ogóle nie tracą na swojej świeżości i jakości. Kosztują lekko ponad 100 zł.

ShinyBox Get The New Look

Mesauda Milano to marka, której do tej pory nie znałam. I z tego co mówi ShinyBox jest młoda i z Włoch. Wyróżniają się innowacyjnymi rozwiązaniami. W pudełku wymiennie pojawiła się konturówka i błyszczyk, choć ja jako ambasadorka ShinyBox dostałam oba produkty. Błyszczyków na co dzień nie używam, więc przyznam, że jakoś nie spieszyłam się z jego przetestowaniem. Ale tak na szybko – jak na błyszczyk ma dość intensywne krycie, nie skleja ust, nie jest problemowy przy zmywaniu. Konturówka z kolei miękka, dobrze się prowadząca i trzymająca. Pigmentacja też wygląda fajnie. Nie jestem tylko przekonana do tego koloru, ale możliwe, że jeszcze zmienię zdanie.

Rzeczy, które lubię w pudełkach najbardziej, to te związane z kąpielą. Dlatego Mus pod prysznic Nutka to w moim przypadku strzał w dziesiątkę. Gruszka i bergamotka (bo na taki zapach trafiłam), to bardzo fajne, świeże i typowo wakacyjne połączenie. Kosztuje ok. 9 zł. Oprócz musu w pudełku znalazła się również próbka emulsji do higieny intymnej.

Maseczka to kosmetyk, bez którego aktualnie ciężko sobie wyobrazić jakiekolwiek pudełko. 😛 Tym razem jest to bazująca na białej glince Maska Głęboko Oczyszczająca Zielone Laboratorium. Z chęcią ją przetestuje, coś czuje, że będzie moc.

I w zasadzie to już wszystko. Niby 5 produktów, a w moim przypadku 6, jak na Shnybox to niewiele. Trzeba jednak podkreślić jak fajne to kosmetyki są. Serio, dla mnie majowy zestaw to po prostu sztos. 🙂

Wiem, że pudełka Get The New Look są jeszcze dostępne, więc lećcie na zakupy do Shinybox. 🙂

Inspired By Naturalnie Piękna edycja 12

Razem z majem nadszedł czas na kolejną odsłonę pudełka Naturalnie Piękna. To już dwunasta edycja! Czy i czym mnie zaskoczyła?

Wszystko co znajduje się w tym pudełku to dla mnie zupełne nowości. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia ani z tymi produktami, ani nawet z markami. Pudełko wypełniają nie tylko kosmetyki, ale też akcesoria, a nawet suplementy. Łącznie w pudełku znajdziemy 7 pełnowymiarowych produktów.

Jak w każdym pudełku, tak i w tym mam swoich faworytów, dlatego prezentację pudełka zacznę właśnie od nich.  Tonik do twarzy przeciwzmarszczkowy Babo. Szklana butelka i minimalistyczna etykieta prezentują się pięknie. Atomizer z kolei zapewnia wygodą i równomierną aplikację. Delikatna mgiełka koi i relaksuje, a przy tym nawilża, poprawia kondycję skóry i oczywiście przywraca jej odpowiednie pH. Pachnie naturalnie. Nie podrażnia. Kosztuje ok. 65 zł.

Faworytem numer 2 jest Naturalne mydło do ciała Blank. Mydlarnia. Te też prezentuje się świetnie. Dla mnie takie ręcznie robione kostki zawsze pięknie wyglądają. Uwielbiam nieregularnie kształty i nierównomierne zdobienia. I takie woreczki materiałowe też uwielbiam. Jeśli produkt prezentuje się w taki sposób, to ja w jego jakość i skuteczność ufam od razu. 😛 W zależności od wariantu kostka 120 g kosztuje od 18 zł wzwyż.

Naturalnie Piękna edycja 12

Czas na trzeciego faworyta i Pędzel do brwi i eyelinera P44 HULU Brushes. Tego nigdy za wiele! Skośny, sztywny i precyzyjny. kosztuje ok. 12 zł.

Rzecz, która na podium się nie znalazła, a w pierwszej chwili nawet mocno zaskoczyła to Podpaski ekologiczne na dzień FAR-IN ANION Gentle Day. Mieszane uczucia wiadomo dlaczego, ale później sobie tak pomyślałam – kurcze, a w zasadzie dlaczego nie. Większość z nas ich używa, to w sumie fajnie poznać coś nowego. Więc mimo tego, że na miejscu czwartym, to daję dużą okejkę. 🙂 I co fajne – kosztują ok. 13 zł.

Rzecz, która w pudełku się znalazła, a w żaden sposób mi się nie przyda to Grinday Look Up – formuła Włosy, Skóra, Paznokcie. Wciąż karmię piersią, więc nawet jakbym chciała, to mi nie wolno. Dam pewnie na konkurs. 🙂 60 kapsułek kosztuje ok. 70 zł.

I na koniec produkty TNS – lakier hybrydowy i pilnik o gradacji 180/240. I nie wiem co o tym myśleć. Chyba nie jestem przekonana do wypełniania naturalnych pudełek hybrydami. Niby czemu nie, ale jakoś mi to się gryzie i nie pasuje. Lakierów w moim pudełku znalazły się 2 sztuki, także napewno się podzielę w rozdaniu. Pilnik również oddam, mam aktualnie spory zapas. Lakiery TNS kosztują ok. 7 zł / 8 ml, pilnik 1,20 zł.

Wszystko!

Powiem tak – mimo kilku naprawdę fajnych i ciekawych produktów, chyba jestem trochę zawiedziona. Połowa (albo nawet i więcej) pudełka z założenia kosmetycznego, to akcesoria i suplementy. A biorąc pod uwagę, że tym razem jest ich 7, to kosmetyków do pielęgnacji mamy tylko 2 sztuki. Wydaje mi się, że to jednak trochę mało. No ale tak to jest. Nie wszystkich da się zadowolić to po pierwsze. A po drugie, też rzecz wiadoma – raz pudełka są mniej, a za drugim razem bardziej wypasione. 🙂

Po Naturalnie Piękną kierujcie się na inspiredby.pl.

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Jakiś czas temu (w zasadzie całkiem niedawno) w Sylveco pojawiła się nowość – Naturalny Dezodorant. Trafił w moje ręce w dwóch wariantach – kwiatowym i ziołowym. I w ofercie na razie tylko te dwa są. Powiem szczerze, że strasznie mnie zaciekawiły i ucieszyły. Bo mimo tego, że naturalne dezodoranty często rady nie dają, to kosmetykom Sylveco zaufałam już kilka lat temu i po prostu wierzyłam, że i z takim tematem marka sobie poradziła.

Oba dezodoranty zostały oparte na naturalnych składnikach aktywnych. A ze składów wykluczony został alkohol i sól aluminium. Głównym składnikiem aktywnym w wersji ziołowej jest ekstrakt z kory dębu, kwiatowej – szałwia lekarska. Mają absorbować pot, hamować rozwój bakterii i niwelować nieprzyjemny zapach. Czy udało się wypełnić założenia?

Od razu moją uwagę przykuły opakowania, które wydały mi się strasznie urocze. Kulki (roll-on) są w kolorach etykiet, kwiatowy – cukierkowy różowy, ziołowy – żywy zielony. Sylveco zawsze dbało o estetykę produktów, również tych już otwartych i używanych, co naprawdę doceniam i lubię. Etykiety mimo tego, że często lądują pod wodą, z kosmetyków nie znikają, nie odklejają się, nie niszczą w żaden sposób. I takie same świetnie prezentujące się naklejki, mają i te dezodoranty.

Naturalny Dezodorant Sylveco w wersji kwiatowej i ziołowej

Wersja kwiatowa zaskoczyła mnie bardzo. Nie uwierzycie czym. Zapachem! Generalnie nie lubię zapachów określanych mianem „kwiatowych”, szczególnie w przypadku różnego rodzaju dezodorantów. Dla mnie po prostu są straszne. Ale ten dezodorant, to zupełnie inny kwiatowy. Pachnący trochę ziołami, trochę cytrusami, takimi świeżymi roślinami, a przede wszystkim naturą. Strasznie fajny, nienaciągany, bez sztucznego podkręcania (przynajmniej mój nos tego nie wyczuwa). No serio – ogromne wrażenie na mnie zrobił ten zapach kwiatowy. 🙂 Choć ziołowy też jest niczego sobie. Trochę bardziej neutralny, uniwersalny. I z pewnością więcej nut cytrusów w nim, więc i bardziej taki „fresh”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

Konsystencja myślę, jak na taki produkt, dosyć standardowa. Płynna emulsja, która wnika w skórę. Choć wiadomo – nie od razu, chwilkę trzeba poczekać. Ale warto, bo nic się nie roluje i nie zbiera w zagięciach czy fałdkach (jak tam wolicie :P). Podczas aplikacji nie swędzi, nie piecze, nie podrażnia. Można go stosować bezpośrednio po depilacji.

Testowanie tych dezodorantów przypadło na naprawdę wysokie temperatury, które przez wielu określane są afrykańskimi upałami, także przebiegały bez taryfy ulgowej. Zarówno na ciele moim, jak i mojego M. Ogólne wrażenie pozytywne. Niweluje potliwość i neutralizuje zapachy. Suchość zapewnia, ale nie oszukujmy się, jak większość antyperspirantów, tylko do jakiegoś momentu. Jeśli na zewnątrz, w słońcu jest z 40 stopni, to chyba tylko silne blokery dają radę. W warunkach nieco lżejszych sprawdza się bardzo dobrze i utrzymuje okolice pach w suchości i świeżości. Co myślę dosyć istotne – zapachy, i ten kwiatowy i ziołowy, dosyć szybko się ulatniają, więc nie tworzą się z ich udziałem nieprzyjemne mieszanki.

Cena Naturalnego Dezodorantu Sylveco w internecie to 27 zł / 50 ml.

 

Zobacz również:

Miętowa pomadka z peelingiem Sylveco

Ziołowa walka z rozstępami – SYLVECO Nawilżający balsam na rozstępny

 

OH! My Lips Matt Lip Kit Eveline Cosmetics – czy warto?

Mówi się, że moda przemija, ale matowych ust raczej to nie dotyczy. Ten efekt, chyba nigdy się nam nie znudzi. Dlatego też marki kosmetyczne tworząc takie pomadki, dążą do perfekcji i przedstawiają nam nowe kolory, formuły i opakowania. Z czym więc przychodzę do Was tym razem?

Ostatnio wpadł w moje ręce zestaw OH! My Lips Matt Lip Kit Eveline Cosmetics, składa się on z matowej pomadki płynnej i konturówki w dokładnie tym samym odcieniu. Samą pomadkę wyróżnia:
– formuła zawierająca witaminę E, która pielęgnuje usta,
– intensywne nasycenie koloru mikropigmentami i dobre krycie,
– wyprofilowany aplikator,
– kremowa konsystencja,
– szybko zastygająca formuła.

Przyznam szczerze, że malując usta po raz pierwszy trochę zaskoczył mnie ten wyprofilowany aplikator i nie byłam przekonana. Szybko jednak zmieniłam zdanie, bo to naprawdę fajna rzecz. Przydatna szczególnie wtedy, gdy się spieszymy i nie po drodze nam z konturówką. Pomaga szybko i precyzyjne obrysować kontur. Konsystencja mimo tego, że kremowa, szybko zastyga, więc pomadka się nie rozmazuje i nie wchodzi na zęby. Rzeczywiście wysoka pigmentacja sprawia, że odcień jest nasycony, pełny i zupełnie cienka warstwa zapewnia krycie. Kolor, który mam – 04 Sweet Lips, jak dla mnie jest idealny. Lekko różowy, zupełnie neutralny, naturalny i po prostu świetnie się w nim czuje. Pomadka na dłuższą metę może trochę usta wysuszać, ale przyznam, że miałam do czynienia w tej dziedzinie z lepszymi zawodnikami. 😉 Także komfort jej noszenia oceniam dość wysoko. Jeszcze jedna ważna rzecz, o której należy wspomnieć to trwałość. Jest niezła, serio. Pomadka spokojnie utrzymuje się kilka godzin. Nie odbija się i nie zostawia śladów. Napoje raczej na jej trwałość nie wpływają, a z jedzeniem jest jak jest, każdy wie.

OH My Lips Eveline Cosmetics

Zestaw OH! My Lips Eveline Cosmetics nie jest jedynym tego typu produktem, który wpadł w moje ręce. I choć wszystkie te zestawy są po prostu spolszczoną wersją pomadek Kylie Jenner, powiem Wam, ze moim zdaniem jakością od nich nie odbiegają. Mam w swojej „kolekcji” dwie sztuki KOKO i mimo tego, że bardzo je lubię, to nie uważam, żeby były najlepsze na świecie. Dlatego fajnie, że mamy na swoim podwórku produkty nie tylko dobre jakościowo, ale i bardzo fajne cenowo, tak jak właśnie zestaw OH! My Lips Eveline Cosmetics, za który zapłacimy ok. 25 zł.

Letnia kolekcja MOODO

Letnie trendy w tegorocznej kolekcji MOODO to zabawa fasonem i kolorem bez ograniczeń i sztywnych reguł. Zaczerpniemy z najmocniejszych trendów lat 90’tych czy 80’tych, lecz bez dosłowności. Zaadoptujemy oversize’owe looki, soczyste kolory, marynistyczne desenie czy połyskujące tkaniny. Nie zapominając o uwielbianych przez nas printach, to one również będą królowały tego lata na naszych ulicach.

Projektanci MOODO tego lata stawiają na subtelność, kobiecość i swobodę. W kolekcji czuć powiew niewymuszonej lekkości. Ciekawym tematem są nieograniczone możliwości miksowania ulubionych motywów: przezroczystości, połyskujących tkanin, sznurowań czy zwiewności z nieśmiertelnym jeansem. Mocnym modowym akcentem tego lata będzie ukochany przez nas styl marynistyczny. W towarzystwie granatu, bieli czy czerwieni zobaczymy paski, grochy i stricte marynistyczne motywy. Nowoczesności dodadzą akcenty zieleni i żółcienie, które w parze z t-shirtami, koszulami, szortami czy zwiewnymi sukienkami będą modową koniecznością i kluczem do bezbłędnego letniego stylu sailor girl.

Moodo SS2018

Upragnione lato to nie tylko trendy, kolory czy fasony to przede wszystkim nieskrepowany luz, komfort i wygoda. W tym sezonie w kolekcji MOODO romansują one z ekologicznym Lyocell-em, zwanym potocznie Tencel. Dzięki niemu w ubraniach MOODO poczujemy się naprawdę swobodnie. Łączy on bowiem zalety bawełny i wiskozy, znany jest również ze znakomitych właściwości oddychających. Jego włókna pochłaniają wilgoć oraz regulują temperaturę. Zaadoptowany w materiałach imitujących jeans świetnie sprawdzi się w szortach, koszulach czy spodniach, zapewniając nam najwyższy komfort noszenia.

Moodo SS2018
Moodo SS2018

Dla wszystkich lubiącym eksperymentować z dodatkami i deseniami MOODO przygotowało propozycje, w których nie zabraknie micro i macro mozaiek czy roślinnych ornamentów. Najbardziej pożądane w tym sezonie motywy florystyczne stanowią niewyczerpane źródło inspiracji dla wszystkich fanów modowej estetyki i casualowego stylu.

Moodo SS2018

Melanż trendów i nastrojów zwiastuje nam letnia kolekcja MOODO. Dostępna w salonach marki oraz w sprzedaży on -line na www.moodo.pl .

Mój drugi numer jeden – Suchy szampon Express Dry Wash Paul Mitchell :)

Jak każda z nas, czasami używam suchego szamponu. Do tej pory mało który się u mnie sprawdzał i rzeczywiście trochę poprawiał wygląd włosów. Szamponem, który dał radę okazał się Got2b w wersji zielonej i do tej pory był to mój numer jeden. Ostatnio pojawił się jednak taki kosmetyk, że mój dotychczasowy hit choć do moich włosów świetny, trochę przy nim blednie.

Cudo to poznałam na warsztatach Beauty By Bloggers Paul Mitchell. Na zajęciach, które prowadził z nami Łukasz Urbański, dowiedziałyśmy się, że aby włos był podatny i dobrze się z nim pracowało, powinien być najpierw nieco „zmęczony” produktami stylizacyjnymi. Jako, że miałyśmy kosmetyki marki do dyspozycji, postanowiłam się nimi trochę pobawić. W pierwszej kolejności sięgnęłam po suchy szampon Express Dry Wash, bo jak ogólnie wiadomo, sprawiają one zazwyczaj, że włosy ją bardziej sztywne i zmatowione od nasady. A to wydawało mi się idealną bazą do dalszego działania. No to psikam, psikam, psika mi też koleżanka i psika mi całkiem sporo, a włosy lekkie, sypkie i gładkie!

Paul Mitchell Suchy Szampon Express Dry Wash

Nie nabrały sztucznej objętości, nie zrobiły się szorstkie. Całodniowe włosy (moje dosyć szybko tracą świeżość, myję je codziennie) zrobiły się takie, jakbym właśnie je umyła wodą z tradycyjnym szamponem. W przypadku włosów u nasady już się przetłuszczających również daje radę. Włosy są odbite od nasady, bardziej matowe i dobrze się układające. Na kilka godzin (a u większości z Was pewnie nawet i na cały dzień) spokojnie wystarczy.

Co ważne – do uzyskania takich efektów wcale nie trzeba aplikować na włosy całej puszki. Wystarczy kilka delikatnych pociągnięć u nasady. Ja na warsztatach po prostu sobie nie żałowałam. 😀

Co do kwestii technicznych – suchy szampon Paul Mitchell nie zostawia plam i nie bieli włosów, więc można go używać bez skrępowania, w każdych ilościach, do uzyskania odpowiedniego efektu. Standardowe opakowanie to  puszka 252 ml, ja na spotkaniu Beauty By Bloggers dostałam miniaturę – 50 ml. Obie puszki są równie poręczne, a atomizery bezawaryjne i dobrze rozpylające. Zapach ładny (taki typowo fryzjerski), utrzymujący się na włosach, a sam kosmetyk podczas aplikowania nie drażniący i nie duszący.

Pełnowymiarowy produkt kosztuje niecałą stówkę, więc całkiem sporo, ale i wielkość opakowania i efekty mogą to wynagrodzić. 🙂

 

Zobacz również:

Pierwsza edycja Beauty By Bloggers Paul Mitchell

Soda oczyszczona w kosmetykach Evree Soda Clean

Ilość zastosowań sody oczyszczonej jest naprawdę duża i pewnie nie do końca nam znana. I choć zdawałam sobie sprawę, że ten biały proszek ( 😀 ) potrafi zdziałać cuda (czy to podczas gotowania, czy sprzątania, czy nawet robienia okładów), to jakoś o wykorzystaniu go w kosmetykach nie myślałam. Aż tu pewnego dnia moje oczy ujrzały kosmetyki Evree Soda Clean.

Inspiracją do powstania tej truskawkowo-sodowej linii oczyszczającej, był oczywiście rynek azjatycki, gdzie sody w kosmetykach nie brakuje. Cały sekret jej skuteczności tkwi w mikrocząsteczkach, które wnikają wgłąb skóry oczyszczając ją i złuszczając. Odblokowują one pory i redukują zaskórniki. Są małe i bardzo skuteczne, a przede wszystkim super delikatne, więc wszystko odbywa się bez jakichkolwiek podrażnień.

W skład linii Soda Clean Evree wchodzą póki co dwa produkty – Sodowa pianka do mycia twarzy i Sodowy puder do mycia twarzy. Oba przetestowałam i zdecydowanie bardziej polubiłam się z tym pierwszym. Bardziej odpowiada mi jego forma – pianka jest kremowa, śliska, więc przyjemnie rozprowadza się ją po twarzy. Nie zmywa się po pierwszym machnięciu, ale nie szkodzi. Jak się pewnie domyślacie, zapach truskawek obłędny, dobry klimat robi. Sama pianka rzeczywiście obchodzi się ze skórą i delikatnie i skutecznie jednocześnie. Jest ona porządnie oczyszczona, gładka i nawilżona. Właśnie, nawilżona. Pianka dosyć intensywnie nawilża, nie ściąga, nie powoduje żadnego uczucia dyskomfortu, które często towarzyszy po myciu twarzy.

Puder lubię mniej, dlatego, że jest pudrem. Po prostu. Jest leciutki, więc unosi się w powietrzu i drażni mój nos. Ten mam bardzo wrażliwy, więc same rozumiecie. Oprócz samej formy, kosmetyk też niczego sobie. Można stosować go w połączeniu z wodą albo olejem. Jego konsystencja wtedy przypomina coś w stylu emulsji. Efekty podobne do tych przy piance, choć zależą one też od tego z czym ostatecznie puder wymieszamy.

Oba produkty dostępne są w drogeriach. Pianka kosztuje ok. 20 zł, puder piąteczkę mniej.

 

Zobacz również:

Kilka zdań o Upiększającym kremie pod oczy Evree Magic Rose

Evree na legalu czyli kremy do rąk z olejkiem cannabis

 

Pierwszy krem CC w portfolio Evree – Pure Neroli

Pierwsza edycja Beauty By Bloggers Paul Mitchell

Ostatnio trochę się rozszalałam i skaczę z meetingu na kolejne wydarzenie blogerskie. Tym razem była to pierwsza edycja Beauty by Blogger. Czyli spotkanie, które w 100% wypełniały warsztaty. Podzielone one były na 3 bloki – paznokcie z Chiodo Pro, makijaż z Pease Cosmetics i włosy z Paul Mitchell. I to właśnie Paul Mitchell był organizatorem całego spotkania.

Wszystkie dary losu spotkania Beauty By Bloggers

Gdy dowiedziałam się o Beauty By Bloggers i o formie tego spotkania, byłam strasznie go ciekawa. Na Meet Beauty przekonałam się, jak fajną sprawą takie warsztaty są, więc nie zastanawiałam się i od razu wysłałam swoje zgłoszenie. Pierwsza edycja odbyła się w Warszawie.

Dzień rozpoczęliśmy od zdobień paznokci z Chiodo Pro, które naprawdę nie należały do łatwych. Samo ombre okazało się być trudniejsze niż by się wydawało, a co dopiero malowanie kwiatków z brokatem! Generalnie łatwo nie było, ale napewno wiele się nauczyłam. Ostatecznie palma wyszła mi naprawdę niezła.

Warsztaty Chiodo Pro

Warsztaty z Paese Cosmetics podzielone były na teorię i praktykę. W pierwszej części dziewczyny pokazywały nam, jak w łatwy i szybki sposób, przy użyciu dosłownie jednego, dwóch kosmetyków poprawić swój look. Druga część to face charty – mój ostatecznie wyglądał tak i dumna jestem z niego bardzo. 😀

Warsztaty Paese Cosmetics

Wisienką na torcie były warsztaty marki Paul Mitchell, które prowadził Łukasz Urbański. Na pewno o nim słyszałyście. 🙂 Było dużo zabawy, uśmiechu i totalnie luźnej atmosfery. Łukasz czesał dziewczyny i pokazywał nam wraz ze swoim współpracownikiem szybkie triki na dobry włos. Osobiście byłam zachwycona klimatem jaki stworzyli i formą warsztatów – zupełnie otwartą i spontaniczną.

Mam nadzieję, że to dopiero początek Beauty By Bloggers i że za każdym razem będzie to coraz większa i równie inspirująca impreza, co teraz. 🙂

Jakie jest mydło do mycia pędzli Hania Beauty?

Powiem Wam – dziwna sprawa. Ostatnio myślałam o tym, że w sumie nie mam na stanie niczego fajnego do mycia pędzli, rękawicy i ściereczek, a tu takie cacko do mnie trafiło! Nie wiem czy to jakieś siły wyższe czy zupełny przypadek, ale ze sfery myślenia, przeszłam do działania i prania wszystkiego co mi w ręce w padnie, bo mam czym. Hania mi podesłała! Kolejny produkt marki Hania Beauty – Naturalne mydło do mycia pędzli jest już w sprzedaży.

Na jednym z video Hania podkreśla, że Hania Beauty to marka, która odpowiada na zapotrzebowanie klientek. Wsłuchuje się w potrzeby i tworzy skrojone pod nie produkty. Tak było w przypadku peelingów do ust i tak jest teraz, z mydłem do mycia pędzli. I wydaje mi się, że trafiła z nim w punkt.

Sama mam trochę problem w czym te pędzle czy ściereczki myć. O ile oczywiście nie używam w tym momencie typowego preparatu do oczyszczania pędzli. Nie wszystkie płyny czy mydła niestety się do tego nadają. Wiele z nich niszczy włosie czy strukturę materiału.

Mydełko wygląda i pachnie jak tradycyjna, ręcznie robiona kostka. Ma nieregularne kształty i tłoczone jak od stempla logo. Jest optymalnej wielkości, nie za duże, nie za małe, dobrze trzymające się w ręku. W połączeniu z wodą pieni się, choć piana ta jest dość skromna. Jest naturalne, stworzone na bazie oleju kokosowego, oleju z awokado, oliwy z oliwek i oleju z pestek winogron.

Hania Beauty – Mydło do mycia pędzli

Ładnie oczyszcza i dopiera pędzle, usuwając z nich nawet ciemne, mocno nasycone kolory. Nie zauważyłam, żeby jakoś źle wpłynęło na włosie – czy to syntetyczne czy naturalne, jest w dobrej kondycji. Włoski mięciutkie i trzymające się kupy. Jako, że na co dzień do zmywania makijażu używam rękawicy Glov, postanowiłam sprawdzić działanie mydełka również i na niej. Szczerze powiem, że obawiałam się trochę, łatwo jest ją zniszczyć. Nie jedną już wykończyłam, właśnie nieodpowiednim środkiem piorącym, a tu taka niespodzianka! Rękawica nie straciła na jakości ani trochę, struktura materiału taka jak wcześniej – miękka, lekka, przyjemna w dotyku i gęsta.

Mydełko działa fajnie nie tylko na pędzle czy ściereczki. Jego naturalny skład zapewnia też bezpieczeństwo skóry. Bez podrażnień, zaczerwienień, reakcji alergicznych.

Przyczepić mogę się jedynie opakowania, a raczej braku tak zwanej mydelniczki czy etui, która byłaby sprzedawana w zestawie z mydłem. Jednak ułatwiałoby to użytkowanie, a raczej przechowywanie mydełka, które jednak od takiego do rąk trzeba oddzielić. Aktualny kartonik wydaje mi się być takim rozwiązaniem na szybko, więc może w przyszłości powstanie coś fajniejszego.

Dostępne w internecie w cenie ok. 25 zł.

 

Zobacz również:

Coś przyjemnego – Peelingi do ust Hania Beauty

 

Kredka do brwi – pojedynek MAC vs. Pierre Rene

Gdy zobaczyłam tą kredkę w szafie Pierre Rene podczas Meet Beauty Conference od razu pomyślałam o mojej ulubionej, tej z MACa i o tym, aby je ze sobą zestawić i sprawdzić czym się różnią. Bo jednak w cenie różnica jest spora – ok. 60 zł.

MAC – Veluxe Brow Liner oraz Pierre Rene Brow Liner z wyglądu są niemalże identyczne. Obie drewniane, w kolorze znajdującego się w środku odcienia, wykończone matem. Obie posiadają czarne skuwki, w tym że w MACu są one metalowe, a w Pierre Rene plastikowe. Z jednej strony kredka, z drugiej szczoteczka do brwi. Co do jej jakości, to już dawno nie pamietam tej z MACa, bo odpadła prawie że na samym początku użytkowania. Z kolei ta z Pierre Rene póki co wygląda stabilnie i wyczesać się nią też da.

Kredkę z MACa pokochałam za kolor, łatwość prowadzenia i trwałość. I przez długi czas towarzyszyło mi poczucie, że nie można lepiej. Nie jest to typ woskowej kredki, jest sucha i stosunkowo twarda, ale dobrze nasycona, więc ostatecznie wystarczy kilka machnięć i brwi zrobione. Dzięki temu można też stopniować efekt, w zależności od tego czy chcemy mieć mocne czy bardziej naturalne wykończenie. O ile temperuje się ładnie, nie łamie się, a drewno nie zadziera, to tak jak już wspomniałam, po szczoteczce zostało mi tylko puste miejsce. Trwała jest bardzo i to nawet bez żadnego dodatkowego zabezpieczenia (tusz, żel czy cokolwiek innego). Trzyma się zarówno skóry, jak i włosków calutki dzień, bez poprawiania, bez domalowywania.

Brow Liner Pierre Rene i MAC – Veluxe Brow Liner

Brow Liner Pierre Rene w zasadzie od powyższych nie odbiega. Jest super trwała – spokojnie cały dzień czy wieczór wytrzyma. Jest to pewnie też związane z jej suchą formułą, która nie ma jak się ulotnić czy spłynąć. Może i nie jest to kredka, która po brwiach wręcz „sunie”, ale naprawdę prowadzi się przyzwoicie i dobrze się nią pracuje. Ma nasycony kolor, który osiada na brwiach i wtapia się w skórę. Do tego ładnie i porządnie wygląda. Ładnie się temperuje, nie łamie się. No i ta cena! 21 zł za takiej jakości kredkę do brwi, to myślę bardzo fajny deal. Minusem Brow Linera z Pierre Rene może być mała gama kolorystyczna, aktualnie dostępne są tylko trzy odcienie – Brunette, Ginger Brow i Blond. W MACu jest ich aż 8. Więc jeśli ktoś ma mocno sprecyzowany, charakterystyczny odcień, to niestety może wśród kredek Pierre Rene nie odnaleźć swojego odpowiednika. Poza tym, myślę, że nie ma się do czego przyczepić.

 

Zobacz również:

Dwa szybkie sposoby na stylizację brwi

Bardzo przyzwoita kredka do brwi za 15 zł

 

5 kroków do brwi idealnych i Zestaw do ich stylizacji od Golden Rose

 

Peeling enzymatyczny jak i na kogo działa? || Enzymatyczny koncentrat peelingujący Pollena Eva

Podczas Meet Beauty odwiedziłam stoisko Pollena Eva, które cieszyło się dużym zainteresowaniem. I to z nie byle jakiego powodu. Wykonywane było tam mikrokamerą badanie skóry. Kolejki więc długie, ale warto było.

Generalnie takie szybkie badanie, to fajna sprawa. Ostatnie robiłam na stoisku marki Vichy na targach Mother & Baby jakiś rok temu. Wtedy okazało się, że skóra twarzy jest naprawdę w bardzo dobrej kondycji. Tym razem było już trochę gorzej. I nie sądzę, żeby była to kwestia pielęgnacji, bo żadnych zmian w swoim „rytuale” nie poczyniłam, oprócz oczywiście nowych kosmetyków, które zastępują cały czas już te przetestowane. Albo ciężka ta zima dla mnie była, albo karmienie piersią nie tylko wpłynęło na moją wagę i włosy (a w zasadzie ich masowe wypadnie), a także i cerę. I ta druga opcja mimo wszystko wydaje mi się być bardziej prawdopodobna. Na szczęście dramatu nie ma. Trochę popracuję nad nawilżeniem, trochę nad złuszczeniem i powinno być już ok.

I ja właśnie do tego złuszczania zmierzam. Jako, że moja cera jest raczej wrażliwa, naczynkowa, to do usuwania martwego naskórka poleca się peelingi enzymatyczne czyli takie, które nie posiadają drobinek ścierających, a enzymy. Przez to są znacznie delikatniejsze, co nie oznacza, że mniej skuteczne. Są to zazwyczaj kremowe maseczki, które pozostawia się na skórze przez określony czas. Wtedy enzymy złuszczają martwy naskórek, oczyszczają pory i wspomagają odnowę komórek. Efekty powinnny być takie jak przy peelingu mechanicznym, albo nawet i lepsze.

Jak się zapewne domyślacie z Meet Beauty wróciłam do domu bogatsza między innymi właśnie o Enzymatyczny koncentrat peelingujący Pollena Eva z serii Dermo.

Tubka o pojemności 50 ml wypełniona jest konsystencją o delikatnym, przyjemnym zapachu. Formuła peelingu kremowa i puszysta. Lekko się rozprowadzająca, dość śliska, ale dobrze trzymająca się skóry. Można stosować ją na twarz, szyję i dekolt, jako szybką (od 5 do 10 minut) maseczkę, którą następnie zmywa się letnią wodą.

Po użyciu Enzymatycznego koncentratu peelingującego Pollena Eva, skóra jest złuszczona, oczyszczona i super gładka. Pory też jakby w lepszej kondycji. Bez podrażnień, zaczerwienień i innych tego typu historii (również na szyi i dekolcie!). Nawet żadnego pieczenia czy swędzenia nie odczułam. Wydaje się więc, że powinien być dobry również dla wrażliwców większych ode mnie. Myślę, że za przygotowanie skóry na pochłanianie składników aktywnych zawartych w kolejnych kosmetykach, zasługuje na piątkę. A i cena jest zachęcająca, bo waha się ok. 14 zł.

 

Zobacz również:

Peeling trychologiczny – co to?

RECENZJA tołpa: green oils. Orzeźwiający żel peelingujący do mycia twarzy

Coś przyjemnego – Peelingi do ust Hania Beauty

 

Nowości w mojej kosmetyczce czyli wszystko to, co wyniosłam z Meet Beauty

Ostatni miesiąc dla moich kosmetyczek i półek łazienkowych był naprawdę dobry. Wiele pojawiło się w nich nowości do pielęgnacji włosów, twarzy i ciała, do makijażu, a także do paznokci. Spora ich część wpadła w moje ręce podczas Meet Beauty Conference i była po prostu giftami od Partnerów wydarzenia, za które ślicznie im dziękuję! 🙂

W torbach znalazłam marki i produkty zupełnie mi nieznane, jak i te o których nie tylko już słyszałam, ale sama je przetestowałam.

O2SKIN to marka, z którą w zasadzie rozpoczęłam te dwa intensywne dni, jakimi była konferencja Meet Beauty. Jest to nowa marka kosmetyków do (póki co) pielęgnacji twarzy. Ich działanie oparte jest na tlenie, który przenika wgłąb skóry, nie tylko ją dotleniając, ale i transportując inne składniki aktywne. Innowacyjna technologia pozyskiwania tlenu i zamykania ich w pudełeczkach z innymi składnikami, sprawia, że marka na ten moment nie ma na polskim rynku konkurencji. Do testowania otrzymałam dwa kremy:
Tlenowy Krem – Żel na dzień zawierający 30% tlenu, kwas hialuronowy, aloe vera, ekstakt z chrząstnicy kędzierzawej.
Tlenowy Nawilżająco – Odżywczy Krem na noc zawierający 30% tlenu, alantoinę, ekstakt z rumianku i ekstrakt z owsa.
I okrzyknięte hitem – Skoncentrowane serum tlenowe zawierające 30% tlenu, kwas hialuronowy i kolagen. Serum zaczęłam już testować i „hit” nie jest tutaj ani trochę przesadą.

Kolejną bardzo ciekawą nowością jest marka Bartos i Odmładzający krem Apple Queen z komórkami macierzystymi z jabłoni domowej, kwasem hialuronowym, sokiem z aloesu, witaminą B5, B3, E, olejem arganowym, avocado, manoi oraz masłem waniliowym. Na jego temat pewnie napiszę więcej. Póki co testuję, oczarowana treściwą konsystencją, praktycznym opakowaniem i cudnym wyglądem.

Bio-Oil, to kolejna rzecz, za której testowanie się już wzięłam. Już teraz wiem, że jest to kontrowersyjna dla mnie pozycja. Jeśli chodzi o efekty – musze poczekać. Kosmetyk posiada jednak dwie wady – nie do końca pasuje mi jego zapach i opakowanie też nie należy do tych ergonomicznych. Możliwe, że gdy dobrze go poznam, napiszę więcej.

Markę Efektima znam od dawna, ich peelingów nie i z chęcią przetestuję. Nowością w asortymencie marki jest też Brązujący balsam Suntastic Natural Glow, który także wpadł w moje ręce i nie mogę się go doczekać.

Z paczki, którą przygotowała dla nas marka tołpa nie znam tylko Dermo face, sebio. Peeling 3 enzymy i na pewno za niedługo go wypróbuję. Pozostałe znajdziecie tutaj:
Dermo face, sebio. Maska czarny detox
Green oils, oczyszczanie. Żel micelarny do mycia twarzy i oczu

Pollena Eva – nowość totalna dla mnie. Enzymatyczny koncentrat peelingujący znajdziecie tutaj. Balsam pewnie niedługo przetestuję.


Natura SibericaFAROE ISLANDS Modelujący krem do ciała, na pierwszy rzut oka przyjemny. Fajnie nawilża, nie natłuszcza za bardzo, pozostawia delikatny film. Pachnie delikatnie, dla mnie brzoskwinią. 😀

Miniatury produktów Mustela zużyje oczywiście moje dziecko. Ja swoje 5 minut miałam podczas ciąży. Wtedy najbardziej pokochałam serum do biustu, choć olejek i balsam do ciała też były bardzo okej.

Maseczki w płachcie od Mediheal – nie miałam jeszcze z nimi do czynienia, ale zapowiadają się naprawdę fajnie:
Czarna Maska nawilążająco-wybielająca,
Maska-ampułka nawilżająco-wygładzająca,
Maska karnawałowa – dress code.

I już chyba ostatnia rzecz do pielęgnacji – Annabelle Minerals Wielofunkcyjny Olejek Stay Calm, poleciła mi go Karolina (weemini.pl) Dobry jest, to fakt. Póki co używałam do demakijażu, ale przetestuje też jako serum i olejek do ciała.
Od Annabelle Minerals otrzymałyśmy również cienie do powiek z nowej linii glinkowej, która charakteryzuje się matowym wykończeniem i gamą w stylu nude. U mnie – Cocoa Cup i Ice Tea.

So Chic to marka, którą kojarzę głównie z pudełek ShinyBox i z tego, że jest stosunkowo świeża. Przetestowałam już lakier – niestety ani „gel effect” to dla mnie nie jest, ani schnąć nie chce i do tego jeszcze odpryskuje po 24h. Także tego polecić nie mogę. Matowa pomadka płynna za to całkiem fajna – nasycony kolor, wygodny aplikator, dobra konsystencja. Minusem jest to, że nie do końca wysycha i może zostawiać ślady, ale ogólnie trzyma się ust dość długo. Fajnie, słodziutko pachnie i ma przyjemne dla oka opakowanie.

Kolorówkę zgarnęłam jeszcze ze stoiska Pierre Rene i Miyo. Kredka do brwi Pierre Rene wydała mi się łudząco podobna do tej z MACa, więc postanowiłam zabrać ją do domu i je ze sobą porównać. Niebawem coś o tym napiszę. Tusz Pierre Rene Silicone po prostu mi się spodobał (typowa sroka), ale póki co nie mam wyrobionego zdania. A pomadkę Miyo poleciły mi dziewczyny i rzeczywiście był to dobry wybór.
Oprócz kolorówki na warsztatach paznokciowych Piere Rene dostałam paczuszkę z ich produktami – blokiem polerskim, pilnikiem, lakierem hybrydowym, preparatem do skórek i dry topem. Jako, że całkiem niedawno rozpoczęłam swoją przygodę z hybrydami, wszystko baaaardzo mi się przyda. Dlatego z chęcią też przyjęłam gifty od Neess – ich nowość bazę Peel Off (opinie niestety do tej pory zbiera kiepskie, zobaczymy jak się u mnie sprawdzi), lakier hybrydowy z kolekcji Cleo, dwa rodzaje ozdób. Dodatkowo w torbie od Neess znalazłam szczotkę do makijażu czy pędzel owalny – jak wolicie. 🙂

Oprócz podarków z Meet Beauty, ostatnio zebrałam też nieco nowości z innych źródeł :D, także trochę tego jest. Dużo testowania, pisania i chyba niedługo także gadania? :> Więcej zdradzę następnym razem! 🙂

 

Zobacz również:

Meet Beauty Conference 2018

Czy Krem z witaminą K uszczelniającą naczynka Pharmaceris N Capinon K działa?

Moja delikatna skóra, szczególnie po zimie potrzebuje wzmocnienia. Niestety nie obyło się bez popękanych naczynek, także było i w zasadzie nadal jest co naprawiać. Dlatego jakiś czas temu sięgnęłam po Pharmaceris N Capinon K Krem z witaminą K uszczelniającą naczynka.

Pękające zimą naczynka generalnie nie są u mnie aż tak widoczne. Fajnie ukrywają je moje piegi, które są zawsze, w całkiem sporej ilości. Dlatego nawet jeśli coś się popsuje, to nie wpadam w panikę, jednak wiadomo, że pod kontrolą trzeba to wszystko mieć.

Po krem z witaminą K sięgnęłam z kilku przyczyn, a właściwie jej właściwości. Jako że wpływa na prawidłową krzepliwość krwi, wspomaga i wzmacnia naczynia krwionośne. Pomaga niwelować wszelkie zaczerwienienia, obrzęki czy siniaki. Uzyskujemy więc też przy jej pomocy jednolity koloryt cery. Nic nie stoi również na przeszkodzie, aby stosować ją w słoneczne dni – co wiosną (szczególnie tak gorącą!), wiadomo, ma znaczenie.

Krem Pharmaceris przeznaczony jest oczywiście do pielęgnacji cery wrażliwej, naczynkowej, z rozszerzonymi naczynkami. Podobno radzi sobie również z problemami takimi jak cienie pod oczami, wylewy podskórne, zasinienia. Polecany jest do stosowania przed i po zabiegach medycznych i kosmetycznych, co sugeruje, że naprawdę intensywnie działa. A jak sprawdził się w praktyce?

Pharmaceris N Capinon K Krem z witaminą K uszczelniającą naczynka

Bez owijania powiem Wam, że rzeczywiście sieci zredukował i na pewno wzmocnił cerę, bo nie pojawiło się nic nowego. Od czasu kiedy zaczęłam go stosować skóra wygląda lepiej, choć jeszcze ostatecznie z naczynkami się nie rozprawiłam. Dobrze nawilża nie ciążąc przy tym zbytnio. Nie pozostawia tłustego filmu, ale skóra po nim matowa też nie jest.

Ma typową dla kremu konsystencję, w białym kolorze, o takim neutralnym, trochę aptecznym zapachu. Lekko się rozprowadza, szybko wchłania. Ja stosowałam go głównie na noc, jednak na dzień, pod makijaż też przetestowałam i dawał radę. Nie wpływał negatywnie na aplikację innych kosmetyków czy trwałość makijażu.

Choć opakowanie 30 ml wydaje mi się być w tym przypadku małe, to opcja z pompką jest bardzo wygodna i na pewno wpływająca na przydatność i świeżość kremu. Szkoda , że wykonane jest z białego kryjącego w pełni plastiku, bo po prostu nie widać ile kosmetyku jest jeszcze w środku i pewnego dnia można się po prostu zdziwić. 🙂

Krem kosztuje ok. 50 zł i jest dostępny w aptekach oraz sklepie internetowym marki.

 

Zobacz również:

Ciążowe problemy skórne i prosta na nie odpowiedź – BUSTFIRM Pharmaceris

Kremowy żel myjący pod prysznic EMOTOPIC Pharmaceris – recenzja

Dobry krem CC do cery naczynkowej

 

Coś przyjemnego – Peelingi do ust Hania Beauty

Jakiś czas temu dotarły do mnie peelingi do ust Hania Beauty. Była to bardzo zaskakująca i miła przesyłka. O ile o sklepie „Hania” słyszałam, o tyle z marką i tymi malutkimi, słodziutkimi słoiczkami spotkałam się po raz pierwszy. I w zasadzie nic dziwnego, bo Hania Beauty to nowa marka kosmetyczna autorki bloga hania.com.pl, która póki co ogranicza się do tych trzech peelingów do ust – miętowego, malinowego i pomarańczowego.

Szczerze powiem, że choć peelingi do ust używałam, to nie były one moim ulubionym etapem ich pielęgnowania. Zarówno te w słoiczkach, jak i w pomadkach w sztyfcie są dość ostre (mają spore kryształki cukru), więc w przypadku nawet trochę podrażnionych ust, raczej się u mnie nie sprawdzały. Aczkolwiek często się przydawały (nawet zimą), bo jednak matowe pomadki, których tak często obecnie używam, swoje robią. Teraz z kolei nadchodzi słońce, lato i sól morska, więc same wiecie.

Sprawa peelingu ogólnie wydaje się być bardzo prosta. Zmieszać oleje wraz z cukrem czy kawą, dodać jakiegoś zapachu i gotowe. No, a jednak nie do końca. Bo uzyskać peeling nie byle jaki, z fajną, przyjemną konsystencją, to chyba jednak jest trochę sztuka. I powiem Wam szczerze, że dopóki nie spróbowałam tych od Hani, chyba nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę.

Peelingi do ust Hania Beauty

Wszystkie trzy mają lekkie i jak na peeling całkiem gładkie i puszyste konsystencje. Są zwarte. Cukier się nie kruszy i nie osypuje z ust. A zawarte oleje i masła trzymają zbitą formę. Dopiero pod wpływem temperatury ciała, rozpuszczają się, tworząc solidną bazę. Peeling utrzymuje się na nich tak długo, jak tego chcemy. Nie podrażnia, nie szarpie. Usuwa martwy naskórek, wygładza, nawilża i odżywia. Mimo zawartości naturalnych olejów, nie ciąży, a pozostała na ustach warstwa nie jest ani lepka, ani tłusta, choć oczywiście lekkie natłuszczenie występuje.

Peelingi zawierają wspomniany już cukier (w bardzo fajnej, drobnej postaci), olej z pestek winogron, witaminę E, masło kakaowe i masło awokado. Wszystkie pięknie pachną, choć moim ulubieńcem jest chyba malina. Mięta z kolei lekko chłodzi, więc idealny na lato, jak i ogólnie dla osób lubiących taki efekt.

Porządne opakowania to kolejna cecha charakterystyczna tych produktów. Szklane słoiczki o pojemności 20g, zamyka się plastikową nakrętką. Etykiety posiadają pastelowy i prosty design, który dobrze się prezentuje zarówno w kosmetyczce, jak i na łazienkowej półce.

Peelingi dostępne są nie tylko u Hani, ale i w innych sklepach internetowych, w cenie ok. 20 zł.

Spring Time by Shinybox & Natura kwiecień 2018

Spring Time by Shinybox to edycja, która powstała we współpracy z Drogerią Natura. I jak na takie połączenie przystało, w pudełku znajdziemy produkty do pielęgnacji, kosmetyki kolorowe oraz przekąskę. Ja w zasadzie żadnego z produktów, które otrzymałam nie znałam, więc dobrze się złożyło.

W pudełku w wersji standardowej znalazło się 6 produktów. Wymiennie pojawiły się Ochronna pomadka do ust Bloc Lip Sun protection SPF 15 oraz Tusz do rzęs So Chic! Produktem, który dodatkowo otrzymały stałe klientki jest Szampon Vitality & Shine Naobay. Łącznie można było zgarnąć 7 produktów, w tym jeden niekosmetyczny.

Rzecz, która ucieszyła mnie najbardziej to Bloc Ochronna pomadka do ust Lip Sun Protection SPF 15. Moje zapasy do pielęgnacji ust właśnie się kończą, także z chęcią przygarnęłam tą bezbarwną pomadkę z filtrami. Ma spoko konsystencję, ładnie rozprowadza się na ustach. Nie topi się, ani nie jest też zbyt twarda. Nawilża i nadaje miękkości. Kosztuje około 24 zł.

Kosmetyki Naobay ku uciesze klientek Shinybox co jakiś czas pojawiają się w pudełkach. Do tej pory były to tylko produkty do pielęgnacji twarzy i sprawdzały się bardzo fajnie. Z chęcią więc wypróbuję i tego szamponu. Włosy mam ostatnio bardzo kapryśne, także zobaczymy czy sobie poradzi. Butelka 100 ml kosztuje ok. 50 zł

Spring Time by Shinybox & Natura

Pozostając w sferze pielęgnacji – Naturalna woda różana w pray’u z Beaute Marrakech. w 100% naturalny hydrolat. Ja używam takich jako toniku rano i wieczorem. A wiosną i latem jako mgiełkę chłodzącą. I do takiej roli ta sztuka będzie idealnie pasowała – ma poręczną buteleczkę z atomizerem o pojemności 50 ml. Kosztuje ok. 7 zł.

Maska do twarzy w płacie 7th Heaven przyznam szczerze nie zachwyciła mnie aż tak bardzo. Ostatnio płachty są po prostu wszędzie, więc zapewne stąd brak mojego optymizmu i rosnący zapas magazynowy. Ogólnie lubię taką formę pielęgnacji, także pewnie kiedyś nadejdzie jej czas. 🙂 Maska kosztuje ok. 11 zł.

I na płachcie kończą się kosmetyki do pielęgnacji, teraz czas na makijaż! Tutaj jest KOBO – Fashion Color Shine & Care Lipstick. Pomadka, która łączy w sobie kolor, połysk i pielęgnację (zawiera witaminę E i masło Shea). W moim pudełku w pięknym, naturalnym kolorze – 202 NATURAL. Obawiam się tylko, że skuwka będzie spadała i nie da się za bardzo zabierać tej pomadki w plener, ale zobaczymy. Kosztuje ok. 13 zł.

Drugi produkt, to nawet nie makijaż, a manicure. Hybryda – Silcare lakier hybrydowy Color IT. Podobno super napigmentowana i bardzo trwała, no ale to tyle co z opisu producenta. W moim pudełku w kolorze pomarańczowym – 1110. Butelka 6g kosztuje ok. 12 zł.

Spring Time by Shinybox & Natura

A SmartFood – Baton z żurawiną i malinami w polewie jogurtowej, był całkiem smaczny. 🙂 Dużo też go było, więc fajny dla łasuchów. Kosztuje ok. 6 zł.

 

Zobacz również:

It’s a Girls World by ShinyBox marzec 2018

Love by ShinyBox

Create Your Style by ShinyBox – jubileuszowe pudełko Schwarzkopf

 

 

Ten Minute Tan Vita Liberata – szybkie i dobre opalanie

Nie ukrywam, że solarium nie jest moim ulubionym miejscem i jeśli mam możliwość, to wybieram innego rodzaju opaleniznę. Jako, że dopiero wiosna i na naturalną szans nie ma, sięgam po produkty brązujące, samoopalające. A tutaj wiadomo, trzeba ostrożnym być. Chociaż TEN MINUTE TAN Vita Liberata w mojej kosmetyczce zagościł po raz pierwszy, produkty tej marki znam i używam od dawna. Zarówno tych do opalania ciała, jak i twarzy, już o moim ulubionym sypkim bronzerze nie wspominając (do którego wielką miłością pałają również moje przyjaciółki). 

Kosmetyki Vita Liberata mają wiele zalet związanych ze składem, ze stosowaniem czy efektami, jakie się przy ich pomocy osiąga. Na uwagę zasługują organiczne składniki i całość posiadająca neutralny zapach. Formuły są przyjemne i dobrze się rozprowadzają. Nie opalają na kolor pomarańczowy. Nawet w przypadku karnacji jasnych, jak moja, kolor jest brązowy, naprawdę dobrze i naturalnie wyglądający. Ponadto opala stopniowo, więc z dnia na dzień murzynem raczej się nie staniesz. Żeby przy ich użyciu zrobić sobie smugi czy zacieki, trzeba byłoby się mocno napracować  (mi się to do te pory nie udało). No i chyba różne formy podania samoopalaczy Vita Liberata na rynku je wyróżniają. Każdy znajdzie wśród nich odpowiednią i najbardziej wygodną dla siebie wersję.

Samoopalacze Vita Liberata nie wysuszają i zawierają składniki odżywcze, regenerujące i nawilżające. Skóra więc nie przesusza się, nie łuszczy. Ten Minute Tan na przykład zawiera składniki takie jak Matrixyl 3000 Peptide kompleks, kwasy tłuszczowe, ekstrakt z dzikiej róży czy witaminę C.

Ten Minute Tan to samoopalający balsam działający w ekspresowym tempie. Potrzebuje zaledwie 10 minut, po tym czasie można go zmyć, a opalenizna na spokojnie się rozwija przez kolejnych 4-6 godzin. Oczywiście można troszkę przedłużyć czas noszenia go na skórze, wtedy efekt będzie silniejszy. Fajny, bo nie trzeba się bać, że się człowiek gdzieś zachlapie, że gdzieś coś się przetrze, albo ciuchy zabrudzi. Nakładasz, za chwilę zmywasz i później już tylko czekasz na opaleniznę.

Konsystencja lotionu jest dość gęsta i brązowa (widzisz, gdzie i ile nakładasz). Jak już wspomniałam nie posiada żadnego wyraźnego zapachu. Dobrze rozprowadza się po skórze, trzyma się jej i w sumie szybko wchłania. Nie pozostawia po sobie żadnego uczucia dyskomfortu, czy natłuszczenia. Po prostu jakby skóra niczym nie była smarowana. Z czasem, gdy kosmetyk zaczyna wchodzić z nią w reakcje, zaczyna wytwarzać się ten specyficzny zapach. Ale mimo wszystko wydaje mi się, że mniej intensywny niż przy innych, tego typu produktach. Ja balsam nakładałam na skórę za pomocą rękawicy – pomaga to uniknąć mocniej opalonych dłoni. Sama rękawica jest wielokrotnego użytku. Ładnie się dopiera, schnie w przeciągu kilku godzin, po wyschnięciu nie traci formy. Co do samej opalenizny – subtelna, delikatna i naturalna. Idąca w brązowe tony. Ciepła, ale nie gorąca. Jak dla mnie idealna. 🙂 Na skórze utrzymuje się do kilku dni, w zależności od tego czy i jak ją podkręcamy.

Ani ten balsam, ani żadnej inny kosmetyk Vita Liberata mnie nie uczulił, nie podrażnił, a jak wiecie skórę mam dosyć delikatną i emocjonalną.

Tuba 150 ml wystarczy powinna wystarczyć na co najmniej 8 aplikacji (to oczywiście tylko według moich „obliczeń”).

 

 

Zobacz również:

Samoopalacz i SPF w jednym – Marula Dry Oil Self Tan SPF 50 Vita Liberata

Pierwszy samoopalający puder mineralny – Trystal3 Bronzing Minerals Vita Liberata

Samoopalacze – jak ich używać? pHenomenal pianka Vita Liberata

 

 

Meet Beauty Conference 2018

Piszę ten post bardzo na gorąco i jeszcze w emocjach. Zdecydowałam, że tak będzie najlepiej, bo pewnie właśnie teraz będę w stanie opisać całe wydarzenie Meet Beauty Conference właśnie takim, jakie dla mnie było. Nie ukrywam, że nie należę do osób bywających i odwiedzających różne imprezy. Raczej mnie one nie dotyczą. Aczkolwiek jest kilka wydarzeń, w których moim zdaniem warto uczestniczyć i jeśli mam możliwość, to zgłaszam się i ja.

Pierwsze spotkanie ze sferą blogową (takie realne, nie w internecie), odbyłam w zeszłym roku na See Bloggers. Nieco przerażona wkroczyłam tam i początkowo nie czułam się komfortowo. Minęło. A ja ostatecznie te dwa dni w Gdyni uznałam za naprawdę dobry i inspirujący czas. Jak się później okazało, zaowocował on nawet kilkoma projektami. Ale do rzeczy. Lody przełamałam, a planem na rok 2018 było zwyczajne rozkręcenie się. Nadszedł więc czas na Meet Beauty Conference – jedną z największych konferencji dla influencerów z działu „beauty”. Moje zgłoszenie zostało rozpatrzone pozytywnie, a ja dołączyłam do grona 300 uczestników.

Konferencja i zajęcia zostały podzielone na salę główną oraz warsztaty prowadzone przez konkretne marki, na które trzeba było się wcześniej zapisać. Miały one bardzo duże branie – wiadomo. 😉 Jako, że mogłam zapisać się na dwa warsztaty na dzień, wykorzystałam to, trafiając ostatecznie na pielęgnacyjne warsztaty O2SKIN i Natura Siberica, makijażowe – Annabelle Minerals oraz paznokciowe Pierre Rene Professional. Ponieważ ostatnio poczyniłam swoje pierwsze hybrydy w życiu, to właśnie warsztaty z podstaw manicure hybrydowego Pierre Rene Professional, które prowadziła Candymona, okazały się dla mnie tymi najbardziej „wow”. Myślę, że tutaj też kawał dobrej roboty zrobiła Monika, która naprawdę bardzo fajnie zajęcia poprowadziła. Opowiadając przy tym dużo ciekawostek oraz pokazując proste, ale efektowne triki. Ja byłam wręcz zachwycona! 🙂 Ale to nie wszystko…

Z pozoru Meet Beauty to weekend przepełniony panelami dyskusyjnymi, wykładami i warsztatami. O blogowaniu, o idealnych fotkach na instagrama, o montowaniu filmów, a także, a w zasadzie przede wszystkim – o pielęgnacji, makijażu i paznokciach. Dla mnie jednak szybko konferencja ta okazała się znacznie czymś więcej. I wiem, że jest to zasługa przede wszystkim wspaniałych dziewczyn, które w większości właśnie tam poznałam.

Meet Beauty Conference to nie tylko nauka i inspiracje, które tak często się podkreśla w relacjach po jakichkolwiek spotkaniach. Dla mnie były to przede wszystkim dwa dni fantastycznych spotkań i ciekawych, a czasami i głupkowanych (tak, nie bójmy się tego słowa 😉 ) rozmów z dziewczynami takimi jak ja, w towarzystwie wiedzy, specjalistów i interesujących produktów.

Dzięki Meet Beauty i mam nadzieje do zobaczenia za rok!

Ja – Karolina (@weeminiblog) – Agata (@freewolna)

Naturalnie Piękna 11 by Inspired By

Wiecie, że to już 11 edycja Naturalnie Piękna?! A ja doskonale pamiętam tą pierwszą. Zawartość tamtego pudełka wydawała mi się wręcz idealna i jedyna w swoim rodzaju. To właśnie wtedy okrzyknęłam pudełko Inspired By Naturalnie Piękna swoim ulubionym. I choć chyba większe wrażenie na mnie rzeczywiście robiły te starsze edycje, to nadal ogólnie jest to mój ulubiony box kosmetyczny. Co znajdziemy w nim tym razem?

Teoretycznie w każdym pudełku powinno być 8 kosmetyków. Ja w moim znalazłam tylko 7, jednak uznałam, że nie będę czekała na brak, aby zaprezentować Wam całość.

Przyznaję, że największym zainteresowaniem z mojej strony cieszył się od pierwszego wejrzenia Naturalny stymulator wzrostu włosów Kamiwaza. Marki do tej pory nie znałam, a i problem wypadających włosów jest u mnie bardzo aktualny. Kosmetyk jest połączeniem tradycji i japońskiej biotechnologii. Podobno niezwykle skutecznym i przynoszącym niezwykłe efekty, więc z przyjemnością go przetestuję. Buteleczka 95 ml kosztuje ok. 45 zł.

Druga fajna rzecz, którą widziałam w innych pudełkach to Kueshi – truskawkowy Peeling do ciała. Pachnie tak, że chce się go jeść, a nie nacierać nim ciało. 😀 Duża butla (500 ml) przyda się na okres wiosenno-letni, gdy i samoopalaczy używam i na słońcu staram się wygrzewać. Peeling zawira naturalne ekstrakty odżywcze, dzięki którym skóra jest gładka, miękka i zdrowa. 61 zł kosztuje.

Hydrolat kwiatów róży demasceńskiej L’orient, to produkt, którego nie odmówię. Uwielbiam różę w kosmetykach, uwielbiam jej zapach, uwielbiam jej działanie. A w tak prostej postaci, sprawdza się najlepiej. Silnie nawilża, tonizuje, koi i poprawia koloryt. Butelka z atomizerem, więc można aplikować wodę bezpośrednio na skórę, bez żadnych tam wacików czy innych paluchów. 90 ml kosztuje 34 zł.

Naturalnie Piękna 11 by Inspired By

Serię Tria Cosmetics poznałam wraz z poprzednim pudełkiem Naturalnie Piękna. Wtedy był to krem do twrzay, teraz mam Krem do rąk z ekstraktem z dzikiej róży. Czujecie? Znowu moja ukochana róża! Ja to mam farta! 😀 Odżywia, uelastycznia i wzmacnia, zarówno skórę dłoni, jak i paznokcie. 75 ml kosztuje 23 zł, więc jak na krem do rąk nie jest to mało, ale prezentuje się obiecująco.

Aube i Dwufazowy płyn do demakijażu znałam z innego pudełka, którejś edycji Shinybox. Przyznam szczerze, że nie używam na co dzień tego typu produktów, bo jest ze mną rękawica Glov. Jednak wiadomo – czasami są awarie i lepiej jakiś zapas mieć. Ma fajną, poręczną butelkę o pojemności 100 ml, więc w podróż (niesamolotową) można z powodzeniem zabrać. 🙂 Cena: 30 zł.

Bronzer Miyo to makijażowy akcent tego pudełka. Bronzerów trochę w kolejce mam, bo cały czas meczę swój ulubiony (ale już kończący się) Vita Liberata, także jeszcze zastanowię się co z nim zrobić. W każdym razie w regularnej cenie kosztuje on 16 zł.

Na koniec to, czego ostatnio wszędzie sporo czyli Maska w płachcie Sesamis. O ile maseczki w płachcie znam i to dobrze, o tyle Sesamis nie. Także fajnie – będzie okazja żeby się poznać i może polubić? 🙂 Maseczka kosztuje ok. 10 zł I jak większość tego typu produktów ma za zadanie nawilżyć, zregenerować, odżywić i tym samym odmłodzić.

Przyznam, że z chęcią skosztowałabym tej brakującej Babeczki do kąpieli, mimo to całość oceniam dosyć wysoko. Kosmetyki i nowe (jak dla mnie), i modne i aktualne jeśli o warunki atmosferyczne chodzi, także czego chcieć więcej? 🙂

Pamiętajcie, że pudełka Naturalnie Piękna to standardowa oferta InspiredBy, na ShinyBox pojawiają się tylko co jakiś czas w ramach extraboxów. Więc to właśnie na inspiredby.pl składajcie zamówienia. 🙂

 

Zobacz również:

Inspired By Naturalnie Piękna edycja 10

Inspired By Naturalnie Piękna 9

Inspired By Naturalnie Piękna 8

 

Jaka jest seria Nature Story by Tołpa dla Lidla?

Jak dowiedziałam się, że powstała nowa linia kosmetyków marki Tołpa, która sprzedawana ma być wyłącznie w Lidlu, zaczęła zżerać mnie ciekawość. Czy kosmetyki te będą równie dobre i fajne, jak inne, których w Lidlu się nie sprzedaje?

Chwilę później w moje ręce trafiła cała linia Nature Story – bo tak się nazywa. I powiem Wam – pierwsze wrażenie naprawdę dobre. Praktyczne rozwiązania, słodkie opakowania i świetne zapachy. Linia dość kompleksowa, choć wiadomo, że każdy swoje 5 groszy by dorzucił, tak i ja zrobiłabym tam pewne podmianki czy rozszerzenia. Niemniej baza jest i to dobra.

Nature Story to póki co połączenie kosmetyków do oczyszczania i pielęgnacji. Łącznie 7 kosmetyków z dodatkami takimi jak kwas hialuronowy, komórki macierzyste, gliceryna, ekstrakt z nasion bawełny, wyciąg z owoców limonki, wyciąg z liści mięty, mleczko sojowe czy mleczko ryżowe.

Woda micelarna Delikatna Bawełna Nature Story to przyjazny dla skóry płyn. Choć skutecznie usuwa makijaż czy ogólne zanieczyszczenia z twarzy, to jest przy tym bardzo delikatny. Nie podrażnia skóry, nie powoduje, że ta zaczyna się czerwienić czy szczypać. Radzi sobie z tuszem do rzęs czy matowymi pomadkami. Ma wyraźny, ale przyjemny zapach. Składnikami aktywnymi są: ekstrakt z nasion bawełny, torf tołpa, hialuronian sodu, kompleks Lactil, komórki macierzyste z mikołajka nadmorskiego, gliceryna.

Nature Story by Tołpa – Delikatna Bawełna

Nawilżający żel do mycia twarzy Delikatna Bawełna Nature Story to kolejny kosmetyk, którego zadaniem jest oczyszczenie twarzy z wszelkich zanieczyszczeń. Ma fajną konsystencję – kremową, mleczną. Ta przyjemnie oblepia skórę i tworzy na niej taką śliską warstwę. Łatwo się spłukuje. W przypadku mniejszej ilości nawet nie tworzy zbytnio piany i bąbelków. Po osuszeniu, twarz jest czysta i niezwykle gładka oraz przyjemna w dotyku. Jestem tym efektem oczarowana. Zapach ten sam co przy wodzie micelarnej. Składnikami aktywnymi są: ekstrakt z nasion bawełny, torf tołpa, hialuronian sodu, pochodna mocznika, komórki macierzyste z mikołajka nadmorskiego, gliceryna.

Orzeźwiający żel z peelingiem bambusowym do mycia twarzy Miętowa Limonka Nature Story, to kolejny żel do mycia twarzy. Ten jednak wzbogacony jest o drobinki ścierające. Jest ich stosunkowo niewiele. Nie są też jakieś niezwykle intensywne, więc spokojnie żel ten nadaje się do codziennego użytku. Oczyszcza, usuwa martwy naskórek i przygotowuje skórę do pochłaniania składników aktywnych. Posiada konsystencję typową dla żelu. Pachnie cytrusowo, świeżo, jak na połączenie mięty z limonką przystało. Składniki aktywne to: ekstrakt z owoców limonki, sok z liści mięty, torf tołpa, kompleks morszczynu, łopianu, rukwi wodnej, bluszczu, cytryny, szałwii i mydlnicy, gliceryna, komórki macierzyste z budlei, drobinki peelingujące – pędy bambusa, ryż.

Nature Story by Tołpa – Miętowa Limonka

Jeśli chodzi o kremy, mam swoich ulubieńców. Na dzień Lekki krem z pudrem matującym Miętowa Limonka Nature Story. Uwielbiam go przede wszystkim za super lekką, trochę żelową, delikatnie chłodzącą i szybko się wchłaniającą konsystencję. Dobrze nawilża, nie natłuszczając przy tym. Nie pozostawia żadnej warstwy czy filmu. Lekko matowi, ale nie wysusza. Skóra przyjemna w dotyku, gładka i pachnąca świeżością. Składniki aktywne to: ekstrakt z owoców limonki, sok z liści mięty, torf tołpa, kompleks morszczynu, łopianu, rukwi wodnej, bluszczu, cytryny, szałwii i mydlnicy, komórki macierzyste z budlei, gliceryna.

Nature Story by Tołpa – Świeża Figa

Na noc – Krem-Maska do nocnej regeneracji Świeża Figa Nature Story. Bardzo przyjemny krem na noc. Posiada fajną, wchłaniającą się konsystencję, która jest bardziej treściwa, ale nieprzytłaczająca. Na skórze pozostawia cudny zapach. Rano skóra jest miękka, nawilżona i po prostu zadbana. Składniki aktywne to: ekstrakt z owoców figi, torf tołpa, masło babassu, pochodna mocznika, komórki macierzyste z budlei, gliceryna.

Pozostałe dwa kremy – Ekspresowy krem przeciw pierwszym zmarszczkom Super Soja Nature Story oraz Nawilżający krem z antyoksydantami Biały Ryż Nature Story, to uniwersalne kosmetyki, które można stosować rano i wieczorem, do każdego rodzaju cery. Oba silnie nawilżają i chronią cerę – jeden przed zmarszczkami, drugi przed zanieczyszczeniami. Oba też fantastycznie pachną. Skórę pozostawiają miękką, elastyczną i milutką.
Składnikami aktywnymi SUPER SOJA są: mleczko sojowe, torf tołpa, ekstrakt z senesu wąskolistnego, masło shea, gliceryna.
Składnikami aktywnymi BIAŁY RYŻ są: mleczko ryżowe, torf tołpa, ekstrakt z bobrka trójlistnego, masło shea, komórki macierzyste ze słodkiej pomarańczy, gliceryna.

Nature Story by Tołpa – Biały Ryż

Cała seria wolna jest od sztucznych barwników, parabenów, donorów formaldehydu, silikonów, oleju parafinowego.
Dostępna wyłącznie w sklepach Lidl, w cenach nie przekraczających 20 zł.

 

Zobacz również:

Seria tołpa:* estetic w codziennej pielęgnacji

tołpa:* dermo face, sebio. Maska czarny detox czyli głębokie oczyszczenie

RECENZJA tołpa: green oils. Orzeźwiający żel peelingujący do mycia twarzy

 

Rajska kąpiel z Tutti Frutti – Olejek do kąpieli i pod prysznic Ananas & Kokos

Olejek to raczej mało popularna forma „środka czyszczącego” skórę. Ale chyba właśnie ta egzotyka, sprawia, że chętnie sięgamy po produkty inne niż mydło, płyn do kąpieli czy żel pod prysznic. Lubimy testować i sprawdzać nieznane nam formy. Dlatego dzisiaj o nowości marki Farmona, z serii Tutti Frutti – Olejek do kąpieli i pod prysznic Ananas&Kokos.

Już na samym początku należy zaznaczyć, że kosmetyk ten jest wręcz przeznaczony na ciepłe pory roku. Zapach ananasa i kokosa jest tak intensywny, tak energetyczny, tak słoneczny i tak słodki, że głównie z wakacjami się kojarzy. Oprócz niezwykłego zapachu, kosmetyk wzbogacony jest o rozświetlające drobinki, które kojarzą się z mieniącym w słońcu piaskiem. Istny raj na ziemi!

Składnikami aktywnymi jest witamina A, E i F oraz naturalne olejki owocowe.

Olejek może być wlewany do wanny, albo stosowany bezpośrednio na ciało pod prysznicem. Co myślę jest bardzo fajnym rozwiązaniem.

Jeśli chodzi o konsystencję to nie jest to typowy olejek, ja bym raczej określiła go jako taki oleisty i bardziej lejący się żel pod prysznic. Jednak różnice powstają podczas kąpieli. Olejek bardziej trzyma się skóry. Choć wolnej się go rozprowadza, ma się poczucie sporej wydajności. Piana może spektakularna nie jest, ale spokojnie daje się ją uzyskać.

Skóra już pod prysznicem jest nawilżona i lekko natłuszczona. Po osuszeniu nawet nie potrzebuje balsamu, więc jest to fajna opcja, dla osób, które albo nie lubią używać mazideł pielęgnacyjnych do ciała, albo po prostu czasu na to nie mają. Myślę, że może się też sprawdzić jako letni kosmetyk do mycia ciała, kiedy to nasza skóra ma tak duży kontakt z promieniami słonecznymi, że każda forma jej odżywienia i natłuszczenia jest wręcz pożądana. A i zapach zobowiązuje – wiadomo.

Butla o pojemności 425 ml kosztuje ok. 15 zł, także stawka za ten raj też nie jest wygórowana. 🙂

Keratynowa seria do pielęgnacji włosów Cameleo Delia Cosmetics, której warto zaufać

Czasami dobrze jest wrócić do sprawdzonych kosmetyków i odkryć je na nowo. Ja tak ostatnio zrobiłam, a ile przy tym zyskałam! Ewidentnie moje włosy tęskniły za keratynową serią Cameleo Delia Cosmetics.

Choć od ostatniego naszego spotkania minął już jakiś czas, moje włosy poznały je od razu. Mają ostatnio gorszy okres, trochę grymaszą i nie chcą się słuchać. A największy problem mają z pochłanianiem składników aktywnych i wzmacnianiem się. Ale nie podczas pielęgnacji z użyciem kosmetyków z serii keratynowej Cameleo. Już sam szampon – Keratynowy szampon bez soli Cameleo „robi robotę”. Pod wodą nadaje włosom poślizgu, wygładza je i rozplątuje, co serio nie jest u mnie ostatnio normą. Nie jest ciężki i ładnie oczyszcza. Nie obciąża włosów, nie przyklepuje ich od nasady. Po suszeniu suszarką włosy ładnie się układają. Nie są wymęczone, suche i nastroszone. Raczej lekkie, sypkie i układające się. Szampon, ani w pojedynkę, ani w połączeniu z pozostałymi kosmetykami z tej serii nie elektryzuje włosów, nie puszy ich, ani też nie przyczynia się do szybszej utraty świeżości.

Oprócz szamponu seria keratynowa Cameleo to szereg, uzupełniających się wspomagaczy. Różne formy i formuły sprawiają, że kosmetyki tej serii można stosować wybiórczo, według upodobań czy potrzeb, albo w ramach kompleksowej pielęgnacji – wszystkie jednocześnie.

Delia Cosmetics Cameleo Anti Damage – seria keratynowa

Ekspresowa odżywka keratynowa Cameleo to przyjemny kosmetyk, który rozprowadza się już po oczyszczonych włosach. Posiada typową konsystencję, dobrze się trzymającą. Wygładza, ułatwia rozczesywanie i daje ochronę termoaktywną. Nie obciąża. Fajna, bo szybka. Wystarczy wmasować i spłukać, bez czekania.

Maska keratynowa do włosów zniszczonych Cameleo, to już nieco cięższy kaliber. Intensywnie regeneruje i wygładza włosy, nadaje im blasku. Nie powoduje ich obciążenia, przetłuszczania raczej też nie przyspiesza. Fajna, jeśli ma się te 5 minut więcej dla siebie i swoich włosów.

Płynna keratyna do włosów Cameleo to bardzo przyjemna forma, bo nie trzeba jej spłukiwać i można stosować zarówno na mokre, jak i suche włosy. Ma rzadką, wodnistą konsystencję, którą rozprowadza się po włosach atomizerem. Przyjemny zapach to dodatkowa zaleta – wiadomo. Na pewno daje włosom trochę życia i energii. Sprawia, że są bardziej elastyczne i giętkie. Nawilżone i odżywione. Włosy nie kruszą się, nie łamią i przede wszystkim nie są matowe. Spray na pewno nadaje blasku, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

Jedwab do włosów Cameleo to z kolei trochę żelowa, a trochę oleista konsystencja, która ma zbawienny wpływ na zniszczone, matowe końcówki. Nadaje im połysku, fajnego skrętu. Chroni przed wysokimi temperaturami, nawilża. Zawiera olej arganowy. Przy tym produkcie trzeba się pilnować, żeby nie przesadzić i nie zrobić sobie „mokrej włoszki”. W dobrych proporcjach jedwab ten jest wręcz produktem świetnym, więc też nie należy się go bać. Buteleczka z dozownikiem ułatwia sprawną aplikację.

Wszystkie kosmetyki z keratynowej serii Cameleo nie zawierają soli, parabenów czy sztucznych barwników, a ich formuły opracowane zostały na bazie biomimetycznej keratyny Kerestore 2.0. Mają wygodne, ergonomiczne opakowania i bardzo przyjemne zapachy, które utrzymują się na włosach przez dłuższy czas.

Dostępne są w sklepie internetowym marki, drogeriach internetowych i stacjonarnych (np. Rossmann, Hebe, Natura, Super-Pharm), a ceny poszczególnych produktów nie przekraczają 15 zł.

 

Zobacz również:

Nowość! Dermo System Delia Cosmetics – mój program oczyszczania

Podkład na wiosnę idealny Luxury Look LUMI&Healthy Delia Cosmetics

Kompleksowy pedicure z Good Foot Podology Delia Cosmetics

 

 

Wody perfumowane Allvernum kolekcja Grasse – czy warto?

Jakiś czas temu weszłam w posiadanie calej linii perfum Allvernum. A że wiosna to idealny czas na zmiany i tym samym nowe zapachy, dzisiaj jej prezentacja.

Allvernum to polska marka kosmetyków do pielęgnacji ciała i duszy. W swojej ofercie mają produkty takie jak mydła, kremy, balsamy, mgiełki, a także świece i dyfuzory. Jest również linia wód perfumowanych. Aktualnie składa się ona z 4 zapachów: Coffee & Amber, Cherry Bloosom & Musk, Lily of the Valley & Jasmine, Iris & Patchouli. Wszystkie inspirowane światową stolicą perfum, francuskim miasteczkiem Grasse (tak też nazywa się ta kolekcja) i to właśnie stamtąd pochodzą wszystkie esencje zapachowe użyte przy tworzeniu tych czterech wód perfumowanych.

Wody perfumowane Allvernum

Myślę, każda z nich jest zupełnie inna i charakterystyczna. O ile pewnie ciężko, aby wszystkie tak różne zapachy spodobały się równie bardzo jednej osobie, o tyle jestem przekonana, że każdy znalazłby wśród nich coś dla siebie.

Iris & Patchouli jest mocnym, intensywnym zapachem. Myślę, że niektórzy mogą określać go nawet jako ciężki. Bardzo kobiecy, zmysłowy. Korzenno – kwiatowy z dodatkiem cytrusów. Nutę głowy stanowią: neroli, bergamotka, kokos. Nutę serca: irys, jaśmin, róża. Nutę bazy: paczula, czekolada, karmel. Przypomina mi Lancome La Vie Est Belle, może dlatego podoba mi się aż tak bardzo? Może nie jest to najlżejszy zapach, ale z pewnością bardzo ładny, dlatego jak najbardziej polecam na wiosenne i letnie wieczory.

Coffee & Amber to lżejsza, bardziej słodka kompozycja, choć równie konkretna. Połączenie kwiatów, owoców i kawy, tworzy mieszankę, która wydaje się być bardzo znana, a jednocześnie bardzo odległa. Inspiracje orientem dają jednak o sobie znać. Zapach jest dość mocny, jednak jego świeże i słodkie nuty dodają mu lekkości, co sprawdza się w ciagu dnia. W tym przypadku nuta głowy to: gruszka, różowy pieprz, neroli. Nuta serca: kawa, jaśmin. Nuta bazy: bursztyn, paczula, wanilia. Jest bardzo podobny do Black Opium.

Wody perfumowane Allvernum

Pozostałe dwa zapachy nie urzekły mnie aż tak bardzo. Są dla mnie i zbyt „świeże” i zbyt kwiatowe. Chyba wolę jednak, gdy to wszystko jest bardziej wywarzone, albo wręcz przeciwnie – zupełnie pomieszane.

Lily Of The Valley & Jasmine – połączenie jaśminu i konwalii daje bardzo kwiatowy i jednocześnie taki „fresh” efekt. Myślę, że wbrew moim upodobaniom, to właśnie ten zapach na wiosnę może sprawdzić się najlepiej. Nuta głowy: zielone trawy i zioła, lotosu i peonia. Nuta serca: konwalia, róża, jaśmin. Nuta bazy: piżmo i drzewo cedrowe.

Cherry Bloosom & Musk tu z kolei jest bardzo owocowo, słodko i trochę kwiatowo. Taka wydaje się popularna i jednocześnie neutralna woń. Raczej nic zaskakującego, ale też nic co by przeszkadzało. Nuta głowy: mandarynka, gruszka, truskawka. Nuta serca: kwiat wiśni, róża, jaśmin. Nuta bazy: piżmo.

Jak tak myślę sobie o tej kolekcji perfum, to mam w głowie różę wiatrów i cztery zupełnie inne kierunki. Każda woda perfumowana tworzy zupełnie inną historię, którą oczywiście warto poznać. Jednak wiadomo, że ostatecznie na prowadzenie wysunie się jakiś faworyt. Jak u mnie- Coffee & Amber oraz Iris & Patchouli.

To co wyróżnia wody perfumowane Allvernum, to proste ale i efektowne połączenia. Minimalistyczne i eleganckie flakony. Stosunkowo trwałe zapachy. Fajna pojemność – 50 ml. Bardzo przyjazna cena – ok. 30 zł.

 

Zobacz również:

O zapachu MUGLER Angel Muse EDP

Chwileczka zapomnienia z Adidas Originals Born Original

 

Podkład na wiosnę idealny Luxury Look LUMI&Healthy Delia Cosmetics

Na co dzień, a w zasadzie nawet i od święta raczej noszę lekki makijaż. Delikatnie podkreślone oko, zarysowane kości policzkowe i wyrównany koloryt cery. Lubię czuć, że jest lekko i że skóra oddycha. Dlatego często sięgam po kremy BB i CC oraz przyjemne, delikatne podkłady. I o ile koloryzującego kremu na wiosnę jeszcze nie znalazłam, to podkład trafił do mnie z okazji karnawału.

Podkład rozświetlający Lumi&Healthy z serii Luxury Look Delia Cosmetics, to nowość w portfolio marki. Dostępny jest w czterech odcieniach, z których 11 IVORY u mnie wygląda naprawdę dobrze. Bardzo delikatny i ładny odcień – sprawdzi się u bladziuchów. 🙂 Podkład zamknięty jest w szklanej butelce o pojemności 30 ml, zakończonej dozownikiem i plastikowym dozownikiem. Całość myślę prezentuje się bardzo ładnie i porządnie.

Płynny podkład rozświetlająco-nawilżający Luxury Look LUMI&Healthy Delia Cosmetics

Podkład oprócz koloru oraz pigmentów rozświetlających zawiera również witaminę PP i ekstrakt z baobabu. A co warto jeszcze wspomnieć, wolny jest od parabenów i oleju parafinowego. Dedykowany do cery suchej, normalnej i mieszanej.

Jak dla mnie podkład ten jest czymś nowym, fajnym, wartym polecenia i sprawdzenia. Jego kremowa, nawilżająca konsystencja, sprawia, że cera świetnie radzi sobie w tym trudnym okresie przejściowym (między zimą, a wiosną). Podkład nie wysusza, ani nie podrażnia. Dobrze się rozprowadza, nie pozostawiając żadnych smug czy plam. Przykrywa to co trzeba, wyrównuje koloryt i delikatnie rozświetla. Pomaga w utrzymaniu zdrowej, nawilżonej i świeżej cery przez cały dzień. Kosmetyk nie przyczynia się do zatykania porów, ale do wygładzania już tak. A jego drobinki rozświetlające działają subtelnie, bez efektu tłustej czy świecącej się skóry. Nosi się go naprawdę bardzo przyjemnie i lekko, przez cały dzień. Jest kosmetykiem, który dobrze przyjmuje kolejne warstwy i z nimi współpracuje. Na twarzy dodatkowo pozostawia ładny, kojarzący się z wiosną zapach.

Dostępny jest między innymi w sklepie internetowym marki, w cenie ok. 23 zł.

It’s a Girls World by ShinyBox marzec 2018

It’s a Girls World to marcowa edycja ShinyBox. Czym tym razem zaskoczyło pudełko? Myślę, że bardzo pozytywnym akcentem tego wydania jest współpraca z Kontigo. W pudełku znalazły się wymiennie nie tylko akcesoria i puder brązujący Miyo, ale również kod rabatowy – 20%, na hasło: ShinyBox20. Ponadto zawartość ciekawa, różnorodna – i do pielęgnacji ciała, i do włosów, a nawet akcent makijażowy się znalazł. Jest też trochę produktów naturalnych, co zapewne cieszy nie tylko mnie.

Chyba z największych entuzjazmem u mnie spotkał się Olejek do demakijażu twarzy i oczy Go Cranberry Nova Kosmetyki. Uwielbiam olejki do mycia twarzy. I jak wspominałam wielokrotnie, na co dzień stosuję dwuetapowe oczyszczanie twarzy, więc zapasy olejków u mnie szczególnie mile widziane. 🙂 Co ważne – nie zawiera brzydkich rzeczy, jest hypoalergiczny i pięknie pachnie. Odpowiedni dla wegetarian i wegan. Składnikami aktywnymi jest olej żurawinowy, olej ze słodkich migdałów i witamina E. Butelka o pojemności 150 ml wyposażona jest w pompkę (przy olejkach sprawdza się najlepiej). Kosmetyk kosztuje ok. 30 zł

Następna super rzecz, to pęseta od Kontigo! Pęsety zawsze jakoś się gubią, znikają, rozpływają w powietrzu, więc dobrze jest mieć ich więcej. Wygląda porządnie i wesoło. Zapakowana jest w przezroczystą saszetkę, która może się przydać w podróży. Kosztuje ok. 15 zł.

Produkt, który z pewnością przypadł do gustu całej rzeczy Shinies to Antyoksydacyjny krem pod oczy bio Feel Free. Jest to produkt ceryfikowany EcoCert. Marka podkreśla zaś, że najważniejsza jest troska o środowisko naturalne i odpowiednie korzystanie z zasobów Ziemi. W składzie więc znajdziemy aż 99% składników pochodzenia naturalnego. Zawiera m.in. ekstrakty z kawy, cytryny, jabłka, aloes, miętę i kwas hialuronowy. Wyglądem przypomina kosmetyki Naobay, więc może to jakaś siostrzana marka.

Kosmetyk, którego z pewnością sama nie użyję, ale uważam, że to ciekawe, fajne rozwiązanie, to Sztyft na odrosty i siwe włosy Bielenda Instant Cover. W moim pudełku w odcieniu brązu. Byłby pewnie nawet dobry, ale nie farbuje włosów, a siwych też nie mam jeszcze aż tyle, żeby rzucały się w oczy, więc pewnie podaruję go mamie. Efekt podobno utrzymuje się do następnego mycia, więc jest to takie szybkie podratowanie sytuacji, gdy nie ma się czasu na fryzjera. Podobno nie sprawia problemów przy zmywaniu, nie obciąża włosów i nie wpływa na ich świeżość. Kosztuje ok. 17 zł.

Pozostają w temacie włosów – Maska nawilżająca włosy Mystic Black Baobab NOVEX. Głęboko nawilązająca, zawierająca wyciąg z baobabu (o, to dla mnie nowość!). Podobno odżywia, nadaje blasku, ale nie przetłuszcza, nadaje lekkości. A także ułatwia rozczesywanie . W pudełku travel size, cena ok. 8 zł.

Podkład nawilżający Mineral Velvet Skin Delia – na szczęście trafił do mnie w najjaśniejszym odcieniu, tj. 01 Ciepły Beż, choć i tak mam wrażenie, że jest zbyt pomarańczowy. Ogólnie podkłady Delia lubię. Zazwyczaj są lekkie, nie zapychające, przyjemnie się noszące. Ten ładnie się rozprowadza i kryje co trzeba. Fajnie, słodko pachnie. Tylko kolor trochę marchewkowy no, może latem się obroni. Jakby co – obecnie w promocji, można na stronie marki za 8 zł kupić. 🙂

No i na koniec upominek – 2 chusteczki samoopalające Efektima. Trochę się ich boję przyznam szczerze, ale może w końcu się przełamię, lato samo nie przyjdzie, trzeba je przywołać. 😛

I tym w sumie mało optymistycznym akcentem (ale jakże prawdziwym – u mnie za oknem dwa dni temu przejeżdżała odśnieżarka 😉 dotarłyśmy do końca. Szczerze powiem – „mnie się podoba”, a Wam? Pudełka It’s a Girls World dostępne są na stronie ShinyBox.pl. Widziałam też, że do końca marca działa promocja Secret Date – na 2 pudełka niespodzianki z 13 produktami, w cenie 39 zł! Kto zamówi sobie takiego zająca? 🙂