Ulubieńcy ostatnich miesięcy (pielęgnacja) – wrzesień 2019

Do przedstawienia Wam ulubieńców kilku ostatnich miesięcy zbieram się już chyba… z kilka miesięcy 😂. Dlatego serio są to rzeczy dokładnie sprawdzone, przetestowane, a w niektórych przypadkach – kupione ponownie. Tym razem głównie pielęgnacja, bo tak sobie pomyślałam, że dla kolorówki napiszę osobny post, trochę też mi się tego uzbierało, rozumiecie. 😉

 

Ulubieńcy do pielęgnacji ciała

Na pierwszy ogień idzie mydło – Mydło Chlebowe AQUAFARINA FERMENTI konkretniej. Ukochałam je sobie z kilku powodów. Ma fantastyczną i niespotykaną bazę z kwasu chlebowego, genialny zapach chlebowych wypieków, delikatny skład i uniwersalną formułę. Może używać go cała rodzina, do wszystkich części ciała, jak i włosów. Oczyszcza, nawilża i łagodzi. Ja myłam nim również twarz. Mydło nie ściąga, nie wysusza. Przywraca skórze właściwe pH. Nadaje się do każdego rodzaju skóry. Ma konsystencję jak dla mnie typową dla żelu czy płynu pod prysznic. Całkiem dobrze się pieni. Na dole opakowania zbiera się osad, no ale tak to z naturalnymi kosmetykami bywa i raczej niczemu nie przeszkadza. 😉 Duża butla z pompką to też wariant opakowania, który darzę sympatią, także wiecie – polecam Wam.

Mydło chlebowe

Tołpa Urban Garden Balsam do ciała, to bardzo fajny balsam, który solidnie nawilża skórę. I nie pozwala aby nawilżenie ulotniło się przez kilka godzin. Skóra jest miękka i przyjemna przez wiele, wiele godzin. Podczas jego używania, ani razu nie odczułam dyskomfortu, suchej czy swędzącej skóry. Konsystencja jest treściwa i do tych lekkich nie należy, ale całkiem fajnie się wchłania, choć pozostawia na skórze delikatne natłuszczenie. Ma bardzo fajny, raczej delikatny zapach, który pozostaje na skórze przez jakiś czas. Tubka 200 ml kosztuje 22 zł, więc dobry deal to jest.

Tołpa Urban Garden Balsam do ciała

 

DEEPLY FIRMING Breast Relief Phenome, to żel ujędrniający do biustu. Niestety u mnie biustowych powierzchni do ujędrniania raczej brakuje, ale ze względu na jego konsystencję i zapach nie mogłam się oprzeć i kupiłam. Bardzo przyjemny w stosowaniu kosmetyk, który świetnie się wchłania, nie lepi się, nie pozostawia po sobie nic nieprzyjemnego. Ma genialny, charakterystyczny i bliżej nieokreślony zapach, który zmuszał mnie aplikowania żelu nie tylko w okolice biustu, ale także innych części ciała. Najlepiej to po prostu byłoby gdyby balsam do ciała o takim zapachu wypuścili, albo perfumy- jeszcze lepiej. 😀 Może przy okazji wyszłoby to korzystniej cenowo, bo niestety cena jest zabójcza. Ja akurat kupiłam serum z krótką datą ważności -70%, natomiast w stałej sprzedaży jest za 135 zł, co moim zdaniem jest przesadą. 😉

Phenome – Żel do biustu
Ulubieńcy do pielęgnacji twarzy

Tutaj przede wszystkim chciałabym pokazać Wam duet z serii VALO z Lumene. Esencja hialuronowa z witaminą C czyli VALO GLOW BOOST Lumene, to zdecydowanie ta formuła, którą lubię najbardziej. Lekka, delikatnie żelowa, szybciutko się wchłaniająca, pozostawiająca po sobie delikatne napięcie i znak, że trzeba tam jeszcze coś dobrego dla cery położyć. Jest z kwasem hialuronowym, który przyznam jest moim ulubionym składnikiem produktów takich jak sera, esencje czy nawet kremy. Jakoś inaczej się ich używa. Świetnie nawilża, wygładza i naprawia. Do tego cudnie pachnie i dzięki butelce z pipetką jest wygodne w użyciu. Do kompletu jest krem – Lumene VALO (Light) GLOW REVEAL, który również ma genialną konystencji i szybciutko się wchłania, nie pozostawiając po sobie żadnych dających dyskomfort oznak. Może służyć jako baza pod makeup, bo porządnie odżywia skórę i daje jej odpowiednie nawilżenie, ale też bez przesady – i w tym cały jego urok. Nie zalega, nie tłuści, nie ciąży. Makeup twarzy się trzyma, a nie spływa razem z kremem, który na dzień po prostu się nie nadaje. Tak jak esencja VALO GLOW BOOST, krem pachnie cudnie. Chce się po niego sięgać i chce się go na sobie nosić. Jedynym minusem tych dwóch produktów są ich ceny. Krem w okolicach 90 zł, a esencja – 130 zł. Jednak używając ich i znając filozofię marki oraz ich podejście do składników, wiem, że swojej ceny są warte. Na szczęście należą do produktów bardzo wydajnych. 🙂

Lumene VALO

Z witaminą C ostatnio też używałam Serum LIQ CC LIGHT 15% VITAMIN C BOOST. Lekkie, fajnie się wchłaniające serum. W konsystencji przypomina taki rozwodniony olej, natomiast nie jest to typowo oleista konsystencja. I wchłania się też szybciej i lepiej niż sera olejowe. Jest taki na pograniczu. Fajnie nawilża, odżywia i ogólnie tak polepsza stan skóry. Można stosować do zarówno na dzień, jak i na noc. I w zasadzie nie miałam do niego zastrzeżeń po porannej aplikacji, ale pewniej jednak czułam się nakładając je głównie na noc. 😀  Serum jest super wydaje i jedna buteleczka spokojnie wystarczy na ok.6 miesięcy. Kosztuje ok. 60 zł, więc ostatecznie się to całkiem fajnie kalkuluje. 🙂

Kwas hialuronowy BioOleo – bardzo spoko, wydajna formuła, 30 ml wystarcza na kilka miesięcy. Używałam do pod krem, albo serum olejowe. Kosztuje ok. 60 zł.

Serum LIQ CC i Kwas hialuronowy BioOleo

I jeszcze jedna rzecz z witaminą C! 😀 SYNCHROLINE Synchrovit C serum przeciwzmarszczkowe. Bardzo ciekawe, bo takie w stylu „świeżego” kosmetyku. Serum po trochu robi się samemu, gdyż sproszkowana witamina C dołączona jest do ampułki w saszetce. Pełnowartościowy kosmetyk więc mieszasz sobie sama. Na dodatek jego przydatność to jedynie 10 dni. Ma genialną konsystencję, którą skóra wręcz chłonie. Świetnie nawilża, wypełnia i wygładza, a do tego przepięknie pachnie. Miałam tylko jedno opakowanie, co oznacza, że używałam serum przez 10 dni, no tyle czasu nie wystarczyło mu za rozprawienie się z moimi zmarszczkami, także na tym polu skuteczności Wam nie potwierdzę, natomiast ogólnie kosmetyk jest baaardzo przyjemny. 🙂 Ampułka 5 ml kosztuje ok. 30 zł.

Synchroline Synchrovit

Jest jeszcze jeden krem, o którym muszę wspomnieć, bo jest genialny. Zanim po niego sięgnęłam jakoś na szał się nie nastawiałam, a z drugiej strony zaczęłam go używać następnego dnia od jego otrzymania (trafił do mnie w paczce Meet Beauty, Agencja Blog Media – dzięki bardzo! <3), bo nie wytrzymałam z ciekawości. Z marką spotkałam się po raz pierwszy, więc naturalnie chciałam ją po prostu bliżej poznać. I powiem Wam, że po trwającej około 2 miesięcy przygodzie z tym kremem, wiem, że to nie był nasz pierwszy raz. MesoBoost V-shape Face Cream sprawia, że twarz jest tak niesamowicie gładka i miękka. Do tego taka wypełniona, naciągnięta. Bez żadnych niedoskonałości, tryskająca zdrowiem i witalnością. Po pierwszej aplikacji totalnie zgłupiałam, miałam wrażenie że dotykam kogoś innego. Co ten krem robi z twarzą to po prostu bajka jest i musicie go wypróbować na własnej skórze. Do tanich nie należy. 100 zł za 30 ml, to jednak kupa kasy, ale naprawdę warto. 🤩

MesoBoost V-shape Face Cream
Ulubieńcy do oczyszczania twarzy

PURE BY CLOCHEE Oczyszczający płyn micelarny – myślę, że jak w takiej cenie to bardzo dobry produkt, choć wolę Relaksującą Wodę Micelarną Clochee, z tym, że ta jest dwa razy droższa. 😅 Dobrze zmywa makijaż. Ma delikatny zapach i wbudowaną w butelkę pompkę. Nie podrażnia i nie denerwuje. 200 ml kosztuje ok. 30 zł, dostępne w Hebe, także też na plus.

SYLVECO Tymiankowy żel do mycia twarzy jest świetny. Fajnie oczyszcza, przy czym jest bardzo delikatny. Nie podrażnia, nie ściąga. Ma delikatny, tymiankowy zapach i pompkę w butelce. Konsystencja dla żelu typowa. Nie pieni się, co dla mnie w produktach myjących do twarzy jest najważniejsze. Wydajny i do tego całkiem tani – ok. 20 zł. Dostępny wszędzie (kocham za to Sylveco 😀 ).

BIOLAVEN Płyn micelarny to mój hit i nie pierwsze opakowanie. Świetnie radzi sobie z makijażem, nie podrażnia okolic oczu i nie ściąga twarzy. Ma cudny zapach i fajną cenę – ok. 20 zł.

Sylveco – tymiankowy żel, Biolaven – płyn micelarny, Pure by Clochee – Płyn micelarny

Regulamin – Konkurs na Instagramie @bafavenue.pl 10.2019

REGULAMIN 

§1.

Organizatorem konkursu jest @BAFavenue.pl.

§ 2

W konkursie udział może wziąć każdy, nie więcej niż jeden raz. Wygrywa jedna osoba.

§ 3

Nagrodą jest zestaw składający się z kosmetyków i biżuterii widocznych na zdjęciu.

§ 4

Konkurs trwa od 01.10.2019 do 15.10.2019 r.

§ 5

Zadania konkursowe

  1. Obserwuj @bafavenue.pl na Instgramie
  2. W komentarzu pod zdjęciem konkursowym na Instagramie napisz swoje ulubione słowo związane z tematyką beauty.
  3. (Nieobowiązkowe, ale mile widziane) Poinformowanie o rozdaniu innych. Czy to poprzez post na profilu, czy relację.

§ 6

Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do 5 dni po zakończeniu konkursu, na Insta Story, a nagroda zostanie wysłana do 2 tygodni od otrzymania adresu wysyłki od zwycięzcy.

§7

Zwycięzca powinien skontaktować się z Organizatorem w celu przekazania nagrody poprzez wiadomość mailową (redakcja@bafavenue.pl) do 10 dni, liczonych od ogłoszenia wyników.

§ 8

Wszelkie inne regulacje prawne niewyszczególnione w tym regulaminie podlegają pod prawo polskie Kodeksu Cywilnego.

§ 9

Wszelkie spory rozstrzyga właściwy sąd okręgowy.

Promocja na makijaż w Rossmann

Właśnie ruszyła Makijażowa promocja w Rossmann. Tym razem zasady są inne. Czy lepsze?

Co się zmieniło?
1. Aby skorzystać z promocji nie trzeba posiadać karty klubowicza.
2. Nie ma stałego rabatu.
3. Indywidualne rabaty na marki i konkretne produkty. Od -35, do -70%.
4. Pojawią się również promocje 1+1 gratis.
5. Nie ma ograniczeń ilościowych. Kupujesz ile chcesz.

Promocja w Rossmann trwa od 16 do 30 września.

 

Co polecam?
Trochę jestem nie na bieżąco z pokazywaniem Wam moich ulubieńców, ale mam nadzieję, że poniższe też okażą się pomocne. Koniecznie zapoznajcie się również z nowościami tych marek. 😊

OH! My Lips Matt Lip Kit Eveline Cosmetics – czy warto?

Idealny podkład za 30 zł – Eveline Cosmetics Liquid Control

Wakacyjny makijaż. Mini-recenzje kolorówki.

 

Strobing – modelowanie przez rozświetlanie | Strobing Make Up Kit Wibo

Neutral Eyeshadow Palette Wibo – czy warto?

Usta à la Kylie Jenner – Wibo Million Dollar Lips

Bardzo przyzwoita kredka do brwi za 15 zł

Stylizacja i pielęgnacja brwi. Eyebrow Stylist Wibo

Sposób na przedłużenie świeżości manicure

 

Serum olejowe Dzika Figa O!Figa

Jakiś czas temu za sprawą Warsztatów Fotografii Produktowej, które organizowałam dla blogerek i influencerek w marszalstudio, trafiło w moje ręce Serum Dzika Figa marki O!Figa. Choć do tej pory nie miałam przyjemności z kosmetykami tej marki, to kojarzyłam ją z zeszłorocznej listopadowej edycji Ekocudów w Warszawie. I szata graficzna zwróciła moją uwagę i urocze stoisko. Nic wtedy nie kupiłam, bo moje zapasy były spore, ale jak się okazało – była inna okazja, aby z kosmetykami O!Figa się spotkać.

 

Serum olejowe Dzika Figa

to z pewnością flagowy produkt marki. I oprócz tego, że jest swoistą jej wizytówką, to serio jak wejdziecie w neta, to same ochy i achy o nim przeczytacie. Przyznam zupełnie szczerze, że sama do tego akurat serum podchodziłam ostrożnie. Bo przecież to serum olejowe. A ja jednak lubuję się w tych na bazie kwasu hialuronowego, takich bardziej lekkich, żelowych, szybciutko się wchłaniających. Mimo to zaczęłam używać i to też niełatwą dla tego typu produktu porą, bo przy końcówce wiosny i z początkiem lata, ale byłam go już tak ciekawa,  że czekać dłużej nie mogłam i nie chciałam. Serum polecane jest do nocnej pielęgnacji i w taki sposób właśnie je stosowałam.

Serum olejowe Dzika Figa jest jak nazwa wskazuje jest typowo olejowe. Nie jest to ani olej lekki, ani suchy. Konsystencja jest konkretna, kosmetyk jednak nie wchłania się od razu i nie w pełni. Natomiast nie jest też tak, że wstając rano, nasza twarz świeci się olejem jeszcze po wieczornej kuracji. 😉 Myślę, że dobrze sobie pod te serum olejowe robić podkład z kwasu hialuronowego, żeby ładniej i szybciej się wchłaniało. Zanim mi się skończył używałam kwas hialuronowy od BioOleo, a później dokupiłam sobie Piękną Trójcę O!Figa, żeby mieć komplecik. 🙂 Natomiast, jest to moja interpretacja, oryginalny „sposób użycia” mówi o stosowaniu na zwilżoną skórę.

SKŁAD i działanie

Jest to kompozycja kilku składników. Znajdziemy w nim oczywiście olej z opuncji figowej (najdroższy olej rośliny na świecie! ), a także olej z nasion cedru syberyjskiego (wow!), olej z lnianki siewnej ( 😀 ), nadkrytycznego ekstraktu z dzikiej róży, oraz olejowej formy witaminy C. A więc posiada właściwości antyoksydacyjne, wygładzające, nawilżające i regenerujące. Jest kosmetykiem antystarzeniowym, a także idealnym do cer problematycznych. Silnie zatowarowanym w witaminy F, E, P, A i B, a także C. Ujednolica koloryt, rozjaśnia. Dzięki niezwykle wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych, jest ogromnie pomocny przy walce z chorobami skórnymi takimi jak egzema czy łuszczyca. Serum nie zawiera żadnych perfum i zapachów, także i wrażliwa cera nie odczuje dyskomfortu.

INCI: Opuntia Ficus-Indica (Prickly Pear) Seed Oil, Pinus Sibirica Seed Oil, Rosa Canina Fruit Oil, Camelina Sativa Fruit Oil, Tocopherol, Tetrahexyldecyl Ascorbate, Rosa Canina Fruit Extract, Helianthus Annus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract.

Mieszanka ta działała naprawdę fajnie i bardzo przykro było mi, gdy ta mała szklana buteleczka z pipetką, z niesamowicie radosną i przyciągającą uwagę etykietą, roztrzaskała się o podłogę w mojej łazience. No niestety. Na szczęście po takim czasie używania (ok. 3 miesięcy) wiem z czym miałam przyjemność. 😊

EFEKTY

Skóra oprócz tego, że nawilżona i wygładzona, to też ogólnie o wiele zdrowsza. I jakoś tak mniej niedoskonałości i mam wrażenie, że oznaki zmęczenia jakoś mniej widoczne były. O rzeczach takich jak przesuszenie czy odwodnienie w ogóle mowy nie było, nawet w najbardziej skwierczące słońcem dni. Ja to ogólnie taka dość wrażliwa jestem i często mam tą twarz podrażnioną, czasami swędzącą, czasami zaczerwienioną, ale podczas stosowania serum tego typu sytuacje występowały sporadycznie, pewnie właśnie wtedy, gdy go chwilowo odstawiałam, bo upały tego lata bywały dość mocno odczuwalne i przyznaję, że czasami musiałam sobie odpocząć od nakładania warstw. 😉 Ja akurat z żadnymi większymi problemami skórnymi na co dzień nie walczę, także nie opowiem Wam, jak serum działa w bardziej skomplikowanych przypadkach. Natomiast patrząc na właściwości składników, ma ono naprawdę szerokie spektrum działania. A i po cichu powiem Wam, że czytałam w necie opinie innych dziewczyn, które mają różne problemy z cerą i z Dzikiej Figi były zadowolone. 😊

Wydajność i cena

Tanie nie jest. Kosztuje 89 zł za 20 ml. Jednak jest cholernie wydaje 🤭 i jedna taka buteleczka wystarcza na kilka długich miesięcy. Stosując go przez 3 miesiące zużyłam może 1/5 opakowania? Także ostatecznie koszt ten jest zupełnie akceptowalny i zrozumiały. 😊

Relacje uczestniczek Warsztatów Fotograficznych w marszalstudio

Warsztaty Fotograficzne dla blogerek i influencerek w marszalstudio odbyły się już jakiś czas temu, jednak do tej pory nie pokazałam Wam relacji, które napisały same uczestniczki wydarzenia! Idźcie czytać, linki poniżej. 😊

 

CosmetiCosmos –  Warsztaty Fotograficzne dla blogerek 

Naturale – Warsztaty Fotograficzne z marszalstudio

Freewolność – Warsztaty Fotograficzne w marszalstudio

Maleńka Bloguje – Warsztaty Fotograficzne w marszalstudio

Kosmetyczny Świat Uli – Warsztaty Fotograficzne dla blogerek

Recenzja: Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics

Zapewne tak jak wiele z Was, ja też wciąż szukam swojego ideału wśród dezodorantów naturalnych. Wiele takich przez moje ręce przechodziło i przyznam Wam szczerze, że dla opisywania większości z nich, szkoda mi było czasu. Nie dawały w zasadzie nic, i nawet jakiejś takiej zwyczajnej sympatii nie wzbudzały. Dlatego też nie znajdziecie u mnie zbyt wiele recenzji naturalnych antyperspirantów. Natomiast kilka takich, które po prostu polubiłam jest i dawałam Wam o nich znać (na końcu artykułu je znajdziecie). I dzisiaj do tej grupy lubianych dojdzie kolejny, bo choć idealny nie jest, to przyjemnie się z nim żyje.

Dezodorant o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to produkt małej manufaktury kosmetycznej, tworzącej cudne receptury naturalnych i certyfikowanych składników z polskich łąk, ogrodów i lasów. Myślę, że kosmetyki te wyróżniają się na tle konkurencji kreatywnością w doborze składników oraz taką … hm, prawdziwością. Nie zawierają żadnych wspomagaczy, parabenów, silikonów, aluminium, ani nie są testowane na zwierzętach. I pewnie dlatego tak bardzo lubię ten dezodorant.

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Dezodorant BERGAMOTKA Jardin Cosmetics – bo od początku właśnie o nim mówimy, to kombinacja składników antyperspiracyjnych, antybakteryjnych, antyseptycznych i pielęgnacyjnych. Marka zamknęła w nim i ałun (ałun – naturalny antyperspirant) i zioła (szałwię, i lipę), a także aloes i d-panthenol. Mieszanka ta zapewniać ma zarówno ochronę przed nadmierną potliwością (bez zatykania gruczołów potowych), niwelowanie nieprzyjemnego zapachu, jak i łagodzenie podrażnień. Czy właśnie w taki sposób działa? Dowiecie się za chwilę. 🙂

Płyn, przyznam – dość wodnisty, zamknięty jest w szklanej butelce z kulką, jest więc to dezodorant typu roll-on. Kuleczka działa bezawaryjnie, a na szkło, wiadomo, trzeba uważać. Aczkolwiek butelka ma dość solidne i grube ścianki, więc nic tam nie powinno się dziać. Dezodorant zamykamy plastikowym kapturkiem – nakrętką. Totalna prostota, dla wielu pewnie nic szczególnego, ale mnie jednak coś w tym opakowaniu urzekło – ręcznie opisana data ważności na etykiecie. Dla mnie świadczy nie tylko o niewielkim nakładzie kosmetyku, ale przede wszystkim o staranności z jaką jest przygotowywany.

Rzeczą, którą w tym dezodorancie lubię bardzo  jest zapach. Bergamotka – świeża, cytrusowa, orzeźwiająca – w sumie taki totalny klasyk, ale dla mnie jest tak w niej coś jeszcze, coś czego nie potrafię opisać, ale przepadam za tym strasznie. No i wiecie, dzięki takiemu, a nie innemu zapachowi, dezodorant jest zupełnie uniwersalny, przydatny dla obu płci. Swoją drogą, Earl Greya to ja w okresie jesienno-zimowym piję litrami. 😉

Jardin – Dezodorant Bergamotka

Jeśli chodzi o działanie dezodorantu, to nie będę Was oszukiwała i pisała, że świetnie sprawdza się w upały. Bo dla mnie jest jednak za słaby. I o ile z niego korzystam na co dzień, to jednak wychodząc z domu zawsze przejadę tradycyjnym, drogeryjnym antyperspirantem. Ale przy dniach „chłodniejszych” – do 20 stopni, sprawdzał się bardzo dobrze. Często stosuję go od razu po kąpieli, jako produkt kojący i łagodzący. I powiem Wam, że od kiedy go używam, skóra pod pachami znacznie rzadziej jest podrażniona, nie swędzi mnie i nie piecze. Nie tworzą mi się tam tez żadne brzydkie rzeczy. Więc pod względem pielęgnacyjnym i łagodzącym jest po prostu świetny. Uważam, że ma trochę zbyt wodnistą konsystencję, bo często zdarza się, że po prostu krople po ciele mi ciekną. I wiadomo – może być to trochę irytujące, to jednak bardziej szłabym w stronę tego, że się marnuje. 🙁 Choć przyznać muszę, że jego wydajność jest naprawdę fajna. Używam na co dzień od jakichś 3 miesięcy i jeszcze z 1/5 opakowania jest. I przy cenie 45 zł za 50 ml wygląda to w sumie dość przyzwoicie. 🙂

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

NOWOŚĆ! Naturalny dezodorant Sylveco – moja opinia

Ałun – naturalny antyperspirant

 

Wakacyjny makijaż. Mini-recenzje kolorówki.

Dzisiaj makijaż! I to nie byle jaki, a jak na mnie to nawet szalony, bo kolorowy. Nadal utrzymany w sumie bezpiecznych tonach, no ale mimo wszystko nie jest to beż czy brąz, które u mnie są standardem. Ostatecznie powstał chyba taki świeży i całkiem soczysty look, do którego wykonania użyłam kosmetyków różnych marek. Dlatego też postanowiłam przy okazji makijażu Wam je pokazać i krótko zrecenzować. Niektóre z nich to moje stare hity, z którymi się rzadko rozstaję, inne – zupełne nowości.

 

INSPIRACJA

Do zabawy kolorem pomarańczowym, miedzią i złotem zachęciła mnie Paletka cieni Sparkle Eveline Cosmetics, którą kocham za opakowanie, za kolory cieni i za to, że fajnie się z nimi pracuje. Nie osypują się, ładnie się rozprowadzają i blendują. Pięknie wyglądają na powiecie i trzymają się jej naprawdę długo, również w warunkach letnich czy imprezowych. Jedynym minusem jest takie spłaszczanie i wygładzenie się powłoki cieni foliowych po kilkukrotnym przejechaniu czy to palcem czy pędzelkiem (wiecie co chodzie, nie? 😊). Poza tym są extra, jestem nimi oczarowana po prostu. Kolory są świetnie skomponowane, idealnie się uzupełniają i można dzięki nim stworzyć coś ciekawego. Matowe cienie, to klasyczne, dobrze napigmentowane odcienie. Foliowe – chyba całkiem przyzwoite, mają dobrą przyczepność, osiadają na powiecie i co najważniejsze – iskrzą intensywnie.

 

TWARZ

Podkład Naked Skin Match Blur&Moisture Revers Cosmetics – całkiem przyjemny, bo niezbyt ciężki. Nie robi efektu maski, jak z resztą widać na załączonym obrazku. Coś tam kryje, do tego wyrównuje. No i nie przesusza, nie podrażnia. W upały z kolei też leży, nie spływa. Nie zapycha, nie blokuje. Rzeczywiście ładnie się wtapia i dopasowuje. Ma wygodne opakowanie z pompką i jest bardzo przyjemny cenowo.

Bronzer Sampure Minerals – mój hit. Wcześniej tak bardzo lubiłam tylko bronzer z Vita Liberata. Ma przepiękny, głęboki odcień, który na skórze wygląda mega naturalnie i przyjemnie. Można nim wykonturować twarz czy po prostu delikatnie podkreślić kości policzkowe. Bardzo przyjemnie się rozprowadza. Współpracuje z innymi kosmetykami, które już na twarzy są. I trzyma się jej naprawdę długo.

Podkład rozświetlający Sampure Minerals – lekki, dający mega naturalny efekt. Wyrównuje i wygładza. Bardzo ładnie wtapia się w skórę. Może dlatego, że nie matuje przesadnie, a daje delikatny efekt. Nie ciąży, nie waży się.

Róż rozświetlający Lily Glow Annabelle Minerals też należy do ulubieńców. Tak pięknego, delikatnego i naturalnie prezentującego się na skórze koloru dawno nie widziałam. I te przepięknie iskrzące się drobinki! Efekt niesamowity! Uwielbiam go i w pojedynkę, gdy przed wyjściem zdobię tylko swoje policzki i tuszuję rzęsy, jak i w większym gronie, jak makijaż, który Wam dzisiaj pokazuję. CUDO.

Puder matujący – Matt my day PEACH Loose Powder Eveline Cosmetics jest naprawdę dobrym sypkim pudrem matującym i utrwalającym. Ma zabarw w neutralnym odcieniu, więc nie wpływa to na efekt końcowy. Ładnie się osadza i pachnie brzoskwinią!

 

OCZY

Korektor pod oczy Magical Perfection Conclealer Eveline Cosmetics – powiem szczerze, że ten numerek 01, który w gamie jest najjaśniejszy, dla mnie wcale taki jasny nie jest. Początkowo bałam się, że zrobię sobie nim efekt pandy. Ale ostatecznie jakoś się tam wtapia i nie wygląda źle. Niestety, praktycznie od razu po nałożeniu i wklepaniu, zbiera się w załamaniach. Więc bez natychmiastowego utrwalenia ani rusz.

Eyeshadow Primer Golden Rose – to tak już przy okazji oczu. Bardzo w porządku jest ta baza, używam jej już dość długo. Dobrze się rozprowadza, szybko się wtapia w skórę i cienie się jej trzymają. Nic się nigdzie nie zbiera i nie osypuje.

Brow Gel Makeup Revolution – taki zwykły bezbarwny żel do stylizacji brwi. Bez szału, ale tez jakichś zażutów wobec niego nie mam.

Kredka do brwi Veluxe Brow Liner MAC to zdecydowanie moja ulubiona, o czym chyba już kilka razy pisałam. Dobrze się nią rysuje, ma świetny odcień i trzyma się tyle, ile trzeba. Bardzo podobne kredki, dobrej jakości, znalazłam w Pierre Rene.

Tusz do rzęs Royal Volume Eveline Cosmetics – kolejny świetny tusz tej marki! Wydłuża, pogrubia, podkręca. Sprawia, że rzęsy stają się widoczne i a oczy wyraźne. Mega!

 

USTA

Pomadka matowa Nordic Suduction Lumene – genialna matowa pomadka, o bardzo kremowej i przyjemnej dla ust formule. Nie tylko lekko się ją rozprowadza, ale też precyzyjnie wyznacza kontury. Jak wiele koleżanek po fachu, nie jest tępa i dobrze sunie. Nie przesusza ust, nie tworzy na ich powierzchni skorupy. Nasycony kolor i wyjątkowa formuła skutkują soczystym i świeżym lookiem.

Płynna pomadka matowa Oh My Lips Eveline Cosmetics – nigdy się na niej nie zawiodłam.

 

Shinybox MAJ 2019

Aktualnie opóźniona jestem po prostu ze wszystkim, więc nie powinien Was dziwić fakt, że zawartość majowego shinyboxa przedstawiam Wam już w lipcu. Nie ukrywam, że trochę czekałam na wysyłkę pudełek czerwcowych, bo chciałam jakoś zgrabnie połączyć prezentację tych dwóch edycji w jedną całość, ale niestety pudełka czerwcowe, mimo tego, że mamy już lipiec, jeszcze wysłane nie zostały.

Taak. I jest to rzecz, która zupełnie szczerze mnie martwi. I nie chodzi o to, że nie mam kolejnej paczki kosmetyków, tylko bardzo się boję, że w Shinybox złe rzeczy się dzieją. Kryzys mają na pewno, ale jak duży i jak szybko uda się go opanować niewiadomo. Strasznie szkoda mi marki, bo przez tyle lat robili tak świetną robotę… A tych kilka ostatnich miesięcy niestety niszczy renomę i na dodatek okazało się tak trudnym okresem, którego obawiam się, szerokie grono Klientek im nie wybaczy. 🙁 Mimo wszystko strasznie mocno trzymam kciuki za ShinyBox i liczę na to, że się szybciutko pozbierają.

W swoim majowym pudełku znalazłam całe mnóstwo świetnych produktów, chociaż jako ambasadorska dostałam jego najbogatszą wersję.

Shinybox maj 2019

HYPOAllergenic Triple Eyeshadow – Hypoalergiczny trójkolorowy cień do powiek – mini paletka trzech cieni. Ja ogólnie średnio takich używam, jakoś tak wolę albo duże palety albo pojedyncze cienie. Na dodatek spadły mi na podłogę i się pokruszyły, także nawet nie wypróbowałam. Kosztują ok. 14 zł.

VIANEK Łagodzący tonik-mgiełka do twarzy, to tak idealnie wpisujący się w panujące w czerwcu upały! Psikałam nim jak szalona, żeby się troszkę ochłodzić. Mega pachnie, nie klei się, super przyjemny, no i naturalny. Jako takie odświeżenie sprawdza się świetnie, co do standardowej, codziennej pielęgnacji, to niestety wypowiedzieć się nie mogę. Kosztuje ok. 21 zł.

SILCARE Quin Face So Sweet&Natural Lip Scrub – nowość w portfolio marki. Cukrowy peeling do ust. 98% naturalnych składników. Na razie wyląduje w zapasach, bo trochę tych peelingów otwartych mam. Kosztuje ok. 25 zł.

BIELENDA Balsam do ust Ponętna Śliwka – z lekkim kolorem, z lekkim połyskiem, więc nadaje taki fajny soczysty wygląd ust. Bardzo fajny, owocowy i wakacyjny zapach. Zawiera w swoim olejek babasu oraz masło kakaowe. Nawilża, odżywia i ujędrnia.
Kosztuje ok. 9 zł.

Shinybox maj 2019 – VIANEK, NATURATIV, CZTERY SZPAKI

NATURATIV Olejek rozświetlający. Dzięki ShinyBox poznałam Naturativ i ich świetne kosmetyki. Tym razem kosmetyczka została wzbogacona o olejek rozświetlający do ciała i twarzy. W środku znajdują się tłoczone na zimo oleje oraz naturalne drobinki rozświetlające, dające efekt WAKACYJNEGO GLOW! Skóra nie tylko jest nawilżona, ale też przepięknie się mieni. W pudełku była miniatura. Standardowe opakowanie 100 ml, kosztuje ok. 90 zł.

MYDLARNIA CZTERY SZPAKI Szampon w kostce – produkt, który został okrzyknięty hitem pudełka, ale niestety nie trafił do wszystkich Shinygirls, bo jest produktem wymiennym. 🙁 A szkoda i to ogromna. Świetny jest! naturalny, mega delikatny, bardzo wydajny i fajnie, świeżo pachnący. Po połaczeniu z wodą i włosami tworzy intensywną pisanę. Dobrze oczyszcza, a włosy są lekkie, miękkie i nawilżone. Świetnie sprawdza się u mojej córeczki. Kosztuje ok. 32 zł.

MARA NATURALS Żel do mycia ciała i włosów. Żel zawsze spoko. Szkoda tylko, że taki mały, bo to travel size. Przyjemny jest całkiem. 200 ml kosztuje ok. 60 zł.

Shinybox maj 2019 – NATURATIV, MARA

I to wszystkie kosmetyki, jakie można było znaleźć w standardowych pudełkach. Ja jako ambasadorka otrzymałam jeszcze do testów Olejek Orientany oraz Maskę Magic Bubble Mask Aloe Via, których jestem bardzo ciekawa. I jak tylko się przyjmą, sprawdzą i będę z nich zadowolona – dam Wam znać. 🙂

Shinybox maj 2019 – ORIENTANA, ALOE VIA

 

Let’s Play! Manifest Selfie Project

Dzisiaj chciałam Wam donieść o świetnej akcji organizowanej przez Selfie Project!

Marka postanowiła nagłośnić temat hejtu skierowanego w stronę dziewczyn i w ogóle kobiet w środowisku gamingowym. Przyznam, że sama z grami nie mam nic wspólnego i w zasadzie nigdy nie miałam. No poza jakimś małymi, nazwijmy to – epizodami. Ale zdaję sobie sprawę, że fanek gier komputerowych jest caaaaała masa. Zarówno nastolatek, jak i kobiet już całkiem dojrzałych. 😀 Dlatego spieszę do Was z informacją o poście – manifeście, który znajdziecie na fanpage’u marki. Jeśli czujecie to, dołączcie! 😊

„Nie wiedziałem, że w kuchni montują komputery! Przecież wy nawet nie umiecie podjąć decyzji! Po co grasz?
I tak przegrasz! – tak rozpoczyna się krótki spot marki Selfie Project. Są to prawdziwe komentarze z jakimi na co dzień spotykają się kobiety w świecie gamingu! Akcja marki ma zwrócić uwagę na problem dyskryminacji kobiet wśród graczy i dodać im pewności siebie. Pokażmy, że dziewczyny radzą sobie tak samo dobrze online, jak w życiu! – mówi główna bohaterka spotu.”

Fot. Selfie Project

Absolutny MUST HAVE! JOICO Defy Damage – recenzja

Od jakiegoś czasu używam sobie do pielęgnacji włosów kosmetyków marki Joico. Oprócz kilku chwilowych i przelotnych znajomości zawieranych z tymi produktami w salonach fryzjerskich, nie miałam dłuższej styczności. Do momentu gdy pojawiła się na rynku linia Defy Damage.

JOICO Defy Damage występuje w dwóch wariantach – takim salonowym, składającym się z dwóch kroków i zupełnie domowym, tradycyjnym. Tutaj tych kroków jest więcej, bo 4 – szampon, odżywka, maska i kuracja ochronna. I właśnie ten zestaw sobie używam już od ponad miesiąca. Co chciałabym Wam na jego temat powiedzieć? Najpierw sobie myślę, że wystarczyłoby kilka prostych zdań, później zmieniam zdanie – to trzeba jednak szerzej opisać. 😉

Zacznę od przedstawienia Wam tej serii, bo na rynku jest dość świeża, swoją premierę miała w marcu tego roku, także jeszcze pewnie nie wszystkie z Was o niej słyszały. Kosmetyki Joico to przede wszystkim produkty profesjonalne, dlatego ich formuły są innowacyjne i niezwykle dopracowane. Tym, co wyróżnia Defy Damage jest nowoczesna, oparta na liposomach technologia (New Smart Release Technology) stopniowego uwalniania i dostarczania skrupulatnie dobranych składników aktywnych do wnętrza włosa. Produkty te transportują keratynę, argininę czy olejek z dzikiej róży, powodując odbudowę i ochronę czy to przed wysokimi temperaturami podczas stylizacji, czy przed promieniami UV albo smogiem.  Linia dedykowana jest do każdego rodzaju włosów, bo wachlarz jej działania jest bardzo szeroki. Kosmetyki te nawilżają i pozwalają te nawilżenie utrzymać na dłużej, wygładzają. Sprawiają, że włosy stają się miękkie, lśniące i sypkie. Prawie, że eliminują problem łamliwości włosów, ich wypadania czy rozdwajania. A do tego podtrzymują nasycenie koloru.

Joico Defy Damage

Szampon JOICO Defy Damage zaskoczył mnie już podczas pierwszego mycia głowy. Wiecie czym? Tym, że jest tak niesamowicie wydajny! Gdy nałożyłam sobie na głowę taką porcję szamponu jak zawsze, spłukiwania końca nie było widać. Serio! Szampon już podczas mycia rozplątuje włosy, nadaje im gładkości i miękkości. Pachnie bardzo przyjemnie. Dość delikatnie, ale jak to na profesjonalne kosmetyki przystało zapach ten jest intensywny i na włosach się utrzymuje bardzo długo. Jak już wspomniałam świetnie się pieni, przy czym warto zaznaczyć, że w składzie nie ma SLS czy SLES. Bardzo fajnie oczyszcza i skutecznie rozprawia się z suchymi szamponami czy produktami do stylizacji. Nie plącze włosów i w połączeniu z odżywką, której również używałam na co dzień ułatwiają rozczesywanie, a nawet powiedziałabym, że zupełnie likwidują problem jakiekolwiek plątania się włosów, zahaczania czy ciągnięcia – takie rzeczy po prostu przestają istnieć. O ile nie zauważyłam, żeby jakoś niezwykle przedłużał świeżość włosów (standardowo myję codziennie, czasami przedłużam do dwóch dni), to nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia skóry głowy. A miejscowe zaczerwienienia czy swędzenie głowy, a nawet czasami łupież nie jest mi obcy podczas testowania nowości. Ale żeby była jasność – w żaden sposób też moich włosów nie obciążał. Nie czułam, żeby jakoś szybciej się przetłuszczały, albo ciążyłī u nasady. Nawilżenie i o wiele lepszą kondycję włosów widać naprawdę po pierwszym użyciu. A moje włosy do łatwych nie należą. Są delikatnie kręcone, zawsze suche przy końcach, a przetłuszczające się u nasady. Łamliwe i kruszące się – takie znalałam je do tej pory. Także myślę, że skoro u mnie ten szampon sprawdził się tak dobrze, to i przy wszystkich innych rodzajach włosów można się równie świetnych efektów spodziewać, z resztą tak też mówi producent.

Joico Defy Damage

Szampon jednak napewno nie miałby tak wielkiej mocy, gdyby nie Odżywka JOICO Defy Damage, która jest jego idealnym uzupełnieniem. Ta ma raczej standardową dla tego typu produktów konsystencję – kremową, dobrze trzymającą się włosów. Pachnie tak samo jako szampon, z resztą, jak i dwa kolejne kosmetyki, o których zaraz opowiem. Przyjemnie się ją po włosach rozprowadza i super szybko z nich usuwa. Pozostawia po sobie taką fajną powłokę ochronną. Jak już wspomniałam jest nieoceniona w kwestii rozplątywania włosów, bardzo ułatwia ich rozczesanie. Wygładza, ale w żaden sposób nie obciąża. Daje efekt lekkich, miękkich i sypkich włosów, ładnie przy tym uniesionych i odbitych u nasady. Przed ponad miesiąc stosowania nie zdażyło mi się, aby odżywka dała efekt tłustych czy ciężkich włosów. Świetnie sprawdza się w roli ochroniarza przed wysokimi temperaturami. W połączeniu z prostownicą, która czasami powodowała u mnie takie dziwne puszenie się włosów, czyni cuda – czyli piękne, lśniące i lejące się włosy. A i efekt tego prostowania jest o wiele trwalszy i znacznie mniej podatny na wilgoć. To co mnie cieszy, to pojemność tej odżywki – 250 ml starczy na długo, szczególnie, że co kilka dni stosuje się ją wymiennie z maską.

Maska JOICO Defy Damage to już mniejsza tubka – 150 ml, bo i znacznie rzadziej się jej używa (raz na tydzień). Konsystencja gęsta i zbita, choć nadal przyjemna w użyciu i dobrze po włosach się prowadząca. Nie jest maską, którą trzeba nosić na włosach pół dnia, aby zobaczyć jakiekolwiek efekty, wystarczy od 2 do 5 minut i już (uwielbiam takie ekspresowe działanie!). Na dodatek efekty też nie byle jakie. Nawilżone i gładkie, a także mocne, zyskujące na objętości i gęstości włosy. Wyglądające tak pięknie i tak zdrowo, że ma się wrażenie jakby się właśnie wyszło od fryzjera, który nad tym efektem pracował przez co najmniej półtorej godziny. A oprócz tego co gołym okiem widać, dodatkowe korzyści związane ze wzmocnieniem cebulki i odbudową łuski, a także stale uwalniana moc składników aktywnych (nie tylko podczas aplikacji!), której nie spotkacie nigdzie indziej. Jest to fajne uzupełnienie codziennej pielęgnacji i taki porządny zastrzyk energii dla włosów.

Joico Defy Damage

Ostatnim elementem zestawu JOICO Defy Damage jest kuracja odbudowująca w kremie – Krem ochronny JOICO Defy Damage Protective Shield, który stosuje się na co dzień bez spłukiwania na wilgotne włosy. Ten produkt polecany jest w szczególności do włosów farbowanych oraz takich, które mają dużo do czynienia ze stylizacją na gorąco. Chociaż ja włosów staram się bez potrzeby nie męczyć, a farbowane też nie są, to krem stosuję właśnie w formie ochrony, na co dzień bardziej tej mechanicznej – suszenie i pocieranie włosów ręcznikiem dobre dla nich nie jest, jak i przed aktualnie królującym pełnym słońcem oraz promieniami UV. Do tej pory przyznam, że w okresie letnim czasami nie mogłam sobie poradzić z przesuszonymi, łamiącymi się końcówkami, a przy rozczesywaniu związanych w ciagu dnia włosów wręcz płakałam. Teraz ten problem nie istnieje. Włosy są miękkie, elastyczne, giętkie przez cały dzień, również gdy spędzam go na dworzu, na pełnym słońcu, w upale. Stale nawilżone, lśniące i zdrowe. Podobno krem ten świetnie sprawdza się również jako ochrona koloru, który podczas stylizacji na gorąco niestety szybciej traci nasycenie i swój soczysty wygląd. Choć na własnej skórze tego nie sprawdziłam i mam nadzieję, że jeszcze długo nie będę miała okazji, to jestem zupełnie przekonana, że tak właśnie jest i że to działa. Produkt ten ma kremową, ale super lekką konsystencję. Szybciutko wchłania się we włosy nie pozostawiając po sobie śladu. Żadnego uczucia lepkości, sklejenia czy innego dyskomfortu. Nie obciąża włosów, nie przyspiesza ich przetłuszczania. Jest bardzo wydajny (jedna porcja w zupełności wystarcza na moje, sięgające łopatek włosy), a butelka o pojemności 100 ml uzupełniona jest o pompkę z dozownikiem.

Jak powszechnie wiadomo kosmetyki profesjonalne do najtańszych nie należą i często nie rozumiałam tej różnicy, bo wiele kosmetyków tych rzekomo profesjonalnych nie robiło u mnie nic ponad to, co robią te nieprofesjonalne. W tym przypadku cena dla mnie jest jak najbardziej uzasadniona. Wiem za co płacę zarówno jeśli chodzi o efekty, jak i wydajność i serio chcę wydawać pieniądze na właśnie takie produkty. Podam Wam ceny, jakie są obecnie w miastowlosow.pl:
🛒 Szampon JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Odżywka JOICO Defy Damage – 109 zł
🛒 Maska JOICO Defy Damage – 159 zł
🛒Krem odbudowujący JOICO Defy Damage – 159 zł

Joico Defy Damage

W ramach podsumowania powiem tak – jest to absolutnie najlepsza linia kosmetyków do pielęgnacji włosów jaką kiedykolwiek miałam. Moje włosy zmieniły się tak bardzo… A ja przez pierwszych kilka dni używania tych produktów czułam się jakbym codziennie rano wychodziła od fryzjera, który właśnie wykonywał mi jakieś skomplikowane zabiegi pielęgnacyjne. Są silne, zdrowe, lśniące. Nie wypadają, nie łamią się i nie kruszą, a końcówki jak po podcięciu. Włosy nie elektryzują i nie puszą. Są sypkie, sprężyste i pięknie pachnące. Nawet zupełnie nieułożone, prezentują się świetnie. Wiem, że pokochały linię JOICO Defy Damage i ten romans będzie trwał długo.

Dzięki JOICO, że wprowadziliście na rynek tak świetną serię, którą każda z nas może mieć we własnej łazience! ❤️

Moda prosto z Włoch – Italian Collection

Myślę, że aktualny – z jednej strony bardzo gorący, a z drugiej sielankowy klimat, to idealne tło do tego, co chcę Wam dzisiaj pokazać. Bo niby co bardziej niż słońce i delikatny powiew wiatru pasuje do Włoch, do lekkich, zwiewnych, ale przy tym wszystkim nadal eleganckich stylizacji? 😊

 

Ostatnio trafiłam na Italian Collection, sklep internetowy, który skupia w swojej ofercie projekty od (jak nazwa wskazuje 😜) włoskich projektantów i tamtejsze niszowe marki. Znacznej większości z nich w Polsce nie znajdziecie  – tylko w Italian Collection, co sprawia, że oferta sklepu jest po prostu wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Warto zwrócić przy tym uwagę na BGT Station – markę pochodzącą ze słonecznej Sycylii, która proponuje nie tylko świetne modele, ale także cenowo przedstawia się to bardzo przyjemnie. Choć w ofercie sklepu znajdują się również bardziej ekskluzywne i tym samym droższe linie, jak na przykład domu mody Versace czy John Richmond. To właśnie jest fajne, że znajdują się tam ubrania na każdą kieszeń, a przy tym są niebanalne, eleganckie i z dobrych materiałów.
fot. Italian Collection
Myślę, że przeważają tam modele, które moglibyśmy wrzucić do worka oznaczonego „smart casual”, ale i dla totalnych luzaków coś się znajdzie.😊  Z jednej strony są dość konkretne kroje, z drugiej bardzo uniwersalne i chyba też ponadczasowe. Wiele z nich odnajdzie się w stylizacjach zupełnie codziennych, jak i bardziej formalnych. Co ważne oferta Italian Collection jest naprawdę bardzo szeroka, znajdziemy w niej świetnej jakości topy, koszulki, koszule, swetry, sukienki, denim, spódnice czy ubrania zimowe (kurtki,  płaszcze), które wręcz zarażają włoskim klimatem i estetyką.

 

Kto odnajdzie się w Italian Collection? Moim zdaniem każda KOBIETA. Dokładnie tak, z naciskiem na słowo kobieta. Bo najzwyczajniej w świecie nie uważam, żeby była to oferta dla nastolatek czy troszkę starczych dziewczyn.
fot. Italian Collection
I na koniec dodam tylko, że Italian Collection to rodzinna marka, specjalizująca się w modzie włoskiej, której zespół stale odwiedza Włochy szukając tam nowych inspiracji i ściągając przy okazji do Polski wszystko to, co warte uwagi. Także nie jest to kolejny brand sieciówkowy, a coś zupełnie niezależnego i oryginalnego. Koniecznie tam zajrzyjcie! – www.italian-collection.com !

Spring Kiss by Shinybox – kwiecień 2019

Spring Kiss by Shinybox… jedziemy! 😊

Na początek rzecz, która na pewno rzuci się Wam w oczy czyli dodatek ambasadorski – książka Prosty Układ K.A.FIGARO. Ja na ogół powieści raczej nie czytam, natomiast skoro już jest to pewnie sobie zerknę. Podobno lekka i przyjemna, więc na jakiś wyjazd może się przydać, ewentualnie w późniejszym czasie zmieni swój adres zamieszkania. 😛

I teraz zawartość standardowego pudełka.

1. Himalaya Herbals Delikatny tonik do cery wrażliwej. Lubię tą markę i co jakiś czas coś tam w moje ręce wpada, pomijając pasty do zębów, które w moim domu są praktycznie nieprzerwanie od kilku lat. Toniku jako takiego już dawno nie używałam, bo zazwyczaj jednak sięgam po hydrolaty, ale ten z chęcią wykorzystam. Kosztuje ok. 20 zł / 150 ml.

2. Carlo Bossi Perfumy Spring Kiss. Taki kwiatowo-owocowy klasyk. Trochę słodki, trochę świeży. Zupełnie nie moja bajka, także raczej przekażę dalej. Ogromna szkoda że buteleczka nie została wyposażona w atomizer. Trochę nie wyobrażam sobie jak obdarowana przeze mnie osoba będzie się nimi oblewała. Ok. 15 zł/10 ml.

3. Molly Lac – lakier hybrydowy, który przyznam szczerze w opakowaniu prezentuje się pięknie. Super te buteleczki! W moim pudełku ładny, trochę taki liliowy odcień. Ok. 15 zł/5ml.

Shinybox – Spring Kiss

4. Płynny Rozświetlacz Revers. Nie narzekam na brak rozświetlaczy. Powiedziałabym nawet, że aktualnie mam ich chyba z milion i te od Revers też wśród nich są. 😉 Najwyżej przekażę dalej. Kosztuje ok. 15 zł.

5. Dermaglin Maseczka do twarzy z zieloną glinką kambryjską. Powtórka ze styczniowego boxa. Cena – ok. 7 zł

6. One Ingredient Krem ze śluzem ślimaka Snail Your Skin – Z tą saszetką też miałam już styczność.

7. Bispol Lady Charlene podgrzewacze zapachowe. Cena ok. 2 zł.

8. Ozdoby do paznokci – to tych kilka rozsypanych na zdjęciu sztuk krzyżyków (?). Upominek.

 

Chyba nie chcę oceniać tego pudełka, opinię zostawiam Wam. Widziałam natomiast już zajawki z edycji majowej i zapowiada się ciekawie. Mam nadzieję, że w całej okazałości będzie to naprawdę dobry box. 😊

Zamawiać możecie na shinybox.pl. ❤️

 

Zobacz również:

Beauty Queen by Shinybox – marzec 2019

Loveliness by Shinybox – luty 2019

Time to Shine by Shinybox – styczeń 2019

 

Klapki i sandały projektu Philippe’a Starcka dla Ipanema!

Materiały prasowe

To będzie hit nadchodzącego lata – prawdziwa gratka dla wszystkich wielbicieli mody i designu najwyższej klasy. Brazylijska marka Ipanema wprowadza nowe modele obuwia stworzone przez jednego z najbardziej renomowanych współczesnych projektantów – Philippe’a Starcka. To szczególne połączenie elegancji i wygody, minimalizmu i intrygującego wzornictwa. Wyczekiwana najnowsza kolekcja jest już dostępna także w Polsce.

Philippe Strack to międzynarodowej sławy kreator, cieszący się wyjątkową renomą na światowej scenie designu. Uznawany za jednego z najbardziej wizjonerskich i wszechstronnych twórców. Realizuje projekty o wielkiej różnorodności – począwszy od architektury, poprzez obiekty inżynieryjne, aż po przedmioty codziennego użytku.

Najnowsze modele obuwia Ipanema to kolejny punkt w jego monumentalnym dorobku. Podobnie jak w każdej z innych jego prac i tu bez trudu znaleźć można charakterystyczne rysy wszystkich jego projektów. To stosunkowo prosta, a jednocześnie intrygująca forma, skutecznie przyciągająca uwagę. Starck świadomie rezygnuje ze zbędnych zdobień – kluczowe znaczenie mają kształt, pomysł i forma, wynikająca w prostej linii z przeznaczenia przedmiotu. Starck zawsze tworzy nową jakość, eksperymentując z tym, co znane i proste.

W linii Ipanema, zaprojektowanej przez Philippe Starcke’a znaleźć można japonki i sandały, w monochromatycznym balansie bieli i czerni. Wyróżnia je nie tylko efektowny design – ale też wygoda i komfort noszenia. Co niezwykle ważne, buty są wykonane z materiałów w 100% nadających się do ponownego przetworzenia. Cała współpraca Ipanemy z Philippem Starckiem, rozpoczęta w 2015 roku, jest skupiona na zrównoważonym rozwoju, wolności wyboru i nieprzemijającej elegancji. Ipanema wprowadziła w produkcji więcej ręcznych i rzemieślniczych procesów – by w pełni zrealizować koncepcję wzornictwa Starcka.

Japonki Philippe Starck Ting MII oraz sandały Philippe Starck Ting NII są dostępne w rozmiarach od 35/36 do 41/42.
Lista sklepów, w których można nabyć buty Ipanema jest dostępna na stronie www.ipanema-polska.pl.

Cena:
Japonki Ipanema Philippe Starck Ting MII – 159,99 zł
Sandały Ipanema Phililppe Starck Ting NII – 199,99 zł

 

Sukienki sportowe — stylizacje

Mitem jest, że w sportowej sukience nie można się wybrać na wielkie wyjście, czy do pracy. Moda z czasem uległa zmianie i obecnie możliwe jest przykładowo tworzenie weselnej stylizacji, w której sportowa sukienka odgrywa najważniejszą rolę. Oczywiście najczęściej bywa tak, że najlepiej się sprawdza w codziennych stylizacjach. Z tego względu ważne jest zwracanie uwagi na szczegóły, gdy dopasowuje się do niej pozostałe elementy i dąży do stworzenia świetnej stylizacji. Możesz jej szukać w porównywarkach modowych np. longfashion.pl.

 

Czerwona sukienka sportowa z falbanami na wesele

Przywiązujesz w szczególności uwagę do wygody, gdy wybierasz się na wesele? Jeśli tak jest, sportowa sukienka z pewnością jest jedną z lepszych opcji. Czerwony kolor jest wtedy idealny ze względu na panującą okazję. Aby nie zabrakło ci oryginalności, pokuś się o wybór tej z falbanami. W niej z pewnością zapewnisz sobie taki look, że większość osób zwróci na ciebie uwagę. Na weselu dla gości przede wszystkim liczy się unikalny wygląd. Większość osób chce się podobać i w związku z tym decydują się na kreacje, które są raczej wyszukane. Pójdź za ciosem i dołącz do sportowej sukienki z falbanami piękną biżuterię ze złota. Możesz też postawić na buty w kolorze nude i małą, elegancką torebkę. Taka weselna stylizacja będzie mieć sporo zalet. Poza zapewnieniem wygody okaże się oryginalna. Falbany w trakcie tańca sprawią, że uzyskasz ostatecznie doskonały efekt.

Fot. longfashion

 

Błękitna sukienka w stylizacji na co dzień

Chcesz zaskoczyć wszystkich delikatnością? Jest wiele sposobów, aby tego dokonać. Jednym z nich jest postawienie na błękitną sportową sukienkę, która pozwoli ci stworzyć świetną stylizację na lato. O tej porze roku możesz korzystać z wszystkiego, co przygotowują dla ciebie producenci. Przeważnie kolejna warstwa odzieży wierzchniej jest po prostu zbędna, przez co sportowa sukienka staje się zdecydowanie najważniejszym elementem. Bez znaczenia, gdzie wychodzisz, zawsze będzie najistotniejsza. Do błękitnej sukienki dołącz wygodne sportowe białe buty. Jeśli chodzi o pozostałe dodatki, możesz postawić na modne okulary przeciwsłoneczne i stylową torebkę. Błękit sprawi, że twoja stylizacja będzie subtelna, przez co dobierane do niej dodatki również powinny się charakteryzować delikatnością.

 

Elegancka czarna sukienka sportowa

Jeżeli stawiasz w pierwszej kolejności na elegancję, z pewnością sportowa sukienka w czarnym kolorze jest dobrym wyborem. Znajdziesz ją między innymi na portalu https://longfashion.pl/sukienki-sportowe/. Czarny kolor jest o tyle pozytywny, że jest ponadczasowy i uniwersalny. Dzięki temu nigdy nie wychodzi z mody i można go śmiało łączyć z innymi kolorami. Za każdym razem uzyskasz fajny efekt, który będzie się podobać. Czarne sportowe sukienki pięknie wyglądają, gdy dołączasz do nich białe dodatki. Elegancja wtedy jest niepodważalną zaletą. Szpilki sprawią, że nie zabraknie ci pewności siebie i każda osoba zostanie wprawiona w zachwyt. Warto wykorzystywać od czasu do czasu magię koloru czarnego i tworzyć bajeczne stylizacje. W ten sposób możesz zaskakiwać i przyciągać wzrok. Oczywiście najlepiej decydować się na proponowaną stylizację co jakiś czas. Gdy jeszcze nikt nie widział cię w takiej sukience, z pewnością zrobi ona największe wrażenie na kimś, gdy ujrzy cię w niej po raz pierwszy.

Fot. longfashion

Nietuzinkowe sukienki sportowe hiszpanki

Modne i cudownie się prezentujące są sportowe sukienki hiszpanki. Stawiając na jedną z nich, możesz zapewnić sobie niebanalny look, którym oczarujesz zdecydowaną większość gości. Jeśli atrakcyjność ma dla ciebie duże znaczenie, zadbaj również o to, aby sportowa sukienka hiszpanka dopasowała się do twojej sylwetki. Pozwoli ci zaznaczyć talię i przyprawić wszystkich dookoła w zachwyt. Jeśli jesteś zwolenniczką eleganckiego stylu, poszukaj sukienki sportowej przykładowo w bordowym kolorze. Może bardziej jesteś zwolenniczką oryginalności? W takim przypadku nie pozostaje ci nic innego, jak znaleźć asymetryczny fason. Jeśli sukienka będzie dodatkowo wzbogacona marszczeniami, uzyskasz jeszcze lepszy efekt. Sportowa elegancka sukienka nie może być niekomfortowa. Nawet jeśli odznacza się niebanalnym fasonem i zdobieniami, musi zapewniać wysoki poziom komfortu. Dlatego też warto pokusić się o klasyczną długość midi i krótki rękaw.

Fot. longfashion

Efektima: peeling cukrowy, peeling solny, myjący mus do ciała

Bez zbędnych wstępów, bo majówka mi ucieka 😅 – dzisiaj mam dla Was nowości Efektima: peeling solny, peeling cukrowy i mus do mycia ciała.

Peeling sól i olej konopny Efektima. To jest historia, którą znam – prezentowałam Wam już masło do ciała, krem do twarzy i olejek konopny, także peeling jest kontynuacją serii. I poznacie to po zapachu. 😊 Ja osobiście go uwielbiam. Jeśli chodzi o konsystencję to jest ona zbita i dość puszysta, więc bardzo przyjemna dla ciała. Drobinki ścierające czyli sól niestety jak dla mnie jest zbyt drobna jak na ciało. Ja to jednak lubię trochę ten peeling na ciele czuć. I jeśli są wśród Was zwolenniczki takich grubszych drobinek ścierających, jak ja, to odpowiednia będzie dla Was wersja peelingu z cukrem.

Peeling cukier i olej z czarnuszki Efektima. Tutaj ogólna konsystencja również jest zbita i bogata, a drobinek cukru jest naprawdę dużo i przede wszystkim są większe i bardziej nieregularne, przez co też bardziej wyczuwalne. Jeśli lubicie zapach czarnuszki (ja uwielbiam ją i jeść i wąchać), to będziecie zadowolone, bo jest wyczuwalny. Oczywiście marka ozdobiła go kilkoma nutkami, ale niewątpliwie czarnuszka tam jest, a cała kompozycja zapachowa jest naprawdę ładna.

Oba peelingi zawierają dużo składników nawilżających i natłuszczających skórę, więc pod wyjściu z wanny czy spod prysznica nawet nie trzeba się balsamować. I to zupełnie serio. Zauważycie ten efekt już podczas aplikacji. Ten peeling po prostu otula ciało takim grubym i na dodatek pięknie pachnącym płaszczem nawilżającym.

O ile ogólnie peelingi są całkiem przyjemne, to niestety opakowania wiele uroku im odejmują. Powiem szczerze, że saszetki nie są moją ulubioną formą opakowania. Akceptuję je w przypadku maseczek, płatków pod oczy czy plastrów na nos, ale w innych przypadkach raczej mi nie leżą. A gdy w grę wchodzi dodatkowo kosmetyk, którego używa się pod prysznicem, to niestety bardziej niewygodnego i niepraktycznego opakowania chyba nie ma. Mokre ręce, wszystko się ślizga, nie można otworzyć, a później ciężko jest wydobyć z saszetki całą jej zawartość. Także to zdecydowanie na minus.

Efektima: Peeling sól i olej konopny | Peelieng cukier i olej z czarnuszki | Myjący mus z ekstraktem z malin i olejem ryżowym

Ale idźmy dalej! Bo teraz – Myjący mus do mycia ciała z ekstraktem z malin i olejem ryżowym Efektima. Robi super pierwsze wrażenie. Cudnie i zupełnie słodko pachnie, a na dodatek ma fajną konsystencję, taką puszystą i milutką. Umyć się nim umyjecie i skórę od razu trochę dopieścicie, ale niestety moim zdaniem niewydajny jest. Formuła nie pieni się, ani też w jakiś bardziej widoczny sposób nie zwiększa swojej objętości czy wydajności po połączeniu z wodą, więc mi ten słoiczek 200 ml wystarczył tylko na 3 razy, a serio – chciałabym go dłużej gościć pod swoim prysznicem. Więc w tym przypadku czuję lekki niedosyt i uważam, że to po prostu dwa razy większe opakowanie powinno być.

Ulubieńcy ostatnich miesięcy czyli kwiecień 2019

Przegląd ulubieńców ostatnich miesięcy (bo tak jak myślałam, regularna w cyklu wpisów pod tytułem „ulubieńcy” nie jestem;) czas start!

1. Clochee – Relaksujący płyn micelarny 250 ml.
Ponieważ rękawice Glov, które stosowałam do demakijażu nieprzerwanie od jakichś dwóch lat, nie służyły moim dłoniom tej zimy (całą zimę, w zasadzie teraz jeszcze też walczę z przesuszoną, pękającą aż do krwi skórą), musiałam zainwestować w coś dla nich przyjemniejszego. Inwestycja bardzo udana przyznać muszę. Ładnie usuwa makijaż, nie podrażnia ani skóry wokół oczu, ani samych oczu. Nic mnie nie piecze, nie swędzi, nie jest czerwone. Płyn jest bezzapachowy, nie pieni się. No i ta butelka z pompką! 😍 Kosztuje ok. 60 zł

2. Bioup – Olejek myjący do twarzy hydrofilowy 150 ml.
To chyba najlepszy olejek do mycia twarzy jaki miałam. W połączeniu z woda zmienia swoją konsystencję i staje się delikatną, lekką emulsją, która skutecznie oczyszcza skórę, usuwa makijaż i inne zanieczyszczenia. Łatwo się go z twarzy zmywa i choć pozostawia skórę nawilżoną i taką zdrową, to nie tłuści i w żaden sposób nie ciąży. Świetnie współpracuje z innymi produktami czy to w etapowym oczyszczaniu czy późniejszej pielęgnacji czy makijażu. Jest bezzapachowy, a jego butelka wyposażona jest w pompkę. Kosztuje ok. 60 zł

Clochee relaksujący płyn micelarny | Bioup Olejek myjący do twarzy

3. NATURATIV – Krem do twarzy AOX 360.
Ojej, uwielbiam go. Jest mega treściwy, ale przy tym nie jest ciężki, więc z powodzeniem można stosować go na dzień i na noc. Bardzo ładnie wchłania się w skórę i nie pozostawia na niej tłustego filmu. „wykończenie” określiłabym raczej jako matowe. Zawiera olej: wiesiołkowy, winigronowy i z lnianki siewnej, a także kwas hialuronowy i wiele BIO ekstraktów. Pachnie troszkę tą cytryną, której ekstrakt jest w recepturze. I posiada bardzo wygodne i praktyczne opakowanie typu airless, z pompką. Trafił do mnie dzięki shinybox ❤️ Kosztuje ok. 150 zł

Naturativ – Krem AOX 360

4. BORNTREE – Sunblocker SPF50+ 50ml.
Jest to mój pierwszy krem z jednocześnie tak wysokim filtrem i tak lekką i szybciutko wchłaniającą się konsystencją. Nie ma nic wspólnego z formułą przypominającą pastę, ciężko się rozprowadzajacą, wolno wchłaniającą i bielącą twarz. Ten działa jak lekki, szybki kremik do twarzy na dzień. Można na niego spokojnie kłaść makijaż. Nie rozpuszcza go, nie zbiera w załamaniach, nie waży i nie wpływa na trwałość. Kosztuje ok. 80 zł

Sunblocker Borntree

5. L’biotica eclat – Odmładzająco-liftingujący krem pod oczy i na powieki.
Zawiera śluz ślimaka, drzewo jedwabne, kofeinę i kwas hialuronowy. I jak dla mnie jest totalnym hitem! Świetnie sprawdza się i na noc w grubszej warstwie i na dzień, pod makijaż. Nawilża, zmniejsza obrzęki, opuchliznę. Niweluje oznaki zmęczenia czy niewyspania. I pomaga pozbyć się chwilowych cieni. W żaden sposób nie podrażnia, nie uczula. Jest bezzapachowy.Konsystencję ma lekką i szybko się wchłaniającą. Kosztuje ok. 30 zł.

L’biotica – Krem pod oczy ze śluzem ślimaka

6. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Szafran – wygładzający mus do ciała.
Zacznę od tego, że w żadnym wypadku nie nazwałabym go musem i daleko mu do jakiejkolwiek lekkości. Jak dla mnie to typowe, ciężkie i tłuste masło, które stosowane na noc potrafi zdziałać cuda. Jest to taka bomba odżywcza dla skóry, że chyba wszystkiemu da radę. Zawiera między innymi masło shea, masło kakaowe, glicerynę, olej szafranowy, olej brzoskwiniowy, olej z nasion malin, olej rokitnikowy i wiele innych naturalnych wspaniałości! Ja stosuję go na noc, głównie na mega zniszczone miejsca takie jak stopy czy dłonie. Na dzień bym się nie odważyła, bo formuła tego kosmetyku jest naprawdę „gruba”. Pachnie ładnie, trochę cytrusowo, trochę ziołowo. Kosztuje 42 zł.

7. MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA – Balsam w sztyfcie – Śliwka.
Powiem tak – nawet gdyby sam balsam był do niczego i tak uwielbiałabym go stosować. Ten zapach jest tak cudny, że po prostu uzależnia. Sztyft fajnie sprawdza się do miejsc przesuszonych, bo aplikacja super wygodna. Łokcie, pięty, kolana czy cokolwiek innego, punktowego będą z tego balsamu zadowolone, bo to również bomba odżywcza jest! Masło shea, maso kakaowe, masło illipe, wosk pszczeli, olej z pestek śliwy, olej kokosowy, olej z rącznika i inne dobre dla skóry składniki. Kosztuje 56 zł.

Ministerstwo Dobrego Mydła – Sztyft śliwka i Wygładzający mus szafran

8. Ingrid – Podkład Ideal Match
Nie mogłabym o nim nie wspomnieć. Pierwsze wrażenie robi średnie, to znaczy na mnie średnie zrobił, bo nie lubię ciężkich podkładów, które dają efekt maski. Ja to jednak wolę jak jest lekko i jeśli się da – naturalnie. Jednak pierwsze wrażenie to zmyła, bo podkład fantastycznie wtapia się w skórę chwilkę po wklepaniu. Krycie jakieś tam daje, więc całkiem naturalnie to wszystko wygląda, a nie ciąży, nie denerwuje. Na dodatek całkiem trwały, nie zbiera w załamaniach i nie wysusza skóry. Ładnie wyrównuje koloryt i zasłania niedoskonałości. Kosztuje ok. 25 zł.

Ingrid – Podkład Ideal Match

9. Bi-es – Woda perfumowana No 44.
Kolejny cudowny zapach w kolekcji! Łączy w sobie i owoce i kwiaty: arbuz, bergamotka, jaśmin, róża, piżmo, drzewo sandałowe, paczula. Oprócz genialnego zapachu, super trwałość i dobrej jakości flakonik o pojemności 100 ml. Aż ciężko mi uwierzyć, że kosztują one ok. 37 zł!

Warsztaty Fotograficzne dla blogerek i influencerek w MARSZALSTUDIO – sprawozdanie 🤪

Minął już ponad tydzień, a ja cały czas jeszcze nie do końca się ogarnęłam po tym wydarzeniu. Niby to tylko 8h, a ile przygotowań i poświęcenia do ich zorganizowania trzeba, to pytań nie mam. I żeby była jasność – o pracę całego zespołu (jaki do tego projektu zaprosiłam) chodzi. 🙂 I wiecie, skoro już tyle się przygotowywaliśmy, to później emocje też jeszcze długo po wydarzeniu trzymają, dlatego ja wciąż nieogarnięta, a ten tekst dopiero się pisze. 😉

Warsztaty Fotograficzne dla blogerek i influencerek (beauty, fashion, lifestyle) odbyły się 13 kwietnia, w studiu fotografii produktowej – marszalstudio w Warszawie. Rozpoczęły się tuż po godzinie 10 i trwały aż do godziny 18:30. Ku mojej ogromnej radości, na Warsztaty wstawiły się wszystkie zapisane wcześniej dziewczyny.

Fot. Marcin Stańczak

Jeżeli chodzi o samą ideę warsztatów, to pomysł ten zrodził się w mojej głowie dzięki nowej, bardziej przystępnej lokalizacji marszalstudio. Jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc fotografii produktowej ma wiele do zaoferowania zarówno osobom, które fotografią zajmują się na co dzień, jak i amatorom. Studio od 7 lat buduje swoją silną pozycję na rynku, współpracując z Klientami z całej Polski, jak i Europy. Może pochwalić się długoletnią współpracą z markami takimi jak La Mania, Dajar, Mennica Polska, Paulina Schaedel, czy bardziej z kosmetycznego świata – Make Me Bio, Laboratorium Joanna, Fitomed i wiele innych. Dlatego uznałam, że czas to wykorzystać i przekazać nieco wiedzy i wskazówek osobom, które de facto również na co dzień zajmują się fotografią produktową, tylko, że w nieco inny sposób.

Zobacz portfolio marszalstudio
Poznaj też  zespół marszalstudio

 

Pierwsze Warsztaty Fotograficzne dla blogerek i influencerek w marszalstudio

To trzy bloki tematyczne – oświetlenie, autoportret oraz kompozycja, które jednocześnie łączyły ze sobą teorię, jak i zajęcia praktyczne. I z pewnością nie były to takie „tradycyjne” warsztaty fotograficzne. Bo nie było jednej pokazowej fotografii i opowiadania krok po kroku jak została ona wykonana czy biegania po mieście z aparatem w poszukiwaniu ciekawych kadrów. Chciałam aby uczestniczki warsztatów (przez półtora miesiąca przygotować zwykłam je nazywać Warsztaciankami) przede wszystkim dostały garść informacji, które będą mogły wykorzystać sobie w domu, bez dodatkowego sprzętu czy umiejętności retuszerskich. Wskazówki, które będą przydatne przy zdjęciach kompozycyjnych czy selfie – bo właśnie takich zdjęć robią na co dzień najwięcej. I żeby miały okazję od razu tą wiedzę wykorzystać i poćwiczyć na zajęciach praktycznych, z naszą (warsztatową) ekipą. Oczywiście miałam świadomość, że dziewczyny są na różnych poziomach – nazwijmy to – wtajemniczenia, więc pierwsze warsztaty zostały przygotowane tak, aby nikt nie czuł się ani znudzony, ani też zaskoczony. Zależało mi jednak na tym, i mam nadzieję, że się udało, żeby dzień ten był pełen wiedzy i inspiracji.

Fot. Marcin Stańczak

Światło i narzędzia

Pierwszy swoje wystąpienie miał Marcin Stańczak (www.marcinstanczak.pl), który przygotował świetny wykład dotyczący światła – tego darmowego i zupełnie najlepszego oraz narzędzi. Marcin opowiadał o różnych sposobach wykorzystywania promieni słonecznych i łapania krótkich, ale niezwykłych momentów. Wyjaśnił jak odbijać światło, czym to robić i omówił tego efekty, wskazując przy okazji dziewczynom różne rozwiązania. Pojęcia takie jak blendy, różnego rodzaju lampy czy softboxy przestały być tajemnicą. A modelowanie owalu twarzy za ich pomocą jakby się nieco w głowie rozjaśniło.

Fot. @ania_smir
Fot. Marcin Stańczak
Fot. @ania_smir

Makijaż do selfie idealny

Następnie na środek wyszła Mariola (@_wake_up__make_up) wizażystka, która nie jedną sesję zdjęciową odbyła, a dla dziewczyn przygotowała cały szereg wskazówek, które przy okazji omawiania, prezentowała na modelce Weronice. Mariola doskonale wie, jak makijaż przedstawia się w obiektywie i na co podczas jego wykonywania należy zwrócić szczególną uwagę. Takich praktycznych tricków jest całe mnóstwo (uwierzcie, gadała na okrągło przez jakąś godzinę!), nawet jeśli ma być to look typu „nomakeup”, bo w zasadzie taki delikatny i świeży makijaż właśnie podczas swojej prezentacji przygotowała. Mariola przeszła przez porady dotyczące cery, poszczególnych partii twarzy, a także konturowania, utrwalania czy ostatecznego „muśnięcia słońcem”.

 

Fot. Marcin Stańczak
Fot. Marcin Stańczak

Makijaż mineralny w obiektywie

Ponieważ wiele z uczestniczek warsztatów, to ogromne fanki kosmetyków naturalnych, do grona prelegentów dołączyła marka Annabelle Minerals, wysyłając do nas swoją wizażystkę Anię. Ania, podobnie jak Mariola, przygotowała wykład połączony z pokazem na temat tego, jak kosmetyki mineralne bronią się przed obiektywem. Opowiadając przy okazji wiele ciekawostek dotyczących produktów Annabelle Minerals, na przykład różne sposoby ich aplikacji.

 

Fot. @ania_smir
Fot. Marcin Stańczak

Po sporej dawce wiedzy teoretycznej na temat tego, co w robieniu selfie jest niezbędne, a co całkiem przydatne, przyszedł czas na ćwiczenia. Dziewczyny mogły robić sobie selfie przy użyciu blendy (do wyboru były złote, srebrne oraz białe), ucząc się nakierowywać światło i tym samym modelować owal twarzy, czy budować klimat zdjęcia. Czy też użyć do zrobienia autoportretu lampy pierścieniowej.

Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir

 

Zdjęcia kompozycyjne

Na koniec zostały nam kompozycje i to był mój blok tematyczny. Jak już na samym początku swoich zajęć dziewczynom podkreśliłam, wszelkie zdjęcia kompozycyjne czy aranżowane mają wiele wspólnego z pojęciem estetyki, a każda z nas reprezentuje nieco odmienne jej poczucie i z tym nie zamierzałam i w zasadzie nigdy nie będę dyskutować. Natomiast jest jakiś zbiór ogólnie funkcjonujących w fotografii, jak i wypracowanych doświadczeniem zasad, które po prostu sprawią, że zdjęcia będą lepsze i właśnie na ich przekazaniu się skupiłam.

Fot. Marcin Stańczak

Zajęcia praktyczne z kompozycji rozpoczęłam od prezentacji i omówienia zdjęć pokazowych, jakie wcześniej przygotowałam z produktami Partnerów warsztatów w roli głównej. Zdjęcia te były wykonane dokładnie w takich samych warunkach, w których później miały okazję pracować dziewczyny. Dzięki tym kompozycjom uczestniczki warsztatów poznały technikę fotografowania z wykorzystaniem światła ostrego. Długo zastanawiam się czy taki rodzaj oświetlenia na pierwszym spotkaniu nie był zbyt dużą „ekstrawagancją” i czy został zrozumiany. Jest to jednak oświetlenie dające niesamowite efekty wizualne, szczególnie właśnie przy fotografiach produktowych, dlatego chyba nie mogłabym inaczej. I już kilka dni po warsztatach Agata prowadząca bloga Freewolność, uświadomiła mi, że to chyba jednak dobra decyzja była, bo pokazała na IS zdjęcie, które wykonała w tej technice w warunkach domowych. Coś zupełnie wspaniałego dla mnie, jako „nauczyciela”.😍

Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl
Fot. @bafavenue.pl

Po tym wstępie uczestniczki warsztatów zaczęły tworzyć swoje kompozycje. Wiem, jak ważne są na zdjęciach rekwizyty, dlatego zgromadziłam dla dziewczyn sporą ilość przeróżnych teł, pojemników, koszyków, naczyń, świec, biżuterii, elementów florystycznych i wiele innych gadżetów, które dopełniały kadry. Produktami bazowymi fotografii, jak już wspomniałam były kosmetyki przekazane przez Partnerów czyli marki: Tołpa, Annabelle Minerals, Nuev, Vita Liberata, L’biotica, O!figa, Jardin i Sampure Minerals. Przy okazji Partnerów – w nieco innym wymiarze wzięło również udział Wydawnictwo Helion! I myślę, że jest to odpowiedni moment na podziękowania. Drodzy Partnerzy – bez Was warsztaty nie były tak kolorowe i różnorodne, dlatego serdeczne dzięki! ❤️

Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir
Fot. @ania_smir

Tamta sobota była dla mnie dniem chyba przełomowym. I właśnie teraz, gdy napisałam to zdanie, zaczęłam się zastanawiać czy rzeczywiście to ta sobota była przełomowa czy może jednak dzień, w którym podjęłam decyzję o realizacji tego projektu. Hm. 😉 W każdym razie Warsztaty Fotograficzne jakie zorganizowałam dla blogerek i influencerek są dla mnie czymś więcej niż tym, co z nazwy możemy wyczytać. Wiem, że idzie nowe. 😊

Uwaga! Obszerną relację z warsztatów, którą stworzyły same uczestniczki znajdziecie w wyróżnionych („WARSZTATY”) na moim Instagramie – @bafavenue.pl.

Dziękuję też ogromnie uczestniczkom warsztatów (od lewej): Weronice (MaliNaila), Agacie (Freewolność), Uli (Kosmetyczny Świat Uli), Ewelinie (Revelkove Love), Oli (@ja_ola), Gosi (Blond Hair Affair), Anecie (CosmetiCosmos), Sabinie (Okiem Marzycielki), Sylwi (Czokomorena), Patrycji (Maleńka Bloguje), Dianie (Naturale), Marcie (Marta Sielska), Magdzie (Racja Pielęgnacja) i Joli (@joliee_ee), której na focie niestety nie ma.

Fot. @ania_smir

 

RECENZJA Tusz Do Rzęs Bourjois Volume Reveal Black

Jakiś czas temu oglądałam ulubieńców roku 2018 u RedLipstickMonster. Kosmetykiem od którego rozpoczęła roczną wyliczankę był Tusz do rzęs. A że ja na mascary zawsze łasa jestem, to z zaciekawieniem przesłuchałam. Wydał mi się dość interesujący, więc pierwsza lepsza okazja i hyc, jest mój! 😀

Czarny tusz do rzęs Bourjois Volume Reveal Mascara  jest dość nietypowy i mam na myśli głównie opakowanie. Bo oprócz tego, że buteleczka ma trójkątną podstawę, to jeszcze na jednym z boków zostało wbudowane lusterko. I to nie byle jakie, bo powiększające i to tak całkiem porządnie. Przyznaję, że w kwestii tego lusterka zaskoczyłam samą siebie. Wydało mi się ono tak zbędnym i bezsensownym gadżetem, że nawet ochy i achy RedLipstickMonster mnie nie przekonały do jego funkcjonalności. No bo na co? Przecież nie będę się domalowywać na chodniku w centrum miasta. W domu to zrobię, a tam lustro przecież mam. Więc tak szczerze nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić sytuacje, w których bym z tej dodatkowej opcji mascary skorzystała. Ostatecznie mówię – miała rację! W sensie RLM, to ona miała rację tak je zachwalając. Lusterko jest genialne i nie trzeba być na mieście, żeby z niego korzystać. Jakaś ta buteleczka jest taka poręczna, wyprofilowana, idealnie leży w ręku. A samo lusterko odbija dokładnie to co powinno – oooczy. Na dodatek w sporym powiększeniu, więc te rzęsy serio dobrze widać, można się spokojnie przy nim pięknić.

Co do samej maskary – posiada dość szeroką i bardzo gęstą jeżeli o włosie chodzi, szczoteczkę. Są tego plusy i minusy. Bo o ile super rozczesują rzęsy i nie sklejają ich, to dla osób z krótkimi włoskami może być nieco problematyczna (myślę, że można się nią trochę upaćkać tu i ówdzie).

Tusz ten jest taką formą ulepszenia własnych rzęs, ale nie obiecuje i też nie daje jakiegoś widocznego uniesienia, podkręcenia, wydłużenia czy nawet pogrubienia. Ładnie pokrywa rzęsy, rozczesuje je i zaznacza, ale nie jest to jakiś spektakularny efekt. Myślę, że znacznie bardziej będą zadowolone z niego właścicielki długich, gęstych rzęs. Osobiście używam go na co dzień, aczkolwiek jeśli coś w moim szalonym życiu się dzieje, raczej sięgam po coś cięższego.

Daję dodatkowe plusy za trwałość i jakość. Nie kruszy się, nie rozpuszcza. Trzyma się rzęs cały dzień. Demakijaż też nie stanowi problemu. Nie podrażnia oczu, nie powoduje ich zaczerwienienia.

Tusz Do Rzęs Bourjois Volume Reveal kosztuje (aktualnie w promocji) 18 zł w kosmetykizameryki.pl.

Relaksujący Balsam do ciała Naturativ – czy warto go mieć?

Dzisiaj kosmetyk, z którym przez jakieś dwa miesiące się nie rozstawałam, a moje ciało tworzyło z nim jedność. Choć wpadł w moje ręce zupełnie przypadkowo i nieplanowanie, to nawet w zapasach swojego nie odstał. 😉

Mowa oczywiście o produkcie ze zdjęcia – Relaksującym Balsamie do Ciała Naturativ. I już na wstępie przyznam się, że dopóki nie dostałam miniatury balsamu w ShinyBox, to o marce nie wiedziałam nic. Była to zupełna nowość, która przede wszystkim oczarowała mnie swoim zapachem. Później zaczęłam używać Kremu do twarzy 360°AOX, a na koniec wpadł w moje ręce ten balsam. I o ile zapach, z którym miałam do czynienia zaczynając swoja przygodę z Naturativ (karmelowo – waniliowo – cytrynowy), był taki słodziutki i milutki, to w Relaksującym Balsamie do Ciała spotkała mnie zupełnie inna historia. Bardziej świeża i taka energetyczna, ale równie ciekawa i nieoczywista. Trawa cytrynowa i kokos, to świetne połączenie!

NATURATIV Balsam do ciała


Balsam zawiera w sobie całe mnóstwo dobrych dla skóry i naturalnych składników aktywnych. Składają się na nie tłoczone na zimno oleje, roślinne ekstrakty i masła.

Masło Shea – intensywnie nawilża i ujędrnia. Jest naturalnym filtrem UV.
Masło kakaowe – nawilża i chroni przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi.
Kwas hialuronowy – nawilża i transportuje inne składniki aktywne w głąb skóry,
Ekstrakt z zielonej herbaty – działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie.
Ekstrakt z hibiskusa – ujędrnia.
Naturalna witamina E – pełni funkcję antyoksydanta.
Betaina roślinna – nawilża.
Olejek z trawy cytrynowej – pięknie pachnie i dodaje energii. Skórę wygładza i odświeża.

Aż sama się dziwię, że przy takich składnikach aktywnych można uzyskać tak lekką i przyjemną konsystencję. Serio. Wchłania się bardzo szybko i praktycznie śladu po sobie nie zostawia. Nie zastyga na skórze, nie tłuści. Jest więc idealny do stosowania również na dzień. Szczególnie, że nie zostawia po sobie żadnej warstwy, która mogłaby wiązać się z jakimś dyskomfortem.

Skóra rzeczywiście jest milutka, mięciutka i nawilżona. Nie występują żadne przesuszenia czy podrażnienia. Wręcz przeciwnie, jak sama nazwa balsamu wskazuje – skóra zrelaksowana jest, a do tego wszystkiego pięknie pachnie.

Oprócz ciała, smarowałam nim dłonie, które bardzo źle znoszą wszelkie chłody czy wiatry. Traktowałam go wtedy jako taką naturalną bombę odżywczą.

NATURATIV Balsam do ciała

Na uwagę zasługuje również opakowanie (typu airless), bo naprawdę jest bardzo porządne. Tuba z mlecznego, grubego plastiku zakończona jest świetnie spisującą się na co dzień pompką. I właśnie takie praktyczne i utrzymujące kosmetyk w świeżości rozwiązania lubię najbardziej. Jej pojemność to 200 ml. Więc wiecie – na miesiąc, półtora takiego codziennego stosowania.

Balsam kosztuje ok. 60 zł i myślę, że warty jest swojej ceny.

Beauty Queen by Shinybox – marzec 2019

Beauty Queen by Shinybox – tak właśnie nazywa się marcowe pudełko Shinybox, które pojawiło się w specjalnie zaprojektowanej szacie graficznej. Nie wiem czy zwróciłyście uwagę ale od kilku miesięcy pudełka Shiny miały stały wygląd. Tym razem inaczej i przyznam, że bardzo ładnie. Spodobał mi się ten pattern. Z pewnością jednak o wiele bardziej interesuje Was zawartość pudełka niż samo opakowanie, dlatego przechodzę do rzeczy.

Markami marcowej edycji są Pease, Gentle Day, Bell, Olimp Labs, Biotanique i Selfie Project.

Lecimy zgodnie z kolejnością na karcie produktów.

PAESE. Pielęgnacyjny krem koloryzujący DD Cream z linii Color & Care. Jest to próbka i niestety w bardzo ciemnym odcieniu. Dostałam 05 (skala od 1 do 6), także nawet latem go nie wykorzystam. Ja akurat krem ten znam i jego szybką recenzję zrobiłam na swoim Insta Stories (DENKO ’19), także zapraszam tam. Cena pełnowymiarowego produktu ok. 40 zł.

Gentle Day. Wkładki ekologiczne z paskiem anionowym Eco Fai-IR Anion. Ten produkt też znam. Bardzo lubię produkty Gentle Day i polecam. Cena ok. 9 zł. I mam dla Was kod rabatowy – 20 % na zakupy w gentleday.pl – „GENTLEDAY”, ważny do 10.05.2019.

Beauty Queen by Shinybox

Bell HYPOallergenic. Intense Colour Moisturizing. Hm. To już było, tylko, że w innym kolorze. Gruba kredka nie wymagająca temperowania. Dająca jednocześnie kolor, jak i podstawową pielęgnację. Cena ok. 17 zł.

Biotanique. Ujędrniająca maska na tkaninie z linii Korean Beauty, albo wymienne Nawilżająca maska na tkaninie z linii Korean Beauty. W porządku. Maska w płachcie zawsze się przyda. Serum z tej samej linii pierwsze wrażenie zrobiło na mnie bardzo dobre, więc maska pewnie też okaże się być fajna. Kosztuje ok. 8 zł.

Beauty Queen by Shinybox

Selfie Project. Plastry oczyszczające na nos #noblackheads (wymiennie: krem CC, który otrzymałam w jednej z wcześniejszych edycji oraz chusteczki do zmywania makijażu). Oczyszczają i działają antybakteryjnie. Polecane do cery wymagającej. Spoko, to akurat zawsze się przyda. Opakowanie zawiera 4 szt. i kosztuje ok. 10 zł.

Olimp Labs. Innovum Beauty Shot. Suplement płynny zawierający hydrolizat kolagenu, kwas hialuronowy, biotynę, cynk, witaminę A, witaminę B6 i B12, kwas pantotenowy, ryboflawinę i niacynę. Smak pomarańczowy i strasznie słodki. Ogólnie raczej nie moje klimaty. 7 zł / 25 ml

O’Herbal. Fluid do włosów farbowanych z olejkiem z macierzanki tymianku, którego na karcie produktów nie ma. Ten produkt także znam. Trafił do mnie dzięki InspiredBy Naturalnie Piękna. To takie serum, w konsystencji przypominające olejek, ale nietłuste i super szybko się wchłaniające. Zmniejsza łamliwość włosów, nadaje im blask i miękkość, dodatkowo chroniąc kolor. Ja głównie stosowałam na końcówki i sprawdzał się całkiem fajnie. Ma delikatny, przyjemny zapach.

Beauty Queen by Shinybox

I na koniec komentarz do zawartości, bo jak widzicie podczas prezentacji poszczególnych produktów starałam się być oszczędna w słowa. Podczas gdy zazwyczaj, jadę z przemyśleniami na bieżąco. Widziałam opinie o tym pudełku w sieci – że takie kompletne dno, że taka masakra to jest i że nigdy więcej. I w porządku. Też nie uważam, żeby powtarzanie produktów z poprzednich edycji było ok. Albo że próbki to fajna sprawa, czy ciemne odcienie testerów, po długiej, kończącej się właśnie zimie. To wszystko jest raczej słabe. Nie jestem też fanką suplementów diety. I rozumiem też, że produkty higieniczne nie wzbudzają wśród klientek Shinybox sympatii, bo z założenia box jest kosmetyczny. A i słowa krytyki a propos wartości całego zestawu czytałam. I wiadomo, że człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja. Jak dla mnie box mógłby być lepszy i rzeczywiście szału w tym miesiącu nie było. Skłamałabym jednak pisząc, że jakoś wyjątkowo mi nie podpasował. Wykorzystam zarówno maseczkę w płachcie, jak i plastry na nos. Fluid O’Herbal to całkiem fajny kosmetyk, więc sobie do niego wrócę. O Gentle Day już pisałam – lubię ich produkty. A Innovum, bez większego entuzjazmu, ale wypiłam. 😛 Próbkę Paese i pomadkę Bell pewnie komuś oddam, albo wrzucę do jakiegoś konkursu. Tyle. Nie pierwszy raz jest tak, że tylko część produktów mi się podoba. 😉 Rzeczywiście nie jest to najdroższy zestaw świata, no ale co zrobić. Raz testuję dzięki ShinyBox produkty drogie, a innym tanie i zupełnie drogeryjne. Życie. 😉

P.S. Po swoje pudełka wchodźcie na shinybox.pl. 🙂

Zobacz poprzednie edycje ShinyBox:

Loveliness by Shinybox – luty 2019

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

Shiny Christmas by ShinyBox

 

Lifting podbródka z Maseczką Purederm Miracle Shape-Up

Powiem Wam, że ja to jednak lubię sesje Vogue. Zawsze gdy sięgnę po jakiś numer znajdę zdjęcie, którym mogę zobrazować to, co chcę powiedzieć, albo o czym chcę pisać. W tym przypadku  „idę na relaks i mam wszystko gdzieś” wydało mi się idealne. Ale do rzeczy. Bo przecież nie o zdjęciach z sesji Vogue’a. 😉

Dzisiaj rzecz nietypowa, a jednocześnie wydaje mi się, że dla wielu kobiet okaże się produktem wręcz pierwszej potrzeby. Chodzi o Maseczkę modelującą na podbródek Purederm Miracle Shape-Up, która została opracowana w taki sposób aby ujędrniać. łagodzić rysy, poprawiać owal twarzy, a także odżywić i przywrócić zdrowy, młodzieńczy wygląd. 😀

Choć na opakowaniu jest i zdjęcie maski i sposób jej noszenia, to przyznam, że po wyjęciu jej z opakowania się zdziwiłam. Jakoś nastawiona byłam na żel albo płachtę nasączoną serum. A tutaj gruba tkanina z jednej strony, z drugiej żelowa, zbita i stała powłoka. Mało rozciągliwa, ale elastyczna i idealnie dopasowująca się na twarzy i podbródka. Ma świetną przyczepność, wręcz przykleja się do twarzy. Jest dość mała (na mnie była dobra, a ja do dużych głów nie należę), więc naciąga i ściąga całą tą skórę na drugim podbródku. Ale jest też tego wada – bardzo ciągnie za uszy, które mnie już po kilku minutach zaczęły boleć. Możliwe też, że ja po prostu bardziej delikatna jestem. 😉

Maseczka modelująca na podbródek Purederm Miracle Shape-Up

Sama maseczka dzięki tej żelowej powłoce jest bardzo odprężająca – chłodzi i koi. I w zasadzie są to główne odczucia, które towarzyszyły mi podczas jej noszenia (ok.20-30 minut). Po jej zdjęciu nie występowały żadne podrażnienia czy zaczerwieniania. Ja ten czas uznałabym za relaksujące napięcie. Bo z pewnością skóra ściągnięta była, ale z drugiej strony ten żel swoje zdziałał. I może o to w tej maseczce chodzi, o te sprzeczności, które ostatecznie współpracują na efekt

Powłoka żelu pachnie bardzo delikatnie, przyjemnie. Nie odkleja się od tkaniny, nie przywiera do skóry. Nie brudzi i nie klei. Ogólnie w użyciu maseczka jest super wygodna.

Po jednym zabiegu ciężko jest mi określić skuteczność maseczki, szczególnie, że skóra w tym miejscu mi jeszcze nie wisi ;), ale jest to na pewno ciekawa alternatywa walki z problemem. I myślę, że warto ją wypróbować. Na pewno ujędrni i trochę ponaciąga. A i nie zaszkodzi. 🙂

Wiosenna kolekcja MOODO i nowa ambasadorka marki

Mat. prasowe

Już w marcu ruszyła nowa kampania polskiej marki odzieżowej MOODO promującą jej najnowszą kolekcję. Twarzą marki została znana i lubiana dziennikarka, ikona dobrego stylu – ANNA WENDZIKOWSKA.

Nową twarzą obecnej kampanii marki Moodo została ANNA WENDZIKOWSKA. Popularna dziennikarka, aktorka zdecydowała się na współpracę, bo jak sama mówi ,,podoba mi się idea marki, która podobnie jak ja łączy różne style: bardzo kobiecy, elegancki z casualowym klimatem, nie zapominając o gorących trendach”. Dodaje również, że podoba jej się strategia marki i jej indywidualne podejście do klienta skoncentrowane na jego potrzebach.

Wiosenną kampanię ilustrują key visuale, które powstały w obiektywie doświadczonego fotografa młodego pokolenia – Michała Zielińskiego. Oddają one kobiecy i subtelny charakter kolekcji spójny ze stylem ambasadorki. Przełamują kobiecy wdzięk i łagodność klasycznych form dynamiką soczystych kolorów doskonale złapanych w kadrze aparatu. Łączą loftowy klimat z powiewem wiosennej scenografii przenosząc widza w inny wymiar.

Efekty sesji energetyzują i inspirują do modowych eksperymentów. W wiosennej odsłonie kampanii będziemy mieli okazję zobaczyć nieoczywiste połączenia sportowych elementów jeansowych spodni z eleganckimi koszulami, plisowanymi spódnicami, czy marynarkami. Zobaczymy Anię m.in. zarówno w szykownej office’owej odsłonie: marynarce zestawionej z cygaretkami i klasycznej, trapezowej sukience, jak i sportowej: w parce połączonej z marynistyczną koszulą i wygodnymi butami. Kolekcję MOODO charakteryzują mocne, wyraziste oraz kontrastowe wzory. Króluje geometria w postaci ponadczasowych kratek, przeskalowanych oraz małych groszków, wyrazistych pasków i graficznych mikrowzorów. Detale dopełniające kolekcję to lampasy, ozdobne koraliki, brokatowe nadruki oraz kryształkowe aplikacje. Mocną częścią kolekcji są wierzchnie okrycia, tu projektanci proponują parki, bomberki, oversise’owe kurtki czy jeansowe katany.

Ulubiony denim również znajduje swoje miejsce wśród wiosennych trendów. Jest obecny w różnorodnych formach jeansów typu: push up, jegginsy, high waist, mom fit, skinny czy boyfriend. Idealnie prezentuje się w formatach dziewczęcych koszul czy wiosennych katanek.

Ważną część kolekcji stanowią ubrania wykonane z lyocellu ( tencel). Wyróżniają się one specjalnymi właściwościami, oddychają więc będą idealne na ciepłe wiosenne dni. Perfekcyjnie prezentują się w fasonach bluzek, sukienek, spódnic czy szortów. Całość kolekcji uzupełniają akcesoria, mikro i makro torebki w szerokiej gamie kolorystycznej z pewnością sprawdzą się podczas wiosennych spotkań czy spacerów.

Trendy w modzie przenikają się i miksują, a każdy sezon ma swoje must have’y. MOODO klimatem bardzo kobiece i klasyczne rozumie tę zależność doskonale ujmując w kolekcjach to, co dla Klientek marki najciekawsze. Kolekcja pojawiła się w salonach marki oraz w sprzedaży on line www.moodo.pl .

 

mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo
mat. prasowe moodo

Loveliness by Shinybox – luty 2019

Loveliness by Shinybox to lutowa edycja tego pudełka kosmetycznego. Co znalazłam w nim tym razem?

Wiele nowości! Między innymi Serum liftingujące z najnowszej linii Botanique – Korean Beauty. Odżywkę do włosów w piance L’biotica, duuużo saszetek 7th heaven, kolorówkę Revers i Bell, oraz maseczkę Multibiomask. W każdym pudełku znalazł się też zestaw higieniczny Masmi. Moja wersja pudełka jak zazwyczaj, tak i tym razem jest nieco powiększona, dostałam jeden produkt wymienny więcej. Oprócz marek, które już wymieniłam, do pudełek trafiały (wymiennie) również Biały Jeleń, Affect, Natur Planet. Krem do stóp Man Foot trafiał tylko do tych Shinies, które wyrażały na to chęć (odpowiedzi w ankiecie). Ok, to przechodzę do prezentacji zawartości Loveliness.

ShinyBox Luty 2019

Na początek Serum liftingujące Botanique – Korean Beauty, które bardzo mnie zaciekawiło. Widziałam już kilka publikacji w sieci na temat tej linii i miałam zamiar coś z niej przetestować. A tu niespodzianka w Shinybox! 🙂 Serum oczywiście ma za zadanie nawilżyć, odmłodzić, wyrównać koloryt i poprawić strukturę skóry. Opakowanie z pompeczką mega poręczne i praktyczne. Zapach serum obłędny – słodki, bardzo kobiecy – mogłabym takie perfumy mieć. Konsystencja dla mnie idealna – super lekka, trochę żelowa, błyskawicznie się wchłaniająca. Nie pozostawia żadnej lepkiej czy tłustej warstwy, w zasadzie na powierzchni skóry oprócz zapachu nie pozostawia nic. Przyznam, że pierwsze wrażenie robi świetne. 🙂 Kosztuje ok. 32 zł.

Kolejną rzeczą, którą też wypróbuję z ogromna chęcią jest Odżywka do włosów w piance z L’biotica. Bardzo jestem ciekawa jak się sprawdzi i czy w takiej formie będzie wydajna. Została stworzona po to by intensywnie nawilżać, pomagać w rozczesywaniu i przywracać włosom blask i zdrowy wygląd. Puszka ma standardowe rozmiary, pojemność to 150 ml. Cena: 10 zł.

Zawartość pudełka Loveliness by ShinyBox

Od 7th Heaven Miesięczny program pielęgnacyjny skóry twarzy – 8 saszetek za ok. 50 zł. Wszystkie są takie same i jest to dokładnie Oczyszczajaca maska błotna, która jednocześnie oczyszcza i koi. Myślę, że taki miesięczny progam to miła odmiana przy pojedynczych saszetkach, których później się i tak nie dokupuje, aby robić systematyczne zabiegi.

Skoro już jesteśmy przy maseczkach, to wspomnę od razu o saszetce MultiBioMask, która jakiegoś ogromnego wrażenia na mnie nie zrobiła, bo już kilka produktów tej marki w pudełkach było, więc same rozumiecie. 🙂 Saszetka to dwie maski – oczyszczająca i odżywcza. Komplet kosztuje ok. 5 zł.

Miesieczny zapas maseczek 7th Heaven. W sumie w pudełku jest ich 8, nie wiem gdzie uciekły mi 2, ale na zdjęciu ewidentnie ich zabrakło! 😉

To tyle z pielęgnacji. Czas na kolorówkę! 🙂 Z Bell Hypoallergenic Bronze Powder czyli bronzer. U mnie 01. Jest w dwóch odcieniach, więc można przykonturować na sucho. Oba są matowe, bez większej ilości drobinek mieniących się, więc dobre na co dzień. I uwaga! Zawiera pigmenty otoczkowane estrami oleju jojoba – chociaż nie wiem do końca o co chodzi, to brzmi dobrze! 😉 Formuła została oczywiście przebadana dermatologicznie i nie zawiera perfum. Cena ok. 17 zł

A od Revers – Puder Rozświetlający Strobe & Glow Hightlighter. Marki w zasadzie nie znam, bo chyba tylko jakąś kredkę od nich mam, której i tak nie używam, bo kresek nie robię, także ten. 😉 Rozświetlacz przetestuję, zobaczymy jak się sprawdzi, szczególnie, że kosztuje ok. 10 zł! U mnie odcień 04 – Harmony. Przyznam, że bardzo ładny, delikatnie różowy.

I tak dotarłyśmy do końca. Choć w sieci widziałam różne opinie, to ja jestem z tego pudełka szczerze zadowolona. Nie wszystkie produkty trafiają w punkt, ale zdecydowana większość robi na mnie miłe wrażenie. Jeśli Wam również pudełko się podoba, szorujcie na shinybox.pl po swoje. 🙂

Zobacz również:

Time to Shine by Shinybox – styczeń 2019

Shiny Christmas by ShinyBox

The Power Of Beauty by ShinyBox – listopad 2018

 

Masło do ciała BURITI Herbal Care Farmona i właściwości oleju buriti

Jeżeli lubicie kosmetyki Farmona, moc naturalnych składników, masła do ciała i cudne zapachy, to dzisiejszy wpis jest dla Was! 🙂

Jakiś czas temu zostałam zatowarowana w masła do ciała z linii Herbal Care marki Farmona. O ile zapachy takie jak Lawenda i Dzika Róża nie są czym niezwykle oryginalnym (chociaż oczywiście uwielbiam je szczerze), to chwilę poźniej wpadłam na tajemnicze Buriti i to właśnie ono skradło moje serce, wtedy głównie ze względu na przepiękny, orientalny zapach.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Nie wiem jak Wam, ale mi Buriti nawet nie kojarzyło się z niczym konkretnym, ale teraz już wiem, że olej buriti pozyskuje się z palmy winnej, która na dziko rośnie sobie w Brazylii. Jest nie tylko dość mało popularny, ale też niezwykle cenny dla skóry. Posiada ogromne ilości antoksydantów, w tym beta-karotenu czy witaminy C. A także prowitaminy A i witaminy E.

Jak olej buriti działa na skórę?
Wpiera odbudowę komórek i regeneruje skórę, więc tym samym opóźnia jej starzenie się. Wspomaga produkcję elastyny i kolagenu. Dogłębnie nawilża i spłyca zmarszczki. Wyrównuje koloryt i przeciwdziała niedoskonałościom. Koi skórę, a nawet rekcje alergiczne łagodzi. Reguluje też wydzielanie sebum i jest naturalnym filtrem przeciwsłonecznym.

Jest więc idealnym składnikiem kosmetyków do pielęgnacji twarzy, jak i ciała. Choć jak już wspomniałam wcześniej popularny nie jest i ja sama zetknęłam się z nim pierwszy raz właśnie dzięki linii Herbal Care Farmona.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Oprócz wyżej wymienionych właściwości Masła do ciała Buriti Herbal Care Farmona, bo olej ten oczywiście jest w składzie kosmetyku. Mogę powiedzieć, że jak na masło jest dość lekkie. Nie jest to tłusta konsystencja stworzona na bazie masła shea czy kakaowego. Jest treściwa, ale nie ciąży, nie drażni. Wchłania w skórę, pozostawiając po sobie delikatny film natłuszczenia i nawilżenia oraz ten boski zapach! Skóra jest nawilżona, miękka i przyjemna w dotyku. Masło nie powoduje podrażnień czy swędzenia. Przy cienkich warstwach wchłania się naprawdę szybko, więc nie pozostawia też plam na ubraniach. Dlatego w takich mniejszych ilościach można też spokojnie stosować je w ciagu dnia. Sprawdzi się raczej każdą porą roku, choć w tych cieplejszych zdecydowanie bardziej nocą. 🙂 Tak do nawilżania ciała ogółem, w codziennej pielęgnacji jest bardzo spoko.

Opakowanie to niski słoik o pojemności 200 ml, który kosztuje ok. 14 zł. I myślę, że to całkiem uczciwa stawka.

Herbal Care Farmona – Masło do ciała Buriti

Warsztaty fotograficzne dla blogerek i influencerek

Warsztaty fotograficzne dla blogerek i influencerek

 

Pierwsze takie WARSZTATY FOTOGRAFICZNE dla blogerek i influencerek beauty / fashion / lifestyle. Na dodatek organizowane w najlepszym studiu fotografii produktowej w Polsce – MarszalSTUDIO!

Wykłady i zajęcia praktyczne.
UWAGA! Nie musisz mieć ze sobą aparatu, telefon wystarczy. 🙂

3 bloki tematyczne:
OŚWIETLENIE
KOMPOZYCJA
AUTOPORTRET

Agenda spotkania wkrótce! 🙂

10:00-18:00 | 13 kwietnia | Warszawa

Ilość miejsc ograniczona! Kto pierwszy ten lepszy! 🙂

Warsztaty Fotograficzne dla Blogerek i Influencerek