Jak sprawdził się krem pod oczy NAOBAY Renewal Antiox Eye Contour Cream?

Ponieważ aktualnie dobijam do jego końca, postanowiłam co nieco o nim napisać. Używałam tego kremu naprawdę długo a ani razu o nim nie wspominałam. Nie wiem jak to się stało, ale jak tak pomyślę, to wiele u mnie takich „cichych bohaterów”. Używam ich na co dzień, jestem z nich szczerze zadowolona, a jakoś mi się o nich zapomina. W każdym razie to jeden z takich właśnie kosmetyków – Krem pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream.

Dostałam go w którymś Shinyboxie i chyba była to nawet zeszłoroczna, styczniowa edycja. Nie otworzyłam go od razu i wpadł do zapasów. Jednak jak już się poznaliśmy, to zapanowała miłość.Mieliśmy małą przerwkę, bo testowałam na Waszą prośbę inny krem pod oczy (z linii Dragon Blood Evree), ale po jakichś 2 miesiącach wrócił do mnie. I jeśli zastanawiacie się teraz czy po takim czasie był on jeszcze przydatny, to tak. Ten krem po otwarciu jest świeży jeszcze przez najbliższych 12 miesięcy. I wydajny też jest bardzo. Jak wspomniałam u mnie już końcówka, ale na pewno używam go łącznie ponad 6 miesięcy, rano i wieczorem.

Opakowanie to plastikowa tubka, z drewnianym korkiem i przyznam, że kiedyś byłam w opakowaniach Naobay wręcz zakochana. Wydawały mi się idealną metaforą połączenia nowoczesnych rozwiązań z siłą natury. Bo kosmetyki te powstają na bazie naturalnych, a nawet ekologicznych składników – posiadają certyfikat EcoCert. Oczywiście zwierzęta z ich powodu też nie cierpią.

Składnikami aktywnymi Kremu pod oczy Naobay, Renewal Antiox Eye Contour Cream są:
– olej arganowy,
– masło Shea,
– sezam,
– dzika róża,
– ekstrakt z cynamonu,
– rumianek,
– wąkrota azjatycka.

Konsystencję ma lekką, trochę jakby wodnistą. Nie jest gęsty, nie lepi się. Lekko sunie po skórze. Nie trzeba go jakoś specjalnie wcierać czy rozprowadzać. Wystarczy nałożyć w odpowiednim miejscu i wklepać opuszkami palców. Wchłania się przyzwoicie i nie pozostawia po sobie śladów czy tłustych filmów. Świetnie sprawdza się i wieczorem i rano, pod makijaż. Nie zauważyłam żeby jakoś źle reagował na inne kosmetyki, czy to pielęgnacyjne czy kolorowe.

Wiem, że zdania na jego temat są podzielone. U mnie jednak nie występowało żadne podrażnienie, pieczenie czy inne nieprzyjemne skutki stosowania tego kremu. A okolice oczu mam wrażliwe i dużo kosmetyków z tego powodu się u mnie nie sprawdza. Ten natomiast nie tylko delikatnie się obchodzi ze skórą wokół oczu, a dodatkowo ją koi i łagodzi. Dobrze nawilża i minimalizuje powstawanie efektu podpuchniętego oka, klasycznych worków, czy wyraźnych cieni. Tak ogólnie dba o dobrą kondycję okolic oczu. Co do spłycania zmarszczek się wypowiedzieć nie mogę, bo jeszcze ich nie mam. 😛

Jak możecie wywnioskować, ja naprawdę jestem z tego kremu zadowolona. Ma on jednak pewną wadę, jest nią cena. 😉  Około 100 zł.

Warsztaty Beauty Healthy Lifestyle – 19.01.2019

Wiecie, że 19 stycznia uczestniczyłam w warsztatach Beauty Healthy Lifestyle, które organizowała Ewelina (Revelkove Love) i Diana (chanceleee) u Polskich Projektantów? Na pewno wiecie, bo taką relację zrobiłam Wam na instastory, jak nigdy! 😀 I tak na marginesie – życie blogerki łatwe nie jest. Przynajmniej dla mnie nie lada wyzwaniem jest uczestniczenie w jakimś wydarzeniu, bycie tam na 100%, ale też relacjonowanie go na bieżąco i informowanie Was o tym. Mówią, że kobiety niby taką podzielną uwagę mają… Ściemniają! 😛 Mimo to starałam się być „żywa” po obu stronach i mam nadzieję, że się udało. 🙂 Ale wracając do warsztatów – strasznie fajna to była sprawa dla mnie, ale chciałabym też aby i Wam zapadło w pamięci te wydarzenie. Dlatego co nieco dla Was z tego spotkania przemyciłam. 😀 Ale od początku.

Idea warsztatów opiera się na promowaniu tego co dobre, naturalne, stworzone w duchu „slow”. Nie było więc na mapie Warszawy lepszego miejsca do ich zorganizowania niż właśnie Strefa 3 i butik Polscy Projektanci. Tego dnia oprócz warsztatów, miał tam miejsce jeszcze jeden event. Ten był otwarty, przeznaczony dla wszystkich miłośników mody, polskiego rzemiosła i kosmetyków naturalnych – Poranek z Polskimi Projektantami. Byli projektanci, były stylistki, było komputerowe badanie skóry (by Diana Bojko – Naturale 🙂 ), fotografowie, pięknie prezentujące się jedzonko i to co w butiku jest najlepsze – te wszystkie cudowne ubrania i dodatki! Dość liczne towarzystwo po godzinie 13:30 zamieniło się w kameralne spotkanie koleżanek z blogosfery.

Piękne, zdrowe jedzonko na stylowym tle 😀

Warsztaty podzielone były na trzy moduły i w zasadzie każdy z nich miał nieco inny charakter. Zaczęłyśmy od zajęć praktycznych i kręcenia własnych kosmetyków na komponentach Natura Receptura. Miałyśmy też okazję poznać właścicielkę marki, która przyjechała do nas i dla nas aż z Elbląga i uczestniczyła w spotkaniu prawie do końca! 🙂 Ale wracając do DIY… Przyznam szczerze, że przepisy zaskoczyły mnie pozytywnie, a dziewczyny postarały się o coś niestandardowego (przez standard rozumiem np. domowy peeling czy maseczkę na bazie glinki 😛 ). Dlatego postanowiłam zrobić odpowiednią dokumentację i się z Wami tymi recepturami podzielić.

 

 

DIY kosmetyki naturalne – receptura na Saszetkę do kąpieli lub szafy

Kolejnym etapem spotkania była prezentacja marki Bioup i masażu twarzy, o którym mówiła nam właścicielka marki. Kosmetyki bardzo interesujące, z naturalnymi składami i przede wszystkim starannie wyselekcjowanymi składnikami aktywnymi, o których p. Karolina czerpiąc ze swojego bogatego doświadczenia mogłaby nam opowiadać godzinami. I z tego spotkania też coś Wam przemyciłam. Perełkę! Skwalan z Trzciny Cukrowej „dobrego pochodzenia”! A jeśli o sam masaż twarzy chodzi, to aż wstyd się przyznać, ale sama robię go naprawdę rzadko. Nie wiem dlaczego. W sumie dużo czasu to nie zajmuje. Chyba po prostu z niechciejstwa i zapominalstwa. Muszę go jakoś na stałe wpleść w codzienną pielęgnację, bo jak to powiedziała p. Karolina – jest to coś extra, co możemy dać skórze, nic za to nie płacąc, ale też nie mogąc tego zastąpić niczym innym. Dotyk to jednak jest moc. 🙂

Ostatnią częścią spotkania była dyskusja do której zaprosiła nas Diana Bojko, kosmetolog jakich w Warszawie niewielu. Bowiem Diana pracuje w swoim gabinecie – Naturale Kosmetologia tylko na naturalnych i sprawdzonych kosmetykach. Nie wciska Klientkom czegoś, czego sama by nie użyła i nie byłaby z efektów zadowolona. Co przyznam bardzo mi się podoba. Sama jeszcze u niej na zabiegach nie byłam, ale już się zapisałam, także pewnie dam znać, jakie są moje wrażenia i odczucia. Diana postanowiła poruszyć temat niby oczywisty, bo rozmawiałyśmy o tym przez co mogą powstawać zanieczyszczenia i problemy skórne, ale to co dla nas oczywistą oczywistością, dla innych wcale takie wiadome niestety nie jest. Dlatego ostatni prezent z warsztatów Beauty Healhty Lifestyle jaki dla Was przygotowałam, to ta krótka ściąga, największych i niewybaczalnych błędów obchodzenia się ze skórą:
1. Nigdy nie kładziemy się spać w makijażu!
2. Zmycie makijażu oczu czy ust nie jest jednoznaczne z oczyszczeniem twarzy.
3. Typowy tonik nie służy do mycia twarzy.
4. Twarz wycieramy innym ręcznikiem niż ciało czy (o zgrozo!) ręce, który dodatkowo powinien być na bieżąco wymieniany i prany. Można też używać jednorazowych ręczniczków bawełnianych.
5. Często też powinnyśmy zmieniać pościel, a także dbać o czystość jaśków, poduszeczek i innych przytulanek nocnych – wiecie ile one tego całego syfu gromadzą? A my noc w noc się do tego tulimy. Pamiętajcie o tym. 😉
6. I na koniec chyba rzecz najważniejsza – jesteś tym co jesz i wszystko to widać na Twojej skórze.
I więcej już nie straszę. 😀

Fot. Moment Decydujący MDWD

Pomiędzy modułami warsztatowymi miałyśmy jeszcze okazję poznać historię marki Biżuteria z talerzy. Poczuć na własnych rękach ciepło i moc składników aktywnych zamkniętych w Prowansalskich Świecach do masażu. Zapoznać się z ofertą marki Zielone Laboratorium, a także odebrać kod rabatowy do PIKA Biżuteria (do końca marka na hasło: MAGICDUST -25% 🙂.

Podczas imprezy towarzyszyły nam „dziewczyny z aparatami” – Monika Kutkowska, Wiola i Joasia, choć ja w tym wpisie posiłkowałam się tylko fotami Wioli – Moment Decydujący. A nagłaśnianiem całej afery jeszcze przed jej startem zajęła się Ambasada Kosmetyczna. Dzięki Wam ogromne. 🙂

Mam nadzieję, że dzięki tej relacji i „giftom” jakie dla Was przygotowałam, chociaż przez chwilę poczułyście się jak uczestniczki tego wydarzenia – z taką myślą pisałam ten tekst. Dzięki! <3

Fot. Moment Decydujący MDWD

I już naprawdę na koniec – wszystko co oprócz przygotowanych przez siebie kosmetyków przytargałam ze spotkania chciałam Wam pokazać. 🙂 Przyznam, że Prezenty od Strefa 3 zaskoczyły mnie najbardziej. 😀 

Time to Shine by Shinybox – styczeń 2019

Najnowszy Shinybox trafił i w moje ręce. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa kosmetyków, z którymi najpopularniejszy box kosmetyczny w Polsce wejdzie w Nowy Rok. Choć przy pudełku grudniowym zdania co do jego zawartości było mocno podzielone, to styczniowe pudełko wzbudza chyba o wiele mniej kontrowersji i w sieci funkcjonuje raczej jako to dobre. Ciekawe? To lecimy! 🙂

W styczniu króluje marka Bell, a towarzyszą jej Dermaglin, Schwarzkopf Gliss Kur, Carlo Bossi, Anwen, Biodermedic, Element i Vis Plantis. Moje pudełko z racji, że ambasadorskie, jednak od standardowego nieco się różni. Zabrakło Bell HYPOAllergenic Powder & Blush, ale za to produktów wymiennych dostałam więcej.

Co tym razem ucieszyło mnie najbardziej?
To oczywiste – Bell Hypoallergenic Brow Modeller Gel. Dlaczego? Bo uwielbiam wszytsko to, co dedykowane jest brwiom. 😀 Nie wiem dlaczego, ale straszną mam frajdę z testowania kolejnych kosmetyków czy to do pielęgnacji czy makijażu brwi. Żel ma optycznie wypełniać ubytki, a także pomagać w modelowaniu i stylizacji. Z tego co widzę na pierwszy rzut oka, to ma bardzo rzadką konsystencję, więc nie mam pojęcia jak się sprawdzi. Aplikator za to wydaje się być brwiom przyjazny – mała szczoteczka. 18 zł kosztuje taki żel.

Kolejnym produktem, który się nie zmarnuje jest Maska wzmacniająca do włosów z Basil Element Vis Plantis. Aktualnie mam deficyt odżywek i masek do włosów, więc same rozumiecie. Tej serii nie używałam, więc dodatkowe miłe zaskoczenie. Maska podobno zwiększa miękkość i elastyczność, przeciwdziała rozdwajaniu się końcówek. Producent zapewnia też o pozytywnym wpływie na zagęszczenie włosów i ich wzmocnienie. Słoiczek 200 ml kosztuje ok. 30 zł.

Szampon do włosów z węglem aktywnym _Element to kolejna rzecz do włosów i kolejny produkt, który z chęcią przetestuję. Z marką jeszcze przyjemności nie miałam, więc jest to dla mnie zupełna nowość. Szampon dzięki swojej formule prezentuje się ciekawie i zupełnie inaczej niż koledzy z półki. Jak dla mnie bardziej (przynajmniej z wyglądu) przypomina peeling i kto wie, może coś w tym jest.

W styczniowym pudełku znalazłam jeszcze jeden kosmetyk do włosów, również szampon. Gliss Kur Szampon do włosów Purify&Protect – nowość. Zawiera ekstrakt nasion moringi i serum keratynowe. Bez szału, bo wiadomo – bardziej łasa jestem na mniejsze, bardziej naturalne i ciekawsze marki, ale szampon się zużyje. Zwłaszcza, że szampon ten ma odciążać, więc na teraz dla mnie jak znalazł.

Time To Shine by Shinybox – zawartość pudełka

Kolejna myślę ciekawa rzecz to woda perfumowana Carlo Bossi. I oczywiście nie o markę tutaj chodzi, a ogólnie o ideę wrzucania do boxów zapachów. Każda z nas na co dzień się czymś tam pachnie, więc są to produkty w zasadzie pierwszej potrzeby :D, których mimo wszystko w pudełkach kosmetycznych jest za mało. Zapach ten przypomina mi Black Opium i zauważam, że panuje na niego szał totalny. I nie mówię już o samych fankach zapachu, ale o firmach, które mocno inspirują się znanymi pachnidłami i mocno go w swojej ofercie promują. Na mojej toaletce stoi aktualnie 5 flakonów perfum wzorowanych na Black Opium YSL. ;)W każdym razie perfumetka zawsze spoko, do torebki idealna. Ta kosztuje ok. 15 zł.

Biodermic i Maska w płachcie kawiorowa, to kolejna nowość. I jestem nią zaciekawiona. Jeszcze nie próbowałam, ale kawior w płachcie brzmi dobrze. Maska podobno rewitalizuje skórę, poprawia jej koloryt, i przyspiesza odnowę komórkową. Kosztuje ok. 18 zł.

Maseczki Dermaglin znam, więc tutaj elementu zaskoczenia nie było, ale dobra glinka nie jest zła. Przyda się. Cena ok. 7 zł.

I zostały na koniec dwie pomadki Bell – a w zasadzie Kremowa pomadka do ust Secretale Nude oraz HYPOallergenic Lip Laquer Liquid. Obawiam się, że oba trochę nie w moich tonach, ale wypróbuję, może się miło zaskoczę i czuć będę się w nich dobrze. Kosztują ok. 13 zł/szt.

Time To Shine by Shinybox

W każdym standardowym pudełku można było jeszcze znaleźć Bell Hypoallergenic Powder&Blush. Dla mnie niestety zabrakło, ale na jego miejsce dostałam wymienne produkty z tego pudełka, o których pisałam wcześniej, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. 😀 Opakowanie mieści w sobie puder matujący i róż. Na zdjęciu prezentuje się całkiem fajnie. Kosztuje ok. 19 zł.

I tak dotarłyśmy do końca. To jak? Udane pudełko czy nie? 🙂 Może nie ma szału jeśli chodzi o marki, bo większość to typowo drogeryjna oferta, ale i tak całkiem ciekawie się to prezentuje. 🙂 Ja większość z tych produktów wykorzystam, także „dla mnie się podoba”. 🙂

Pudełka Time to Shine są jeszcze dostępne, także szorujcie na stronę shinybox.pl! 🙂

 

Zobacz również:

Shiny Christmas by ShinyBox

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Think Pink by ShinyBox

 

 

Cienie do powiek Luxe AVON. Czy warto?

Jakiś czas temu w moje ręce wpadła paletka cieni Luxe od Avon. Kosmetyków tej marki nie używałam już naprawdę długo, więc z chęcią sobie te cienie przetestowałam. Szczególnie że linia Luxe cała ze złota, to i na zawartość taką liczyłam. 😀 O tym jak ostatecznie paletkę oceniam przeczytacie w dalszej części tekstu.

Zacznę od tego że linia Luxe Avon pozycjonowana jest bardziej na tą premium (oczywiście w stosunku do innych kosmetyków z katalogu), a regularna cena tych cieni to 60 zł. Moim zdaniem niemało i zdaję sobie sprawę, że w tej cenie możemy kupić wiele fajnych, często większych palet innych marek. Byłam więc bardzo ciekawa jak się sprawdzi.

Opakowanie całe w złotym chromie i na dodatek wypukłe, więc odbijające w sobie cały świat – dosłownie. 🙂 Bardzo ciężko było jej w ogóle zrobić nadające się do czegokolwiek zdjęcie. Ale wiadomo, że nie dla wygody przy robieniu zdjęć opakowanie zostało zaprojektowane w taki sposób, a dla cieszenia oka i podkreślenia wyjątkowości tego właśnie produktu. 😊 I rzeczywiście z zewnątrz prezentuje się bardzo ładnie, jednak sam materiał, z którego została paleta wykonana – plastik nie należy do tych najlepsiejszych i najcięższych.

Paleta cieni Luxe Avon

W środku paletki Glamorous Roses (jest to jeden z sześciu dostępnych wariantów kolorystycznych), znajduje się 5 cieni. I uważam, że są dobrze do siebie dobrane, a za ich pomocą można skomponować ładne, codzienne oko. Są na tyle uniwersalne i naturalne, że chyba każda z nas znalazłaby dla nich zastosowanie.

Cienie mają pudrowe formuły. Są delikatne i lekkie. Ładnie się rozprowadzają. I nie osypują się. Raczej słaba pigmentacja dla jednych może być wadą, dla drugich zaletą. Bo z jednej strony, jak ktoś „MUA” jest to nie wyżyje się i kolorów w pełni nie nasyci, ale dla osób, które kursu wizażu nie kończyły i na dodatek nie czują się w temacie zbyt pewnie, może być to zupełnie bezpieczna opcja, bo krzywdy sobie nimi zrobić nie można.
Nie są to jakoś nadzwyczaj pylące się cienie, raczej trzymają się i pędzla i powieki. Są w miarę trwałe, dobre na co dzień, do pracy czy szkoły. Cienie nie drażnią oka czy powieki i nie sprawiają problemu przy demakijażu.

Myślę, że z paletki będą zadowolone kobiety dojrzałe i też dziewczyny dopiero z makijażem przygodę zaczynające. Jeśli ktoś interesuje się wizażem lub ma wprawę w ozdabianiu oka, to ta paleta raczej dobrego wrażenia i szału nie zrobi. 🙂

Luxe Avon paletka cieni do powiek

Sposób na alergie kontaktowe. Pielęgnacja skóry serią Metalscreen NUEV

Ostatnio dostałam do testów produkty nowej na rynku marki do pielęgnacji skóry – Nuev. Seria metalscreen dedykowana jest skórze skłonnej do alegrii. Szczególnie chroni przed metalami, w tym najbardziej powszechnym dzisiaj niklem. Jako, że sama na alergie kontaktowe raczej nie cierpię, to zestaw przetestowałam razem z moją przyjaciółką, która bardzo musi uważać na to, z czym jej skóra ma kontakt i jakich kosmetyków używa. Wiele rzeczy powoduje u mniej zaczerwienienia, wysypki czy krosty, w tym również wspomniany nikiel. Seria więc wydawała się być dla niej idealna.

Zanim jednak przejdziemy do sedna – czyli podsumowania testów, warto jeszcze powiedzieć kilka zdań o samej marce. Pewnie wiele z Was właśnie dowiedziało się o jej istnieniu, więc nie mogę pozostawić Was w takiej niewiedzy. Marka weszła na rynek w 2018 roku, a w  zasadzie nawet w jedno drugiej połowie. Aktualnie ofertę tworzą dwie linie. Kosmetyki Nuev to produkty chroniące skórę przed tym, co w naszym środowisku dla niej nieprzyjemne. Chroni przed alergiami kontaktowymi, a seria screenmetal nakierowana jest jak sama nazwa wskazuje właśnie na metale, również wszechobecny nikiel. Za tą ochronę odpowiada opatentowany składnik – Chitathione. To właśnie on tworzy barierę ochronną, pozostawiając na skórze swoisty film, który nie przepuszcza zanieczyszczeń i szkodliwych jonów metali.

Krem ochronny i Balsam do ciała z serii metalscreen NUEV

I właśnie screenmetal sobie testowałyśmy. Znajdziemy w tej serii Odżywczy krem ochronny i Wygładzający balsam do ciała i dłoni. Krem występuje w 3 poziomach ochrony. Można stosować go na twarz, jak i punktowo na ciało. Oprócz bariery ochronnej, która te wszystkie 3 kremy od siebie różni, gołym okiem można zauważyć nieco inną ich konsystencję. Wraz z zwiększającym się poziomem ochrony, formuła kremu jest cięższa i bardziej tłusta. Choć 3 poziom ochrony nadal jest przyjemnym i dobrze wchłaniającym się produktem, to pozostawia po sobie cienką warstwę tłustego filmu. Idealnie sprawdza się w mroźne dni. I do pielęgnacji twarzy, i do podleczenia przesuszonych obszarów na ciele, takich jak na przykład łokcie. To czy nada się pod makijaż, chyba zależy od stanu cery i osobistych preferencji. Tutaj ta ochrona rzeczywiście jest wyczuwalna. Odżywczy krem ochronny, 2 poziom ochronny, to nieco lżejsza wersja. Szybko się wchłania, pozostawiając przyjemną w dotyku, miękką i zdrową skórę. Ta wersja pod makijaż sprawdzi się zapewne u większości z Was. Współpracuje z innymi kosmetykami kolorowymi, nie powodując żadnych szkód. Z innymi produktami pielęgnacyjnymi też mu po drodze. Myślę, że to taka optymalna, nadająca się na każdą porę opcja. Wersja ta super sprawdza się do pielęgnacji dłoni. Przesuszone dostają i nawilżenie, i odżywienie. Od razu czuć, że lepiej się im robi. A co fajne – tłustej powłoki po sobie nie pozostawia, więc życia nie utrudnia. 🙂 Ostatnia wersja kremu – 1 poziom ochrony, to najlżejsza, szybciutko wchłaniająca się konsystencja, która najlepiej chyba będzie sprawdzała się latem. Właśnie dlatego, że działa, ale śladu po sobie nie zostawia. Co najważniejsze – podczas stosowania kremów, u przyjaciółki nie wystąpiły żadne podrażnienia czy alergie, także ochrona, nawet ta najmniejsza (poziom 1) chyba rzeczywiście działa. 🙂

Seria metalscreen NUEV

Wygładzający balsam do ciała i dłoni, w „ciężkości” konsystencji bardziej chyba przypomina Krem 3 poziom ochrony, bo jednak jakąś powłokę na skórze się wyczuwa i wchłania się też dłużej. Mimo wszystko jest to jednak zupełnie inny produkt. Nawilża i wygładza. Skórę podrażnioną (na przykład depilacją) łagodzi i koi. Daje radę w zimę, ale myślę, że i na cieplejsze pory roku będzie dobry. Bo ostatecznie na skórze nie ciąży.

Zapach dla całej serii jest taki sam. Niestety chyba nie potrafię go opisać dokładnie. Moja przyjaciółka nazwała go „mydlanym”, ale ja chyba nie do końca się z tym zgadzam. Tak czy siak – miły, neutralny i delikatny. Myślę, że mało komu by się nie spodobał. 🙂 A jednocześnie nie przeszkadza i nie miesza się z perfumami czy innymi pachnidłami.

Kosmetyki Nuev mają bardzo proste i jednocześnie urocze opakowania – zwyczajne tubki, zapakowane w kartoniki, niby nic takiego, a jednak! Minimalistyczny design swoje robi. 🙂

I mam jeszcze dwie ważne rzeczy do dodania.
1.Kosmetyki Nuev są uniwersalne – odpowiednie dla każdego rodzaju skóry i w każdym wieku.
2. Ceny za taki „specjalistyczny” kosmetyk są przyzwoite myślę. Zaczynają się od 37 zł za balsam, a za krem od 40 (1 poziom ochrony) do 76 (poziom 3).

Shiny Christmas by ShinyBox

W czwartek dotarł do mnie najnowszy – grudniowy a zarazem świąteczny ShinyBox. I jak powszechnie wiadomo – ten najbardziej wyczekiwany zestaw roku. Czy rzeczywiście było na co czekać?

Przyznam szczerze, że jest to jedna z tych edycji, w których nie bardzo się orientuję. Bo jest chyba wiele produktów wymiennych i też różne wersje pudełka (standard, premium, VIP). Piszę „chyba wiele”, bo nie dotarła do mnie karta produktów, a nie chciałam trzymać prezentacji pudełka w zawieszeniu. Także wiem tyle, co podpatrzyłam sobie na Instagramie i Facebooku. 🙂 Tak jak w poprzednim miesiącu, tak i w tym, w ręce moje trafiły dodatki ambasadorskie, które również Wam zaprezentuję.

Tym razem zacznę od produktów, które nie przydadzą mi się w ogóle i w zasadzie za chwilę czeka je przeprowadzka do nowego domu i nowej właścicielki. Mowa o produktach do cery trądzikowej.

Mediq Skin PLUS Żel punktowy do cery trądzikowej 30 ml. Jest to wyrób medyczny, a nie typowy kosmetyk, więc możliwe, że jego skuteczność jest naprawdę imponująca. Na sobie tego nie sprawdzę, bo nigdy nie miałam tego typu problemów z cerą. Ale moja przyjaciółka z chęcią przetestuje, także wkrótce trafi na jej ręce. Cena ok. 50 zł.

W grudniowym pudełku ShinyBox znalazły się również dwa produkty Delia Cosmetics. Jeden to cień do powiek – mimo innego odcienia moim zdaniem dubel z edycji listopadowej. Cena ok. 9 zł.
Drugi to Mgiełka tonizująca do twarzy, szyi i dekoltu. I to w porządku. Ja już ją miałam i ten egzemplarz pewnie poślę dalej. Ogólnie ok jest. Cena ok. 9 zł.

Kolejne produkty, które znalazłam w swoim pudełku, wystąpiły w tej edycji VIP zamiennie i chyba właśnie te przypadły mi do gustu najbardziej. Mowa o olejkach eterycznych:
Vera Nord Olejek eteryczny pomarańcza. Cena ok. 12 zł.
Natura Receptura Naturalny Olejek lawenda. Cena ok. 4 zł.
Super, bardzo się przydadzą. I do nawilżacza powietrza i do łazienki i do kosmetyków diy. Na dodatek pomarańcza idealnie wpisuje się w świąteczny okres, a lawenda z kolei świetnie sprawdza się na co dzień.

La Vie Claire Mydło marsylskie oliwka – uwielbiam naturalne mydła. A mające w składzie oliwkę szczególnie, więc produkt dla mnie wręcz idealny. Do każdego rodzaju skóry, do dowolnego stosowania. Kosztuje ok. 13 zł.
I jeszcze jedno mydło, w bardziej świątecznej wersji – Allvernum Mydło Korzenne. Pachnie przepięknie, słodko, piernikowo. Już leży w mydelniczce. Cena: ok. 4 zł

Kolejne dwa produkty, które znalazłam w swoim boxie, w standardowej wersji występowały w nim wymiennie:
Dermaglin Maseczka do cery trądzikowej. Glinka zawsze spoko, ale jak mieszanka typowo pod trądzik, to też do przyjaciółki leci. Cena ok. 7 zł.
Blanx Pasta do zębów. I z tego szczerze się cieszę. Produkty do higieny jamy ustnej zawsze się zużyje, a i na jakąś perełkę można wpaść.Kosztuje ok. 16 zł.

I na koniec dodatki ambasadorskie:
1. Szampon do włosów koreańskiej marki Kerasys, której nazwa przyznam kojarzy mi się z serią profesjonalną ogólno dostępnej i bardzo popularnej marki – Wam też? 🙂 Bardzo ciekawa go jestem, więc niebawem rozpocznę testowanie. Ogromny plus za butelkę z pompką. Cena ok. 37 zł.
2. DR.GRANDEL Krem Hyaluron Refill Cream. O marce pierwszy raz słyszę, więc z chęcią sprawdzę i przetestuję. Krem dostałam w formie miniatury, ale może uda się coś na jego temat powiedzieć.

I to już wszystko. Sama nie wiem co o tym pudełku myśleć (szczególnie w tej wersji podstawowej), więc chyba nie będę go oceniała. Pudełko Shiny Christmas zostało wyprzedane, ale wiem, że aktualnie trwają wyprzedaże – po 8 kosmetyków za 19 zł, więc sprawdźcie to sobie koniecznie. 🙂

Testuję maseczki w płachcie z mojaazja.eu

Mimo tego, że sama po przeczytaniu „Sekrety Urody Koreanek” zmieniłam podejście do pielęgnacji i wiele z tej książki do niej wprowadziłam, to myślę, że nie trzeba być wielką fanką azjatyckiego sposobu dbania o cerę, żeby stosować maseczki w płachcie. Są one aktualnie bardzo popularne, wszędzie dostępne, nadal egzotyczne i przede wszystkim skuteczne. Wielość i różnorodność składników aktywnych jest wręcz ogromna i każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Czy to o działanie, czy nawet sam zapach chodzi.

Ja ostatnio wzięłam się za testowanie koreańskich maseczek, które dostępne są w mojaazja.eu – czyli internetowym sklepie przepełnionym kosmetykami azjatyckimi. Z tego co się orientuje są dystrybutorem wielu marek, więc naprawdę można znaleźć u nich perełki.

Maseczki w płachcie

Maseczka, która zaciekawiła mnie najbardziej to PEACH – z wodą z lodowca i brzoskwinią. I sama nie wiem dlaczego właśnie na nią zwróciłam uwagę w pierwszej kolejności. Czy aż tak spodobał mi się zupełnie prosty i oczywisty w przekazie projekt opakowania? Czy może ten lodowiec połączony z soczystym owocem? Nie wiem. Ale przypuszczałam, że może być w niej coś innego i nie myliłam się. Serum, w którym zanurzane są płachty zazwyczaj mają gęstą konsystencję, czasami ciągnącą się, innym razem bardziej żelową, ale jednak jakoś tak bardziej zbitą. Tutaj od razu można było wyczuć wodę w podstawie, więc i bardziej lekko było. Tak orzeźwiająco, a zarazem słodko. Zapach brzoskwini wyczuwalny, ale naturalny. Bez nachalnych perfum. Niestety przy takiej formie gorzej jest z przyczepnością, bo rzadka konsystencja nie pomaga. Ale cienki materiał płachty pewnie został w tym przypadku przemyślany i właśnie ma za zadanie jednak przy tej skórze zostać, a nie osuwać się i spadać wraz z ciążącą na niej wodą.

Ogólnie lubię kosmetyki antyoksydacyjne, więc drugą w kolejności, była płachta ANTIOXIDANT Green Tea Essence Mask. Pierwsze wrażenie super. Esencja bardziej zbita, trochę żelowa. Płachta grubsza niż w PEACH, przyjemna. Duet w tej postaci super trzymał się skóry. Maseczka pozostawała na miejscu, bez żadnych poprawek. A ja i pogadać lubię i czegoś się napić w trakcie, więc wiecie. 😉 Tak więc od strony technicznej nie mam jej co zarzucić, za stronę praktyczną mogę tylko pochwalić. Po zabiegu miałam wrażenie, że moja skóra jest z 10 lat młodsza. Nawilżona, odżywiona, zrelaksowana. Super gładka, przyjemna w dotyku i trochę jakby naciągnięta. Na dodatek miała taki piękny zapach! Zdecydowanie maseczka ta trafia do moich ulubieńców.

Antyoksydacyjna maska w płachcie

Prreti i Skin Smoothie Maseczka nawilżająca z czerwoną kalarepą zdecydowanie najbardziej podoba mi się wizualnie, choć i ta czerwona kalarepa kusi. Do niej dorzucona została jeszcze żurawina i czarna porzeczka. Razem mają sprawić, że skóra będzie nawilżona, jędrna i wygładzona. I takie efekty też daje. Jest miło, miękko i zdrowo. A wszystko to dzięki idealnie przylegającej do skóry płachty. Serum, w którym została zanurzona działa jak klej i naprawdę super radzi sobie z utrzymaniem materiału, a chwilowo miałam nawet wrażenie, że ten nieco skórę ściska. Lekko żelowa konsystencja esencji, sprawia, że cały zabieg jest nieco chłodzący. Maska ma świetny zapach, który wiadomo – zostaje na skórze przez jakiś czas.

W sumie żadna z nich mnie nie zawiodła, choć PEACH na pewno nieco zaskoczyła. Takiej formy jeszcze na mojej twarzy nie gościłam, ale warto było. 🙂

Wszystkie maski, o których piszę dostępne są w sklepie internetowym mojaazja.eu i drogeriach stacjonarnych takich jak Hebe czy Natura.

Koreańskie maseczki w płachcie

Nocna maseczka do ust? PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask

Mimo trwającego szału maseczkowego, maski do ust nie doganiają swoją popularnością chociażby płatków pod oczy. I chyba nadal są spostrzegane jako kosmetyczna „egzotyka”, ale czy nie warto byłoby się z nimi poznać bliżej, a czasami nawet zaprzyjaźnić?

Ostatnio w moje ręce trafiła koreańska maseczka do ust PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask, która zaskoczyła mnie i zaciekawiła jednocześnie. Maseczka ta przeznaczona jest do nocnych zabiegów. Zawiera miód oraz ekstrakt z jagód.  Regeneruje, nawilża i wygładza.

Konsystencją przypomina dawne formuły błyszczyków – konkretna, dosyć ciężka, klejąca się. Sama używałam ich, tych błyszczyków, w takiej formie (wyciskanej tubki) pewnie jakoś w gimnazjum. 😉 Przyznam więc zupełnie szczerze, że nie oczekiwałam po tej maseczce zbyt wiele. No bo co mi może pomóc jakiś tam błyszczyk? I się trochę zdziwiłam, a raczej – miło zaskoczyłam.

Kosmetyk wchłania się przez całą noc i rano już raczej na ustach go nie znajdziemy. O ile oczywiście zastosujemy się do wskazówki z opakowania i położymy CIENKĄ warstwę.

Maseczka do ust PRETTI i Peeling do ust HaniaBEAUTY
Maseczka do ust PRRETI i Peeling do ust HaniaBEAUTY

A efekty jakie? Ostatecznie okazało się, że maseczka super nawilża usta. Rano są mięciutkie, gładkie i pełne. Nie dręczą mnie żadne przesuszenia, podrażnienia czy zadzierające się skórki. Nawet podczas przyziębienia (gdzie co chwile je pocierałam) czy przy niskich temperaturach, usta były w super kondycji. I oprócz tej maseczki, w ciągu dnia nie używałam już żadnych pomadek pielęgnacyjnych. Nocna regeneracja okazała się zupełnie wystarczająca. Ale nie byłabym do końca szczera nie wspominając o tym, że przed jej nałożeniem wykonuję peeling ust (ja używam Peelingów do ust Hania Beauty – są dostępne w sklep.hania.com.pl), aby składniki aktywne mogły zadziałać jeszcze lepiej.

Uwaga! Jeśli należysz do osób w nocy się kręcących i ogólnie nie kontrolujesz się przez sen :D, to maseczka może być trochę problematyczna (ze względu na swoją lepką konsystencję). I poza tym jednym „ale”, szczerze ją polecam, bo u mnie sprawdza się rewelacyjnie. 🙂

Koreańska maseczka do ust PRRETI Honey&Berry Lip Sleeping Mask kosztuje ok. 20 zł i dostępna jest w mojaazja.eu oraz Drogeriach Natura czy Hebe.

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Powiem tak. Jak zobaczyłam listopadową edycję ShinyBox na Instagramie, to mnie trochę „zgięło”. Tyle zobaczyłam produktów. Tyle rzeczy, których jeszcze nie znam. Tyle kosmetyków, które chętnie bym przetestowała… Z solidnym opóźnieniem (i z Shinybox wyszło później i Poczta się nie spieszyła z doręczeniem),  dostałam i ja swoje pudełko The Power Of Beauty wraz z dodatkami ambasadorskimi, które również Wam zaprezentuje.

Każde pudełko w wersji standardowej zawierało 7 produktów i 5 upominków. Markami listopada są: Delia Cosmtics, Selfie Project, BioOleo, Naturativ, Masami, Oh!Beauty Warsaw, Singularis, Moya Matcha, LiqPharm, Obssesive, Kontigo, Trico Botanica, Hegron, Uroda Polska, Hemp Care, One & Only Cosmetics. A zebrało się ich tyle, bo dużo w tym miesiącu marek wymiennych było.

Tym razem zaprezentuję pudełku w kolejności jaka jest w karcie produktów. A tak, żeby porządek tu był. 😉

Zawartość Shinybox Listopad 2018 – The Power Of Beauty

Delia Cosmetics. Produkty wymienne. Korektor pod oczy żółty – rozświetlający lub Korektor do twarzy zielony – korygujący zaczerwienienia. U mnie to drugie. I fajnie. Mam dosyć wrażliwą skórę, naczynkową, więc przyda się i z chęcią sobie przetestuję. Korektor niweluje kolor czerwony i różowy. Można stosować go punktowo, jak i na całą twarz. Podoba mnie się to!Zwłaszcza, że to dobry okres pogodowy na takie produkty. Kosztuje ok. 13 zł

Delia Cosmetics – Cień do powiek. Mój niestety rozsypał się w transporcie. Ale chociaż swatcha Wam pokażę. Kolorek numer 09. Cena ok. 9 zł.

Swatch Delia Cosmetics Eyeshadow 09

Selfie Project – Płyn micelarny. Markę ogólnie kojarzę, ale jakoś do tej pory nic nie używałam. Chyba dlatego, że z nastolatkami mi się kojarzy, a ja już dawno ną nie jestem. 😉 ;( Usuwa makijaż, oczyszcza, matuje i łagodzi – takie obietnice ze strony producenta. Sprawdzimy. cena ok. 15 zł

BioOleo Kwas Hialuronowy. Kwasowi zawsze mówię tak. Uwielbiam stosować go i w pojedynkę i z innymi kosmetykami. Niezwykłe właściwości kwasu hialuronowego, jak i jego forma sprawiają, że chcę mieć go wszędzie. Na jego podstawie można stworzyć własne, świetne receptury, ale też dodawać go praktycznie do wszystkiego można. I choć ostatnio był kwas, to taki zapas przyjmuję z ogromną przyjemnością. 🙂 Cena ok. 60 zł / 30 ml.

Delia Cosmetics Zielony Korektor do twarzy i Bi0Oleo Kwas Hailuronowy

Naturativ Otulające masło do ciała to miniatura, ale bardzo przyjemna. Powiem Wam, że jego zapach mnie powalił. Jest tak nieoczywisty, złożony i cudny, że przepadłam. Bardzo fajnie się wchłania, a skóra jest milutka i mięciutka. 250 ml kosztuje ok. 75 zł.

Naturativ – masło do ciała.

Selfie Project Krem CC. Dedykowany do cery młodej z niedoskonałościami, ale i tak go sprawdzę. 😀 Rozwiązania takie jak BB, CC czy nawet DD po prostu lubię, bo na co dzień są dla mnie idealne. Lekkie, szybkie, naturalne. Krem ten maskuje niewielkie nierówności i niedoskonałości. Wygładza i co mnie ciekawi najbardziej (:D) – „zapewnia efekt Glamour”. Kosztuje ok. 17 zł.

Kolejna pozycja to skomplikowana sprawa, bo aż 11 wymienny produktów. W swoim pudełku znalazłam trzy z nich:
Hegron Gel Spray Extra Volume z ekstraktem z bambusa, który podobno nie obciąża i odbija już od nasady. Pomaga w stylizacji i super utrwala. Produkt profesjonalny (fajnie!). Kosztuje ok. 13 zł.
Trico Botanica Szampon do włosów Oczyszczanie i Relaks. Idealny dla delikatnej skóry głowy. Nigdy nie używałam kosmetyków tej marki, także z chęcią przetestuję. Szampon kosztuje ok. 40 zł.
One & Only Cosmetics Black Mask Detox Ritual – głeboko oczyszczająca maska typu peel-of, to właśnie to czego w moich zapasach brakuje. Z chęcią sobie przetestuję i cieszę się, że ją otrzymałam. Kosztuje ok. 5 zł.

Trico Botanica i

I teraz produkty oznaczone na karcie jako UPOMINKI:
Masamipróbki higienicznych produktów wykonanych z organicznej bawełny. Coś tam już od nich używałam, ale z chęcią poznam pozostałe produkty,
Oh!Beauty Warsaw – dostałam pudełko już po wydarzeniu,
Singularis Calcium Citro Max. Całe opakowanie – super. Przyda się. 🙂 Cena: ok. 3 zł
Moya Matcha – herbata w saszetce. Fajnie. Matcha to super zdrowa i jednocześnie super specyficzna herbata, ale warto ja poznać. 🙂 Cena ok. 3 zł
LiqPharm Serum wygładzające na noc – peeling, próbka.

Zawartość Shinybox Listopad 2018 – The Power Of Beauty

I na koniec moje ambasadorskie dodatki. 🙂 Równie fajne co i całe pudełko. Uwaga!

Dushka Żel pod prysznic bananowo-truskawkowe smoothie. Markę tę widziałam na Instagramie. Taki fajny, kolorowy i wesoły wizerunek ma. Bardo jestem ciekawa tego żelu, tylko szkoda mi go otwierać i niszczyć te wszystkie detale na opakowaniu (metki, karteczki, tasiemki) i te piękne truskawkowo-bananowe piętra. Takie to wszystko cudne! Ostatecznie pewnie się przełamię. 😉 Kosztuje ok. 17 zł.

Synchroline – Serum Synchrovit C. Dobry czas na witaminę C. Z marką też styczności za bardzo nie miałam (oprócz próbek), więc zobaczymy czy się polubimy. Cena: ok. 30 zł.

Śnieżny Lotos – Ziołowe wkładki higieniczne. Przyznam, że bardzo mnie zaciekawiły, bo to takie jednocześnie wkładki higieniczne i profilaktyczno-lecznicze. Fajna sprawa. Tylko cena póki co wydaje mi się zabójcza – ok. 15 zł za 2 sztuki. Możliwe, że po przetestowaniu uznam, że są jej warte, jednak na ten moment wydaje mi się być bardzo wysoka.

Singularis – witamina D. O ile suplementy diety nie są moimi ulubionymi produktami w pudełkach (zazwyczaj są to produkty wspierające odchudzanie), to witaminy mnie cieszą, bo po ciąży i karmieniu piersią mam ich spore niedobory. 😛 Na dodatek trafiła mi się witamina D – bajka po prostu. I co warto zauważyć – bardzo ładne jest to opakowanie, takie reprezentatywne. Myślę więc że witaminki z tej serii mogłyby być fajnym dodatkiem do prezentu dla Mamy, Babci czy innej osoby, o której zdrowie dbacie. 🙂

Shinybox dodatki ambasadorskie
Shinybox dodatki ambasadorskie

I tym trochę świątecznym komentarzem dotarłyśmy do końca. Duuuużo tego było co? O.O Ja jestem pod ogromnym wrażeniem i samej ilości produktów, jak i ich samych. Cała paka nowości kosmetycznych, które jak naprawdę mało kiedy tak idealnie wpisują się w mój gust i zapotrzebowanie. Myślę, że i Wam się podoba zawartość tego boxa, dlatego zostawiam Wam link do sklepu shinybox, gdzie zestawy są jeszcze dostępne.

Zobacz również:

Think Pink by ShinyBox

Beauty&Shape czyli extrabox ShinyBox

Coś Pięknego by ShinyBox

 

Prezentacja kolekcji MOODO – zima 2018

 

Wraz ze zbliżającą się zimą będziemy oswajać nie tylko niższe temperatury, ale również gorące zimowe trendy. Zapowiedzią będą soczyste kolorystyczne akcenty i różnorodne faktury zaadoptowane w multitrendowej kolekcji MOODO. Tej zimy oprócz świątecznej elegancji polubimy również komfort i wygodę, ale co ciekawe, zaadoptujemy biznesowe i sportowe trendy w zimowe looki. Niech będą one zapowiedzią trendowego szaleństwa jakie proponują nam na najbliższy sezon projektanci MOODO.

W całej swej różnorodności kolekcja MOODO charakteryzuje się równowagą i spójnością, idealnie w jej charakter wpisuje się surowa przestrzeń przepięknej Islandii. Wydawać się by mogło naturalna i zachowawcza, ale podobnie jak kolekcja MOODO, nadzwyczaj intrygująca. Na tle zachwycających walorów islandzkich krajobrazów marka prezentuje swoją najnowszą zimową kolekcję, lecz pomimo chłodu przestrzeni islandzkich plenerów wyczuwamy wyraźnie jej komfortowy charakter. Obszerne swetry i przytulne szale zachęcają do eksperymentowania z wielowarstwowym ubiorem. Różnorodność swetrowych form począwszy od gładkich modeli, golfów, z dekoldem v-neck po najmodniejsze modele z grubym splotem czy warkoczowym motywem uruchamiają modową kreatywność składania zimowych outfitów. Otulająca i ciepła dzianina pozostawia nam w tym sezonie absolutną dowolność. Doskonale komponuje się zarówno z tkaninowymi koszulami, jak i najmodniejszymi w tym sezonie dzianinowymi spodniami w stylu sport-casual czy kurtkami.

Pomimo zimowego spadku temperatury trendy w kolekcji MOODO są naprawdę gorące. Nie zabraknie w nich głównego bohatera zimowych stylizacji – kurtek. W ostatnich sezonach rozkochały nas oversizowe ocieplane fasony, w tym sezonie projektanci marki proponują obszerne puchowe kurtki jako składowe stylizacji na tzw. cebulkę. Doskonale komponują się z wełnianymi golfami, swetrami i bluzami. Mogą stanowić kolorystyczną kontynuację całego outfitu lub tworzyć dla niego kolorystyczny kontrast. Soczyste żółcie, zielenie, spokojniejsze tony granatu czy szarości idealnie adoptują się w zimowych fasonach, ale nie tylko one, swój renesans przechodzi również kratka. Można sądzić, że wprowadza do kolekcji pierwiastki klimatu retro, a może kojarzymy ją tylko z pop kulturą punk? Jedno jest pewne, kochamy i uwielbiamy od zawsze, dlatego też tej zimy będziemy nosić ją nie tylko w obszernych szalach, ale również kurtkach, płaszczach, koszulach czy sukienkach. Ten modowy come back ponadczasowych deseni kraty, kwiatów, graficznych wzorów wnosi do klimatu kolekcji pierwiastki nowoczesności, ale i przytulności.

Najnowsza zimowa kolekcja MOODO to idealna propozycja dla wszystkich tych, którzy podążają za współczesnymi trendami, dla tych, którzy nie boją się modowych eksperymentów przy czym chcą czuć się komfortowo i dla tych , którzy soczystymi kolorami żółci, kobaltu czy zieleni chcą pokonać zimową chandrę.

 

Perfumy Bi-es Numbers Collection – HIT za 35 zł!

Zapachy, zapachy! Uwielbiam je, ale mało o nich piszę. Trochę z obawy czy na pewno mnie zrozumiecie. I rzecz jasna – nie o Was tutaj chodzi. To we mnie problem. Zastanawiam się czy oby na pewno jestem w stanie ubrać w słowa to, co czuję i rzeczywiście chcę o danych perfumach powiedzieć. Jednak dzisiaj przychodzę do Was z takim hitem, że nie widzę tutaj możliwości pomyłki czy to w moim opisie, czy w Waszej interpretacji. 🙂

Bi-es Numbers Collection to seria 4 wód perfumowanych. Występuje ona zarówno w wersji damskiej, jak i męskiej. Ja oczywiście będę mówiła o tej pierwszej. Zapachy zainspirowane zostały numerologią. Każdy z nich oznacza coś więcej, ma się wpisywać w temperament i charakter noszącej go osoby. I rzeczywiście wszystkie 4 sztuki są zupełnie różne.

Zacznę może od tego, że Numbers Collection są dla mnie dużym zaskoczeniem. W pierwszej chwili (gdy je rozpakowałam) urzekł mnie śliczny, zupełnie prosty, ale jednak inny flakon. Później okazało się, że zupełnie polubiłam większość z tych zapachów. I w zasadzie jedyną niewiadomą, która mogła zadecydować o tym czy perfumy te pokocham czy też nieco znielubię, była trwałość.

Wody Perfumowane Bi-Es

Jak już wspomniałam w skład kolekcji wchodzą cztery zapachy.

No.2 – Nuty głowy to pieprz jamajski, wanilia, paczula, nuty serca: hibiskus, frezja, aksamitka i nuty podstawy: drzewo sandałowe, cedr, gruszka. Zapach ten dedykowany jest osobom skromnym i wrażliwym, ceniącym sobie relacje międzyludzkie. I chodź wydaje mi się, że posiadam te cechy charakteru, to zdecydowanie zapach ten mi nie odpowiada. Jest zbyt kwiatowy, taki trochę słodki, ale nie do końca, może trochę taki kremowy? Bardziej kojarzy mi się z dojrzałą kobietą, niż dziewczyną w moim wieku. Nie jest też brzydki i rozumiem, że się może podobać, ale to zupełnie nie moje klimaty.

No.3 – Nuty głowy to: owoc granatu, nektarynka, gruszka, nuty serca: czarna orchidea, lotos, fiołek i nuty podstawy: wanilia, piżmo, mahoń. Dla osób towarzyskich, optymistycznych i kreatywnych. I rzeczywiście ten zapach jest taki dość mocny i bardzo konkretny, ale nie ciąży. Powiedziałabym raczej że taki dodający powera, a przy tym nie ma nic wspólnego z freshem czy cytrusem. Jest bardzo kobiecy i zmysłowy. Bardzo, bardzo go lubię.

bi-es-wody-perfumowane-numbers-collection-kompozycja
Perfumy Bi-Es Numbers Collection

No.9 – Nuty głowy: mandarynka, różowy pieprz, pieprz jamajski, nutami serca są: jabłko, kwiat pomarańczy, frezja , a nuty podstawy: wanilia, kawa, paczula. Podobno odzwierciedlenie kobiet uczuciowych i pełnych pasji. I myślę, że może tak być. Ten zapach jest chyba bardziej słodki niż pozostałe, ale jest to wyważona słodycz, bardzo przyjemna i trochę nieoczywista. Dużo tu owoców, ale też takiego konkretu jak paczula. Kojarzy mi się z Black Opium, a jak wiecie jestem jego ogromną fanką.

No.33 – Nuty głowy : czarna porzeczka, róża, frezja, nuty serca: wanilia, drzewo sandałowe, paczula i nuty podstawy to nuty pudrowe, białe piżmo. Powinny nosić go kobiety opanowane, wyrozumiałe i empatyczne. I rzeczywiście zapach ten dla mnie jest taki trochę bardziej szlachetny (?) niż pozostałe. Może mieć to związek z różą, którą wyczuwam tutaj najmocniej. Z resztą, bardzo lubię ją czuć. I to właśnie ona chyba nadaje całej kompozycji takiej elegancji. Zapach podbija piżmo, więc ostatecznie jest on intensywny. A ogólnie przepiękny.

bi-es-wody-perfumowane-numbers-collection
Wody Perfumowane Bi-es Numbers Collection

I tyle o zapachach, ale mam dla Was jeszcze kilka bardzo istotnych informacji o Bi-es Numbers Collection. Jedziemy.

Flakoniki – nic się z nimi złego nie dzieje, naklejka się nie rysuje i nie odkleja. Korek – kulka nie traci swojej mocy i zaciętości i kurczowo trzyma się butelki. Także nie spada, nie gubi się. Atomizer ładnie rozpyla, nie zacina się. Ponadto flakony mają kompaktowe rozmiary, więc zmieszczą się prawie w każdej torebce, są więc w pełni mobilne. 🙂

Trwałość – czuć je przez cały dzień – serio, a jak psikniesz więcej, to i na drugi dzień będzie je czuć. Zapach ulatnia się na prawdę powoli, więc perfumy te są tez wydajne.

Cena – ok. 35 zł za 50 ml. Tak, dokładnie! Tylko 35 zł. Co uważam, jest niesamowitym stosunkiem ceny do jakości. Myślę, ze te 35 zł może być nawet mylące, ale nie bójcie się. 🙂 Kupujcie i namawiajcie innych, bo po co przepłacać. I pamiętajcie też, że takie perfumki to świetny prezent w kontekście zbliżających się Świąt. Te przeze mnie omawiane to wody perfumowane, ale widziałam, że na stronie Bi-es są również perfumy o poj. 15 ml w cenie 17 zł.

Co mogę powiedzieć o D’Alchemy? | Nawilżający tonik do twarzy i Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej

Zupełnie szczerze – sama jestem zaskoczona jaką opinię wyrobiłam sobie o kosmetykach marki D’Alchemy, więc jedyne co mi zostaje, to podzielenie się nią z Wami. 🙂 Nie są to produkty tanie, ale przyznam, że cudów też się po nich nie spodziewałam. Jednocześnie wiadomo, że im wyższa cena, tym większe są nasze oczekiwania względem danego produktu, a to akurat uważam za jak najbardziej słuszne. A jak ta zasada, ma się w przypadku marki D’Alchemy? Zaraz się przekonacie.

Może na wstępnie opowiem Wam trochę o samej marce, która jest stosunkowo nową. Kosmetyki D’Alchemy nastawione są głównie na pielęgnację cery i skóry dojrzałej, choć to, że masz 25 lat nie wyklucza Cię z grona jej odbiorców. Sama od lat używam kosmetyków anty-aging, bo jednak wolę zapobiegać niż później leczyć. Może i z tego powodu efekty widoczne gołym okiem nie są aż tak spektakularne jak u 50+. Jednak wiem i czuję, że robię nimi mojej skórze dobrze. Ale wracając do D’Alchemy – portfolio produktów aktualnie nie jest jakoś szczególnie szerokie, jednak na tyle bogate, aby zaspokoić potrzeby osób posiadających cerę bardzo wrażliwą, suchą, dojrzałą, tłustą czy problemy takie jak przebarwienia, plamki, głębokie linie i zmarszczki. Oprócz produktów do pielęgnacji twarzy znajdziemy też balsamy do ciała oraz krem do rąk. Tyle jeśli o ofertę chodzi.

Kolejną myślę dość istotną sprawą, bo wyróżniającą markę jest fakt, że mają fantastyczne, bogate składy. W recepturach występują składniki naturalne, uprawiane w sposób ekologiczny lub dziko rosnące na ekologicznych terenach (ta dzikość podoba mi się najbardziej!), a hydrolaty roślinne występują w nich w zamian za zwykłą wodę! Podczas obróbki i przetwarzania składników kładziony jest szczególny nacisk na zachowanie wszystkich najcenniejszych właściwości (pewnie dlatego też marka nie ma obaw przed poddawaniem swoich produktów badaniom biowitalności :), więc formuły są opracowywane nie tylko na podstawie właściwości, ale też możliwości technologicznych. Dodatkowo D’Alchemy bardzo dużo czerpie z aromaterapii, co niewątpliwie da się wyczuć przy spotkaniu z ich kosmetykami. Wiele jest w nich olejków eterycznych, które mają działać leczniczo, a przy okazji tworzą piękne bukiety zapachowe. Ale to nie koniec! Czy wiecie, ze nawet kolor szkła w opakowaniach został przemyślany i ostatecznie ma ogromny wpływ na zawartość? Chroni ją między innymi przed utratą świeżości.
Jestem pod wrażeniem.
I choć wszystko o czym wspomniałam może wydawać się mało namacalne, to uwierzcie mi, w tych kosmetykach to po prostu czuć.

Kosmetyki D’Alchemy

Przechodząc do meritum i opisu kosmetyków, które mam i używam już od jakiegoś czasu, na moje ręce trafiły dwie sztuki:
Nawilżający tonik do twarzy – Hydrating Dew Toner
Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej – Loss Of Elasticity Skin Renewer.
Które używałam w duecie.

Nawilżający tonik do twarzy Hydrating Dew Toner D’Alchemy, to wbrew pozorom bardzo skomplikowany produkt, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oprócz hydrolatu z róży damasceńskiej, na której bazie ogólnie powstał, zawiera ekstrakt z róży francuskiej, wyciąg z alg, lakton kwasu glukonowego oraz olejki eteryczne z róży damasceńskiej i grapefruitowy. Jednak w konsystencji czy wchłanianiu się tego nie odczuwa. Nie jest ciężki. Atomizer tworzy z niego lekką mgiełkę, która potrzebuje chwili aby wchłonąć w skórę.Przywraca jej odpowiednie pH i nawilża. Po jego użyciu nie występuje uczucie ściągnięcia czy podrażnienia. Nie lepi też i nie tłuści. Jest zupełnie neutralny, dzięki czemu, możemy działać w temacie pielęgnacji dalej. Za sprawą olejków eterycznych, o których wspomniałam wcześniej fajnie pachnie – z jednej strony otula, z drugiej daje takiego energetycznego kopa, dlatego jako poranna mgiełka na pobudkę sprawdza się rewelacyjnie.

Kosmetyki D’Alchemy

Przeciwstarzeniowy krem do cery suchej i wrażliwej Loss Of Elasticity Skin Renewer D’Alchemy, to bogata formuła. Jej stosowanie zapewnić ma większą elastyczność i jędrność skóry. Spłycenie zmarszczek i usunięcie nierówności. Nawodnienie i zabezpieczenie przed utratą wody. Krem zawiera w sobie hydrolaty, wyciągi, ekstrakty, masła, oleje i olejki eteryczne. Jest tego cała masa! Kompozycję zapachową tworzy róża, drzewo sandałowe, rozmaryn, mandarynka, lawenda i goździk. I pachnie to naprawdę fajnie. Trochę świeżo, trochę korzennie, inaczej. Konsystencja tego kremu jest taka konkretna, gęsta, stała. Natomiast sprawnie się rozprowadza i dobrze wchłania. Pozostawiając po sobie ślad w postaci przyjemnej w dotyku skóry i pięknego zapachu. Krem nie tłuści, nadaje się więc i pod makijaż. Nie wpływa źle na jego jakość czy trwałość. Wręcz przeciwnie, dobrze nawilżona i odżywiona skóra, wygląda po prostu o wiele lepiej. W dłuższej perspektywie nie musimy maskować niedoskonałości, przebarwień, czy przejmować się widocznością wgłębień. I makijażu jest mniej i skóra wygląda o wiele młodziej i zdrowiej.

Tak jak wcześniej wspominałam kosmetyków tych używałam razem i już po kilku dniach miałam wrażenie, że skórę mi podmienili. Była tak inna, tak przyjemna w dotyku, tak gładka i równa. Miękka, ale też elastyczna i jędrna. Wydawała się być tak szczęśliwa i dopieszczona, że i mi się od razu humor poprawiał jak jej dotykałam. 🙂 W tym ciężkim okresie pogodowym, duet ten dał i odżywienie, i ochronę, i ukojenie. Nie miałam ani chwili przesuszonej czy podrażnionej cery. Nie występowały też żadne zaczerwieniania czy niedoskonałości. A cera wydaje się być o jakieś 10 lat młodsza.

Kosmetyki D’Alchemy

Oprócz kosmetyków, które sprawdzają się świetnie. Marka kusi również samą prezentacją produktów, ich szatą graficzną (niezwykle minimalistyczną i estetyczną) czy sposobem pakowania. Kosmetyki dotarły do mnie spakowane w porządne pudełko/szufladkę, owinięte czarną bibułką i przewiązane wstążeczką. Do tego bileciki, ulotki. Wszystko spójne, cieszące oko.

Czy jest więc to po prostu kolejna marka kosmetyków naturalnych? Na pewno nie i wiele rzeczy ją wyróżnia, ale mam jednak pewne zastrzeżenia. 🙂 Przede wszystkim opakowania słoiczkowe, które moim zdaniem mogłyby zostać zamienione na bardziej szczelne. Słoiki to najpopularniejsze opakowanie dla kremu, ale chyba też najmniej higieniczne. Myślę, że fajnym rozwiązaniem byłyby pompki albo opakowania typu airless. To po pierwsze, a po drugie – ceny, które są bardzo wysokie. I mimo miłości jaką aktualnie kosmetyki te darzę, chciałabym płacić za nie mniej. Poza tym więcej zażaleń nie mam.

Dziękuję za uwagę! 🙂

Kosmetyki D’Alchemy

Kurtki krótkie – co musisz o nich wiedzieć?

Fot. pixabay.com

Krótkie kurtki to obiekt pożądania wielu kobiet. Świetnie podkreślają sylwetkę i dodają elegancji. Sprawdź, co musisz o nich wiedzieć.

Podstawowe cechy

Krótkie kurtki dodają nam lekkości i nie obciążają sylwetki. Świetnie pasują też do naszych wiosennych i jesiennych stylizacji. Kurtki krótkie sprawdzaj się wtedy, gdy zimowy płaszcz jest już za ciepły. Chętnie jednak decydujemy się na nie także latem, gdy chcemy się ogrzać w chłodne wieczory. Kurtki krótkie nie krępują naszych ruchów, dzięki czemu są bardzo praktyczne. Możemy je stosować zarówno w casualowych, jak i eleganckich stylizacjach. Wygoda i uniwersalność tego typu odzienia sprawia, że jest popularny wśród wielu kobiet w różnych wariantach. Jak więc nosić krótkie kurtki?

Krótka bomberka na początek

Kurtka typu bomber jacket polecana jest osobom o wyważonej sylwetce i proporcjach między biodrami a ramionami. Z pewnością nie będzie dobrze wyglądała w połączeniu z szerokimi barkami i dużym biustem. Na rynku znajdziemy wiele wariantów tej kurtki, m.in. nylon, dres, bawełna, czy satyna. Można ją zakładać w wersji sportowej i do treningów, gdyż nie krepuje ruchów. Ponadczasowy, prosty fason bomberki sprawia, że możemy ją także założyć na wieczorne wyjścia. Wystarczy wówczas wybrać model z cekinami lub nadrukiem. Do takiej kurtki najlepiej założyć spodnie rurki, szorty, obcisłe spódniczki lub ołówkowe spódnice.

Krótka ramoneska

Nic tak nie dodaje kobiecie pazura jak dobrze dobrana ramoneska. Krótka, dopasowana kurtka z ukośnym zamkiem to obowiązkowy element garderoby każdej kobiety. Doda ona nam szyku i elegancji, skutecznie zastępując żakiet. Podobnie jak bomberki, ramoneski są ponadczasowe i występują w wielu wariantach. Dziś możemy praktycznie znaleźć kurtki dopasowane do każdego rodzaju sylwetki. Dzięki temu każda kobieta może świetnie wyglądać w ramonesce. Kurtka ta również w żaden sposób nie krępuje ruchów i jest idealna na jesienną pogodę.

Kurtka pikowana elegancką alternatywą

Kolejnym ponadczasowym hitem, który w krótkiej wersji jest bardzo pożądany, pochodzi z Wielkiej Brytanii. To tam właśnie w latach 60. pewien emerytowany amerykański żołnierz zaprojektował kurtkę, która skutecznie chroniłaby przed wiatrem i zimnem, nie tracąc przy tym elegancji. Taka właśnie jest geneza „husky”, czyli pikowanej kurtki. To praktyczne rozwiązanie sprawdza się do dziś i jest chętnie wybierane przez ludzi ceniących sobie komfort i wygodę. Przytoczone przykłady to jednak nie wszystkie opcje dostępne na rynku. Więcej przeczytasz o tym na tej stronie. Decydując się na kurtki krótkie miejmy na uwadze przede wszystkim cel, da którego je kupujemy oraz to, czy pasują one do naszej sylwetki. Wówczas zawsze będziemy prezentować się wyśmienicie.

Zawartość Mystery Bag Makeup Revolution

Mystery Bags czyli tajemnicze torby dorzucane do zakupów, to bardzo fajna forma promocji. Choć w Polce nie jest to jakiś standard, to przy zakupie zagranicznych marek, w jakiś większych, multibrandowych sklepach może się zdarzyć. I nie chodzi tutaj o pakiet próbek i ulotek, a naprawdę spore paczki pełnowartościowych produktów.

Ostatnio na iperfumy natrafiłam na akcję z MakeUp Revolution. Mystery Bag (jak informowano na stronie) o wartości 167 zł, była dorzucana do zamówień produktów tej marki na kwotę co najmniej 116 zł. Strasznie byłam ciekawa tego, co przyjdzie, bo pewnie tak jak i wiele z Was – uwielbiam niespodzianki! 😀

Co znalazłam z MYSTERY BAG MakeUp Revolution?
3 x Lakier do paznokci FREEDOM (numerki:453, 403, 451) – dwa perłowe, jeden bardziej taki matowy. Cena za szt.: ok. 5 zł.
Salvation Velvet Lip Lacquer Makeup Revolution i to jest po prostu pomadka płynna w kolorze różowym. Cena: ok. 15 zł.
Czerwona pomadka Makeup Revolution w klasycznej formie (sztyft) i w super klasycznym, pięknym kolorze. Cena ok. 5 zł
Ultra Cream Contour Palette Makeup Revolution – paleta do konturowania na mokro, która zawiera 8 odcieni bronzerów, rozświetlaczy i korektorów. Cena: ok. 30 zł.
Pro Artist Pad – Studio To Go Freedom – Ogromna paleta 32 cieni, bronzera, różu i rozświtlacza. Opakowana na wzór ipada. Zawiera lusterko i elastyczne opakowanie, dzięki któremu możemy je postawić i malować się, w każdych warunkach. Cena: ok. 50 zł

Zawartość Mystery Bag MakeUp Revolution w porządku, choć co do jej wartości zastrzeżenia mam. Jak sobie zerkniecie na ceny i szybko zliczycie w głowie, to nijak nie wychodzi z tego kwota prawie 170 zł. Jest tu coś lekko ponad 100 zł, także takie małe przekłamanie. Bo jak się okazało, w moim zestawie niczego nie brakowało a wartość 167 zł – jest tylko orientacyjna. 😉 Także taki minus całej akcji. Mimo tego, że nie wszystko trafia w mój gust i potrzeb (więc pewnie się tym podzielę), to dostać tyle w prezencie, to bardzo fajna sprawa! 🙂 Do tej pory z MakeUp Revolution nie miałam nic wspólnego, a już mnie mają! 🙂

Olej konopny w kremie do cery suchej Efektima

Pamiętacie jak jakiś czas temu opisywałam Wam nowość marki Efektima – Olejek konopny? Dzisiaj przychodzę do Was z kolejnym produktem z tej rozrastającej się linii, choć w przeciwieństwie do swojego poprzednika nie jest on tak uniwersalny, a przeznaczony jest do pielęgnacji cery.

Krem do twarzy z olejem konopnym posiadam w wersji dla cery suchej. Wybrałam ją dlatego, że nie ma w tej serii kremu do cery normalnej i ta opcja wydawała mi się jakaś taka najbliższa.

Dla tych, którzy o oleju konopnym nie wiedzą nic, dodam tylko w jednym zdaniu (bo nie chcę się powtarzać i nudzić innych :), że jest to suchy olej, który działa regenerująco, antyoksydacyjnie i przeciwzapalnie; sprawdza się w pielęgnacji całego ciała oraz włosów. I wbrew pozorom – jest w 100% legalny. 🙂 Jest to główny składnik aktywny tego kosmetyku. A ma on za zadanie przywrócić cerze odpowiednie nawilżenie, zatrzymać w skórze wilgoć i chronić ją. Poprawiając przy tym elastyczność skóry. Dodatkowo krem jest „przystosowany” do wrażliwców, a wszelkie podrażnienia łagodzi. Można stosować go zarówno na dzień jak i na noc.

Efektima – krem z olejek konopnym do cery suchej

I tak też go używałam – rano i wieczorem. Choć przyznam, że w różnych ilościach. Wieczorami nakładałam znacznie grubsze warstwy. Nie dlatego, że cienka nie wystarczała. Raczej takie szybkie w zastosowaniu i długo działające „SPA” chciałam skórze zapewnić. Wersja do cery suchej z założenia powinna być bardziej treściwa i tłusta. I choć nie mam porównania do pozostałych dwóch kremów, to jak dla mnie (mimo tego, że nie mam wysuszonej cery) nie jest ona za ciężka czy męcząca. Wiadomo, że nie jest to żel, a ta konsystencja jest gęsta, zbita i rzeczywiście bogata, ale fajnie się wchłania, na skórze tez niewiele pozostawia, więc pod makijaż jak najbardziej się nadaje. Nie wpływa źle na jego trwałość, nie waży korektorów czy podkładów, ogólnie wygląda to dobrze. Choć warto zaznaczyć, że nie jestem typem, który na co dzień kładzie sobie makijaż niczym z tutoriali. Mimo zupełnie zwariowanej pogody, gdzie różnice temperatur i warunków atmosferycznych są z dnia na dzień są ogromne, moja cera naprawdę na się dobrze. Nie mam żadnych podrażnień, miejscowych podrażnień czy zaczerwienień, a ogólnie cerę wrażliwą mam, więc takie rzeczy się u mnie działy niejednokrotnie. Grubsza warstwa na noc też się dobrze sprawdza. Rano skóra nie jest tłusta czy lepka, a świeża, nawilżona i zdrowa.

Krem nawołuje do swojego poprzednika nie tylko zawartym w nich olejem konopnym, ale też zapachem. Opowiadałam Wam już o nim, bardzo w moim klimacie, przypominający One Million. Jest dość wyraźny i intensywny – dla niektórych na pewno będzie to ogromna zaleta, dla innych wada. Wiadomo, że zapach się ten za nami przez cały dzień nie niesie, ale przynajmniej na początku może być wyczuwalny.

Efektima – krem z olejek konopnym do cery suchej

Opakowanie to szklany słoiczek z plastikową nakrętką, o pojemności 50 ml – taki klasyk.

Krem ogólnie zaliczyłabym do wydajnych kosmetyków, którym można się cieszyć (jak patrzę na moje zużycie) pewnie nawet do 3 miesięcy.

Kosztuje ok. 20 zł

Czy poleciłabym Ci Far Away Rebel od Avon?

Jakiś czas temu w moje ręce wpadł nowy zapach Avon – Far Away Rebel. W sumie sama nie wiem czy czegoś się po nim spodziewałam. Tym razem chyba po prostu sprawdziłam, zanim cokolwiek pomyślałam. Czy zaskoczył?

Klasyczną wersję Far Away kojarzę z czasów dla mnie prehistorycznych, czyli prawie że dzieciństwa, bo w sumie wtedy pierwszy raz miałam styczność z marką Avon. Moja mama dużo tych kosmetyków zamawiała, a i ja lubiłam wybierać sobie prezenty (od mamy rzecz jasna 😀 ) z katalogu. Jak konkretnie pachniała ta woda nie pamiętam, ale na pewno na tamte czasy nie była moją ulubioną. 😉 Natomiast tak jak wspomniałam – trochę lat minęło i dzisiaj pewnie nawet bym ją lubiła. Jednak pod tym względem, z wiekiem upodobania zmieniają mi się diametralnie. Ale nie o tym. 🙂

Far Away Rebel moim zdaniem w niczym (przynajmniej z wyglądu) nie przypomina swojej klasycznej wersji. Mimo tego, że flakon nawiązuje do „tradycji”, to jednak jego kształt i kolor są zupełnie inne. I myślę, że ogólnie prezentują się całkiem fajnie. Lubię kolor fioletowy (choć na sobie nigdy go nie noszę O.O).

Zapach jest orientalno-owocowo-słodyczowy i chyba też ostatni człon z klasyfikacji podoba mi się w nim najbardziej. 😀 Takie moje uzależnienie. 😉 A konkretniej:

  • nuty głowy: likier porzeczkowy, czerwone owoce, śliwka,
  • nuty serca: kwiat pomarańczy, konwalia, jaśmin Sambac,
  • nuty bazy: paczuli, słony karmel z czekoladą, bursztyn.
Avon – Far Away Rebel

Moim zdaniem ogólnie idą w stronę Black Opium YSL, które po prostu kocham, więc ten zapach też przypadł mi do gustu. Jest i słodki, przez co uroczy i jednocześnie bardzo kobiecy, zmysłowy. Myślę, że to bardzo uniwersalna opcja – sprawdzą się i latem i zimą; w ciągu dnia i na wieczór. Zapach jest wielowarstwowy, przez co wydaje mi się trudno go nie poczuć i nie zauważyć. Dość intensywny, ale drażniący ani trochę.

Z ważnych rzeczy muszę Wam jeszcze powiedzieć o dwóch sprawach, a nawet trzech. 🙂
Po pierwsze – flakon wykonany jest bardzo porządnie. Nakrętka jest dopasowana, wykonana z dobrej jakości plastiku, nie spada, nie zsuwa się.
Po drugie – trwałość. Na prawdę jest fajna. Cały dzień spokojnie, a nawet i na następny dzień poczujesz je na ubraniach i to przy dwóch „psiknięciach” na szyję oraz po jednym na nadgarstki. Więc wydajne bardzo. 🙂 A przy tym i cena jest całkiem miła (to po trzecie) – rekomendowana to 76 zł, natomiast wiadomo, jak to w Avon, w promo da się kupić o wiele taniej (widziałam, że aktualnie na stronie są za 50 zł).

Podsumowując, odpowiem na pytanie, które zadałam w tytule wpisu – Jasne, że tak! Świetne są i zasługują, abyś sprawdziła je na sobie. 🙂

Avon – Far Away Rebel

Think Pink by ShinyBox

Jako, że październik zawsze różowy, to i w ShinyBox nie zabrakło wstążki. Zapraszam na prezentację Think Pink by ShinyBox 2018.

Tym razem pudełko chodź mogło mieć wiele wersji zostało jasno opisane i nie budzi ani wątpliwości, ani niepotrzebnych podejrzeń.

Markami tej edycji są: Kontigo (Rosie lub Youniverse lub Moov), Il Salone Milano, Bee Natural, Olimp Labs, Biotaniqe, Delia Cosmetics, Dr Barbara i Cewe Fotojoker.

I z tej podstawowej wersji pudełka są 2 rzeczy, które mnie szczerze ucieszyły. Pierwsza Voucher na odbitki w Cewe Fotojoker. Druga natomiast już kosmetyczna – Balsam do ust. Granat. Bee Natural. W 100% naturalny. Z woskiem pszczelim. Regeneruje, natłuszcza i wygładza. I z marką nie miałam do czynienia i balsam do ust bardzo spoko. 🙂 Dostępny jest tylko w Rossmann, w cenie ok. 11 zł.

Rzecz, która może mi się jeszcze przydać, bo jesienią i zimą tego nigdy za wiele, to Krem do rąk i paznokci wygładzający z d-panthenolem Delia Cosmetics. Ale przyznam szczerze, że nie pokładam w nim jakichś większych nadzieji, jeśli o moje popękane dłonie chodzi. Serio są ostatnio w dramatycznym stanie i nie mogę sobie poradzić. CO zagoję, to pękają od nowa, w innych miejscach. Tylko maści witaminowe, jakoś działają, ale też na krótko. Powracając do tematu, krem zawiera masło shea i alantoinę. Kosztuje ok. 4 zł.

Gdybym nie dostała tego Naturalnego kremu odżywczego BIOTANIQE w poprzednim pudełku, to pewnie byłabym tym produktem zachwycona. No ale dostałam, tyle, że wcześniej był on w wersji travel size. Krem sam w sobie super i polecam bardzo.:) Cena ok. 11 zł.

Rzecz, która w moim przypadku nigdy się nie sprawdza, to suplementy wspomagające odchudzanie. Tym razem w pudełku Olimp Labs i Suplement diety Apecontrol. Kosztuje ok. 32 zł.

ShinyBox – Think Pink

Od Il Salone Milano dostałam Odżywkę bez spłukiwania do włosów farbowanych ETERNAL SPRAY LEAVE-IN, którą znam, mam i jakiegoŚ efektu wow u mnie nie wywołuje. Możliwe, że na włosach farbowanych, do których jest dedykowany wypada lepiej. Kosztuje ok. 35 zł.

Kolejną rzeczą, którą mam, a kolejny jej egzemplarz wpadł mi w ręce wraz z październikowym ShinyBox jest pomadka Kontigo – MoovLiquid LipsMatter Show Off. Możecie o nich poczytać tutaj – Płynne pomadki Moov Liquid LipsMatter.

No i Dr. Barbara – kolejny voucher, ale tym razem na kurs.

Tak jak widzicie, w moim przypadku podstawowa wersja pudełka szału u mnie nie robi. Ale za to dodatki ambasadorskie, są po prostu świetne! I muszę je Wam pokazać już teraz, choć pewnie jeszcze gdzieś tam o nich będę mówiła. 🙂

HORFES Mydło bursztynowe

HORFES i Mydło bursztynowe. Wytwarzane jest ręcznie tylko i wyłącznie ze składników pochodzenia naturalnego. Zawiera 10% ekstraktu bursztynowego. I przyznam, że jestem go bardzo ciekawa. Pierwszy raz spotykam się z wykorzystaniem bursztynu w kosmetykach. Brzmi trochę luksusowo. 🙂 Ale do twarzy na razie chyba się nie odważę. W ofercie marki póki co znajdują się tylko produkty do pielęgnacji ciała oraz świece. Wypróbuję mydełko i zobaczymy. Jeśli będzie to coś fajnego i wartego uwagi, na pewno dam Wam znać.

Serum rozświetlające LIQ CC Serum Light 15% Vitamin C BOOST

Serum rozświetlające LIQ CC Serum Light 15% Vitamin C BOOST, to produkt, który prędzej czy później wstąpiłby w szeregi moich kosmetycznych zbiorów. Sera tej marki co chwilę gdzieś się pojawiają, a opinie zachęcają, także cieszę się, że będzie mi dane wypróbowanie go w najbliższym czasie. Aktualnie używam serum Lumene VALO, również na bazie witaminy C, także zaplanuję sobie jakieś zgrabne przejście, albo chwilowy odstęp. Jestem jednak prawie, że pewna, że dam Wam o nim jeszcze znać. 🙂 A może chciałybyście właśnie takie porównanie Lumene VALO vs. LIQ CC BOOST? 🙂

Krem do twarzy 360°AOX NATURATIV

I na koniec Krem do twarzy 360°AOX NATURATIV. Uniwersalny – na dzień i na noc, dla każdej cery o wielokierunkowym działaniu. Zawiera caaałe mnóstwo fajnych składników, w tym również kwas hialuronowy (którego dodatek w kosmetykach jak wiecie uwielbiam). No mam nadzieję, że zrobi na mnie wrażenie, tak samo duże jak jego cena – 192 zł. Myślę, że mogę spodziewać się po nim wiele, więc tą sztukę też pewnie opiszę Wam szerzej.

I właśnie tymi trzema perełkami zamykam prezentację pudełka. Co do wersji podstawowej, to przypuszczam, że podobałaby mi się o wiele bardziej gdybym tych produktów po prostu nie znała. A tutaj praktycznie połowa produktów, to duble, które raczej przekażę dalej. Ale może to i dla Was lepiej – rozdania się szykują. 😀

Pudełek ShinyBox szukajcie oczywiście na shinybox.pl. Pamiętajcie też o exytaboxach – to też są wypaśne zestawy. 🙂

Iście jesienne nowości Eveline Cosmetics

Ostatni tydzień był myślę dla wielu z nas przykrym zderzeniem z rzeczywistością i normalnym stanem rzeczy, jakie przypadają na październik. Czyli chłodem, deszczem i coraz dłuższym wieczorem. W końcu więc nadszedł czas prezentacji jesiennych kolekcji, które do tej pory mimo wszystko w dużej mierze zostawały w cieniu kosmetyków wakacyjnych. Pół roku lata jednak robi swoje.

Przechodząc do rzeczy i nowości do makijażu i manicure Eveline Cosmetics, to powiem Wam, że w moim odczuciu są to takie 3 podstawowe kosmetyki do makijażu jesiennego, (ale niekoniecznie takie, których ja w nim używam :P), bo jest tutaj i coś dla wzmocnienia spojrzenia, i pomadki kremowe i nowa gama kolorów lakierów hybrydowych.

Precise Brush Liner Eveline Cosmetics – czyli eyeliner z miękkim, ale nadal super precyzyjnym pędzelkiem, to chyba fajna nowość. Dzięki temu, że elastyczny można nim malować różne linie i kreski. Nadal jest to eyeliner w pisaku, więc wygodny i prosty w obsłudze, nawet dla początkujących. Podobno wytrzyma nawet 24h, ktoś sprawdzi? 😛
Cena: ok. 19 zł.

Eveline Cosmetics: lakiery hybrydowe, kremowe pomadki Color Edition, Eveline Cosmetics: lakiery hybrydowe, kremowe pomadki Color Edition i eyeliner Precise Brush Liner.

Kremowa Pomadka Color Edition Eveline Cosmetics to moim zdaniem taki must have na jesień. Bo o ile sama uwielbiam pomadki matowe, które przede wszystkim są super trwałe, to jednak jesienią, usta potrzebują też jakiegoś rodzaju okrycia i ochrony, a to z kolei zapewniają raczej klasyczne, kremowe pomadki. I tak też jest w tym przypadku, bo formuła zawiera masło aloesowe i witaminę E, które usta pielęgnują. Formuła jest bardzo lekka, a pomadka prawie, że nie wyczuwalna (na ustach 😉 😛 ). Co się z tym również wiąże – ma ona słabszy kolor. Nie jest on w pełni nasycony, to taka półtransparentna opcja. Cała gama to aktualnie 6 odcieni, w klimatach nude i ciepłej czerwieni. Takie idealne na jesień klasyki.
Cena ok. 15 zł

Lakiery hybrydowe Eveline Cosmetics pewnie już znacie, więc teraz zostaje Wam tylko przywitać się z czterema nowymi kolorami, które właśnie dołączyły do rodziny. Kolory zupełnie inne i wszystkie bardzo w klimacie. Numerki: 310 Pink Powder, 311 Mystic Mauve, 312 Sweet Plum i 313 Red Passion.
Cena: ok. 22 zł

Eveline Cosmetics – lakiery hybrydowe

Pomadki i hybrydy pewnie będą mi często tej jesieni towarzyszyły, bo kolory są świetne. Trochę gorzej będzie z eyelinerem, bo kresek nie robiłam sobie ze sto lat. 😛

RECENZJA BeTheSkyGirl EASY GOING Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Jako, że temat świeży i w blogosferze jeszcze „raczkujący” (a Wy też zgłosiłyście chęć), postanowiłam przetrzeć szlaki i opowiedzieć Wam o nowości z mojej łazienkowej półki. Jest nią produkt marki Be The Sky Girl, o której mogłaś nawet nie słyszeć. Jest dość młoda, także jeszcze nie do wszystkich miała okazję dotrzeć. Ja trafiłam na nią na wrześniowych targach Beauty Days i kupiłam sobie właśnie wtedy tą Emulsję do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1, o której za chwilę Wam opowiem.

Najpierw jednak kilka słów o marce, bo przecież się jeszcze nie znacie. 🙂 Be The Sky Girl, to polska marka. Jej założycielkami są przyjaciółki – Ela i Ola. Tworzą one kosmetyki pielęgnacyjne, które łączą w sobie naturę z nowoczesnością. A ich receptury oparte są całkowicie na składnikach naturalnych, bez PEG, SLES, SLS czy parabenów. Aktualnie w ofercie marki znajdują się produkty do pielęgnacji twarzy oraz musy do ciała.

BeTheSkyGirl – Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Mnie BeTheSkyGirl zachęciła wyglądem, innym, trochę komiksowym i z poczuciem humoru. To na pewno wyróżnia markę spośród tłumu. Na pierwszy rzut oka może sprawiać również wrażenie kosmetyków dla nastolatek, ale pewnie właśnie dlatego przyciąga. Przecież większość z nas chciałaby jednak tych lat mieć trochę mniej. 😀 Dodam jeszcze, że nigdy wcześniej o Be The Sky Girl nie słyszałam, ale mimo to zaufałam i kupiłam.

Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1 Be The Sky Girl to plastikowa buteleczka, z pompką, o pojemności 100 ml. Jest poręczna, wygodnie się z niej korzysta, ale też kompaktowa, więc sprawdza się w podróży. Konsystencję posiada kremową, nie za rzadką, nie za gęstą. Jest to kosmetyk typu 2 w 1, więc i twarz nim oczyścić się da i zmyć makijaż. Choć ja głównie używam jej do mycia twarzy, bo jak wicie na co dzień w kwestii demakijażu oczu pozostaję wierna rękawicom Glov.

BeTheSkyGirl – Emulsja do mycia i demakijażu twarzy 2 w 1

Emulsja w połączeniu z wodą staje się po prostu bardziej rozwodniona i zawartość jednej pompki starcza wtedy na rozprowadzenie i wmasowanie na powierzchni całej twarzy. Przyjemnie sobie na niej osiada, nie zsuwając się i nie uciekając. Bez problemu zmywa makijaż, oczyszcza skórę i pozostawia ją naprawdę przyjemną w dotyku. Wypielęgnowaną i wygładzoną. Nie podrażnia skóry, ani jej nie wysusza. Po umyciu i osuszeniu twarzy nie pojawia się też efekt ściągnięcia czy uczucie swędzenia. Jest fajnie, serio. Choć przyczepić się do czegoś muszę i tym razem będzie to zapach. Jak dla mnie byt taki mydlany jest. Przypomina mi po prostu jakąś kostkę Fa czy coś takiego. Mógłby być jakiś bardziej wyszukany. No i jeszcze ta pojemność. Bo o ile ogólnie opakowanie super, to na dłuższą metę 100 ml to jednak trochę mało, szczególnie gdy używa się kosmetyku 2 razy dziennie, a kosztuje on ok. 50 zł. I choć nie wiem jakby był bardzo wydajny, to po prostu się pewnych rzeczy nie przeskoczy. Więc moim zdaniem przy tej cenie pojemność powinna być nieco większa.

I w zasadzie to chyba wszystko, co mogę Wam o tej emulsji powiedzieć.

Kosmetyk fajny i godny polecenia, także jeśli będziecie miały okazję, próbujcie! 🙂

Odprężająca kolagenowa maseczka pod oczy PUREDERM

Ogólnie boję się trochę kosmetyków do pielęgnacji okolic oczu. Tak często je podrażniają, że zanim wypróbuje czegoś nowego, to czaję się koło tego z tydzień. Tak było i tym razem, ale moja nieufność była zupełnie nieuzasadniona i niepotrzebna.

Kolagenowe płatki pod oczy, a w zasadzie nawet Kolagenowa maseczka pod oczy PUREDERM to ostatnio mój ulubieniec.

Płatki wykonane są z cienkiej, dobrze przylegającej do skóry płachty. Są optymalnie nasączone, dzięki czemu nic nam nie cieknie, nie leci do oczu, nie przesuwa się i nie spada.

Purederm Maseczka kolagenowa pod oczy

Maseczkę trzyma się na skórze od 15 do 20 minut i powiem Wam, że czas ten należy do bardzo przyjemnych i odprężających. Wilgotne płatki chłodzą okolice oczu, nie tylko relaksując skórę, ale także spełniając rolę swojego rodzaju opatrunku. Są bardzo przyjemne i delikatne. Lekko naciągają skórę podczas ich noszenia. Świetnie sprawdzają się wieczorową porą. 🙂

Maseczka fajnie nawilża, wypełnia i ujędrnia. Skóra pod oczami jest jakby jaśniejsza, trochę młodsza i zdrowsza. A przede wszystkim taka odprężona i zrelaksowana. Bardzo przyjemna. I wszystkie te efekty są widoczne nie tylko tuż po zdjęciu maski, ale także po całej nocy – rano.

Składnikami aktywnymi jest oczywiście kolagen, a także witamina E raz ekstrakt z zielonej herbaty. Działają one nawilżająco, ujędrniająco i przeciwstarzeniowo. Nie zawierają perfum, są zupełnie bezzapachowe.

Opakowanie zawiera 30 płatków, więc trochę czasu sobie nimi umilimy. 🙂

Beauty&Shape czyli extrabox ShinyBox

Dzisiaj znowu box! I to nie byle jaki, bo extrabox Shinybox – Beauty&Shape. I dokładnie tak jak nazwa wskazuje pudełko wypełnione jest produktami dla urody i dobrego samopoczucia.

Ogólnie w każdym pudełku znajduje się 11 produktów, w tym dwa z półki suplementów, dwa z półki relaksu, a reszta to kosmetyki pielęgnacyjne i kolorowe.

Przyznam szczerze, że do tematu suplementacji podchodzę dość nieufnie, więc nie jest to moja ulubiona część pudełka, dlatego opiszę ją od razu! 😀 Myślę, że wiele z Was może zainteresować 3Flow Solutions, czyli suplement diety, który może wspomóc odchudzanie i trzymanie linii, a kosztuje ok. 130 zł, więc całkiem sporo. Dziennie powinno się zjeść 2 kapsułki, a standardowe opakowanie zawiera ich 60, jest więc to kuracja miesięczna. W składzie aminokwasy (L-karnityna, L-tyrozyna), witaminy z grupy B (B1, B2, B6, B12), wyciągi roślinne (ekstrakt z owoców Acai, ekstrakt ze skórki owoców Garcinia Cambogia, ekstrakt z owoców czarnego pieprzu – 95% piperyny), kofeina, chrom. Więc chyba rzeczywiście może zadziałać. 🙂

Drugim produktem jest Pure Green Coffe – Detox Green Coffee – kawa odchudzająca. W pudełku występuje jako upominek i opakowaniu jest jej chyba na jedno parzenie. Jest to mieszanka, a nie typowa kawa. Występują w niej zielona i czarna kawa Arabika oraz naturalne składniki ziołowe.

To propozycja moja jest taka, żeby w drugiej kolejności omówić produkty dla duszy, a kosmetyki zostawimy sobie na koniec. 🙂

Świece Bispol zna pewnie większość z Was. 🙂 Są i stosunkowo tanie i bardzo przyjemne. Naprawdę jako jedne z nielicznych pachną podczas palenia! A zapachy mają fajne. „Kawa”, która znalazła się w pudełku to takie cukierki Kopiko – słodka czarna. Dla mnie ekstra. Jedyne co bym w tych świecach zmieniła to opakowanie – zostawiłabym je w najprostszej formie, jakiegoś przezroczystego słoika. 🙂 Cena: ok. 7 zł.

Druga świeca to tealight od Natura Rzeczy, tester. Jest to (bardzo modna ostatnio 😛 ) świeca sojowa, ręcznie robiona. Pachnie ślicznie. Cały zestaw 6 szt. kosztuje 10 zł.

Beauty&Shape ShinyBox

To przechodzimy do kosmetyków! Jako, że zawsze zaczynam od tych najulubieńszych, to dzisiaj… też od nich zacznę! 😀 Tylko tym razem odeślę Was do tekstów, które już na temat tych kosmetyków powstały, bo je bardzo dobrze znam:
Catrice Maskara Efekt Sztucznych Rzęs Glam&Doll ,
Powrót do natury Naturalne mydło z olejkiem lawendowym .

Kolejna rzecz, z której się bardzo ucieszyłam i na dodatek jest dla mnie nowością, jest Suchy Szampon Exclusive Polska. Tego nigdy za wiele, bo choć głowę to ja myję raczej codziennie, czasami na szybko się przydaje. Do tej pory moimi dwoma ulubionymi jest Got2Be i Paul Mitchell, ale kto wie, może i ten wskoczy na podium. Puszka 100 ml kosztuje ok. 21 zł.

Puder utrwalająco-matujący Velvet HD Earthnicity sobie z chęcią przetestuję. Jest to puder mineralny. Rozjaśnia, matowi, kontroluje sebum no i utrwala. Travel Size (0,5g) kosztuje 15 zł.

Zarówno z Vasco Nails jak i Pablo Color dostałam produkty do paznokci. Z Vasco bazę do manicure hybrydowego i z Pablo Color top matujący.

Beauty&Shape ShinyBox

I na koniec zostały olejki z Bio Agadir – chyba w sumie taka wisienka. Olej Arganowy Bio kwiat róży i
Olej Arganowy Bio owoc pomarańczy. Tłoczony na zimno, organiczny, bardzo wysokiej jakości. I o ile olej arganowy nie jest dla mnie niczym nowym, ani owianym tajemnicą, to zazwyczaj spotykałam go w wersji „saute”. A tu proszę – z dodatkiem olejków z róży i z pomarańczy. Extra! Pachną cudnie. Myślę, że spożytkuję je na włosy, które w końcu podczas olejowania będą ładnie pachniały. 🙂 Dodatkowym plusem jest zupełnie ludzka i przyzwoita cena – 12 zł / 10 ml. 🙂

W pudełku znalazłam również trochę kuponów rabatowych, które po części już wykorzystałam, ale w sumie nadal mogę się podzielić: 😉 😛
Bio Agadir – 10% rabatu, kod rabatowy:BOX, www.domiuroda.pl
Ekodemi.pl – 20% rabatu, kod rabatowy: EKODEMI20
Earthnicity.pl – 15% rabatu, koda rabtowy: BOX

I to już wszystko.
Myślę, że box ten jest idealną sprawą, dla osób, które lubią takie mixy w pudełkach otrzymywać. Trochę tego, trochę tamtego i w zasadzie człowiek ma wszystko, czego mu do szczęścia trzeba. 😀

Extrabox można zamówić na shinybox.pl w jednorazowym zakupie, tutaj subskrypcja nie obowiązuje. Cena: 59 zł.

 

Zobacz również:

Coś Pięknego by ShinyBox

Hippiness by Shinybox czyli sierpień 2018

Summer Vibes by ShinyBox – lipiec 2018

 

 

Coś Pięknego by ShinyBox

Powinnam była zrobić to już dawno temu, ale powiem Wam, że z czasem u mnie ostatnio nawet nie kiepsko, bo wręcz tragicznie. Tak straaaasznie mi go brakuje. 🙁 Pewnie tak samo jak sporej części z Was. 🙂 Ale nie o tym. Dzisiejszym bohaterem jest wrześniowy ShinyBox o wpadającej nazwie „Coś Pięknego”. Czy rzeczywiście takim się okazał?

Powiem Wam zupełnie szczerze, że ilość produktów standardowego boxa nie jest mi znana, tak samo w ogóle nie łapię, które produkty dodatkowe za co przysługiwały. Wiem jednak, że było kilka wersji kart produktów i różniące się od siebie znacznie pudełka, dlatego miałam wrażenie, że przez chwile atmosfera na FB ShinyBox była gorąca. Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej rozbudowana – ambasadorska wersja pudełka, jest całkowicie trafiona. Znalazłam w nim produkty Aussie, Biotaniqe, Cougar, hialuPURE, ProSalon (Chantal), ST8, Beaute Marrakech oraz Pablo Color.

Pudełko bogate jest też w kody rabatowe, więc jeśli macie ochotę, korzystajcie:
Zapachy Orientu – 10%, KOD: SHINYBOX2018
Ekodemi.pl – 20%, KOD: EKODEMI20
EKAMEDICA – 20%, KOD: BOX2018
SEACRET – 50%, KOD: NICETOMEETYOU

Zazwyczaj prezentację pudełka zaczynam od produktów, które spodobały mi się najbardziej. To tym razem trochę nie wiem od czego zacząć. 😉

Na pewno na wyróżnienie zasługuje Naturalny Mineralny Dezodorant Ałunowy na Hydrolacie Różanym Beaute Marrakech  z trzech powodów – bo naturalny, bo na ałunie, bo dezodorant. Ostatnio miałam w tym asortymencie pewne braki, więc z przyjemnością uzupełniam zapasy. O ile dezodoranty ałunowe bardzo lubię (właściwości ałunu), to nie ma się co oszukiwać, że na lato raczej się nie nadają. Przynajmniej dla mnie za słabe są. Myślę za to, że jesień i zima będą odpowiednim czasem na jego spożytkowanie. Kosztuje ok. 15 zł.

Mimo tego, że otwartych balsamów do ciała mam chyba z piętnaście, to Naturalny Krem odżywczy Biotaniqe mnie ucieszył. Jest to plastikowy słoiczek o pojemności 75 ml, więc na tyle duży by spróbować i na tyle mały by szybko go skończyć. 🙂 Można stosować go zarówno do twarzy i ciała, ale u mnie pewnie będzie gościł tylko na tym drugim. Pachnie super, szybciutko się wchłania i ciekawe składniki ma. Skóra nawilżona, pachnąca i milutka w dotyku. Cena też jest dużą zaletą – ok. 6 zł.

To jak bardzo lubię kwas hialuronowy (O właściwościach kwasu hialuronowego) w kosmetykach na pewno wiecie, bo gadam o tym przy każdej możliwej okazji. Na liście ulubieńców pudełka jest więc też Serum z kwasem hialuronowym Hialu Pure. Coś czuję, że będę zadowolona. 😀 Kosztuje ok. 22 zł, co przyznam brzmi bardzo przyjemnie.

Coś Pięknego by ShinyBox

Olejek do twarzy z brazylijską papają i kwasem hialuronowym Cougar, to kolejna rzecz, której testowania wręcz nie mogę się doczekać. Coś czuję, że może to być hit. Zawiera minerały, przeciwutleniacze i witaminy, które transportują się razem z brazylijskim olejem z papai wgłąb skóry. Można stosować go i na dzień i na noc. Cena olejku – 111 zł.

Odżywek do włosów nigdy za wiele, a profesjonalnych tym bardziej, dlatego Maska w spray 12 w 1 Prosalon jest dobrym i miłym dodatkiem. Zawiera olej arganowy i keratynę. Dobry do każdego rodzaju włosów. Butelka 150g kosztuje 24 zł.

Pozostając przy włosach, w każdym pudełku znalazły się miniatury Aussie – Szampon MIracle Moist szampon do włosów suchych i 3 minutowa intensywna odżywka do włosów zniszczonych. Dla mnie spoko, przyda się na jakiś wyjazd, albo na „czarną godzinę”. Kosztują po ok. 8 zł.

Odświeżający żel pod prysznic ST8 to męski dodatek, który nie trafił do wszystkich Shinies. Ogólnie pomysł uważam za bardzo fajny, w końcu coś tym naszym chłopom się należy, szczególnie w dniu ich święta.

Lakier matujący Pablo Color nie wiem czy będę miała okazję przetestować na swoich paznokciach, bo właśnie trochę mi tego czasu brakuje, no i na hybrydy się trochę przerzuciłam. Ale zobaczymy, jak coś się zmieni, będę dawała znać.

I takim sposobem dobrnęłyśmy do końca. A nie było łatwo, bo sporo tego. 😀
Pudełka zamawiajcie na shinybox.pl. Jest tam teraz w sprzedaży najnowszy extrabox – Beauty and Shape – Sprawdźcie to koniecznie! 🙂

 

Zobacz również:

Beauty&Shape czyli extrabox ShinyBox

Hippiness by Shinybox czyli sierpień 2018

Summer Vibes by ShinyBox – lipiec 2018

 

 

 

VIANEK: Intensywnie kojące masło do ciała z ekstraktem z liści borówki brusznicy

Dzisiaj mam dla Was mój ulubiony ostatnio kosmetyk do pielęgnacji ciała! I co więcej jest to masło! 😀

Co do pielęgnacji „całości” chyba jestem dość wymagająca. Nie lubię gdy długo się wchłania, nie lubię gdy tłuści, gdy się lepi, roluje czy nieodpowiednio dla mnie pachnie. Nie lubię zbyt lejących się konsystencji, ale rozprowadzać musi się gładko. Lubię też wygodne, poręczne opakowania, ciekawy i przyjazny skład i …. I w zasadzie mogłabym tak jeszcze wymieniać przez kilka wierszy te wszystkie moje lubiane i nielubiane cechy produktów do ciała, ale chyba warto omówić to na konkretnym przykładzie. 🙂 I jest nim Intensywnie kojące masło do ciała z ekstraktem z liści borówki brusznicy VIANEK.

Zacznę od opakowania, bo jest super proste i choć ogólnie wolę pompki czy dozowniki, to jasna sprawa, że z masłem by to nie przeszło. Jest to więc po prostu plastikowy słoiczek o pojemności 250 ml. Jest zgrabny, więc nie ma problemu z utrzymaniem go w dłoni, a na łazienkowej półce też nie zajmuje za dużo miejsca.

Konsystencja przyznam, że jak na masło jest bardzo przyjemna. Nie jest tak ciężka jak zazwyczaj. Choć mega konkretna i bogata, to jednak o wiele lżejsza. Może właśnie określenie producenta, jest tym najbardziej trafnym – aksamitna. Nie sprawia więc problemu przy aplikacji. Sprawnie się rozprowadza po ciele i też stosunkowo szybko się w skórę wchłania.

Zapach w kosmetykach marki Vianek, to moja słabość. Jeśli już jest, to zazwyczaj jestem nim zachwycona. Tak jest i tym razem. Nic więc dziwnego, że tak chętnie tym masłem się smaruję. 😀 Szczególnie, że perfumy zostają na ciele przez jakiś czas.

Fajnie nawilża i odżywia skórę. Sprawia, że jest miękka i przyjemna w dotyku. Działa też wzmacniająco i przeciwstarzeniowo. Nie tłuści jej i w żaden sposób nie zapycha. Sprawdza się na co dzień. Używałam go nawet w upały. Wtedy większość kosmetyków do ciała mnie męczyło, a ten dawał radę i nawet przyjemność mi sprawiał. Może jest to też kwestia jego „kojących” właściwości. Do poduchy jest jak znalazł niezależnie od pogody.

Wiadomo, że jak każdy kosmetyk Vianek, tak i ten ma przyjazny, naturalny skład. Zawiera między innymi masło shea, wosk pszczeli, ekstrakt z liści borówki brusznicy czy olejek lawendowy.

Masło jest wydajne, więc te 250 ml starczy na jakieś 2-3 miesiące codziennego wsmarowywania. Kosztuje ok. 30 zł.

Niesamowite efekty z japońską wcierką KAMIWAZA

Po kilku miesiącach intensywnej regeneracji, wzmacniania i hodowania z dość kiepskimi skutkami, trafiłam na produkt, który w ciągu 2 miesięcy spowodował, że na mojej głowie jest dwa razy więcej włosów. Na razie połowa z nich jest bardzo krótka (tzw. baby hair) i szczególnie gdy zepnę włosy wyglądam przez to trochę obciachowo. Ale co tam! Najważniejsze, że wyrastają i to tak licznie. 🙂

Wybawicielem i jednocześnie sprawcą zamieszania jest Naturalny stymulator wzrostu włosów – KAMIWAZA.
Jest to odżywka, a w zasadzie wcierka powstała na bazie roślinek. Jest to mieszanka buku, brzozy, łopianu i pokrzywy. Jej wysoka skuteczność możliwa jest dzięki odpowiedniemu procesowi ekstrakcji.

Ten japoński kosmetyk stymuluje do działania mieszki włosowe, powodując wzmocnienie włosów, ograniczając ich wypadanie, a także pobudzając do wyrastania nowych. Dodatkowo pielęgnuje skórę głowy i zwalcza łupież.

Jest zupełnie rzadka, wodnista, o zielonym zabarwieniu. Posiada naturalny i chyba neutralny, taki bardziej ziołowy zapach.

Powinno się ją stosować po każdym umyciu głowy, dlatego ja używałam jej codziennie. W niewielkich ilościach wcierałam odżywkę w skórę głowy przez jakieś 4 miesiące, chociaż już po 2 miałam na głowie sporo nowych włosów. Mam też wrażenie, że od kiedy jej używam to włosy mniej wypadają i są mocniejsze.

Chyba pierwszy raz spotkałam się z taką skutecznością! Tak widoczne gołym okiem efekty to dla mnie mimo wszystko rzadkość. Myślę, że w tym wszystkim super ważna jest również systematyczność, niemniej zasług Kamiwazie odbierać nie będę. 🙂

Ja swoje opakowanie 95 ml (45 zł) znalazłam w pudełku Naturalnie Piękna Inspired By – ShinyBox. I powiem Wam, że właśnie dla takich perełek warto sobie zainwestować w subskrypcję. Jestem przekonana, że gdyby nie box, to na Kamiwazę bym po prostu nie trafiła.

Jak sprawdza się Wielofunkcyjny olejek Stay Calm Annabelle Minerals do demakijażu?

Z zamiarem napisania Wam kilku zdań o Wielofunkcyjnym olejku Stay Calm Annabelle Minerals noszę się już od jakiegoś czasu. Strasznie mi go ostatnio brakuje, więc jest mnie miej dosłownie wszędzie. Będzie więc szybo, rzetelnie i konkretnie (w sumie to zawsze się tak staram :P).

Jak sugeruje tytuł wpisu, chciałam opowiedzieć Wam o tym jak olejek sprawdza się w demakijażu. Bo przypuszczam, że wiele z Was właśnie w takim celu chciałaby go zakupić. Jako serum go nie używałam w ogóle, głównie ze względu stale trwającego lata i wysokich temperatur. W tym okresie moja skóra nawet wieczorem średnio chłonie oleje, więc nie chciałam jej męczyć i wprowadzać sobie oraz Was w błąd kilkoma zdaniami za dużo.

Stay Calm to jeden z trzech wielofunkcyjnych olejków Annabelle Minerals. Choć ja osobiście używam go tylko do demakijażu, marka wskazuje na co najmniej 8 jego zastosowań. Jako serum, jako dodatek do kremów czy balsamów, jako odżywkę do paznokci czy włosów, a w zasadzie końcówek czy nawet jako olejek do masażu.

Wielofunkcyjny Olejek STAY CALM Annabelle Minerals to mieszanka oleju kokosowego, rycynowego, konopnego; oleju z pestek winogron, oleju awokado, olejku z kwiatów pelargonii pachnącej oraz zapachu cytrusowego.

Opakowanie zostało utrzymane w minimalistycznym, prostym designie. Szklaną butelkę o pojemności 50 ml uzupełnia podajnik z pompką. I choć prezentuje się bardzo ładnie, to idealna nie jest – dosyć mała i pod mokrymi palcami się ślizga, więc czasami ciężko trafić i nacisnąć w odpowiednim momencie.

Konsystencję tego olejku określiłabym jako umiarkowaną. Nie jest jakiś bardzo ciężki i wyjątkowo tłusty, ale lekki i suchy też nie jest. Takie pomiędzy, więc do demakijażu jak znalazł. Pachnie fajnie, energetycznie, cytrusowo.

W demakijażu używałam go na 3 sposoby:
– jako płyn dwufazowy (w połączeniu z wodą) do zmywania oczu,
– jako pierwszy etap dwustopniowego oczyszczania (najpierw olejem, później żelem),
– do mycia twarzy w pojedynkę.

Jako płyn dwufazowy sprawdza się bardzo dobrze. Po chwilowym namoczeniu powiek i rzęs mieszanką, wszystko ładnie schodzi. Olejek nie podrażnia oczu, a delikatną okolicę wokół nich pewnie nawet solidnie pielęgnuje. 😉

Pierwszy etap dwustopniowego oczyszczania to najczęściej praktykowana przeze mnie metoda. Z żelem, który stosuję po oleju współpracuje bardzo dobrze. Nie ma żadnych problemów ze ściągnięciem olejku czy z domyciem twarzy. Nie pozostawia wtedy tłustej warstwy, a skóra mimo to jakby trochę bardziej nawilżona i wypielęgnowana.

Ostatni sposób zmywania makijażu to olejek w pojedynkę. Robię to bardzo rzadko, ale kilka razy zdarzyło się. Zazwyczaj wtedy, kiedy super się spieszyłam i postanawiałam załatwiać dwie sprawy za jednym zamachem – poranne oczyszczanie i odżywianie. Po umyciu twarzy olejkiem, wycierałam ją tylko ręczniczkiem i leciałam dalej. I w tym przypadku o ile odświeżenie i zastrzyk energii jest, to ja na wieczór bym tak nie mogła. Rytuał musi być. Na dzień pewnie też nie dla wszystkich byłaby to metoda odpowiednia, bo jednak jakiś tam mały tłusty film pozostaje. Niemniej jak już pisałam, można upiec dwie pieczenie na jednym ruszcie.

I jeszcze dwie ważne informacje dla Was mam. 🙂 Numer jeden –  olejek zapach i to całkiem intensywny posiada, ale nie drażni on skóry czy oczu. Jest dla nich bardzo delikatny. Dwa – mimo dość kompaktowego opakowania, kosmetyk wystarcza na jakieś 2-3 miesiące codziennego stosowania.

Ogólnie olejek do demakijażu przyjazny, także polecam sobie wypróbować. Nie wiem jak zachowują się pozostałe dwa, ale przypuszczam, że podobnie.